Wrz 092017
 

Ponieważ na okładce „Gościa niedzielnego” znalazło się zdjęcie poety Wencla z podpisem „Klasyk Wencel” postanowiłem napisać coś o rozwiązłości. Przez wiele lat uważano mnie za człowieka rozwiązłego, co nie było prawdą, albowiem od tej przypadłości uchroniła mnie wódka. A jakby tego było mało, po wódce zawsze miałem jakieś przygody z Panem Bogiem, o których dziś mogę śmiało opowiadać z podniesionym czołem, bo jemu akurat nie przeszkadzało to, że jestem nagrzany i wykorzystywał mnie czasem w tym całkiem nie błogosławionym stanie, do różnych posług. Po kolei jednak.

Nie wiem co kieruje ludźmi umieszczającymi w kanonie lektur wiersze faceta, który nie potrafi składać najprostszych rymów, faceta, którego cała zasługa polega na tym, że od wczesnej młodości budował wokół siebie atmosferę takiej jakiejś prawie świętości. Czynił to za pomocą bardzo pretensjonalnych wierszy, przeważnie białych, w których umieszczał treści publicystyczne, oraz takie, które licealna młodzież żeńska uważa za głębokie. Decyzja, by Wencel stał się poetą klasykiem jest decyzją polityczną i służy promowaniu, krótkiej ławki rzekomych talentów, jaką dysponuje dobra zmiana. Na tej ławce siedzą prócz Wencla jeszcze młody Łysiak i Tadek Polkowski. To nimi młodzież będzie musiała się katować w szkole przez najbliższe lata i to im przypadnie w udziale tak zwane budzenie uczuć w młodych sercach. Mnie to smuci niezmiernie, albowiem jak to już zostało po wielokroć udowodnione figura taka jest fałszywa. Można jednak pod nią wyasygnować niezłe pieniądze i dlatego wszyscy ciągle jej nadużywają, budząc uczucia na prawo i lewo, tak intensywnie aż wióry lecą. Mój najważniejszy zarzut wobec Wencla brzmi – to jest człowiek skrajnie nieautentyczny, a poznajemy to po tym iż on bardzo serio traktuje swoje upadki, a do tego jeszcze spowiada się z nich publicznie. Pamiętamy to, prawda? Pamiętamy tę starą historię, kiedy to poeta Wencel wyznał jak się stoczył zaczynając od oglądania stron pornograficznych. Potem przyszło do wódki, a potem do znajomości z jakimiś paniami na dyskotekach. Wencel opowiedział o tym wszem i wobec oczekując nie tylko oklasków, ale także natychmiastowego rozgrzeszenia oraz nagrody za swoją bohaterską postawę. Mnie to ubawiło setnie, bo wiem jak to jest z wódką i dziewczynami poznawanymi po jej wypiciu i historie Wencla mnie nie wzruszają. Wiem też jednak, że ludzie polityki, a także ludzie Kościoła kupią każdą taką zestandaryzowaną i kłamliwą pierdołę, bo im się wydaje, że to właśnie utwierdzi ludzi w prawdzie i wierze. Żadna zaś autentyczna opowieść, która sama z siebie niesie jakiś przekaz nie znajdzie u nich zrozumienia. Oto przykład. Oto historia, w której będzie, pornografia, wódka, dziewczyny, ksiądz i interwencja boska, a wszystko razem dokładnie wymieszane.

W akademiku mieszczącym się przy ulicy Kickiego 12, były piętra o różnych kolorach – czarne, zielone, żółte i czerwone. Na czwartym chyba roku zakwaterowano nas na zielonym piętrze, w pokoju, który nie miał ani charakteru, ani ładnego widoku z okna, ani w ogóle nic. Było nas czterech – ja, Julek, Rysiek i Piotrek. Siedzieliśmy smętnie popatrując w okna kamienic za oknem, kiedy nagle drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich nasz arabski kolega, o oryginalnym bardzo imieniu, którego nie zdradzę, bo łatwo byłoby go namierzyć. Stanął i powiedział – ratujcie chłopaki, zakwaterowali mnie na żółtym, w narożnym pokoju, wieje z dwóch stron, jest zimno i wilgotno, a ja mam alergię. Może się zamienimy, co? Nie mieliśmy alergii, wiatr nam nie przeszkadzał, a kolegę tego lubiliśmy bardzo, gdyż miał on taką fantazję, że można by było nią obdzielić połowę męskiej populacji całego akademika. Był to mężczyzna potężny, ciemny i przystojny, ale kompletnie zwariowany. Pod prysznic biegał prawie goły, jedynie z małym, białym ręcznikiem zawiązanym wokół bioder. A wszystko to w celu zwrócenia uwagi dziewcząt. A jak spodobała mu się jakaś koleżanka, to potrafił wyczekać moment, aż wlazła pod prysznic i wyjąć drzwi z zawiasów, żeby zawrzeć z nią bliższą znajomość. Słowem – dusza człowiek….Zamieniliśmy się na pokoje i w tym nowym miejscu podobało nam się o wiele bardziej. Było wręcz fantastycznie, widok za oknem był tak samo okropny, ale za to była tam wysoka, wąska szafa. Tę od razu położyliśmy na podłodze i zrobiliśmy z niej długi stół, przy którym mogły odbywać się libacje alkoholowe z udziałem naszych, licznych koleżanek. Nasz kolega zabrał już wszystkie swoje rzeczy, tak się nam wydawało przynajmniej i wyniósł się piętro niżej. Zaczęliśmy się jakoś zagospodarowywać i organizować imprezę inauguracyjną. I nagle ktoś spod łóżka wyciągnął wielki, foliowy worek. Wyglądał ten worek tak, jakby wcześniej, w odległej przeszłości, wypełniony był superfosfatem granulowanym, ale w tamtym momencie było w nim coś innego. Nie zgadniecie co. Mnóstwo pism z gołymi babami. Poupychane to było jedno na drugim bez ładu i składu. Obejrzeliśmy kilka, ale przecież nie cały worek i zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym zrobić. – Idź – mówię do Julka – i wywal to na śmietnik, nie będziemy z tym przecież mieszkać. No i tak się stało. Po jakimś jednak czasie, nasz ekstrawagancki i wielce sympatyczny kolega zapukał do drzwi naszego pokoju. Wskoczył, jak to on, na sam środek i zawołał z lękiem w głosie – chłopaki, tu był taki worek z różnymi kolorowymi magazynami, gdzie on jest?

– Z czym – zapytałem – bo nie zrozumiałem początkowo o co mu chodzi. – No z magazynami kolorowymi, mówię przecież….

Nie zgadniecie co zrobiłem. Wyparłem się wszystkiego w żywe oczy. Powiedziałem, że nic takiego nie znaleźliśmy i w ogóle nie wiem o co chodzi. On poskrobał się w głowę i stwierdził, że to pewnie, któryś z jego współlokatorów zabrał ten skarb i gdzieś wyniósł. Jakoś tak się wszystko ułożyło, że więcej do tego nie wracaliśmy.
Życie płynęło nam leniwie, od piątku do piątku. W piątek bowiem zaczynało się toczyć życie towarzyskie, które inaugurował nasz kolega Michał, wtaczając się późnym wieczorem do naszego pokoju. Michał był z miasta i zanim do nas dotarł miał już za sobą kilka głębszych. Nasz pokój był dla niego fazą kontynuacji. Któryś z nas, najczęściej Juliusz, szedł wtedy po wódkę, do sklepu na ulicę Kobielską, co było zawsze odnotowywane przez mieszkające nad nami, na czerwonym piętrze dziewczęta. One widząc, jak Julek kroczy swoim zdecydowanym, marynarskim krokiem w kierunku monopolowego, zlatywały się do naszego pokoju, jak gołębie na rynek w Kazimierzu Dolnym. Od razu pragnę zaznaczyć, że dziewczęta, które przychodziły do nas pić, były tylko naszymi koleżankami. O żadnej rozwiązłości nie mogło być mowy. Było po prostu wesoło i przyjemnie. Imprezy przeciągały się na sobotę, a czasem także na niedzielę. Zwykle przy stole zostawaliśmy wtedy we dwóch – ja i Rysiek. On był i jest nadal typem solidnego gospodarza, który swoim bystrym okiem ogarnia wszystko i zawsze wie kiedy powiedzieć – Gabryś, wódka się kończy…Ja zaś tak, jak i dziś, żyłem treścią własnego żołądka, którą przetwarzałem w głowie paląc niezliczone ilości papierosów i wyrzucając z siebie co czas jakieś niezwykłe zupełnie komunikaty, które się wielu osobom podobały. Przyznać muszę, że wielu się też nie podobały i przez to miałem różne nieprzyjemności, a kilka koleżanek uważało wręcz, że mam nie po kolei w głowie. Nie martwiłem się tym jednak wcale. Życie towarzyskie, które toczyło się przy przewróconej szafie uważałem za jakość samą w sobie i nie miałem zamiaru marnować tej atmosfery dla jakichś mocno problematycznych zdobyczy. A mimo to za moimi plecami i za plecami kolegów rodziły się różne plotki. Niesłuszne, ale wynikające z tego, że u nas było po prostu fajnie. My zaś, wszyscy jak jeden mieliśmy tak zwaną łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi, co przez osoby w typie poety Wencla oraz przez różnych frustratów rozpoznawane jest zawsze jednoznacznie i niesłusznie. O tych niesprawiedliwych ocenach dowiedziałem się ze zdziwieniem później, i nawet trochę żałowałem, że nie wykorzystałem różnych okazji, ale szybko mi przeszło.

