marzec 272021
 

Nie tak dawno linkowałem tu nagranie kilku młodych naukowców, którzy prowadząc w sieci coś w rodzaju konferencji, opowiadali o historii gospodarczej. Rzecz ma dalszy ciąg, bo te konferencje są cykliczne. Jedna z kolejnych, niestety zgubiłem link, zaczyna się od tego, że prowadzący witając swojego dostojnego gościa, mówi że oto za chwilę wyjaśni słuchaczom, jak ta historia polityczna splata się z historią gospodarczą. Wszyscy zapraszani tam ludzie mają jakieś tytuły, piszą jakieś prace i to jest gdzieś publikowane. Kiedy zaś zaczynają przemawiać do odbiorców swoich treści, którzy powinni być dla nich najważniejsi na świecie, opowiadają takie brednie – historia gospodarcza splata się nierozerwalnie z polityczną. To jest popularyzatorski błąd metodologiczny, którego ci ludzie nie rozumieją, albowiem do tej pory nie potrzebowali niczego rozumieć. Tkwili bowiem w hierarchii, której podstawowym zadaniem było utrzymywanie trwałości łączących ją spoin. I w zasadzie nic więcej. Dziś, nie tylko ze względu na internet, ale także z tego powodu, że na allegro i innych aukcjach pojawia się mnóstwo interesujących publikacji dostępnych dla ludzi władających językami, hierarchia zaczyna się sypać. Książki, o których piszę są drogie, kosztują około tysiąca złotych za egzemplarz, a za pdf ok. 200, ale znikają błyskawicznie, albowiem przedstawione tam treści są unikalne i potrzebne ludziom. Także tym, do których ci biedni aspirujący durnie z tytułami naukowymi kierują swoje komunikaty.

Nie jest łatwo opuścić hierarchię, więc oni wykonują najpierw jakieś ostrożne ruchy. Czynią to z obawy, by nie stracić autorytetu, którego przecież i tak nie mają. Studenci ich olewają, promotorzy wykorzystują, a w głowie telepie się niejasna świadomość, że być może za chwilę cała ta ich hierarchia nie będzie ważna.

Tym czasem na świecie trwa normalny obrót informacją, a te najważniejsze rzeczy, które u nas żeni się klientom po tysiaku, są tam dostępne w normalnych cenach. Dlaczego tak? Ponieważ żyjemy w rzeczywistości, w której działa prewencyjna cenzura i autocenzura. Ona działa w dodatku bez zarzutu, a jej najważniejszym paliwem jest złudzenie. Dotyczy ono trwałości i powszechnej ważności hierarchii naukowej. Pisałem już o tym sto razy, ale jeszcze powtórzę. Claude Levi-Strauss, w książce Smutek tropików, opisuje plemię mieszkające gdzieś w południowej Brazylii, które było tak przeczulone na punkcie swojego miejsca we wszechświecie, szalenie według tego ludu istotnego, że kiedy jakiś etnolog zaproponował kilku z nich wyjazd do Anglii, w tym kilku kobietom, one obawiały się, że król mógłby próbować zaaranżować małżeństwo z jedną z nich. No, a one musiałyby odmówić i zrobiłby się ambaras na skalę wszechświatową. To samo uczucie hołubią w sercach wszyscy młodzi naukowcy specjalności humanistycznych, czynni w Polsce. Nie przychodzi im do głowy, że skala obrotu treścią jest dla nich nie wyobrażalna, targi zaś gdzie się tym towarem handluje są daleko, daleko poza ich zasięgiem. Tak, jak to ostatnio zasugerowałem, drwiąc z naszych tu poczynań, te ekscytujące nas sprawy zostały dawno przerobione na gry planszowe dla nerdów. O tym by zrobić grę planszową z treści, wspomnianych na początku tekstu, nie może być, rzecz jasna mowy. To są flaki z olejem.

Dlaczego w Polsce działa ukryta cenzura? Łatwo to sobie wytłumaczyć, choć nie każdy to rozumie. Bo kraj nie jest wolny. Kolejne pokolenia dorastają z lękiem w sercach, a lęk ten dotyczy kwestii – a co będzie jak powiem za dużo, albo za dużo napiszę? Hierarchia może mnie odrzucić. Być może, i ja się tym łudzę, wynika z przyrodzonego tchórzostwa, a nie z tego, że ktoś utrzymuje dyscyplinę wśród nerdów-humanistów jakimiś twardymi metodami. W końcu można korzystać z obcojęzycznych wydawnictw, to jest legalne i w sumie proste. No, ale wąskie gardło dystrybucji informacji certyfikowanych i ważnych jest kontrolowane, poprzez rozdawnictwo synekur i tytułów, a być może przez coś jeszcze.

