Lis 232019
 

Dawniej golonkę jadłem rzadko. Wszystko przez to, że uwielbiał ją mój ojciec i zawsze kazał sobie przyrządzać gotowaną. Każdy mniej więcej wie, jak wygląda gotowana golonka. To jest wielki kawał miękkiego, smacznego mięsa, otoczony grubą warstwą, drgającego i prześwitującego miejscami tłuszczu, na którym trzyma się świńska skóra. Ta zaś po ugotowaniu jest prawie tak samo miękka jak tłuszcz i sterczą z niej białe, sztywne kłaki, których przed ugotowaniem nie opala się. A przynajmniej nie opalało się u mnie w domu. Ojciec zasiadał do golonki, jakby to było jakieś nieziemskie misterium. Golonka dymiła na talerzu, a on zabierał się do niej samym tylko widelcem, albowiem nie uważał, by prawdziwy mężczyzna potrzebował czegoś więcej do rozprawienia się z golonką. Zaczynał od skóry, którą pochłaniał w całości, owijając ją na tym widelcu. Nie wiem jak to robił, ale była to jakaś wyższa szkoła konsumpcji pochodzenia druidycznego chyba. Gdyby bowiem ktokolwiek, ja czy nawet taki wyczynowiec jak valser, próbował wciągnąć ten płat, drgającej, owłosionej skóry świńskiej przez otwór gębowy umarłby w czasie tej operacji natychmiast i byłaby to śmierć w męczarniach. A stary rozprawiał się z tym, jak francuski smakosz z ostrygą. Potem przechodził do konsumpcji tłuszczu. W tym momencie wychodziłem do innego pomieszczenia. Nie mogłem na to patrzeć, ani jako dziecko, ani jako człowiek młody, wchodzący w dorosłość. Potem ojciec umarł i nie musiałem już patrzeć jak zajada golonkę.

Przez długi czas broniłem się przez pokusą zjedzenia golonki, bo obawiałem się, że przyniosą mi na talerzu to, co miałem okazję oglądać w domu. W zasadzie za jedzenie golonki zabrałem się całkiem niedawno. Pierwszą próbę podjąłem w miasteczku Łodzi, kilka lat temu, kiedy byłem tu na festiwalu komiksu. Nie pamiętam w jakim hotelu spałem, ale gdzieś przy dworcu kaliskim. I tam mieli w karcie golonkę pieczoną. Zaryzykowałem i okazało się, że trafiłem. Była przyrządzona w płatach, skórka była pięknie wypieczona i chrupka, a tłuszcz się wytopił, zostało go tylko trochę i był bardzo smaczny. Potem, zamawiałem jeszcze golonkę kilka razy. Za każdym razem wstawałem od stołu jak bąk, który chciałby wzlecieć w powietrze, ale nażarł się za dużo nektaru z kwiatka i może tylko wolno i bardzo ostrożnie chodzić po ziemi, pilnie uważając na to, by nie rozdeptało go coś większego od niego.