Pewnego piątkowego wieczoru, piliśmy i śpiewaliśmy jak zwykle. Było już naprawdę wesoło, a ja postanowiłem ochłonąć i wyszedłem na chwilę na korytarz. Patrzę, a tuż przy klatce schodowej stoi jakiś ksiądz i rozgląda się bezradnie. Ponieważ normalnie byłem chłopcem śmiałym, a w stanie rozbawienia, nawet za bardzo śmiałym, podszedłem do księdza i zapytałem co on robi w piątek wieczór w tej Sodomie? Ksiądz rozejrzał się bezradnie i rzekł – zbliżają się rekolekcje, przyszedłem zaprosić na nie studentów i rozdać im obrazki. W ręku miał cały, gruby plik obrazków z wizerunkiem błogosławionego Honorata Koźmińskiego, patrona Podlasia. Popatrzyłem na niego i na te obrazki i mówię – ksiądz mi je da i poczeka tu spokojnie. Nie mogłem go przecież wpuścić do pokoju, gdzie wszyscy darli się jak obdzierani ze skóry, Rysiek polewał kolejna kolejkę, a Juliusz tańczył z koleżankami. Wróciłem i przekrzykując towarzystwo mówię do Ryśka – popatrz, mam takie obrazki, trzeba je roznieść, bo rekolekcje idą, a ta banda bezbożników nie chce ich brać. Co zrobimy? Dodam jeszcze tylko, że w owym czasie ani ja, ani Rysiek nie chadzaliśmy do kościoła. Juliusz zaś chadzał okazyjnie. Rysiek popatrzył na obrazki i rzekł – no to je rozniesiemy! Zanim jednak do tego przystąpiliśmy, wpadliśmy na pomysł, że dobrze będzie zaangażować do tej akcji naszego arabskiego kolegę, tego od kolorowych magazynów. Poszliśmy do niego, a on – całkowity ignorant jeśli idzie o misję i doktrynę Kościoła Katolickiego – zgodził się od razu. Ruszyliśmy więc po pokojach, pukaliśmy grzecznie i wręczaliśmy wszystkim po obrazku, dodając do tego jakąś ciekawą, choć niekoniecznie związaną z rekolekcjami historię. I wyobraźcie sobie, że nie było takiego, co by nie wziął obrazka. Nawet świadkowie jehowy brali. Ksiądz czekał na nas grzecznie na żółtym piętrze, potem nam wylewnie podziękował i udał się na plebanię.

Wiele lat potem, kiedy już nie mieszkaliśmy w akademiku, ale zostały tam nasze koleżanki, usłyszałem od nich taką oto historię. Ten sam ksiądz pojawił się na żółtym piętrze, w tym samym celu. Nie było jednak nikogo, kto pomógłby mu roznosić obrazki. Nie było też nikogo, kto organizowałby takie imprezy jak my. Wszyscy byli grzeczni i dobrze ułożeni. Ksiądz, w przytomności moich koleżanek, rzekł – widzicie, wszystko schodzi na psy, kiedyś, to były czasy, no, ale wtedy mieszkał tu Gabryś. Rozczuliłem się słysząc tę opowieść, a owego księdza nie widziałem przez wiele lat. Rozpoznaliśmy się jednak w początku nowego stulecia i nawet trochę współpracowaliśmy. Wszyscy go znacie, to jest ksiądz Henryk Zieliński, redaktor naczelny tygodnika „Idziemy” wydawanego przez diecezję warszawsko-praską.

Dziś ksiądz Henryk, kiedy widzimy się na targach, udaje, że z trudem mnie sobie skądś przypomina, a ja muszę wręcz biec za nim, żeby mu powiedzieć – szczęść Boże. Mam jednak takie pytanie, które chciałbym zadać jemu i innym kapłanom. Zastanówcie się, czy poeta klasyk – Wojciech Wencel porzuciłby swoje ultraciekawe znajomości z dziewczętami i suto zastawiony stół, po to, by dla czystej fantazji tylko roznosić obrazki leniwym studentom? O nic więcej nie proszę. O tym, że w tygodniku „Idziemy” ukaże się obszerny wywiad z Wenclem, jestem całkowicie przekonany. I on tam będzie opowiadał o swojej trudnej drodze na szczyt. Ja zaś pomodlę się, żeby Wencel z tego szczytu nie zleciał, bo mokra plama z niego nie zostanie.

Teraz ogłoszenia.

Jak pewnie już wszyscy wiedzą okoliczności zmuszają mnie do ogłoszenia tutaj pokornej prośby o wsparcie tego bloga. Jeśli ktoś uzna, że moja ośmioletnia, jakże intensywna działalność, warta jest jakiegoś zaangażowania, ponad wpisanie komentarza pod tekstem, będę mu nieskończenie wdzięczny za pomoc.

Bank Polska Kasa Opieki S.A. O. w Grodzisku Mazowieckim, 

ul.Armii Krajowej 16 05-825 Grodzisk Mazowiecki

PL47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

PKOPPLPWXXX

Podaję też konto na pay palu:

[email protected]

Teraz inne ogłoszenia.

Oto musimy stanąć w prawdzie i ponieść odpowiedzialność za nieprzemyślane decyzje jakie stały się moim udziałem w tym i pod koniec zeszłego roku. Po sześciu latach prowadzenia wydawnictwa wiem już mniej więcej w jakich cyklach koniunkturalnych się poruszamy. Oczywiście nie potrafię tego opisać, ale biorę rzecz na wyczucie. I to wyczucie mówi mi, że jeśli nie zaczniemy już teraz opróżniać magazynu z książek, które na pewno nie będą się dynamicznie sprzedawać, położymy się na pewno. Nic nas nie uratuje. Zanim przejdę do rzeczy, chciałem coś jeszcze zaznaczyć. To mianowicie, że od dziś nie słucham nikogo. Nie biorę pod uwagę żadnych opinii, rad, cudownych przepisów na biznes i zwiększenie sprzedaży, nie robię też nic, co nie jest bezpośrednio związane z moją pracą. Słucham tylko siebie. Howgh. Weźcie to pod uwagę. Teraz clou. Nie sprzedamy nakładu wspomnień księdza Wacława Blizińskiego. To jest dla mnie już dziś jasne. Zajmują one poważną powierzchnię w magazynie i ona musi się zwolnić. Nie sprzedamy tego, bez względu na deklaracje jakie padają na temat tej książki oraz jej autora. Nie sprzedamy jej nawet wtedy jeśli obniżę cenę bardzo drastycznie, bo doświadczenia z obniżaniem cen książek mamy już za sobą i one nas o mały włos nie doprowadziły do katastrofy. Pomysł jest więc taki – wszystko co uzyskamy ze sprzedaży wspomnień księdza Wacława Blizińskiego, pod odliczeniu podatków rzecz jasna, zostanie przekazane na remont kościoła i plebanii w Liskowie, gdzie proboszczem jest dziś nasz dobry znajomy ksiądz Andrzej Klimek. To nie jest ekstrawagancja tak wielka jak „dżdżownica jest to:”, ale uważam, że trzyma jakiś standard. Nie mogę inaczej. Tak więc jeśli ktoś chce pomóc w remoncie kościoła i plebanii w Liskowie, niech kupi jeden egzemplarz książki księdza Blizińskiego i komuś go podaruje.

