lt. 132014
 

Kiedy byłem dzieckiem w telewizji puszczali, zapomniany już dziś całkiem program o filmie, który nosił tytuł „Latarnia czarnoksięska”. Prowadził ten program jakiś siwy ubek wystylizowany na angielskiego lorda. Miał marynarkę wyglądającą jak tweedowa, coś w rodzaju fularu pod szyją i białe zęby, siwe zaś włosy zaczesywał do tyłu. O ile pamiętam gadał głównie o kinie radzieckim i jego wybitnych dziełach. Ja najbardziej zapamiętałem ten program, w którym omawiał film „Kalina czerwona”, gdzie występuje aktor nazwiskiem Szukszyn. Pewnie dlatego, że ja się tego Szukszyna bałem. On był ponoć wybitny i wielki, pisał nawet sztuki i książki, ale ja się go bałem, bo według mnie miał twarz i reakcje obłąkańca. Do dziś mam przez tego Szukszyna wstręt do ludzi demonstrujących głębię swych emocji dziwnymi wyrazami twarzy i w ogóle do osób popadających w zamyślenie bez wyraźnej przyczyny. W programie „Latania czarnoksięska” Szukszyna omawiano jako skończoną doskonałość, najbardziej zaś doskonałą sceną w całej jego karierze była ta, kiedy Szukszyn, były więzień łagru, który wybaczył swojej ojczyźnie, że go zamknęła, żegna się z matką staruszką. Matki staruszki w radzieckich filmach i pieśniach to jest punkt ważny i propagandowo dobrze rozegrany. Mało kto śmie się zamachnąć na relację matka – syn, a już nikt prawie na relację matka – syn idący na wojnę, albo matka – syn wracający do więzienia. To są rzeczy poza wrażliwością człowieczą. Tak sobie to wykombinowali dawno temu radzieccy cybernetycy i momenty te ogrywają do dziś. W Polsce też to mieliśmy, ale u nas nie działało tak dobrze, jak na Rusi świętej i rzecz porzucono. U nas eksploatuje się propagandowo głównie emocje młodzieńcze, jakieś zbiorowe gwałty na niewinnych dziewczętach, przebranych w marynarskie ubranka i takie tam duperele. Zychowicz jest w tym mistrzem. Myślę nawet, że zmierzamy wprost ku emisji patriotycznych soft pornosów. Jeszcze parę „Kamieni na szaniec” i załatwione.
No, ale wracajmy do Szukszyna. W tej scenie z matką, ona patrzy przez szybę, a on odchodzi, zdaje się, że ma skórzaną kurtkę przerzuconą przez ramię i czapkę na głowie, ale dokładnie nie pamiętam. W każdym razie ona patrzy przez szybę jak on odchodzi, a po szybie chodzi mucha. I ten facet co prowadził program „Latania czarnoksięska” poświęcił połowę antenowego czasu jaki był mu dany na omawianie owej muchy. Zachwycał się muchą, piał peany na cześć tej muchy, kokietował nas uśmiechem i podkreślał mistrzostwo radzieckich operatorów, którzy muchy nie spędzili z szyby, ale pozwolili jej spokojnie łazić i coś tam symbolizować, albo może budować napięcie, już nie pamiętam.
Nie była to ostatnia mucha jaką widziałem w filmie radzieckim, ta druga była równie widowiskowa, a także – co za zbieg okoliczności – łączyła się z Wasilijem Szukszynem, wybitnym aktorem radzieckim. Druga wybitna mucha kina radzieckiego wystąpiła w filmie „Cichy Don”. Ten film jest wyjątkowo wprost nędzny i słaby, choć włożono weń mnóstwo pieniędzy. Powieść Szołochowa bowiem zawiera takie ilości szczegółów, że przystrzyżenie ich dla potrzeb scenariusza sprawiło, że obraz stał się po prostu niezrozumiały, dla ludzi, którzy nie znali książki. Jak akurat znałem, bo „Cichy Don” przeczytałem, więc mogłem spokojnie ten film obejrzeć. No i jest tam słynna scena szarży na jakieś galicyjskie miasteczko, kozacy pędzą najpierw po wzgórzach, potem wśród sadów, a na koniec wpadają między domy, na zalaną słońcem, piaszczystą ulicę. Rąbią szablami, dźgają pikami uciekających austriackich piechurów, a główny bohater Grisza Melechow, walczy najzacieklej. Kiedy zabija jakiegoś biednego żołnierza cesarsko-królewskiej armii, zatrzymuje się i zsiada z konia, energicznym ruchem ściąga wodze i przywiązuje zwierzę przed jakimś domem do słupka, czy drzewa. Potem stoi i patrzy, czapkę ma przesuniętą na bakier, pasek ściągnięty pod szyją, a po kieszeni jego mundurowej bluzy chodzi mucha. Tak właśnie, mucha, taka sama jak po szybie oddzielającej matkę staruszkę od jej syna byłego więźnia. I mucha ta oznajmia nam, że kino radzieckie jest potężne, a jego krytycy są mniejsi nawet i podlejsi niż ta łażąca po różnych rzeczach mucha. Gdyby „Cichy Don” oglądał ten pan co prowadził program „Latarnia czarnoksięska” rzec mógłby, że ta mucha to taki symbol wanitatywny, że teraz łazi po mundurze Melechowa, ale za chwilę zabierze się za trupy, które dla much są przecież dużo ciekawsze niż żywi ludzie. Potem mógłby ten wątek rozwijać na różne sposoby, ale ja już nie będę ich tu prezentował. Teraz pora wyjaśnić w jaki sposób mucha z munduru Melechowa łączy się z Szukszynem. Otóż Szukszyn też grał w tym filmie. Nie pamiętamy go bo zagrał rolę epizodyczną, jakiegoś marynarza, czy kogoś podobnego, ale w filmie był. No więc tam mucha i tu mucha, muchy ciężkie od znaczeń i kodów kulturowych.