Wczoraj, podbechtany ewidentnie diabelską pokusą, zamiast zamówić sobie coś lekkiego na dole, w restauracji hotelowej, poszedłem na miasto. Chciałem zobaczyć jak wieczorem wygląda ulica Piotrkowska. Otóż nie wygląda zbyt szczególnie, w niektórych lokalach nie wolno palić i ludzie stoją na zewnątrz, z papierosami w rękach, zziębnięci i wygląda to tak, jakby czekali na jakiegoś pijanego frajera, z gotówką. Najpierw minąłem jakiegoś pana siedzącego na ławeczce, który trzymał w ręku książkę i był całkiem nią pochłonięty. Pan był oczywiście z brązu, ale ja nie rozpoznałem kto to i pomyślałem, że bliższą znajomość zawrę z nim jak będę wracał do hotelu. Szedłem i szedłem, minąłem restaurację Tel Aviv, do której nie zajrzałem przez swój, wyssany z mlekiem matki antysemityzm, minąłem kolejną ławeczkę, na której siedział Julian Tuwim, którego poznałem od razu, bo już kiedyś byłem w tym miejscu w dzień. Potem zaś zobaczyłem lokal o nazwie Bierhalle, w którym mieścił się też browar. Jakiś gruby pan palił papierosa przed samym wejściem, co z całą pewnością zniechęcało klientów, ale on się nie przejmował. Zajrzałem przez szybę raz, zajrzałem drugi i postanowiłem wejść. Akurat był wolny stolik dla jednej osoby. Lokal ten urządzony jest przedziwnie, ma kilka poziomów, a wystrój i gadżety mają, zdaje się, przypominać niemieckie bierhalle. Wyszło to tak sobie, bo właściciel kazał kelnerkom, z wyglądu studentkom niższych lat pedagogiki, ofiarom systemu bolońskiego, poprzebierać się w te dziwne bluzki z falbankami, dekoltami i wstążkami, a także w spódnice z fartuszkami na wierzchu. Może w Niemczech ma to sens, ale w Polsce nie za bardzo. Miałem wrażenie, że pani, która przyniosła mi kartę, a potem przyjęła zamówienie, to moja Michalina, tylko w coś przebrana. Na tyle lat bowiem wyglądała. Piwo podawali albo w kuflach, albo w takich dziwnych dystrybutorach stawianych na środku stołu. Miało toto kraniki i każdy sobie nalewał ile chciał. Zajrzałem w kartę, a że było ciemno, a ja coraz gorzej widzę, nie zobaczyłem tam nic, poza pieczoną golonką, która akurat znajdowała się na wprost moich oczu. Byłem bardzo głodny, bo nie poszedłem niczego przekąsić w ciągu dnia, miałem tylko kanapki z domu. Pomyślałem, że zjem jeszcze chleb ze smalcem, bo golonkę mieli mi przynieść za pół godziny dopiero. Zamówiłem oczywiście piwo, produkowane na miejscu, pszeniczne. To małe dziecko w dziwnej kiecce przyniosło mi chleb, smalec i ogórki, a ja ledwie się z tym uporawszy, pociągnąłem kilka łyków piwa i wtedy – a było zupełnie tak, jakby czas się zatrzymał – wjechała na stół golonka. Ja pierniczę…..! Leżało to na wielkiej, okrągłej desce , otoczone całymi, pieczonymi kartoflami, z jednej strony miało ogórki kiszone, a z drugiej kiszoną, podgotowaną kapustę z kminkiem. Na przodzie były chrzan i musztarda. Całość wyglądała jak uszykowana do walki hiszpańska piechota w bitwie pod Recroi. Ultimo tertio po prostu. Brakowało tylko powiewających chorągwi z krzyżami. Skórka była pięknie przypieczona i wyglądała na bardzo chrupką. Zacząłem myśleć o strategii. Rzucenie się na to i gwałtowne pochłonięcie jak największej ilości nie wchodziło w grę, albowiem miałem już w brzuchu ponad połowę piwa z dużego kufla, a do tego chleb, smalec i ogórki. Na pewno bym przegrał, a może jeszcze stałoby się coś gorszego, nie tylko nie dojadłbym golonki, ale przydarzyłby się jakiś refluks, nie daj Panie Boże. Próbowałem coś wymyślić i poszukać jakiejś pomocy. W tej chwili minęła mnie kelnerka i z autentyczną troską zapytała – czy da pan radę? Uśmiechnąłem się i powiedziałem – jasne, oczywiście, że dam, co to dla mnie. Odwróciłem się na chwilę i spojrzałem w bok, na ścianę. Wisiało na niej duże prostokątne lustro. Dam Wam dobrą radę – nigdy nie zamawiajcie golonki i piwa w lokalu, w którym na ścianie, obok waszego stolika wisi lustro. To jest przedmiot szatański, powieszony tam po to, byście mogli dokładnie obserwować własny upadek i poniżenie. Spojrzałem w to lustro, zobaczyłem swoje posępne oblicze, dobrze już zaczerwienione, a miejscami przypominające tą gotowaną golonkę, co ją przed laty podawała ojcu na stół własna moja matka i zrozumiałem, że to było kuszenie. Był przecież piątek, a ja zamiast zamówić rybę, zeżarłem smalec, a teraz miałem zamiast pochłonąć golonkę. Byłem w pułapce, a nie mogłem przecież wyjść. Chciało mi się jeść, a golonka stała i patrzyła na nie wyraźnie i szyderczo, tą dziurą w kości, która zawsze jest w środku, w tym mięsie i tłuszczu, niczym jakiś cyklop. Pomyślałem, że jak się zabiorę za nią tak powoli, po kawałeczku, to dam radę. Zacząłem od skórki, zjadłem wszystko i zabrałem się za tłuszcz oraz mięso. Pochłaniałem też pieczone ziemniaki, smarując wszystko obficie chrzanem i musztardą. Szło mi nieźle, ale golonki nie ubywało. Normalnie jak w bajce, jakby to była golonka odrostka, która po każdym kęsie regeneruje się i wzrasta na nowo. Pani Kelnerka podeszła znowu i powiedziała, że jak przegram, to ona zapakuje mi to w pudełko i będę mógł całość zabrać do domu. Spojrzałem najpierw na nią, a potem w lustro. Było coraz gorzej. Powiedziałem, że się zastanowię. Zjadłem ziemniaki, musztardę, chrzan i chciałem zabrać się za kolejny kawał mięsa, ale wyraźnie poczułem, że to koniec. Jeszcze raz spojrzałem w lustro i odwróciłem wzrok. W tym samym momencie podeszła do mnie kierowniczka Sali. – I co, nie da pan rady – zapytała. Uśmiechnąłem się tylko, a ona pokiwała ze zrozumieniem głową. Kiedy przechodziła kelnerka, poprosiłem o rachunek i zapakowanie golonki. Popatrzyła na mnie ze zrozumieniem. Kiedy wychodziłem wszyscy wydawali się mi współczuć i mówili, żebym jeszcze kiedyś tam wrócił i nie wynosił złych wspomnień.