Zapraszam na stronę www.basnjakniedzwiedz.pl Michał wrócił już z urlopu, więc FOTO MAG jest już czynny. Zapraszam także do Tarabuka, do księgarni Przy Agorze w Warszawie. Do antykwariatu Tradovium w Krakowie, do sklepu Gufuś w Bielsku Białej, do sklepu Hydro Gaz w Słupsku i do księgarni Konkret w Grodzisku Mazowieckim. Nasze książki są także dostępne w Prudniku w księgarni „Na zapleczu” przy ulicy Piastowskiej 33/2

  114 komentarzy do “O rozwiązłości poetów”

  1. Klasyk Wencel
    ale jaja, ale jaja.

    Hemar to jest poeta.
    Po latach rozmyśliwań,
    niemal u schylku życia,
    dokonalem niezmiernie
    glębokiego odkrycia.

    Moje wielkie odkrycie
    raz na zawsze, niezbicie
    rozwiazuje odwieczną
    zagadke, mianowicie,

    rozstrzyga nieomylnie,
    ustala niezachwianie
    ostateczną odpowiedz
    na ciekawe pytanie,

    co dręczy nas od wieków
    i wciaż wraca od nowa:
    kto rzadzi światem? jaka
    mafia anonimowa?

    Nie wierzcie w bajki. Nie ma
    żadnego synhedrionu
    sekretnych wladców. nie ma
    zadnych „medrców syjonu”.

    Wiec to bajka. i bujda,
    ze „swiatem rządzą kobiety”
    i nieprawda, że światem
    rzadza Żydzi – niestety.

    Nie my, t.j. nie oni.
    nie Żydzi i nie masoni,
    nie mormoni, nie kwakrzy
    nie fabrykanci broni.

    Nie junkrzy, nie sztabowi
    wojskowi kondotierzy,
    nie monopole, kartele,
    bankierzy ni bukmakierzy,

    Nie zwiazki zawodowe,
    nie „Standard oil”, nie Watykan,
    nie internacjonałka
    kalwinów czy anglikan,

    nie miedzynarodówka
    komuny, czy „kapitalu” –
    Ktoś inny. kto? – pytacie.
    zaraz, ludzie, pomału.

    Gotowiście na wszystko?
    Ha, dobrze, jam też gotów.
    Słuchajcie:swiatem rządzi
    wielka zmowa idiotów.

    Światem rządzi sekretna
    pomiedzynarodówka
    agresywnego durnia
    i nadętego pólgłówka.

    Trade union grafomanów,
    tajna loża bęcwałów,
    klub ćwierćinteligentów,
    konfederacja cymbałów,

    aeropag jełopów,
    jałowych namaszczenców,
    pompatycznych ważniaków,
    indyczych napuszenców.

    To oni, sprzymierzeni
    w powszechnym związku, który
    rozstrzyga o powodzeniu
    teatru, literatury.

    Gramofonowej płyty,
    filmu, obrazu, symfonii.
    to oni decydują
    o kulturze, to oni.

    Przydzielają posady
    stypendia, nagrody, szanse,
    ordery, renumeracje,
    bonusy i awanse.

    Samym instynktem głupoty
    odnajdują się wzajem.
    Rozumieją sie wspólnym
    językiem i obyczajem.

    I haslem, które woła
    z ochotą razną i rączą:
    kretyni wszystkich krajów
    łączcie się! więc

    Przeciw wszelkim ambicjom,
    przeciw wszystkim talentom,
    przeciwko swoim wrogom,
    przeciw nam – inteligentom.

    To oni – pan generał,
    co dziś rozumie bezwiednie,
    jak dziś w cuglach,
    szach mach, wygrać
    wszystkie wojny poprzednie.
    To cenzor, który skreśla
    wszystkie mądre kawały,
    tak, aby w rękopisie
    same głupie zostały.

    To krytyk, co bełkoce,
    chociaż nikt go nie słucha
    i czepia sie cudzego
    pióra, jak wesz kożucha.

    Ekonomista, który
    kosztem ogólnej nędzy
    uzdrowi „wymianę dewiz”
    i „pokrycie pieniędzy”.

    To polityk, maż stanu
    dyplomata, co wkopie
    niewinnych ludzi w Azji,
    w Afryce i w Europie

    w tak trudne sytuacje,
    w tak kręte labirynty,
    w tak polityczne kanty
    i dyplomatyczne finty,

    że z nich jedyne wyjscie
    na swiat i swiatlo Boże –
    przez wojnę, której nikt nie chce,
    przez morze krwi i morze

    lecz. – oni nas trzymają
    w ryzach, za twarz i pod batem.
    to ONI – i to jest wlaśnie
    ta mafia, co rzadzi swiatem.

    A jaka na nich rada?
    Bo czuję moi mili,
    ze z dziecięcą ufnoscią
    pytacie mnie w tej chwili,

    muszę prawdę powiedzieć,
    wbrew ufnosci dziecięcej:
    niestety, nas jest za malo.
    Durniów jest znacznie więcej.

    My skłóceni, więc słabi.
    durnie zgodni, więc silni.
    my sie często mylimy.
    durnie są nieomylni.

    My sceptycy, zbłąkani
    na ziemi i na niebie –
    a ONI tak aroganccy
    i tacy pewni siebie

    i tacy energiczni
    że serce z trwogi mdleje.
    Ach, nie znam żadnej rady.
    Mam tylko jedną nadzieję.

    Żyje tylko ta drobna
    otucha i nadzieja
    ze my umiemy śmiać sie.
    A durnie nie umieją.

    Kto wie… może po wiekach,
    kto wie… może w oddali,
    to jedno przed durniami
    obroni nas i ocali.

    Tym śmiechem was zasłonie
    i do serca przygarnę.
    I może nie pojdziemy
    ze wszystkim na he… marne

  2. Dziękuję za świetny tekst. Przy okazji odświeżyłem własne wspomnienia z tego samego miejsca

  3. Ale to nie jest największy problem reformy edukacji, jak donosi onet, uczniowie będą musieli zapoznać się z najbardziej antysemickim dramatem napisanym po polsku.
    Tym dramatem jest : Nie-Boska Komedia

  4. Fajnie sie czyta twoje historie.

    W zyciu nie mieszkalem w internacie, czy akademiku, co najwyzej bywalem w nich na imprezach u dziewczyn, bo tylko z nimi się kolegowalem. Bo ze mnie to był taki facet i zdaje się jest tak dalej, ktory z facetami nie ma o czym gadac, bo ani piłka nożna, ani samochody, czy wodka nie były w obrebie moich zainteresowań ale jasne, ze alkohol piłem, juz w liceum po wodce na wycieczce w gorach tanczylem z krzeslem, co potem do matury mi przypominano :-).  Sam nie wiem, czy to zle, czy dobrze, ze w tym akademiku nie mieszkałem. Z kolei mam wiele wspomnien i zdarzen ze stancji, w ktorych mieszkalem w Krakowie w ilosci sporej. To dopiero byly jaja tam i szkola zycia … Tak, to byly czasy 🙂

  5. Wartości pseudowartości i antywartości w takim świecie się realizujemy wg własnych wyborów -dobrze wybierałeś

  6. Teraz już takich czasów nie ma – dziejsi młodzi to już nie ta cywilizacja i nic nie rozumieją z naszych opowieści

  7. A u naszego dziesięciolatka, w programie lekcyjnym  jest 6 godzin w-f – u tygodniowo,  (to nie jest klasa sportowa). W poniedziałek zebranie klasowe, może ktoś się opamięta. Proszę popatrzeć że Wencel ze swoim białym rymem jest właściwie niczym, przy opisanym powyżej pomyśle. Tak się zastanawiam, czy pani dyrektor (PO) nie robi tego specjalnie dla rozjuszenia rodziców i napuszczenia na Panią Minister Oświaty.  Zobaczymy jakie będzie uzasadnienie władz szkoły w obszarze promowania w-f-u. Zapomniałam dodać że sala gimnastyczna jest w tzw „remoncie”. Wygląda to na robotę  sabotażową.

