kwiecień 142021
 

Trochę przez podpuszczenie kolegi, a trochę z powodu własnych, wrośniętych w serce, uporów będę kontynuował ten temat.

Najpierw trochę historii. W zasadzie w epoce powojennej nie istniał w popkulturze żaden sensowny wizerunek leśnika. Wszystkie były karykaturalne i przerysowane. Za komuny wypracowano tylko dwa takie wizerunki, jeden to tajemniczy gajowy Marucha, który stał się z czasem bohaterem najprymitywniejszych żartów, a drugi to teść Czterdziestolatka, grany przez Władysława Hańczę, właściciel psa, który wabił się Ugryź. Pan ten udawał w sposób średnio przekonujący przedwojennego szlagona, co się bardzo podobało ludziom mieszkającym w małych mieszkankach, na wielkich osiedlach, którzy nigdy żadnego szlagona nie widzieli. W latach osiemdziesiątych pojawiła się trzecia postać, która nie została przez widzów zaakceptowana, a wręcz wyparto ją ze zbiorowej świadomości. Był to Włodek, główny bohater serialu „Punkt widzenia”, grany przez Bogusława Lindę. To od tej właśnie produkcji zaczęła się kariera Lindy. Włodek był inżynierem leśnictwa, który próbował ułożyć sobie życie w trudnych czasach i w ogóle mu się to nie udawało. Niewiele z tego filmu pamiętam, poza tym, że miał jakieś kochanki i w mundurze leśnika, krojonym jeszcze w latach sześćdziesiątych, wyglądał kretyńsko. Serial ten był bardzo nieautentyczny, i tak jak napisałem został ze świadomości zbiorowej wyparty. Nikt poza mną go nie wspomina, ani o nim nie pisze.

Jak się sprawy miały w rzeczywistości? Ponuro. Znalazłem się w lasach w połowie lat osiemdziesiątych. Na pierwsze praktyki pojechaliśmy wiosną roku 1985. Zostały mi z tego czasu obraz następujące: wiejska gospoda gdzieś w osadzie położonej wśród bardzo zaniedbanych lasów. Pan leśniczy, jak gdyby nigdy nic, stoi przed budynkiem i pije piwo ze słoika po dżemie, który służył tam za kufel. My zaś, uczniowie, obserwujemy to z osinobusa. Potem tenże pan leśniczy wraz z bardzo malowniczo wyglądającym panem gajowym, oddalają się w las, dźwigając bańkę po mleku pełną piwa. Wracają niemal na czterech. My coś tam dłubiemy w tych krzakach, jakimiś narzędziami. Inne leśnictwo, inne praktyki: podleśniczy o wyglądzie przemalowanego na biało Shreka, ubrany w cywilne łachy, ze starą raportówką na ramieniu, przekonuje nas, że sadzonki brzozy to w rzeczywistości sadzonki olszy. Koledzy się bardzo denerwują i omawiają to jego wystąpienie długo, używając słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Tak więc gajowy Marucha był tylko nędznym naśladownictwem tego, co rzeczywiście można było zaobserwować w lasach, w tamtym czasie.

Trzeba jednak powiedzieć, że tamte lata były momentem przełomowym, zmieniać się bowiem zaczął rzeczywisty wizerunek leśników, którzy z zapijaczonych degeneratów przekształcać się zaczęli w coraz liczniejszą i mocniej obecną w świadomości zbiorowej grupę specjalistów. W dodatku takich, którzy posiedli wiedzę i umiejętności szczególne, a także – ale to już później – oddano im do dyspozycji różne niesamowite technologie, służące do eksploatacji obszarów, którymi zarządzali. Czy ta rzeczywista zmiana spowodowała, że leśnik, jako postać pozytywna, sympatyczna, interesująca i silna zagościł na stałe w mediach i produkcjach pop kultury? Nie. Dlaczego? Bo pracowicie budowana przez kadrę nauczycielską postawa jaką powinien reprezentować leśnik, została ukradziona przez ekologów. To znaczy przez kogo? Napiszę to wprost – przez Marsjan, którzy zjawili się nagle nie wiadomo skąd i zaczęli emitować komunikaty groźne w rozumieniu strategicznym, ale niegroźne w rozumieniu potocznym. – Oni też chcą dobrze – pomyślał niejeden i spokojnie zasnął. Przebudzenie było jednak bolesne, albowiem okazało się, że zarówno wiedza leśników, zdobywana w okolicznościach trudnych, jak i praktyka, której nabywają przez całe lata, nie mają znaczenia wobec gotowych pakietów bredni, które ekologom wręcza Saruman, rezydujący na olbrzymim statku kosmicznym zacumowanym gdzieś wysoko, w kosmosie.