O co mi chodzi z tą muchą? Otóż o to, że mając do dyspozycji film, nakręcony przez zawodowców, krytyk, by przekonać doń widza, buduje całkowicie fałszywy i nie istniejący w świecie filmowych profesjonalistów, ani też w świecie kinomanów, zbiór kryteriów oceny, których centralnym punktem jest mucha. To zostało już dawno wyszydzone przez artystów z kabaretu „Mumio”, którzy przygotowali skecz, gdzie ten najważniejszy przebrany jest za biedronkę, chodzi po scenie i coś pierniczy w stylu polskich krytyków filmowych, zupełnie jak dawniej Andrzej Werner i jego syn Mateusz. Po co więc ja do tego wracam? Po to, by uzmysłowić wszystkim, że zwód polegający na wymyślaniu fałszywych kryteriów oceny jest najczęściej stosowanym chwytem w czasie prezentowania, omawiania, a także nagradzania dzieł literatury, filmu i każdej innej sztuki. I to najdoskonalej widać w Polsce, w czasie tych różnych gal i uroczystości połączonych z rozdawnictwem gadżetów. Widać, że to wszystko jest nieprawda, a ci ludzie spotkali się, zakładając na siebie dziwne, wieczorowe stroje, tylko z powodu muchy na szybie i żadnego innego. Jednym zaś ich poważnym zajęciem jest maksymalnie dokładne zamaskowanie tego fałszu, które czasem nazywane bywa ucieczką do przodu. Nikt rozgarnięty nie uwierzy w to, że nagroda „Złotej ryby” jest czymś ważnym i istotnym, nawet środowiskowo. To jest obciach i wstyd. Podobnie jest z nagrodą „Nike”, gdzie pod uwagę w czasie oceniania książek brane jest wszystko tylko nie umiejętności warsztatowe. Tam się ocenia muskuły much i nic poza tym. I teraz najważniejsze: o czym to świadczy? Zanim wyjaśnię chcę przypomnieć starą, wczesnoszkolną zagadkę, która była swego rodzaju testem na inteligencję przeprowadzanym przez uczniów na sobie nawzajem. – Kim chciałbyś być – pytały dzieci – tym co wręcza medale, czy tym co je dostaje. No i ci głupsi wołali – tym co dostaje, tym co dostaje….Ja chciałbym tu podkreślić głębię tej prostej zagadki i zbiorową mądrość dzieciaków w naszej podstawówce, które mając wiele do czynienia z wojskiem, doskonale widziały jak to jest w życiu. No więc ci wszyscy ludzie aspirujący do roli twórców chcą dostawać medale. Ich chęć brania tych medali jest tak przemożna, że ten co je rozdaje nie musi się właściwie trudzić, nie musi nawet kupować złotego złomu, żeby medale były prawdziwe. On je odlewa z gipsu, albo wycina z puszki po piwie, a radość po tamtej stronie i tak jest wielka.
Ja teraz zadam pytanie, które zadawałem już dziesiątki razy: dlaczego oni nie organizują konkursów dla ludzi, a jedynie takie dla siebie? Czy dlatego, że są durniami? Nie, oni po prostu nie mogą. Niewolnik, podwykonawca, chłopiec na posyłki, steward w samolocie, lokaj, nie może zorganizować żadnego konkursu dla innych lokai i stewardów pokładowych. On może tylko przyjmować pochwały i gadżety. Im gorsze, im nędzniejsze, tym bardziej będzie z nich dumny i tym głośniej opowiadał będzie o tym jak fantastycznie jest być wyróżnionym. Dojdziemy w końcu do momentu, kiedy gadżety przestaną być potrzebne i wtedy przed naszymi oczami rozegra się coś niezwykłego. Coś co doskonale znamy z Gombrowicza. Tyle, że zamiast imienia Walek w to miejsce wstawi się nazwisko jakiegoś miszcza pióra. Na przykład Zychowicza, albo Warzechy. Pamiętacie to, prawda?
Zychowicz? A bierzesz ty po gębie?
Oj biorę, paniczu, biorę
A mocno?
Oj mocno, paniczu mocno, bo kiej jaśnie pan biją, to….
I to będzie cała nagroda. Przepraszam rzecz jasna purystów, że cytat z Gombrowicza niedokładny, ale sens ująłem, jak sądzę właściwie. I ja już czekam na ten festiwal uzasadnień i wyjaśnień tej jakże kłopotliwej sytuacji. Niestety pan prowadzący dawniej program „Latarnia czarnoksięska” już naszym tuzom i mistrzom nie pomoże. Pewnie nie żyje od dawna, podobnie jak ta mucha co po szybie chodziła. Los bowiem człowieczy niewiele różni się od losu muchy, a wszystko jest w ręku Boga.