Na ulicy było zimno. Szedłem szybko, bo chciałem się natychmiast położyć, w ręce miałem styropianowy pojemnik pełen golonki, wciśnięty w dużą foliową torbę. Ciężar był znaczny, z pół kilo może. – Ciekawe ile to wszystko razem ważyło – zastanawiałem się. Kiedy byłem przy ławeczce z dziwnym panem z brązu, co trzymał książkę w ręce, miałem ochotę biec. – A niech cię szlag – pomyślałem o nim brzydko i wręcz rzuciłem się na przejście dla pieszych. Hotel był po drugiej stronie, całkiem niedaleko.

Obudziłem się w nocy, zdziwiony nieco bulgotaniem wydobywającym się z mojego własnego brzucha. Za oknem była biała ściana sąsiedniego hotelu. – Jasno – pomyślałem – zaraz zacznie świtać – jakoś mi się udało. Na śniadanie może nie zejdę, bo nie dam rady, ale zaraz będzie dzień i wszystko zacznie wyglądać inaczej. Pomyślałem, że jak zerknę na zegarek uspokoję się jeszcze bardziej. No i zerknąłem. Była druga pięćdziesiąt osiem. Przede mną jeszcze co najmniej cztery godziny przewracania się w łóżku. O matko…Golonka stała na blacie przy oknie, obok komputera. Nie zajrzałem do środka, żeby mnie nie ugryzła. Nawet teraz jeszcze nie otworzyłem tego pudełka, choć jest dobrze po dziewiątej, a ja znów mam ochotę na coś do jedzenia. Zaraz sobie zejdę na dół, wypiję kawę, zjem jajecznicę, poprawię ogórkiem i pojadę na targ. Żebym tylko dał radę tam wysiedzieć.

  22 komentarze do “O straszliwej – i przegranej – walce z golonką, jaką stoczyłem w miasteczku Łódź, w lokalu o nazwie Bierhalle”

  1. Do historii literatury polskiej przejdziesz, autorze, dzięki kilku rzeczom. Dzięki rzeczom poważnym: notkom o panie Jarosławie, Sienkiewiczu i Prusie, dzięki wydobyciu z lamusa niebytu H. K. Milewskiego, ale też dzięki Mieżwiączce (rz?) i golonce. Dygotałem przy lekturze z emocji niczym konsumowana potrawa.