Pojawienie się ekologów miało jeszcze jedną, istotną konsekwencję. Przez kilka dekad mogło się wydawać komuś, że istnieje coś takiego jak wewnątrzresortowa lojalność. Była ona lansowana wśród leśników różnymi opowieściami o charakterze mitologicznym. Snuto gawędy o przedwojennych leśnikach bohaterach, o dobrych gospodarzach zarządzających z sukcesem wielkimi, zalesionymi obszarami, o partyzantach w mundurach leśnych, o myśliwych wreszcie. Działalność ta kontynuowana jest także dzisiaj. Służy ona jednak tylko uśpieniu czujności ludzi, którzy wiążą z zawodem jakąś przyszłość i usiłują sami siebie przekonać, że dobrze czynią.

Zanim przejdę do szczegółowych wyjaśnień, wtrącę jedno zdanie. Mało kto idzie do lasu kierowany wyborami racjonalnymi. Nawet jeśli dzieciak pochodzi z rodziny od pokoleń związanej z lasem, jego decyzja jest zawsze bardzo osobista i emocjonalna. Leśnicy, szczególnie młodzi, mają na tle lasów obsesję, żeby nie powiedzieć szajbę. To im przechodzi z czasem, ale pozornie. Nie chcą tracić złudzeń i żeby one trwały uwierzą we wszystko i każda, nawet spreparowana motywacja, będzie przez nich dobrze odebrana.

Stąd właśnie ktoś wpadł na pomysł, by owe leśne hagady i mitologie lansować bez opamiętania. Nie mają one istotnego znaczenia, albowiem żadna wewnętrzna lojalność w resorcie nie istnieje. Leśników można łatwo podzielić, rozegrać i rozwałkować, a kiedy to się stanie, część z nich stanie dzielnie na posterunku i będzie doglądała, z pełnym przekonaniem, dewastacji i grabieży lasów. I też się jakaś motywacja do tego znajdzie.

Powiedzmy, że przez dwadzieścia lat, świadomie czy nie, to nieistotne, pracowano w resorcie nad stworzeniem wizerunku leśnika, którzy nie kłóciłbym się z rzeczywistością. Była to ucieczka przed komunistyczna degeneracją i degradacją, kiedy to leśnik był czymś absolutnie okropnym.

Niestety próba ta zakończyła się niepowodzeniem. Kiedy bowiem okazało się, że wszyscy leśnicy wyglądają jak spod igły, mówią z sensem i są tak nowocześni i dynamiczni, jak załoga G, z zapomnianej już kreskówki, przyszedł ktoś, kto zaczął strącać im czapki z głów i proponować piwo nalewane z brudnego baniaka po mleku, wprost do ogryzionego słoika po ogórkach. I jeszcze upiera się owa postać, że tak ma być. Bo miejsce leśników jest w bajce o złym gajowym i popaparamnym leśniczym. Ich miejsce zaś, wysprzątane, dobrze zaopatrzone w sprzęt, zajmą Marsjanie z planety Ekologia. Ich panowanie zacznie się, a właściwie już się zaczęło, od zlikwidowania tych pozorów wewnętrznej lojalności, które usiłowano zbudować przez ostatnie dwie dekady. I które trzymają się na bardzo słabych gawędach, wywołujących jedynie szyderstwo. Lojalności bowiem nie buduje się za pomocą rzewnych opowieści, ale w działaniu. Ja wiem oczywiście, że lasy to polityka i to co piszę to też przecież bajki. Grupy zaś zawodowe tkwią w systemowych pułapkach karmiąc się złudzeniami, indywidualnymi lub zbiorowymi. No, ale będę się upierał, że mam rację. Jutro umieszczę tu tekst o strategicznym znaczeniu technologii i upraw rolnych i leśnych.

