Sie 192018
 

Nie mam w zasadzie żadnych możliwości, żeby zarządzać tym co dzieje się na SN, oczywiście możemy wyrzucać troli, ale nie o taki rodzaj zarządzania mi chodzi. Każdy może się tu zalogować i pisać co chce. Regulamin jest krótki i łatwy do zaakceptowania. To jednak stwarza pewne złudzenie, któremu ulegają niektórzy autorzy. Złudzenie, że wiedzą lepiej, co jest dla portalu dobre i co spowoduje na nim zwiększony ruch. Mówię więc wprost co powoduje taki ruch – zmiana sposobu pisania oraz zmiana tematyki, a także nowe formy przekazu. Jeśli ktoś, jak swego czasu boson, uprał się żeby zapełnić sobą ten portal, bo mu się zdawało, że tak podniesie jego jakość, ten popełnił i popełnia błąd. Na szczęście nie ma już takich osób. Ja nie mam na takich autorów żadnego wpływu, bo postanowiłem, że nie będziemy nikogo wypraszać, a jedynie tłumaczyć. To samo dotyczy komentatorów. I ja tak tłumaczę. Im więcej tłumaczę i im więcej czasu na to zużywam, tym bardziej jestem lekceważony, a pewność interlokutora co do swoich priorytetów rośnie. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale myślę, że powód może być następujący – ja osobiście, dopóki nie zacznę pisać, a dla niktórych nawet wtedy, nie mam żadnych widocznych charyzmatów. Nawet nie wyglądam jak autor, A to, co deklaruję, mam na myśli sprawy polityki portalu, odbierane jest jako moje głupie upory i szajby. W czasie takiego tłumaczenia pojawia się proste pytanie, które zawisa w powietrzu – kim ja jestem i co ja wiem, żeby stawiać komukolwiek wymagania? Czy ja wiem na przykład ile wazeliny trzeba produkować codziennie, żeby zrobić karierę naukową w zagranicznym ośrodku? Nie wiem. Czy ja wiem, co to jest starość i brak zainteresowania ze strony bliskich? Nie wiem. Czy ja wiem co to jest samotność? Nie wiem, bo ciągle mam kogoś na głowie i ciągle muszę komuś coś tłumaczyć. Czy ja wiem, co to jest nuda wreszcie, nuda zabijająca wszelkie życie. Nie wiem. A skoro nie wiem, to o co mi chodzi? Najlepiej by było gdybym zniknął i dał ludziom spokój, wtedy każdy będzie sobie pisał co tam chce i będzie dobrze. Nie będzie. Możecie mi wierzyć, albo nie, ale jak zniknę, to nie zostanie tu kamień na kamieniu, a Wy wszyscy rozejdziecie się do domów z kwaśnymi minami, nie rozumiejąc co się stało. Nie jestem ani specjalnie uciążliwy, ani drażniący, mam tylko więcej niż Wy informacji dotyczących funckjonowania portalu i całego tego biznesu. I tak – nie ma racji red pill składając tu te swoje, coraz głupsze propozycje dotyczące sprzedaży i różnych działań promocyjnych. Nie ma racji toyah pisząc o zespołach z nadzieją na to, że sprzedamy zalegający w magazynie nakład książki o zespołach, nie ma racji valser kłócąc się z nim o sprawy, które nie mają znaczenia, nie ma racji orjan tłumacząc mi tu różne muzyczne sublimacje. To są sprawy nieważne. Co jest istotne? To, jakim rejestrem emocji zarządzamy i czy zarządzamy nim bezpośrednio, czy też może pożyczamy od kogoś witkę wierzbową, za niemałą opłatą, żeby te emocjonalne gęsi pędzać po łące. To jest rzecz najistotniejsza i podstawowa. Dotyczy bowiem sprzedaży. Nasz portal i nasz projekt gromadzi tyle osób ponieważ trafiliśmy na żyłę emocji, nie eksploatowaną do tej pory przez nikogo, a mało tego starannie przed wszystkimi ukrywaną. To są sprawy zwiążane z omertą, o której już tu pisałem, a która pomaga nam działać i sprzedawać książki. Im więcej milczenia tym dla nas lepiej. Wiele osób żyje złudzeniem, że jest inaczej, że można tu eksploatować każdy rodzaj emocji i człowiek zyska czytelników i popularność. Tak się nie stanie. To jest łatwo rozpoznawalne i czytelne, czytelne poprzez styl wypowiedzi, a rozpoznawalne poprzez sprzedaż. Teoretycznie najlepsze i najciekawsze książki nie sprzedawały się i nie sprzedają wcale. Nie mam tu na myśli wszystkich książek, ale niektóre. Najsłabiej schodzącą moją książką, były „Dzieci peerelu” przez wielu ludzi uznawane za moją najlepszą książkę. Ciągle odbieram sygnały, że wspomnienia z Kazachstanu napisane przez Stanisława Złotkowskiego, dziadka naszego kolegi beczki, są świetne, ale one się nie sprzedają. To samo jest z książka o zespołach, to samo jest z książką o Sebastianie Polonusie, malarzu z Polski, który tworzył we Włoszech. Dlaczego tak jest? Ponieważ emocje związane z tymi produktrami są albo łatwo dostępne dla wszystkich i wszystkich zawstydzające, a przez to nie dające nikomu potrzbnych satysfakcji, albo autorzy je jedynie dzierżawią, mając płonną zupełnie