Na koniec opowiem jeszcze coś niezwykłego, coś co może być wskazówką warsztatową dla ludzi poszukujących i piszących. Kiedy śledziłem wczoraj życiorys pana Szukszyna znalazłem informację, że był on także autorem książki o Stieńce Riazinie pod tytułem „Przyszedłem dać wam wolność”. Ja tę książkę pamiętam, bo leżała ona swego czasu w każdym kiosku w Polsce. Nie wiedziałem wówczas, że jej autor to wielki radziecki artysta sceny i filmu. No, ale dziś wiem. I zerknąłem sobie do biografii bohatera książki tego całego Riazina, on jest ważny dla historii Rosj, występuje także w kulturze pop, bo o nim właśnie jest piosenka zaczynająca się od słów „Wołga, Wołga…” Riazin miał w życiu różne przygody, zanim skończył na szafocie, ale z naszego punktu widzenia najciekawiej prezentuje się początek jego kariery. Oto młody Stieńka, wprost z południa Rosji, znad Donu udaje się na pielgrzymkę nad Morze Białe, do monastyru sołowieckiego. Wędruje w poprzek świętej Rusi. Po co on tam idzie? Żeby się odrodzić duchowo, tak nam piszą w angielskiej wikipedii. Cóż się dzieje potem? Otóż, jak wielu przed nim i po nim Sitieńka znika nie wiadomo gdzie na całe sześć lat. Myślicie, że w czasie tych 6 lat odradza się duchowo? Akurat. Kiedy objawia się ponownie, jest znów na południu, nad Wołgą, w pobliżu granicy z Persją i zajmuje się rabowaniem statków pływających po rzece i ściąganiem haraczy, potem zaś staje na czele tak zwanego powstania Stieńki Riazina, wymierzonego we władze Rosji, czyli w cara. Pytanie istotne brzmi: gdzie był i w jaki sposób odradzał się duchowo Stieńka Riazin, w czasie tych sześciu lat, gdzie to się odbywało, że potem tak gładko z odrodzenia duchowego przeszedł do rabunku i haraczy? Może macie jakieś propozycje?

Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły są już na stronie www.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca.
Ponieważ intensywnie zbieramy pieniądze na nagrody, które są dość poważne, umieściłem w sklepie kilka nowych tytułów, są to albumy z archiwalnymi zdjęciami, dość szczególne o tematyce raczej mało spopularyzowanej. Opisy znajdziecie przy zdjęciach okładek. Zysk z ich sprzedaży przeznaczamy w całości na nagrody konkursowe.

Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a. No i jeszcze jedna księgarnia ma nasze książki. Księgarnia Radia Wnet, która mieści się na parterze budynku, przy ulicy Koszykowej 8.

  33 komentarze do “O szczególnej roli much w kinie radzieckim i polskim”

  1. Pewnie nie wiesz, że również w konkursach na fundusze z UE na różne dotacje, zwód polegający na wymyślaniu fałszywych kryteriów oceny, jest najczęściej stosowanym chwytem 😉

  2. Domyślałem się, ale pewien nie byłem.

  3. U nas „słynna, literacka mucha”, to chyba ta od Telimeny i Tadeusza, co oberwała packą, ratując tegoż Tadeusza od amorów ze starszą panią. No ta mucha spełniła b. istotną rolę dla dynamiki tego dzieła.

  4. Mrówki jednak są pożyteczniejsze…

  5. tylko czy likwidacja mrówek jest trendy?. ONZ juz wskazuje inną wytyczną na temat człowieka co naturę niszczy … należy zniszczyć człowieka.

  6. W filmie polskim to chyba w rolę muchy wcielił się Malanowicz u Wajdy. W „polowaniu na muchy” prawa żona i lewa żona zastawiały na Malanowicza pułapki … swoich oczekiwań, chciały żeby pracował na sukces …. a on …. nie pamiętam, ale chyba mu się nie udało odnieść sukcesu …

  7. Niestety rola much jest w dalszym ciągu niezwykle istotna w kwestii przewalania budżetów.
    Ile kasy wydała Mucha na Stadion Narodowy, koncert Madonny, premie dla Kaplera i Herry itp. itd.?

    PS.
    Na Salonie 24 już Cię nie ma? Wyskakuje mi ERROR!

  8. co jest z zaginionym lądem ? ktoś wie ?

  9. Riazin byl na szkoleniu. Bynajmniej nie w monastyrze. A potem zaczela sie kariera bojownika o wolnosc, na dodatek wrazliwego czlowieka z dusza artysty. Tak sie trafia do kultury masowej jako boharer.

  10. Jasna sprawa, pozostaje do ustalenia gdzie, w Londynie czy w Bredzie.

  11. U nas tez jest jeden taki z dziurą w życiorysie, co to szkolił się w Oxfordzie. Pojawił się powtórnie w Polsce, ale po Wiśle nie pływa, bo go zaraz do władz wzięli.

  12. Zaginiony ląd
    Poszedł stąd 😉
    z R.H.

  13. Do oceny kina polskiego pasuje: filmy nagradzane muszą być dobre ponieważ są nagradzane.
    Dalej ciągnąc temat nieco ordynaryjnie, ale z muchą w sednie:
    ” zapewne gówno jest OK, przecież miliardy much nie mogą się mylić”

  14. A ja to bardzo lubiałem te kino radzieckie ,może dzisiaj już nie pamiętam treści tych filmów , za to pamiętam jakie uczucia we mnie wywoływały takie filmy jak „Los człowieka”, „Lecą żurawie „, „Ballada o żołnierzu” czy „Kalina czerwona” , są to filmy pełne patosu , chwilami wręcz prostackie odwołujące się do , jak to Pan już kiedyś określił , do „tanich uczuć „. Tych najprostszych , ta matka symbolizująca ojczyznę , która bywa różna , często bywa okrutną macochą , a jednak ci prości bohaterowie tych filmów umierają za nią .
    Twórcy tych filmów znają duszę swego narodu i potrafią do niej przemówić , przemówić do tego prostego człowieka , który gdy ojczyzna jest zagrożona potrafi dla niej poświęcić życie .