  18 komentarzy do “O wizerunku leśników w mediach i popkulturze”

  1. Dzień dobry. Ja osobiście nie mam żadnej wiedzy o leśnictwie, ale mam wrażenie po lekturze powyższego tekstu, że ci leśnicy, „resort” – jak zostali nazwani to taka próbka polskiego społeczeństwa jako całości. Mniejsza, więc łatwiejsza do analizy. Opisane bowiem zjawiska i postawy pewnie dałoby się rozszerzyć i uogólnić. I ja zwykle po takich rozmyślaniach zostaję z wiecznym pytaniem; czy my już tak mamy po prostu, że ze wszystkich sił zaciskamy oczy, żeby nie zobaczyć rzeczywistości, która wali nas normalnie po łbach, czy może odwrotnie – staramy się coś dostrzec w gęstej mgle, ale wynajęte miałczki z dymiącymi pokrywkami biegają w tę i nazad, żeby nam to widzenie jeszcze utrudnić. W każdym razie – nie widzimy nic…

  2. no ida jakieś zakamuflowane zmiany

    no a jak to było z ta 'piątką’ czy raczej z norkami, wszystko po to aby zmienić główną osobę w jednym ministerstwie  i aby poszerzyć/zmienić zakres kompetencyjny tegoż ministerstwa – no  chyba tylko po to,

    a gdzieś ze dwa tygodnie temu ogłoszono że  tamten program co miał być

    -pogromem dla norek i nie tylko-

    właśnie stał się nieaktualny – no coś się gdzieś zmieniło

  3. Można też dodać, że dodatkowy aspekt wizerunku leśnika, który był (i w dalszym ciągu się kołacze) to usłużny podnóżek dla dewizowców, wybijających naszą zwierzynę. No i jeszcze pewien kontrast, albo rozdarcie postrzegawcze: ten wizerunek, który opisał Gospodarz i który mieliśmy wszyscy we łbach nie zgadza się z widokiem leśniczówki. Ona z reguły wywołuje pozytywne skojarzenia. Można powiedzieć: przekaz niedopracowany, choć i tak skuteczny.

  4. Panie Gabrielu, myślę że trochę się Pan zapędził z tym uogólnianiem (słoik, bańka, piwo). Nawet w owym czasie w leśnictwie nie było u nas aż tak źle. Tak czy inaczej, musiało w końcu wzbudzić nienawiść ekologów. Ruchy ekologiczne próbują zawłaszczyć wszystkie funkcjonujące jeszcze jako tako obszary, podważając kompetencje i dobrą wolę działających w nich ludzi, a następnie bezkarnie je dewastując. To wyjątkowo złośliwy nowotwór, z nadzwyczajną skłonnością do przerzutów wielonarządowych. Obawiam się – podobnie jak Pan – że nie ma na to (jak na razie) żadnego lekarstwa. Zresztą jakby ktoś je przypadkiem wynalazł, nie mógłby liczyć na Nobla, ale na Kopa. Dlatego uczeni, póki co, nie są sprawą zainteresowani. Wierzą, że ich to nie dotknie 🙂

  5. Aha, jasne, bo pan tam był i to widział. To nie są żadne uogólnienia, mogę wymienić nazwiska i miejsca. Niech mi pan nie wmawia dziecka w brzuch, okay…

  6. Leśniczówka to biuro, Leśniczy, jak ma głowę na karku, mieszka w wypasionej chałupie

  7. Jako znany leśnik był jeszcze pan Michał Sumiński z programu „Zwierzyniec”.

  8. W przemysłowej Szwecji ponad 60% miejsc pracy generuje las, tną ostro i młodo nie oglądając się na nic, stąd to drugi po Kanadzie producent masy d. na świecie . Leśniczych brak bo lasy prywatne. Gretę i ekologów mają na eksport , polują wszyscy pakując mięso do zamrażarek bez zbędnej ideologi. Nagrodzą ,,Pokot” a potem podsypią żarcia pod amboną i bach, bach. Dodam jeszcze zasrane jeziora z braku oczyszczalni i obrazek prawie gotowy.