  8. Ks. Zieliński unika Coryllusa. No oczywiście, przecież Coryllus to ekstrema. Każdy zarządzający czymś – omija ekstremę, a redaktor naczelny pisma, znający wagę słowa pisanego – tym bardziej.

  9. No wiec fajnie, ze jest Coryllus i tak znakomicie te czasy opisuje. Niech sie mlodzi ucza zycia, a nie jakiegos durnego Facebooka, a kysz scierwo jedno. Jak ja tego nienawidze. Tutaj w UK tak strasznie widac efekty tej facebokowej edukacji. Mlodzi ludzie ale tez i ci starsi, oni nie wiedza, po co żyją. Zupełnie.

  10. Rządzą energiczni durnie po prostu. Poza rzadkimi przypadkami gdy brak chętnych do rządzenia.

  11. Panie Gabrielu, czy wyjdzie w tym miesiącu druga część socjalizmu?

  12. Rzucilam okiem na ten spis lektur obowiazkowych dla liceow i technikow (projekt, nie wiem jaki jest ostateczny ksztalt). Strasznie tego duzo. Raczej wszytsko po staremu. Moim zdaniem, ten Wencel i Polkowski (Jan, nie Tadek)  zostali dorzuceni na sile, zeby bylo, ze jest jakas zmiana. Tam kroluja Szymborskie, Osieckie, Dukaj, Stasiuk, Tokarczuk, itd itp. Aha, i Swietlicki Marcin.

  13. Jak dla mnie to wygląda jak nieudolna podróba Tuwima z Jarmarku Rymów

  14. Człowieku, to jest wiersz Hemara, a nie nieudolna próba….

  15. Chciałbym zobaczyć jak polonistka przeprowadza „analizę” tego wiersza Hemara w czasie hospitacji…

  16. No niezła notka, nie ma co. Cała nadzieja w tym, że program przerobią elity czy aspirujący do wysokiego wykształcenia i stanowisk. Reszta czyli średnia oleje tego Wencla tak jak większość materiału dydaktycznego polskiej szkoły. I w tym jest nadzieja.
    Dziękuję za ciekawą notkę i pozdrawiam.

  17. Też tak myślę, nazwałabym to instynktem samozachowawczym, młodzież to przesieje.

  18. OJCKP
    odejdź w pokoju ubogi wiedzą i nie trać okazji aby milczeć.

  19. Widzisz, Poeta musi mieć nie tylko warsztat ale coś do powiedzenia.
    A jeżeli jest głupi i biedny to pisze co mu każą, i za co mu płacą.

    Tuwim w tym czasie o Hemarze między innymi pisał tak:

    Na podstawie Martwej Wizy
    Pozwolono im, pijanym
    Widmom sinym i rozchwianym,
    Tułać się i straszyć ludy
    Nad rzekami Babilonu…
    I rzygają do Tamizy,
    I rzygają do Sekwany,
    I rzygają do Hudsonu.

    Dorzygali się do żółci,
    Do dziur w mózgach i krwotoku.
    Wyjce w desperackiej chuci,
    Kościotrupy sprzed potopu.
    Wyciągają, węsząc krew,
    Długą szyję…
    Wyciągają, węsząc dym,
    Długie ryje…
    Siedem lat i siedem zim
    Jęczą głucho: „Bum bum bum!”
    I błagają boga bomb:
    „Boże bomb! Wszechmocny Panie!
    Kiedyż, kiedyż na wezwanie
    Archanielskich twoich luf,
    Miliarderskich twoich trąb,
    Pożar świata słupem stanie?
    Kiedy runie w nich pożogą?
    Kiedy, święty boże bomb,
    Krwawą gębę twą odbije
    Wisły głąb?
    Kiedy atomowy grom
    Utoruje drogę nam
    TAM – ku grobom?” –
    I codziennie im żałobą
    Westminsterski huczy dzwon:
    „Nevermore!” To północ bije.
    A chimery z Notre-Dame
    Coraz dalej i złośliwiej
    Do swych braci wyciągają
    Długie szyje…

    Na podstawie Trupiej Wizy
    Jutro znowu całą zgrają
    Będą rzygać do Tamizy,
    Do Sekwany, do Hudsonu,
    One widma nad rzekami
    Babilonu…

    Żółta, lepka mgła nad miastem…
    W żółtej, lepkiej mgle, jak gaz,
    Tli się obcy, martwy świt –
    Świt Nr Dwa Tysiące Pięćset Siedemnasty…

  20. Opowiadano mi , podobne historie z akademika, ale przypomniała mi się jedna taka historia na poważnie. Zdarzyła się w akademiku na Mochnackiego, kiedy to studenci ogłosili strajk (właśnie rozpoczął się stan wojenny) i przyjechało ZOMO i kazali studentom opuścić akademik, studenci mieli zejść po schodach wzdłuż rozstawionych (z góry na dół) zomowców. No i podobno każdy student dostał pałką tylko raz i każdemu pociekła  krew z ust. Tak mi się skojarzyło ze zbliżającym się terminem, ukrócenia emerytur mundurowych dla ZOMO no i może nie z rozwiązłością poetów ten mój wpis może się skojarzyć, co raczej z dawnym mundurowym terrorem ale dziejącym się w akademiku.

  21. Historię z rozdawaniem obrazków już kiedyś opisywałeś, ale teraz nabrała jeszcze smaczku, wzbogacona o kontekst i nazwisko;-).

    Smutne to zjawiska,

    że są ludzie i ludziska…

    To tak, żeby do poety Wencla nawiązać. Jeszcze przez c, ale za kilka lat, kto wie…

    Tfu, precz z rymami!

  22. Nie chce mi się sprawdzać, ale Hemar chyba się na listę lektur nadal nie załapał?

    A jeśli nawet, to raczej jako artysta poważny i patriota gorący. Broń Boże zjadliwy satyryk.

  23. Przy całej podłości tych słów, trzeba się zadumać nad ostatnim wersem. Czyżby Tuwim też wierzył w Andersa na białym koniu?! 2517 świtów, to mniej niż 8 lat. Wcale nie tak długo, nawet w naszej strasznej historii kolejnych emigracji.

    Sam Tuwim się tymi świtami nad Wisłą też nie nacieszył. Hemar to przynajmniej Gierka doczekał za oceanem, a on nawet Bieruta nie przeżył.

  24. Dziękuję.

    Przyznaję,że twórczość Hemara nie jest mi znana.

  25. Te 6 lekcji wf to z siatki godzin wynika chyba (tak z pamięci jadę ale jest w necie podstawa programowa i tam jest ile godzin tygodniowo jest tego czy innego przedmiotu). To pokłosie reformy w wykonaniu PO gdy w szkołach ponadgimnazjalnych obcięto informatykę do 1 godziny ale zwiększono liczbe godzin wf do chyba 6. To w tzw. siatce godzin dawało łącznie 260 godzin wf w 3 letnim cyklu nauczania.

  26. Jak dla mnie to w tym wypadku  Tuwim kiepsko pisał – nie wspominając już o treści. Jak wyżej wspomniałem Hemar nie jest mi bliżej znany.

  27. ta… nieznana
    „Ten wąsik, ach ten wąsik”
    Kiedyś poeta musiał harować i chałturzyć, żeby stać go było na pisanie od siebie.
    Albo sumować słupki, jak Herbert.
    Teraz wystarczy pisać pod tezę. Dlatego Hemara nie będzie na liście „klasyków”, ale wasza w tym głowa, aby uczyć o nim dzieci i wnuki.

  28. wątpię, żeby wierzył. Wierzył w kasiorę, sławę i to że będzie w podręcznikach. Bez wątpienia za to jest fakt, że jego powojenne wiersze są słabsze z roku na rok.