  15. Kłopot polega na tym filozofie, że ja nie wierzę w istnienie prostych ludzi. Znałem wielu ludzi, którzy lansowali tezy, jakoby prosty człowiek istniał w świecie realnym, ale ja takowej bestii nigdy na oczy nie wdziałem. Stąd też i moje wątpliwości co do szczerości przekazu radzieckich filmowców.

  16. Mówiąc prości ludzie mam na myśli tych , którzy patrzą na świat z pozycji serca , tych którzy za dużo nie kalkulują , tych którzy instyktownie wiedzą co jest dobre , co jest złe . Jezeli patrzysz z pozycji rozumu to nie zobaczysz ich . Nie pisałem o szczerości ,a o tym że radziedzcy filmowcy znali duszę swego narodu i wiedzieli jak do niej przemawiać aby uzyskac pożądany efekt .

  17. Pamięta Pan jak Stanisław Tym nazwał się rzecznikiem „Polaka szaraka” czyli prostego człowieka w celu lansowania jakiejś ideologi w telewizorze. To było na początku lat dziewięćdziesiątych. Sam tytuł już był obrzydliwy bo sugerował, że Polacy to tacy szaracy – zwykli ludzie. Wtedy chyba przestałem oglądać telewizję.

  18. Pamiętam jeden bardzo poruszający film Larysy Szepitko Wniebowstąpienie. Szkoda reżyserki, która zginęła wczesnym rankiem, kiedy samochód ekipy jadący na plan filmowy został staranowany przez ciężarówkę wyładowaną cegłami. Warto obejrzeć, choć uwiera.

  19. Filozofie,jeśli nie oglądałeś „Osobliwości narodowego polowania” (Osobiennosti nacjonalnoj ochoty) ,to serdecznie polecam.

  20. No właśnie szwindel polega na tym, że radzieccy filmowcy jedynie markowali to spojrzenie z pozycji serca, w rzeczywistości zaś doskonale wiedzieli kim są i jakie zadania stoją przed nimi.

  21. to jest i tak i tak . Ta maskirowka reżyserów oczywista . Ale poruszony w blogu temat manipulowania , grania na słowie Matka , jest to skuteczne jak widać na przykładzie reakcji Filozofa , bo matkę się kocha . Więc można trzymać widza za uczucia wyższe , żeby osiągnąć swoje drańskie cele . Żołnierze nie mogli uciekać z frontu na tyły , więc szli do niewoli . Ale tych co po wojmi stęsknieni może właśnie za matką , wracali do matuszki rasiji Stalin kazał zabić. W jego oczach i tak byli uciekinierami . Okrucieństwo . Wykorzystywanie tego że człowiek ma istonie uczucia wyższe .
    Te radzieckie filmy były duszoszczipatielnyje … owszem . Pamiętam Dworzec dla dwojga ,, Więzień obozu po przepustce spóźniony , wraca co sił w nogach i gra na harmoszce żeby komendant słyszał że nie uciekł , że jest . Cała sala kinowa ryczała w głos . I ja tez . Ale co z tego . Okrucieństwo .

  22. szwindel ten jest wszechobecny , takie jest zadanie tzw, kultury masowej , w związku tym lepszym jest wpływać na ludzi tak aby byli patriotami ( radziedzcy fillmowcy to robili) , filmy radzieckie zaszczepiały we mnie uczucia patriotyczne i braterskie , JAK PAN MYŚLI PANIE GABRIELU CZY TO JEST DOBRY EFEKT KOŃCOWY CZY ZŁY?