nadzieje, że uda im się sprzedać te emocje jako własne. To jest fikcja. Cały segment spraw związanych z rock and rollem jest własnością wielkich wytwórni i dystrybutorów. To oni sprzedają te gawędy i oni je kreują. Toyah, w książce o zespołach odwołuje się do spraw pokoleniowych i estetycznych, które nie tworzą zadowalającego targetu. Można się oczywiście łudzić, że jest inaczej, ale nie jest – nie my jesteśmy właścicielami emocji związanych z zespołami. Jeśli zaś ktoś uważa, że te czy inne przeżycia z koncertów, na których był przed laty dają mu jakąś przewagę w dyskuji, niestety błądzi. To samo jest z książkami dotyczącymi artystów, sposób pisania o malrzach, rzeźbiarzach i architektach, był, jest i będzie oszukany. Stoją za tym historycy sztuki, wyjatkowo ponura banda kanciarzy, naśladowanie ich nie ma sensu i nie robi sprzedaży. Ja niestety musiałem się o tym wszystkim przekonać na własnej skórze, jak zawsze zresztą, dlatego mam dziś tę unikatową wiedzę i się nią z Wami dzielę. Zarysowany tu schemat może być punktem wyjścia do dalszych rozważan dotyczących polityki portalu i popularności poszczególnych autorów. Ja celowo nie chwalę i nie podnoszę znaczenia poszczególnych osób i ich tekstów, albowiem wychodzę z założenia, że każdy musi zorganizować wokół siebie grupę czytelników. Im trudniej mu będzie tym lepiej, nauczy się, na przykład, że chwilowe sukcesy nic nie znaczą i często trzeba zawracać z drogi, która wydawała się prosta i gładka, bo ludzie zwyczjanie się nudzą, albo wpisują te same, płakie i banalne komentarze. Jakość tekstu jest związana z wynikami sprzedaży, to jest oczywiste, a jakość tekstu to jest walor leżący cholernie daleko od kokieterii, za to bardzo blisko dyscypliny. I nie mówcie mi, że ten jest stary, tamten chory, a ten znowu zmęczony, w związkuz tym każdy z wymienionych może już tylko powtarzać to, co robił do tej pory. Nie mówcie tak, bo to jest zwalanie odpowiedzialności za sukces na mnie. Ja zaś już wiem czym to pachnie, bo mam za sobą kilka irytujących rozmów, w czasie których zostałem obarczony odpowiedzialnością za brak wyników sprzedaży. To moja wina, bo powinienem przewidzeć jak się zachowa rynek. Tego nikt nie jest w stanie przewidzieć, a ja jako jedna z nielicznych osób biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność finansową za projekt. I czasem nie trafiam. Nie myślę jednak o tych projektakch powierzchownie, ale staram się dojść do wniosków głębokich i powszechnie ważnych, takich jak te powyżej. Z faktu, że poruszamy się na obszarze emocji wykreowanych i zarządzanych przez wielkie machiny promocyjne, nie wynika wcale, że nie możemy sprzedać książek pozostającej w zakresie emitowanych przez nie wzruszeń. Możemy, tylko musimy znaleźć odpowiedni sposób. Wszyscy zainteresowani powinni zająć się jego poszukiwaniem, nie tylko ja, bo ja mam na głowie nowe, wchodzące właśnie projekty. Wszyscy – podkreślam – i nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest stary, chory, umierający czy jakiś jeszcze…Żadnych tłumaczeń słuchał nie będę. Nie będę ponieważ, żeby przetrwać zamawiam trudne i niełatwo sprzedawalne książki z rynku, za które każą mi płacić z góry, jak jakiemuś złodziejowi, a potem kombinuję, jak je dystrybuować. Nie mogę wziąć książek łatwych, które na pierwszy rzut oka gwarantują sukces, bo to – wobec powyższych wniosków – mnie zabije. Nie mogę stanąć do wyścigu szczurów, w zawodach, kto najtaniej sprzeda książkę pod tytułem „Wspomnienia nieznanej kochanki Hitlera”, bo nie o to chodzi w prawdziwej sprzedaży. To jest jeden rodzaj pułapki, w który usiłują mnie wepchnąć, a czasem sami wpadają, różni spryciarze. Są inne, jeszcze grosze. Pokusa by wydawać książki „na Żydów” jest wielka i nie do zwalczenia dla niektórych. Uprzedzam z tego miejsca, że choć wydamy Pająki Klemensa Junoszy, a później, na jesieni Emanuela Małyńskiego, nie pozwolę nidgy żeby nasze wydawnictwo znalazło się w takiej niszy. Nie boję się omerty. Już ją oswoiłem i mam w nosie milczenie. Jedyne czego teraz potrzebujemy to zwiększenie dynamiki portalu, tego zaś nie osiągniemy poruszając się po obszarach emocji kreowanych przez innych i udając, że to nasze i przez nas odkryte. Tak się nie da. Nie da się udawać Sienkiewicza i nie da się sprzedawać książki o zespołach w taki sposób w jaki próbuje to robić ostatnio toyah. Trzeba znaleźć inny sposób. Nie ma wyjścia. On na pewno jest, ale pewnie nie łatwy od odkrycia. Nikt tu jednak nikomu nie obiecywał, że będzie łatwo.