Z tymi tytułami sprawa jest bardzo ciekawa, albowiem większe przywiązanie do nich ujawniają propagandyści lewicowi. To im bardziej zależy na tytułowaniu ich doktorami i profesorami. Zaraz pokażę dowód. Ci, którzy określają się jako konserwatyści, mają to często w nosie, choć nie wszyscy. Lewica ma przymus powoływania się na tytuły, a to z tego względu, tytuł jest argumentem w dyskusji. To zaś co lewica proponuje, to zbrodnicze brednie ułożone w sekwencje nie do zaakceptowania, zamaskowane bełkotem. Żeby podnieść znaczenie tych trucizn stawia się przy nich doktora habilitowanego. Często wyglądającego jak by należał do tego plemienia, o którym pisał Levi-Strauss. Proszę bardzo.

https://www.youtube.com/watch?v=-dF-Sc6Q21k

Tu akurat gadają o motłochu, który – jak słusznie przypuszczają – wymknął im się z rąk. To znaczy nie im, ale ludziom, którzy ich wynajmują, by opowiadali te brednie. Mam do tego także link tekstowy, ale nie sądzę, by ktokolwiek był zdolny to przeczytać. Są to bowiem treści wywrócone całkiem na drugą stronę. To jest reklamowane na Seszelach futro z niedźwiedzia, które według nich każdy mieszkaniec wysp powinien nosić, żeby czuć się jeszcze lepiej. Nie sposób przez to przebrnąć, ale chcę, żebyście to zobaczyli.

https://nowyobywatel.pl/2019/02/27/odzyskac-motloch-rozmowa-z-dr-lukaszem-mollem-i-dr-michalem-pospiszylem/

Nie łudźcie się tylko tym komunikatem, który pojawia się na początku, że oni są na granicy bankructwa i poszukują sponsorów. Na pewno mają sponsora i na pewno nie upadną, takie komunikaty zaś służą wyłącznie, tak samo, jak tytuły naukowe, uwiarygodnieniu wypisywanych na tym portalu idiotyzmów. Wróćmy do cenzury. Ona jest jest z nami do bardzo dawna, ale nie potrafimy tego zrozumieć. Polega dziś nie na zakazach, ale na powszechnym udostępnianiu treści darmowych, które przerabiane są na lekkostrawną papkę. To przyszło z zachodu i polega na tym, o czym już pisałem – na zamienianiu ważnych kwestii w gry planszowe. Mamy więc trzy metody działania cenzury – promocja treści oczywistych opakowanych w folię z napisem super rewelacje naukowe podszyte polityką, umieszczanie książek w tak zwanym wolnym zasobie, do którego nikt nie zagląda, a nawet jeśli zagląda to i tak nic z tego nie rozumie, no i popularyzację sieciową polegającą na rysowaniu przemądrych schematów, na tematy od dekad znane, które komentują różne świry, domagające się dla siebie specjalnych praw. To w zasadzie załatwia wszystko.

Ja, mimo wszystko jestem dobrej myśli, albowiem coraz więcej ważnych wydawnictw trafia na polski rynek. One są niezauważalne dla osób, o których tu piszę , ale to nie ma znaczenia. Podobnie jak nie miało znaczenia dla króla Wielkiej Brytanii, czy na wyspę zjadą jakieś dziewczyny z dziwnego plemienia w Brazylii, czy też nie.

A tu promocja książki, którą wydałem mimo cenzorskich ograniczeń w dystrybucji treści.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zydowscy-fechmistrze/

  10 komentarzy do “O spójności hierarchii i cenzurze”

  1. Pośpiszyl i Moll o sobie mówią motłoch –  bo nie mówią po polsku, posłuchajcie jak stawiają akcenty w polskiej mowie, dużo zadęcia , tytułomania, brak zajęć z retoryki

  2. W tak zawiły, pokrętny sposób mówią ludzie, którzy ukrywają właściwy przekaz.

  3. >historia polityczna splata się z historią gospodarczą..….i erotyczną

    Gry towarzyskie o sławę i cnotę

  4. Być może w humanistyce publikowanie w wolnym dostępie służy celom, które Pan opisał, tzn. pogłębianiu zamętu. W dziedzinach przyrodniczych z pewnością tak nie jest. Wolny dostęp (który trzeba opłacić – międzynarodowe czasopisma biorą 2-3 tys $ za jedną pracę) służy tutaj drenowaniu frajerów z pieniędzy. Nasz minister pilnuje, żeby pieniążki do obcych wydawnictw wartko płynęły, wymaga bowiem publikowania w międzynarodowych czasopismach w takim, suto opłacanym dostępie. NCN mu w tym wtóruje i grube miliony marnowane są co roku na te fanaberie. Obudowane to jest kłamstwem, że społeczeństwo płaci naukowcom i chce wiedzieć za co. Już widzę, jak społeczeństwo studiuje z wypiekami na twarzy specjalistyczne publikacje z których niczego ni w ząb nie rozumie. A najlepsze jest to, że uczelnie mają wykupiony internetowy dostęp do większości liczących się czasopism naukowych, więc wszyscy pracujący w polskiej nauce i tak do interesujących ich prac mają, bez względu na to, czy zostały wydrukowane w wolnym dostępie, czy nie. Taka granda.