  29. Próbka poezji pana Wojciecha w jego własnej recytacji:

    https://www.youtube.com/watch?v=e0UQIpvdOnE#t=12m57s

    Wniosek: jest wybitnym przedstawicielem tzw. nurtu patriotyczno-masakrycznego.

  30. W „Ziemi obiecanej” Reymont też nie patyczkuje się z Żydami…

  31. Widzę,że Pan już wszystko wie. Proszę uważać, bo przez przypadek zostanie Pan bohaterem przytoczonego przez siebie utworu.

    my sie często mylimy.durnie są nieomylni.

  32. już po tym poście, który w niemal niezmienionej treści kierowany był do mnie już setki razy, wiem że wiem więcej od Ciebie. I rzeczywiście w porównaniu z Twoją wiedzą, może być to postrzegane jako nieomylność.

    Hamowanie pędu do wiedzy, poprzez imputowanie grzechu pychy jest zbrodnią. Uważanie, że bycie głupcem nobilituje, poprzez przynależność do większości jest zbrodnią wołającą o pomstę. Szczycenie się tym faktem, znajduje się już poza skalą jakiejkolwiek miary inteligencji.

    Dlatego odpuść sobie zazdrość i pokornie chłoń wiedzę, jeśli masz ją dawaną za darmo.

  33. Super tekst. Piękne dzięki. Uśmiałem się ze śmiechu.

    Nie powiem, nie powiem, zdziwiłem się i ja, gdy zobaczyłem klasyka na okładce

    Ale plama zostanie po wieszczu naszym katolickim. Niestety. I to chyba nie mokra, tylko tłusta i lepka. Plama na honorze. Czyim, nie powiem, nie powiem.

    To już chyba wieszcz nasz ezoteryczny Adam lepszy, bo przynajmniej po tej półlitrze, czy ile tam mógł wypić, dziesięciozgłoskowcem jechał jak po lodzie.

  34. Wierzę ci na słowo. Raczej nie będę ryzykował konfrontacji naoczno-słuchowej.

  35. trzynasto. Juliusz pisał jedenasto.
    Im mniej tym trudniej, ale nieparzyste brzmią ładniej.

  36. ‚I może nie pojdziemy

    ze wszystkim na he… marne’

    Miodzio. Hemar to mistrz niepodrabiany. Nie tylko ze względu na tę baletmistrzowską pointę. Całość i przesłanie, jakże realistyczne, wszystko miodzio. Dzięki.

  37. Pan jednak nie zrozumiał.. Dajmy temu spokój, szkoda na to tego miejsca.

  38. Aha. Dobrze wiedzieć. Chyba tym razem zapamiętam. Z resztą trzeba było policzyć, zanim palnąłem.

    Mówi pan, że im mniej zgłosek tym łatwiej. No nie wiem, nie wiem. Bo jak po półlitrze, to co wtedy? Czy potrafił doliczyć się do trzynastu? Ale jeśli tak to chapeau ba! Tym bardziej: niech żyje wieszczu co na rauszu umiał zliczyć do trzynastu! … A może nawet do trzydziestu? (rym subtelny)

  39. zrozumiał, zrozumiał.A Ty się ucz.

  40. Ja historii z obrazkami jeszcze nie zdążyłam poznać. A dzisiaj uśmiałam się do rozpuku. W dobrym celu Pan Bóg może się posłużyć lichymi narzędziami.

  41. Założę się, że koleżanki chciały zaprosić księdza na kanapkę i kubeczek ciepłej herbaty  do pokoju, bynajmniej nie w celach zdrożnych tylko z dobrego niewieściego serca, być może nawet i któryś z kolegów chciał, też z dobrego serca, ale ty, Autorze dyplomatyczny, przytomnie przywołałeś ich do przytomności.

    Kolega wyznania arabskiego otrzymał natomiast do ręki niebezpieczne narzędzie. Dobrze, że rozdał wszystkie obrazki, zanim się zorientował.

  42. im mniej tym trudniej

    trzynastozgłoskowiec jest prościutki.
    ot na przykład:

    Popołudniowa pogoda pogłębia wahanie
    młodzieniec sam dla siebie w nieciekawym stanie
    gdy jedna noga w jedną, druga w drugą kroczy
    stronę. Miłość z żądzą młodzieńczą się droczy
    Na podjęcie decyzji roztrwoniwszy siły
    stanął w miejscu zdumiony skąd ten zapach miły
    A dobiegał go zapach mięsiwa, kapusty
    śliną na myśl o smaku napełniwszy usty
    przypomniał wtedy sobie że już wczesnym rankiem
    słyszał stuk otwieranej beczki tuż pod gankiem.
    Do tego gdy przechodził koło warzywnika
    zdało mu się że ziemia z zieleni przenika
    w tych miejscach gdzie dotychczas widział wielkie głowy
    teraz grządkę czerniła pustka do połowy
    Gdy woń zintensywniała, opuścił powieki
    I zdał się na wspomnienia odległe o wieki.
    Czy w Litwie czy w Koronie w każdy dom szlachecki
    własny przepis na bigos miał i każdy beczki
    dębowe gdzieś głęboko, gdzieś w przepastnym loszku
    trzymał. Z nich kapustę dawkował po troszku
    niby skarb cenny. Kisić, bo to wielka sztuka?
    kiep powie, a każdemu lepsza niż nauka
    zda się w boleściach cierpieć skutki marnej
    sztuki kiszenia gorszej magii czarnej.
    Gdy niedbałym bigosem karmiony już wkrótce
    przesiaduje czas tracąc w domowej wygódce.

    Nie dla dzieci był widok w beczkach ubijania
    złota pól polskich, pacholę sztukę ukrywania
    dobrze znało, lecz zimna i ciemna piwnica
    strachem bieliła zwykle pokraśniałe lica
    Co innego kuchnia ciepła i pełna zakątków
    w niej się krył unikając sobotnich porządków
    kiedyś gdy miłe ciepło dziecię otuliło
    mruczenie paleniska konia by uśpiło,
    co dopiero chłopaka zmęczonego psotą
    jak zwykle schowanego przed brudną robotą.
    I dopiero gwar rozmów i pokrzykiwania
    Podniosły jasną główkę z mysiego posłania
    Ten sam zapach co teraz podglądać mu kazał
    obraz co się nigdy z wspomnień nie wymazał.

    Najpierw gar przytoczono i czeladź stękając
    podniosła go nad ogień, A tam niczym zając
    skacząc to na taboret to znów na klepisko
    uwijał się pan kucharz przygarbiony nisko.
    Nie zawsze był kucharzem, ponoć gdzieś przed laty
    był to pan wielkiej miary, nad wyraz bogaty.
    Majątek swój ryzykiem nadmiernym zagubił
    gdzieś na statku, powieścią zbytnio się nie chlubił
    czasem mruknął coś cicho, ale plotka żyła
    wielokroć jego stratę i skarb pomnożyła.
    Teraz w kuchni był panem i biada każdemu
    co śmiał się przeciwstawić głosu głębokiemu,
    który mocy nabrawszy gdzieś w piersi szerokiej
    porządek w kuchni trzymał. Na co miłym okiem
    Gospodarz spoglądał i wiedział w rozumie,
    że człowiek wart jest tyle ile on sam umie.