  23. Przepraszam , wiem że pytanie nie do mnie . Czy efekt dobry czy zły . Jeśli te Pana uczucia patriotyczne zostaną przez kogoś nadużyte w złym celu , bo Pan się nie zorientuje co jest grane . ? Jeśli końcowym efektem będzie sukces tego manipulanta i czyjaś krzywda .
    Coryllus ma rację . On moim zdaniem nie mówi żeby nie mieć samemu uczuć wyższych , tylko żeby nie dać innym na nich żerować.

  24. to dlaczego Ci zmanipulowani Rosjanie tak kochają tego Stalina

  25. zaręczam Pani ,ze Pan doskonale się orientuje się co jest grane , ale załóżmy , że się nie oriętowałem i zostałem zmanipulowany , to ten sukces manipulatora i tak jest pozorny bo i tak ja i ten manipulator staniemy przed Bogiem

  26. Pani Mario zołnierz idący na front ma świadomość tego ,że może zginąć , i nie jest prawdą ,że za wszystkimi żołnierzami radzieckimi stali z odbezpieczonymi karabinami maszynowymi panowie z NKWD , bardzo często CI ŻOŁNIERZE WALCZYLI ze świadomością tego , że zostaną na szanicu na wieki , wobec nieuchronności śmierci starali się zadać jak największe straty wrogowi , TAKICH POSTAW NIE ZROZUMIE SIĘ GŁOWĄ , MOŻNA JE ZROZUMIEĆ SERCEM

  27. Żołnierze rosyjscy, którzy byli na Zachodzie wracali do domu bez broni, bo władza ludowa im nie dowierzała. Napatrzył się jeden z drugim i kłopot gotowy.

  28. Dlaczego tak łatwo wielu Polaków łyka takie zatrute pigułki , poprawiają sobie w ten sposób samopoczucie? Dzięki tym pigułkom mogą poczuć wyższość nad tymi prymitywnymi Rosjanami?

  29. Widać, ze mój Ojciec był nie dość, że zatruty to jeszcze miał wadę wzroku. 😛
    Mogę dodać, że bardzo często tych co byli na Zachodzie wysyłano w inne miejsce niż rodzinne, by w obcym środowisku nie mogli tak bruździć jak w rodzinnym. Przecież oni widzieli, że tu, znaczy w Sowietach, walczy się o pokój i dąży się do szczęśliwości ogółu, a tam mimo, że to zgniły i chylacy sie ku upadkowi Zachód miał się w pierwszej lepszej wiosze tak, że ci z Moskwy rozdziawiali gęby.

  30. Panie Tadmanie powiem Panu tak , sowieci przez 45 lat nie mogli , poza fizycznym eliminowaniem , zrobić Polakom takich szkód ile przez 25 dokonali ci z zachodu . Ogólne z baranienie , beczenie jest powszechne .

  31. Przecież wiadomo, że koń trojański powoduje utratę czujności u obdarowanych.
    Najlepszym przykładem są okolice Budziszyna. Mojemu Ojcu wpadł w ręce modlitewnik w opuszczonym domu. Był pisany gotykiem i ku jego zaskoczeniu nie był po niemiecku, i sporo mógł z owego tekstu zrozumieć.
    Przetrwali Łużyczanie wiele lat i nawet przeżyli Hitlera, a w NRD zafundowano im dwujęzyczne szyldy i zespoły folklorystyczne, Wystarczyło 30 lat nowej polityki i już dzieci, a w szczególności wnukowie nie mówili i nie rozumieli języka praojców.
    Wrogi nacisk wzmaga czujność, powoduje zwrot wektora do wewnątrz, utwardza i powoduje konsolidację atakowanych.
    Podobnie ma się dzisiaj sprawa z KK. Nie dali rady z zewnątrz, więc zaczęli podrzucać między hierarchów różnej maści konie trojańskie. Efekt widoczny aż nadto. Gdzie jest nasz prymas. Schował się i nie zabiera głosu w taki czas. Spróbuj w swoim otoczeniu zapytać się jak nazywa się prymas, a jeśli już uzyskasz odpowiedź to zapytaj o jeszcze o jego imię. Wyniki nie będą zachęcające.

  32. No właśnie . Rozmawiałamna ten temat ostatnio z kimś z KK . Nie mam upoważnienia by to pisać. Ale mogę jeszcze raz wyrazić zgodę z tadman

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.