  5. O rozdawnictwie synekur…

    Tak się złożyło, ze ostatnio udało mi się ściągnąć bogato ilustrowany francuski przewodnik po okolicach Paryża z końca 19. wieku. Nie było łatwo, bo oprócz tych co komercyjnie żerują na braku dostępu internetowego, jest tylko kilka bibliotek na świecie, które tę pozycję mają. British Library niby udostępnia, ale po dwóch dniach prób poddałem się i wówczas jedna biblioteka amerykańska, która normalnie zezwala na dostęp tylko innym współpracującym, pozwoliła mi na wejście w posiadanie tej książki. Dość szybko znalazłem w niej opactwo, które należało do Jana Kazimierza. Zajrzałem do polskiej wikipedii, a tam jest podane zupełnie inne opactwo. Więc zwróciłem się do książki o Janie Kazimierzu, a tam jest jeszcze inne opactwo (w którym umarł). Wreszcie poszukiwania doprowadziły mnie do artykułu, gdzie wspomniano, że Ludwik XIV zapewnił mu kilku opactw. A były to opactwa niezwykle dochodowe.

    Kiedy wreszcie ministerstwa kultury i szkolnictwa zabiorą się, za promocję polskiego dziedzictwa przez najszerszą platformę encyklopedyczna na świecie.

  6. międzynarodowe czasopisma biorą 2-3 tys $ za jedną pracę) służy tutaj drenowaniu frajerów z pieniędzy. Nasz minister pilnuje …

    Dalszej bredni już nie cytuję – z litości dla pana. Jak ktoś ma problem z elementarnymi liczbami, i myli wartość $30-35 za publikację, gdy kupuje ktokolwiek pojedynczy artykuł (takie są ceny w czołowych czasopismach naukowych takich jak Nature, Science, Physical Review, Chemical Reviews, Journal of American Chamical Society (słynne JACS) itp.)  i pisze o cenach „2-3 tys $ za jedną pracę” to już wiadomo, że nic ciekawego nie napisze i szkoda czytać.

    Chłopie, aby trochę dalej cię jednak pognębić, wyjaśniam, że 2-3 tys. dolarów to jest zwykle miesięczny abonament za dostęp do całego czasopisma. Np. lutowe (2021) wydanie JACS-ów, to ok. 1335 stron i ponad 195 artykułów. Tzn. z artykuł płacony w abonamencie wychodzi $0,18 (18 centów).

    Nie pisz tutaj – zaniżasz poziom, i zniechęcasz potencjalnych, ale myślących czytelników.

  7. Nie dość, że jest pan ignorantem, to jeszcze jest pan niegrzeczny. Skoro już pan wspomniał topowe czasopisma, to proszę bardzo (https://www.nature.com/articles/d41586-020-03324-y). Jak tam można wyczytać, w czasopismach firmowanych przez Nature „From 2021, the publisher will charge US $ 11,390 to make a paper open access (OA) in Nature and 32 other jurnals ….”. Na wszelki wypadek przypominam, że w anglojęzycznych publikacjach przecinkiem oddziela się tysiące, a nie całości :). Inne ceny może pan znaleźć np. tu  https://www.frontiersin.org/about/publishing-fees. Jak widać, w czasopismach z bardziej liczących się dziedzin wynoszą one 2490-2950$. Podobnie jest w czasopismach wielkich koncernów wydawniczych, takich jak Springer czy Elsevier. Nie podejrzewam pana o dociekliwość, ale gdybym się mylił, to polecam zaglądnięcie na strony ich czasopism, tam są ceny za publikację artykułów w OA w ich najlepszych i średnich czasopismach. O ile będzie je pan w stanie odróżnić od mniej liczących się tytułów. Mimo wszystko nie odradzam panu pisania tutaj, bo nie mam zamiaru wchodzić w buty gospodarza. Poza tym może pan dostarczyć trochę urozmaicenia i zabawy swoimi komentarzami, co w tych ponurych czasach nie jest takie złe.

  8. Dokladnie…

    …  po  prostu,  przez  Krzyska  przemawia  sama  „kultura”…  i  to  nie  od  dzisiaj,  w  koncu  Krzysiek  sie  dofika…  on  juz  wczesniej  dostal  od  Gospodarza  „chinskie  ostrzezenie”,…

    …  a  „wiedze”  Krzyskowa  biore  w  nawias.

  9. Tu nie ma mowy o żadnej, nawet szczątkowej wiedzy. Ten człowiek nie odróżnia nawet jednorazowej opłaty czytelnika za przeczytanie/ściągnięcie artykułu od opłaty autora artykułu za umieszczenie go w OA, po to, by żaden czytelnik nie musiał płacić.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.