    Mistrz kiedy skończył wrzucać do gara kapustę
    Zajął sobie należne miejsce, wcześniej puste
    i chochlę wyciągnąwszy jak jaką buławę
    dyrygował czeladzią szykującą strawę.
    Najpierw rosół wlano, co warzył się długo
    jeszcze gdy świat był zamglony poranną szarugą
    Jarzyny pokrojone i mięso syciły
    mocno wywar, aż zapach smakowicie miły
    pokrywę podniósł. Kucharz dobrze wiedział
    że rosół to podstawa. Z miejsca tam gdzie siedział
    skinął chochlą a służba przykryła pokrywą
    gar. Teraz czas już doglądnąć mięsiwo.
    W osobnym wielkim rondlu w oliwie smażone
    skwierczały mięsne sztuki w kostkę pokrojone.
    Były tam i kogutki i kawałki świnki,
    i gęsi, i w cebuli części wołowinki.
    Wszystko bez kości. Kucharz dobrze wiedział
    co na kość gdzieś w bigosie gość byłby powiedział.
    Mięsiwo podsmażone szło prosto do gara
    w porcjach – rondla i garnka inna była miara.
    Tymczasem wonne grzyby wcześniej namoczone
    gotowały się obok. Sprawdzić czy nie słone
    Mistrz nakazał. A potem pokrojone w pasy
    wrzucił sam, osobiście te leśne frykasy.
    Kuchcik dumny, spowity w dymie oraz parze
    uchyliwszy pokrywę mieszał często w garze.
    A służba przechodziła przed licem kucharza
    jak przed królem, gdy dary przyjmować się zdarza.
    Po kolei, wpierw śliwki węgierskie, wędzone
    Pomidory bez skórki w słońcu ususzone
    Cząstki jabłek by kwasu skład był odpowiedni
    a na koniec butelka, trunek miał być przedni.
    Nie żaden sikacz młody, winorośl szlachetna
    kolor krwisty, woń wiatru i marka prześwietna.
    Sam klucznik nalewał bo to sztuka wielka
    by w gar wpadła nawet najmniejsza kropelka.
    Kucharz skinął buławą, skłonił lekko głowę
    i wygnał czeladź z kuchni w minuty połowę.
    Sam bigos przyprawi. Poprzednio zioła zmieszał
    w proporcjach tajemnych. Wcześniej na strychu wieszał
    zebrane o świtaniu to znów w nowiu, w nocy
    w dziwacznych, dziwnych miejscach, bez żadnej pomocy
    ścięte specjalnym sierpem. Nikt nie śmiał dotykać
    nawet spojrzeć ni wąchać, nigdy nosa wtykać.
    Ale ciekawość ludzka przeniknie granice
    a węch wytrawny zwęszy wszelkie tajemnice.
    Czuć było  i rozmaryn, szałwię i estragon
    cząber, rutę, jałowiec. A ogrodu zagon
    zubożył się o troszkę majeranku woni.
    Kucharz sypał jak łyżki używając dłoni
    Chochlą trochę nabierał próbował, dokładał
    ciut soli, trochę pieprzu, jednocześnie gadał
    wydając polecenia by raz grzać, raz chłodzić
    tak aby smakiem szczodrym każdemu dogodzić.

    Wtem usłyszał jak kubek trącony się stacza
    Sięgnął w głąb i ujawnił schowek podglądacza
    Ten za kark chwycony wił się niczym szczuka
    drogo go kosztowała kuchenna nauka.
    W czas obiadu podano potrawę nęcącą
    kiedy inni siedzieli on jadł na stojąco.

  43. Wspaniała historia! Dziękuję.

    Jak faryzeusz teraz, do dziś dziękuję Panu Bogu, że byłem zbyt biedny przed dojściem do jakiego takiego rozumu, aby po zaspokojeniu pierwszych potrzeb używkowych (tytoń i alkohol), zostało jeszcze cokolwiek na rozpusty.

  44. „I błagają boga bomb:”

    Dalej nie cytuje, bo hatko cytować. To są takie słowa, które jeśli wyjdą w świat z ust natchnionych, czynią z nich krzywą gębę.

    No właśnie podobna plama zostanie po wieszczu naszym klasyczno-katolickim. Nasze wnuki będą się dziwiły, co im odbiło tym dziadkom? Czy już za młodu Bóg pokarał ich demencją? Czego oni się ucapili takich pokrak (mam na myśli same wiersze, bo jaki jest ich autor to nie wiem i wiedzieć nie chcę)?

    Modlę się, żeby nie doszły prawdy te nasze wnuki. Nadto wstydno.

  45. Niestety, nie zalapal sie…

    Rzucilam okiem  – Wierzynskiego wreszcie zaszczyt kopnal (satysfakcja moja polowiczna, bo wiersze przedwojenne ze Skamandra – czyli nic nowego; dopisali tam jednak, ze do wyboru jakis wiersz z emigracji, ale nie wiem jak to w praktyce bedzie wygladac).

    Artykul o Hemarze:

    http://www.lwow.home.pl/naszdziennik/hemar.html

    i audycja:

    https://www.youtube.com/watch?v=4uYiGB-UjYY

  46. No widzę. Czyli na rauszu też da radę.

    Ale ostrożnie. Nie za długie te cytaty. Bo Gospodarz się obudzi.

  47. Lo matko. I te zęby.. (wiem, jestem okropna, poecie w zęby się nie zagląda..)

  48. w liceum, analiza każdego dzieła zaczynała się od GENZY, czyli ustalenia kontekstu historyczno-społecznego jego powstania. Do tego należy wrócić.

    A jeżeli naszym dzieciom/wnukom nie wytłumaczą tego w szkole, musimy to zrobić my.

  49. Porządna rozpusta odbywa się bez pieniędzy…

  50. Dzisiaj mam się spotkać z Julkiem, zweryfikuję Twoją opowieść:)

  51. Lansowanie się na  rzezi wołyńskiej, lansowanie się na Smoleńsku, doszczętny brak słuchu do słowa, ekshibicjonizm psychiczny  – na szczęście takie promowane na siłę beztalencia giną w niepamięci, jak tylko kończy się promocja. Żałosny facet, który nie ma nic do powiedzenia, a mimo to gada.

  52. Bogu dzięki za Gabrysia!

  53. A jest jakiś inny rodzaj nurtu patriotycznego?

  54. Dzięki. W nagrodę taki wiersz Hemara (to nie jest aluzja do nicku;-)):

           Nadzieja
    Samoobrona małp, że nic nie wiedzą o złudzie
    Historii. Przed nimi przyszłość –
                                                nadzieja jedyna,
        Że doczekają swojego Mesjasza, Darwina,
        Który im powie: Nic się nie martwcie, małpy,
        Jeszcze z was będę ludzie.

  55. A dla wszystkich, w nawiązaniu do dzisiejszej notki, taki wiersz Hemara:

    Żmija

    Żmija chętnie się w nogę wpija.
    Wtedy trzeba natychmiast wypić dużo, dużo wódki,
    Żeby udaremnić skutki.
    W ogóle wypić dużo wódki nie jest złe,
    Czy ugryzła, czy nie.

  56. Ja gdy studiowalem historie w Katoliclim Uniwersytecie Lubelskim w polowie lat 80-ych chodzilem do akademika do chlopakow na imprezy zakrapiane. Mieszkal tam taki Amerykanin (tez studiowal na KUL). Jak sie chlopaki popili to chodzili i pukali do drzwi jego pokoju pytajac z pijackim uporem: „What time is it now?”

    A chlopaczyna siedzial wystraszony w zamknietym pokoju.

    Byl jeszcze Kanadyjczyk, Chris sie nazywal. Przesympatyczny czlowiek ale niepijacy.

  57. ”Przesympatyczny czlowiek ale niepijacy”.    — Czy to właśnie nazywa się oksymoron?

  58. Może być: darowanemu poecie nie zaglądaj w zęby

  59. Ktoś bierze na swoje barki odpowiedzialność dając za wzór młodzieży takiego gościa. Łudzę się, że robi to nieświadomie.

  60. Dobrze, że nie wiedziałem tego kilkanaście lat temu.

  61. Przyklad oksymoronu (z polskiej Wikipedii):

    „zywy trup”

  62. No i co pan powie jak wnuczek powiedzmy 18 letni z zamiłowaniem do poezji Baczyńskiego i Nowaka zapyta się: Czy wam na prawdę podobał się ten Wencel?

    Jaką genezę utworu, którego pan nie czytał, wyłoży mu pan?

  63. Bez pieniędzy to można najwyżej począć nieoczekiwane dziecko. A nawet do tego potrzebna jest inwestycja na dobry początek, jakiś kwiatek, czekoladka i szanel  …

    Faktycznie nie kłamałeś. O rozpuście to ty, Gospodarzu drogi, wiesz niewiele. Trudno, jakoś to przeżyję … 😉

    A tak nie dużo wystarczy. Przecież można zasięgnąć prostego instruktarzu, nie mówię wcale o tych różowych magazynach waszego kolegi kolorsa, co to je brutalnie wyrzuciliście na śmietnik, ani o Wilku z Wallstreet, wystarczy Wielki Gatsby, w zasadzie moralizatorsko-romantyczna apologia mafii.