Co to jest dynamika portalu? To jest dynamika autorów. Tę zaś możecie ocenić sami, a jeśli nie możecie, bo coś Wam przeszkadza, albo popadacie w stupor i zadziwienie, albo coś Was boli czy też może uwiera, narażacie się na odczytywanie takich jak ten tekstów.

Powrócę jeszcze na chwilę do sprawy zarządzania. Ten portal różni się zasadniczo od takich miejsc jak salon24 czy blog Artura Nicponia, różni się moim zdaniem na plus, albowiem ja nie różnię się niczym od żadnego z obecnych tu autorów. A jeśli to na pewno na minus, nie znam angielskiego jak toyah, nie jestem mistrzem karate jak valser, nie potrafię poruszać się w zawiłościach prawa i ekonomii tak jak pantera. Nie mam wielkiego majątku jak Artur Nicpon i nie jestem szefem Instytutu Wolności jak Igor Janke. Jedyne co mogę robić, żeby poprawić dynamikę swoją i SN to pracować nad formą. Nad swoją własną formą i nad formą przekazu informacji przez innych. Jeszcze raz więc proszę, żeby wszyscy zwrócili na to uwagę, ani SN, ani PGR, ani nawet coryllus.pl nie istnieją po to, żeby promować mnie, one są po to, żeby promować innych. Tak się niestety składa jednak, że niektórym wydaje się, iż wystarczy tu wejść, żeby zakwitnąć. To nie jest prawda.