  2. Za PRL- u były takie doświadczenia z jedzeniem golonki, po obronie pracy magisterskiej na SGH. Doświadczenie miało miejsce w „Kameralnej” (róg Rakowieckiej i Alei Niepodległości). Zapraszało się na taki nieco  uroczystszy obiad, a panowie zamawiali oczywiście – golonkę.  Opis PRL-owskiej golonki się zgadza, ale zapomniał Pan, że jeszcze na owłosionej, świńskiej  skórce musiał być granatowo – niebieski  stempel. Po zjedzeniu tej potrawy wszyscy mówili, że stempel był najsmaczniejszy.

  3. Swietne!! 😀

  4. „Całość wyglądała jak uszykowana do walki hiszpańska piechota w bitwie pod Recroi. Ultimo tertio po prostu. Brakowało tylko powiewających chorągwi z krzyżami.”

    „golonka stała i patrzyła na nie wyraźnie i szyderczo, tą dziurą w kości, która zawsze jest w środku, w tym mięsie i tłuszczu, niczym jakiś cyklop”

     

    no i the best of the bedt of the best:

    ”Nie zajrzałem do środka, żeby mnie nie ugryzła”

  5. Trzeba było zamówić śledzia z gabloty 🙂

  6. I to się czyta! 😀

  7. Absolutnie genialnie napisane. To powinno być w kanonie lektur szkolnych i czytane jako wzorzec pisarski dla młodzieży i początkujących pisarzy. Właściwie tych doświadczonych też, wielu pisze strasznie drętwo mimo – czasami – porywających tematów. A tu o golonce. Można? Jak widać.

  8. Gdy akurat czytam nowy artykuł na stronie coryllus.pl i żona popatrzy mi z ciekawości przez ramię to słyszę : „Ja cież” i idzie dalej robić swoje sprawy.  A dzisiaj słyszała jak czytam coś i chichoczę.  No to dałem Jej komórkę i czytała na głos.  Dawno się tak razem nie uśmialiśmy, aż do łez.  Świetnie zrelacjonowanie wypadu na miasto.  Ma Pan wielki dar pisania.  I mamy oczywiście smaka na golonko.

  9. Swietne literacko. I prawdziwe.

    Sam bym Cie ostrzegl przed tym wrogiem spokojnego snu (u mnie Krakow), ale skad moglem wiedziec. (I czy bys posluchaj – swoja droga…)

    Jedna pani doktor twierdzi nawet, ze wieprzowina potrafi chemicznie wywolywac nastroj depresji ( ciekawe co na to p. prof od Buki…)

  10. Śliczności!

    A ja wolę golonkę wędzoną, co za smak mięsa i zapach dymu! Wspaniałe danie.

  11. Dla mnie najlepsze było to prostokątne lustro… w trio z upadkiem i poniżeniem. W tym momencie parsknąłem w sposób niepohamowany. Komu choć raz posmakowała golonka, ten to zrozumie …

  12. >te dziwne bluzki z falbankami, dekoltami i wstążkami, a także w spódnice z fartuszkami na wierzchu…

    W liście z Frankfurtu rankiem w sierpniu 1872 Robert Louis Stevenson pisze, że z przedstawienia operowego Die Judin wyszedł poprzedniego wieczora tak wzruszony, że poszedł do Bierhalle. Przez godzinę siedział nad małym piwem i rozmyślał, że chciałby, aby życie było operową iluzją. W takiej scenicznej iluzji chciałby żyć. Biedak! Nie zamówił golonki.

    Bierhalle i iluzja Stevensona

  13. Dla mnie najlepszy fragment to: „Kiedy wychodziłem wszyscy wydawali się mi współczuć i mówili, żebym jeszcze kiedyś tam wrócił i nie wynosił złych wspomnień.” Świetne 😀

  14. Rocroi 1643

    https://www.youtube.com/watch?v=TNkCiSHPM9g

    „Solo tras de muertos capitularemos”

  15. Przednie! A co do golonki to najlepsza jest skorka z musztarda.

  16. Znakomite pioro, intelekt i poczucie humoru 🙂

  17. Heh, w dodatku ten piątek 😉

  18. To mi się bardzo podobało. Kawał dobrej, bezpretensjonalnej literatury. Ktoś (czasem) sobie jeszcze z tą polszczyzną radzi.

  19. „Ofiary systemu bostońskiego” to kolejny klejnot. Proponuję skrót na tego typu kartę społeczną: OSB.

  20. Bolońskiego, oczywiście. Śmierć autokorektorowi!

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.