    Apropos mafii, ciekawy ten casus Sophie Coppola, bo jej tata Francis nagrał onegdaj inną apologie mafii, film Cotton Club. Zresztą umieścił tam w jak najlepszym świetle jakiegoś bosa mafijnego z lat 20-tych, swojego przodka o tym samym nazwisku. Zosia z kolei debiutowała w Ojcu Chrzestnym.

  64. Panie Gabrielu, dopiero przyjechałem z całodziennego duszpasterstwa i trzeba iść spać, ale tylko odpowiem na pytanie. Niestety nie znam p. Wojciecha Wencla, więc nie wiem, co by zrobił. Ale i ja mam pytanie, proszę mi przypomnieć, bo zapomniałem, jak studenci nazywali te akademiki na Kickiego, lepszy „pałac”, a drugi o gorszym standardzie „chata” (czy jakoś tak)?

  65. > sigma1830 18:17

    Pierwszy utwór jakoś zdzierżyłem, ale drugim mnie dobił. On sobie natomiast doskonale zdaje sprawę z tego co wyczynia, dlatego usiłuje nadać epatowaniu makabrą wyraz metafizyczno-religijny. Poniżej otwarcie przyznaje, że kręci go „pochylanie się nad kośćmi”. Uzsadania i wyjaśnia swoje motywy – „nasze ofiary stanowią już część Królestwa Bożego, jesteśmy już zwycięzcami”:

    https://www.youtube.com/watch?v=B0DXwfv-Ij4#t=22m05s

  66. Oczywiście, kwiatek, czekoladka, szanel…ja zaś myślę, że wystarczy szynel wiesz…

  67. Ja nie pamiętam. Myśmy ich nie nazywali. Mówiliśmy nowy i stary kic

  68. Szedłem: borem, lasem – potknąłem się, patrzę, a to – nowa historia Polski …zapragnąłem – w sercu, dać ją ludziom; ale jak to zrobić? Hm – więc ją napisałem. Tom drugi właśnie piszę.

    Kolejny Zychowicz, kalka-kalkulator: Radosław Patlewicz Historia polityczna Polski”.

  69. Obecnie chyba nie, ale w przeszłości tak.

    Pan Wojciech cieszy się wielką estymą wśród insurekcyjnych hurrapatriotów-mitomanów, bo poprzez roztaczanie „głębszego sensu śmierci i cierpienia” doskonale przykrywa się i blokuje ludzką dociekliwość odnośnie realnych przyczyn doświadczonych klęsk, a wtedy można fałszować historię do woli i wciskać pseudopatriotyczny kit kolejnym pokoleniom.

  70. Mocna historia, z moralem i polską fantazją.

    Wencel to impostor udajacy fotel z epoki ludvika xvi.

    A to stołek z obory. Najciekawsze ze ktos takich ludzi promuje, sprzedaje i wspiera…

  71. Właśnie nie jestem pewien, a jeśli to czy nie prowadziła do masakry nawet zrobiona dobrze, ku pokrzepieniu serc. No bo jak inaczej przełożyć strategię biznesową na emocje? Kolejny dowód na to że sztuka to propaganda. Byron był w tym mistrzem.

  72. to jest ten tajemniczy „Pan NIKT”?

  73. Braun się wziął za jego promocję

  74. Z jakim tym?

    No z Julkiem, Kamiuszkiem

    No pojedlim troszku, wypilim też po mału

    No i po prostu pogadaliśmy

    Wszystko się zgadza w opowieści Gabriela, tylko chronologia nie całkiem:)

  75. No jasne, szynel, oficerki i ten błysk w oku … A to nie takie proste, panie kochanku. Miłość wymaga ofiar … i nakładów, i nakładów.

  76. Nie podobał się nam, ale był wciśnięty za brakujący puzel.

  77. nie będzie trudno bo Wencla poznałem osobiście, podobnie jak jego utwory, a geneza jest taka sama jak przy innych którzy ledwo liźnięci talentem załapali się na nurt i nurtu trzymawszy się wylądowali w podręczniku.
    Napisze więcej. Marzę o takiej sytuacji.

  78. Ok. Tak czy inaczej trzeba coś o tym napisać. Czekam więc cierpliwie.

  79. Chanel Nr. 5 (a śpiewali w piosence, że „Przemysławka” wystarczy)

  80. No właśnie „dla fantazji”. Mam nostalgię do tego zjawiska, bo przygody w akademiku  miałem podobne. W sensie szafa, to co na niej,  koleżanki i „jest sprawa”.  Ostatnio odżyłem w kwestii fantazji będąc na wakacjach u starych przyjaciół na Warmii. Przedzieranie się przez chaszcze po szyje, całymi rodzinkami, na bezimienne jeziorko i moje zaniepokojone pytanie: aa może kleszcze? Odpowiedź: Kleszcze, jaaakie kleszcze… Pomost na jeziorem, małoletnie warmiaki jak w blokach startowych – pytanie ociec skakać? Ociec skoczył bez wahania sprawdzając grunt. Skakać, padła komenda. Ja jestem typowy Poznańczyk co uwielbia fantazję ale czasem kalkuluje czy jej użyć. No ale losy rzuciły mnie na tzw. wygnajewo w ziemiach wyzyskanych, z niemiecka Schweidnitz zwanych. Niestety fantazja tu jest typowo galicyjska i strzela dętym ochwaleniem albo o chorobach, głodach i morach. Także tęsknię za fantazją nawet kalkulowaną… Szczegółu mi brakuje we wspomnieniach z akademika, słoika z petami.

  81. Raczej do masakry ryb, albo: 🙂

    „(…) Przyjechał do mnie pan Ożarowski Stanisław, ba, po prostu wespół ze mną jadąc wstąpił do mnie. Byłem mu rad; wydra też, że mię trzy dni nie widziała, przyszła do mnie, nie mogła się nacieszyć, naigrać. Miał z sobą gość charcicę piękną i rzecze do syna: „Samuelu, trzymaj tę charcicę, żeby tej wydry nie zajadła”. – Ja mówię: „Nie turbuj się Waść: nie da sobie to zwierzątko krzywdy uczynić, choć małe”. – Aż on rzecze: „Co Waść żartujesz? Ta charcica wilka się chwyta, liszka jej tylko raz ziewnie”. – Poradowawszy się mnie, wydra obaczyła psa niedomowego; przyjdzie do owej charcice i patrzy jej w oczy, i charcica też na nię; obeszła ją dokoła i powąchała jej w nogę zadnią. Odstąpiła się od niej i poszła. Ja myślę: „To to już nic nie będzie czyniła”. Jeno cośmy o czymsi poczęli mówić, aż wydra znowu wstała, co mi się układła była pod nogami, i idzie cicho po podławiu, zaszła jej znowu z tyłu; kiedy ją wytnie przez łydkę; charcica skoczy do drzwi, wydra za nią: charcica za piec, wydra za nią. Kiedy widzi, że nie ma gdzie uciec, skoczy na stół, chce w okno uderzyć, aż ją Ożarowski uchwycił za nogi. Dwa kieliszki jednak szlufowane z winem stłukła, a potym jak ją wypuszczono, nie pokazała się do pana, choć nie pojechał, aż nazajutrz po obiedzie. To się jej tak wszędzie psi bali. Ale i w drodze jeno jej pies powąchał, a ona skrzeknęła przeraźliwie, to pies zaraz uciekł. (…)”.

    http://staropolska.pl/barok/JCH_Pasek/pam1680_01.html

    Wydra nie bała się nikogo – księdza też capnęła. 🙂 Ona jest alegorią działania mocy przyciągającej jaką miała ówczesna Polska. I RP chciała dostrzec i umiała wykorzystać potencjał wiary katolickiej i materialny kraju, dzięki czemu osiągnęła realną siłę we wszystkich obszarach. A nam się dziś wmawia, że że moc sprawcza to wyłącznie sprawa „patriotycznego ducha i woli”, które rodzą się na spacerach po cmentarzach zabitych bohaterów. To co stworzyła I RP dało krajowi miękkie lądowanie przy utracie niepodległości i zapewniło trwanie przez ponad sto lat niewoli, mimo upustów krwi w powstaniach, represji, rewolucji itp. Zwycięstwo 1920 r. było ostatnim, dobrze zagranym, akordem tego dziedzictwa. Później już tylko klęski sprowadzane przez socjalistycznych fagasów. Jeśli myślimy poważnie o przyszłości Polski, w ogóle jej istnieniu, to powinno nam zależeć na tym, by lgnęła do nas czereda oswojonych wydr, która dadzą sobie radę z całym stadem chartów.