Zapraszam na portal www.prawygordnyrog.pl Przypominam także, że że w czwartek 23 sierpnia w Zielonej Górze, przy ul. Zjednoczenia 92 , w studiu TV odbędzie się mój wieczór autorski. Początek o 18.30, wstęp wolny

  23 komentarze do “O sprzedaży emocji i książek”

  1. ” Możecie mi wierzyć, albo nie, ale jak zniknę, to nie zostanie tu kamień na kamieniu, a Wy wszyscy rozejdziecie się do domów z kwaśnymi minami, nie rozumiejąc co się stało.” 100/100 🙂

  2. >Nawet nie wyglądam jak autor…

    My jelenie i samiec alfa (ⓒ Darcy 2018, za zgodą autorki)

  3. Przepraszam za 2 wpis.

    Najlepszą książką GM jest „Socjalizm i Śmierć” 2. „Kredyt i Wojna” 3. Baśnie 2 i 3. 4. „Dzieci PRL.” W USA w poprzednim wieku doszli do tego, że najlepszy towar, to ten, który się najlepiej sprzedaje. Dlatego niekwestionowanym najlepszym artystą a wręcz Królem rynku muzycznego jest Michael Jackson. I żadna Franklin, Sumi Jo czy Mozart nie ma do niego nawet startu. Sprzedaż treści uderzających w Omertę to gwarancja sukcesu dlatego miedzy innymi książka „Gomorra” czy te pisaniny Masy rozchodzą się jak świeże bułki. Przewiduję, że Trylogia „Socjalizm i Śmierć” nigdy nie doczeka się promocji po 10 pln 🙂

  4. „Jakimi koleinami idzie myśl wyborcy tego nie wie nikt” mawiał mój kolega zatrudniający się przy wyborach. Parafrazując to jego zdanie na „jakimi koleinami idzie sprzedaż książek ….” można powiedzieć, że otwiera się nowe zapotrzebowanie na książkę (tle że chyba byle jaką), gdzie książka pełni pozór czytani, stosowane  w metrze. Siadasz, otwierasz książkę masz oczy spuszczone, czytasz, nie widzisz stojących pasażerów, dojeżdżasz, zamykasz książkę wysiadasz z Metra, koniec. No ale jednak książkę musi taki jeden z drugim pasażer korzystający z zapodanego schematu – mieć, czyli kupić.

  5. książki Coryllusa mam wszystkie, bo wszystkie są dobre i kolejne kupuje na prezenty.

  6. I teraz sie z Panem zgadzam…

    … nawet  1000/1000  !!!

  7. Również mam od dawna wrażenie, że pewne tematy – wobec coraz bardziej osaczającej nas rzeczywistości – są „po nic”. Palcem nie pokażę, bo i niedziela, i nie moja to rola.

    No ale – często jednak jakiś brylancik można na SN wydłubać.

    Wiele osób było w szoku, gdy rozpoczęły się na SN pałowania pomiędzy autorami i komentatorami, z używaniem ad personam wyrazów powszechnie uważanych za. W takich razach naprawdę konieczna jest interwencja Właściciela, bowiem to pachnie rynsztokiem internetowym. A SN na coś takiego szkoda. Również palcem nie wskażę, ale zapewne wszyscy PT Tutejsi wiedzą o kogo i o co chodzi.

  8. „Ja nie mam na takich autorów żadnego wpływu, bo postanowiłem, że nie będziemy nikogo wypraszać, a jedynie tłumaczyć. To samo dotyczy komentatorów.” – Znaczy się ktoś obcy samowolnie blokuje cenzuruje i wywala autorów oraz komentatorów bez wiedzy i zgody gospodarza 🙂

  9. Źle się tu czujesz? Zawsze możesz iść gdzie indziej.

  10. „ale zapewne wszyscy PT Tutejsi wiedzą o kogo i o co chodzi” – uwielbiam tego typu niedomówienia 🙂 Zamiast powiedzieć wprost o  kogo i o co chodzi otwiera się puszkę pandory której zawartość obrzuca wszystkich. Ale dla mnie najdziwniejsze jest to że mimo iż jestem dość częstym bywalcem na SN nie zauważyłem żeby:   „Wiele osób było w szoku, gdy rozpoczęły się na SN pałowania pomiędzy autorami i komentatorami, z używaniem ad personam wyrazów powszechnie uważanych za.”