  82. „Wydra nie bała się nikogo – księdza też capnęła” – ostrożnie, bo i ksiądz potrafi się wydrze odgryźć. Co znaczy „pójść na udry”, to wszyscy wiedzą. Ale co to naprawdę znaczy? Pójść na udry, to znaczy poprostu pójść na wydry (w znaczeniu: na polowanie na wydry). Może się mylę, ale w Inflantach Polskich to tak mogło się mówić, bo po łotewsku „ūdri” (czyt. udry) to „wydry”.

  83. Z opowiadań akademikowych to jeszcze, poza słoikiem z petami, był tak zwany przydziałowy obrusik na stole, który to był na lewo i prawo wykorzystany, wystarczyło go strzepnąć i ustalić organoleptycznie z której strony jest jaśniejszy (czystszy) i  tą stroną stół zasłać. Taki obrus służył podobno dłuższy czas, dużo dłużej niż nam dzisiaj wyobraźnia podpowiada.

  84. A ja myślę, że są tacy, co nawet szynela nie potrzebują, wystarczy im – schnell

  85. Skoro Wencla kręci  „pochylanie się nad kośćmi”, to on jest dodatkowo zbok.

  86. No dobrze piszesz, wciśnięty brakujący puzel, ale jaka to krzywda dla niego samego, kiedy się ocknie i zobaczy siebie (vide bajka o chińskim cesarzu co bez ubrania wyjechał na miasto) jakim beztalenciem jest naprawdę, to chyba mu współczuję. Tak, jego poezja mnie nie zachwyca, tylko mu współczuję.

  87. Chanel – szynel – schnell

  88. to jeszcze taki wariant: Szwejk pachnący Chanelem, ubrany w Szynel, idący Schnelle

  89. Ciemny gwint! Ale tych młotków zostawiamy psychopatologom. Mówimy o „cywilizowanej” rozpuście, no powiedzmy „koneserskiej”.

  90. Jednak chyba raczej gradacja nieprawdziwa. Chanel nie pasuje do tej sekwencji. Szwejk zaś idzie raczej na zlatego bażanta.

  91. Koneserska rozpusta była zawsze poza mną, podobnie jak koneserskie pijaństwo

  92. Jan Chryzostom jest świetny! Że on warchoł i pijak, to jest wredna propaganda kołłątajowska. Bo on tak na prawdę przytomny obywatel i lojalny rojalista. Obfite libacyje to był zwyczaj staropolski, a i ówczesna technologia wyrobu miodu i wódki nie dawała wtedy aż tylko procent alkoholu co dzisiaj. Nadto życzyłbym 18 i 21-wiecznym oświeconym takiej znajomości łaciny, retoryki i Arystotela, jaką miał imć Pasek. No i zmysłu praktycznego. A gardła nadstawiać za Ojczyznę był on nieleniwy, młodzian poczciwy.

  93. miało być „tyle procent alkoholu”

  94. Oby się tylko ten Szwejk w ten Szynel ubrany i Schnele idący i Chanelem pachnący – nie napił  przez pomyłkę – kwasu solnego. Któryś z bohaterów Szwejkowej książki miał takiego pecha.

  95. Aha, no to chyba zrozumiałem. Faktycznie z tej strony się na to nie popatrzyłem.

  96. Czy nie Baloun? To do niego podobne.

  97. Dlatego o tym sobie plotkujemy. W celu poszerzenia horyzontów.

  98. Nie, pan Radosław Patlewicz i Pan Nikt to dwie różne osoby.

  99. „(…) W tym z nią w drodze było uprzykrzenie, że gdzieś jechał, to się dziwowano, ludzie kupami schadzali się właśnie, jakby to co z Indyjej przywiezionego; asystencyjej było nieskąpo, osobliwie też w Krakowie, to już kiedy jechałem przez ulicę, różnych ludzi wyprowadziło mię z Krakowa kupa. Jednego czasu byłem u wujecznego mego, pana Szczęsnego Chociwskiego; był też u niego ksiądz Trzebieński i usiadł podle mnie za stołem, a wydra leżała podle mnie na ławie; objadła się i spała, wznak rozwaliwszy się, bo to jej był najmilszy zwyczaj wznak leżeć. Ksiądz posiedziawszy, obaczył wydrę i rozumiejąc, że to rękaw, porwie wydrę chcąc obejrzeć; wydra przebudzona zaskrzeczy okrutnie, uchwyciła go za rękę i ukąsiła; ksiądz z bólu i z przestrachu zemdlał, ledwie się go dotrzeźwiono. (…)”.

    🙂

  100. Kołłątajowskie piekłoszczaki i ich pogrobowcy nie znoszą autentycznego talentu i umiejętności, bo one dają czlowiekowi realne podstawy do osiągnięcia względnej, a czasem może nawet bezwzględnej, niezależności.

  101. „już po tym poście, który w niemal niezmienionej treści kierowany był do mnie już setki razy, wiem że wiem więcej od Ciebie. I rzeczywiście w porównaniu z Twoją wiedzą, może być to postrzegane jako nieomylność.
    Hamowanie pędu do wiedzy, poprzez imputowanie grzechu pychy jest zbrodnią. Uważanie, że bycie głupcem nobilituje, poprzez przynależność do większości jest zbrodnią wołającą o pomstę. Szczycenie się tym faktem, znajduje się już poza skalą jakiejkolwiek miary inteligencji.
    Dlatego odpuść sobie zazdrość i pokornie chłoń wiedzę, jeśli masz ją dawaną za darmo.”

     

    To jest po prostu cymes 🙂

    Pozwolisz że kupię to zdanie i będę je wklejał różnym takim na nie zasługującym, bo też miewam często uwagi takiej treści.

  102. >mówię do Ryśka – popatrz, mam takie obrazki, trzeba je roznieść, bo rekolekcje idą, a ta banda bezbożników nie chce ich brać. … nie chadzaliśmy do kościoła. Juliusz zaś chadzał okazyjnie. … no to je rozniesiemy! … wpadliśmy na pomysł, że dobrze będzie zaangażować do tej akcji naszego arabskiego kolegę, tego od kolorowych magazynów. … ignorant jeśli idzie o misję i doktrynę Kościoła Katolickiego – zgodził się od razu. Ruszyliśmy więc po pokojach, pukaliśmy grzecznie i wręczaliśmy wszystkim po obrazku, dodając do tego jakąś ciekawą, choć niekoniecznie związaną z rekolekcjami historię. I wyobraźcie sobie, że nie było takiego, co by nie wziął obrazka. Nawet świadkowie jehowy brali.

    🙂

  103. >Ks. Zieliński unika Coryllusa.

    Szkoda.

  104. poeta chce błysnąc oryginalnością, o co w tłumie poetów niełatwo.

    Mógłby spróbować epatować kanibalizmem, ale i to  na krótką metę.

    Zresztą może jeszcze spróbuje, bo wszak nic nie jest wykluczone.
    Poza, ma się rozumieć, zmianami na lepsze.

  105. To widać i słychać i czuć. Wraz z Nebraską zmieniliście rejestr i podtekst mojej ironii, bo mi się rozchodzi właśnie o rozwiązłość poetów, tzn. o wykazanie iż pojęcia wolna miłość i wolność twórcza (wino + kobiety + śpiew) to oksymorony, pojęcia sprzeczne. Wolna miłość (czyli rozwiązłość poetów) nie ma nic ani z wolności ani z miłości. No może z miłością ma tyle, że i miłość wymaga nakładów, jednak te mają inny cel. Podobnież wolność twórcza, ani wolność, ani twórcza.

    Rejestr i podstekst podsunięty przez ciebie i Nebraskę jest jednak intrygujący, alegoryczno-historyczny: chanel – szynel – schnell

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)