  11. Czuje się świetnie ale mnie tu nie ma. Poprosiłem o prawo do publikowania na SN już jakiś czas temu i tego prawa nie dostałem. A chętnie bym się odniósł na przykład do treści dzisiejszego wpisu. W komentarzach jest za mało miejsca.

  12. Dobrze, że zacząłeś z takie pozycji. Nie dostaniesz tego prawa, bo to oznacza jedynie, że nie masz nic do powiedzenia. Chcesz tam wejść po to, żeby zwracać na siebie uwagę i wylecieć za pięć minut

  13. O! 🙂 Właśnie zauważyłem że już nawet nie mogę się zalogować na SN. A więc nie tylko opublikować cokolwiek, ale nawet komentować mi nie wolno. A więc to co pisze na SN cbrengland: ” Smakujmy przeczytany tekst i tyle. A jeśli mamy coś do powiedzenia unikatowego, możemy pisać teksty własne. Jak mówi Coryllus, każdy może.” – świadczy o tym że albo facet jest kompletnie nietomny, albo najzwyczajniej w świecie z pełną świadomością sieje demagogię szytą już nawet nie grubą nicią ale wręcz szpagatem.

  14. „że nie masz nic do powiedzenia.” – byś się zdziwił 🙂 Ale nie problem w Twojej zgodzie czy niezgodzie do wypowiadania się na SN. Tylko w utrzymywaniu fikcji że „śpiewać każdy może”… – to znaczy pisać.  Jak będę chciał to wypowiem się gdziekolwiek. Choćby na „S24” albo u „Matki Kurki” i to i tak dojdzie do tego czytelnia którego będę chciał.

  15. dzięki za pozwoleństwo. Chcę na SN 🙂

  16. I nie łżyj, że nie możesz komentować

  17. Jak widać tu jeszcze mogę komentować. Na SN mam bana 🙂 pewnie osobistego od parasola skoro Ty o tym nic nie wiesz. I proszę nie mów do mnie „nie łżyj” skoro nie kłamię.

  18. Ok zresetowałem hasło i już mogę się zalogować na SN 🙂 Teraz poproszę jeszcze o zgodę na publikowanie na blogu.

  19. Obiecuje że wszystko co tam opublikuję nie będzie zawierało grama wazeliny. Uważam bowiem, że największą przeszkodą w realizacji calu głównego SN (czyli sukcesów w sprzedaży książek) jest nadmiar wazeliny właśnie.

  20. Czy ktoś w temacie z tutaj zgromadzonych mógłby wypowiedzieć się w czym tkwi szkopuł odnośnie tych dzisiejszych organizacji charytatywnych i jak państwo organizuje dla nich różne zniżki, bonusy.

    W Polsce są te deklaracje o przekazywaniu 1-procenta na jakąś tam organizację.

    W UK natomiast jest, że jeśli daję na tacę (Polska Misja Katolicja jest zarejestrowana jako organizacja charytatywna) w odpowiedniej kopercie (zawiera informacje podatnika) to państwo dopłaca (25% do każdego funta sterlinga).

    W innym przypadku zauważyłem, że firma LTD która działa również jako organizacja charytatywna (przy uniwersytecie) dostaje różne charytatywne bonusy na całość swojej działalności.

    Kamil Cybulski – najmłodszy polski milioner, kiedy pojawiał się tutaj w UK (pomagał przenosić działalność Polaków z Polski do UK) sam w sumie stwierdził, że ludzie powinni zainteresować się i działać jako organizacja charytatywna (charities).

    Moje ostatnie pytanie jest czy katolikom tudzież księżom wypada nakłaniać ludzi na branie udziału w takim programie. Oczywiście profity są, ale na każdego takiego katolika państwo ma kwity.

    Oczywiście UK to jest eldorado różnego rodzaju świeckich organizacja charytatywnych. Te 20000 zborów luterańskich w Niemczech to pewnie też nie przypadek.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.