  9. Sienkiewicz i Mickiewicz, Piękna proza i poezja o puszczy

    Mniemanie, że dla dobra lasu należy go zostawić nietkniętym, jest mylne. Przedewszystkiem należy go czysto utrzymywać — a jakże pod tym względem wygląda puszcza? Oto na ogromnych przestrzeniach, wszędzie niemal leżą zwały drzew. Stosy te, spróchniałe i gnijące, piętrzą się czasem na kilkanaście stóp wysoko. Nad niemi jeszcze sterczą, jak domy, olbrzymie wykroty. Stare drzewo, padając, wyrywa całą przestrzeń ziemi, którą obejmowały jego korzenie. W wyrwanem miejscu tworzy się dół, w którym zbiera się woda deszczowa. Dziwny i przerażający widok przedstawiają takie ostępy: grunt porwany, pełen zasadzek, pnie, wykroty i suche, powykręcane rozpaczliwie gałęzie, które pokrywa mech lub plugawa wilgoć, wypełniają całą przestrzeń; wśród chaosu drzewnego, prześwieca bagno – wszystko razem pomieszane, połamane, zniszczone, dzikie, zmarłe i gnijące – oto obraz. Nawet powietrze tam ciężkie, przesycone wonią próchna i zgnilizny.

    Mimowoli przychodzą na pamięć słowa Mickiewicza :

    Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy

    Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?

    Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;

    Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,

    Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice,

    Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice.

    Wieść tylko, albo bajka, wie, co się w nich dzieje.

    Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,

    Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,

    Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni

    I siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk,

    Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk.

    Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkiem męstwem,

    Dalej spotkać się z większem masz niebezpieczeństwem;

    Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,

    Małe jeziorka, trawą zarosłe na poły,

    Tak głębokie, że ludzie dna ich niedośledzą:

    (Wielkie jest podobieństwo, że dyabły tam siedzą)

    Woda tych studni lśkni się, plamista rdzą krwawą,

    A z wnętrza ciągle dymi, zionąc woń plugawa,

    Od której drzewa wkoło tracą liść i korę;

    Łyse, skarłowaciałe, robaczliwe, chore,

    Pochyliwszy konary mchem kołtunowate,

    I pnie garbiąc brzydkiemi grzybami brodate,

    Siedzą w około wody, jak czarownic kupa,

    Grzejących się nad kotłem, w którym warzą trupa.

    Za temi jeziorkami, już nietylko krokiem,

    Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem;

    Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem,

    Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi.

    Pożar jest najstraszniejszą klęską, jaka się tam zdarzyć może. W 1811 roku tłukł puszczę przez trzy miesiące, od czerwca do października. Ratunek wszelki nie zdał się na nic. Ostępy, pokryte drzewem iglastem, zapalały się od żaru i skier, nim płomień do nich doszedł. Ludzie założyli w końcu ręce i czekali zmiłowania bożego, które też przyszło nareszcie pod postacią potoków deszczu. Ogień rozkładają najczęściej dzieci pasące bydło, bo starsi tego nie czynią. Chłop puszczański jest roztropny i bynajmniej nie lekkomyślny.

    „Ach Buuoooże! Buuuoooże! Jestto już nie przeciąganie, ale poprostu śpiew”.

    Henryk Sienkiewicz, Z PUSZCZY BIAŁOWIEZKIEJ

    Muszę zauważyć, że Sienkiewicz i Mickiewicz, nie kończyli carskich instytutów leśnych, więc nie mogli wiedzieć, ze zgnilizna, to azot, bez którego lasy obumierają. Także lasy deszczowe, gdyby nie łańcuch: łososie (źródło azotu), niedźwiedzie, lisy i inna drobna zwierzyna, padlina i padlinożercy. Jeśli wierzyć BBC.

  10. A czy ten azot to nie raczej szczątki (i odchody) zwierzęce a rośliny to raczej potas. Akurat trochę ostatnio czytałem o prochu czarnym  i o metodach otrzymywania saletry.

  11. Był też trzeci wizerunek przeznaczony dla dzieci i młodzieży dorastającej w PRL. Michał Sumiński pojawiał się co tydzień w lubianym „Zwierzyńcu” przystrojony jak na leśnego gawędziarza przystało. Opowiadał o przyrodzie i ciekawostkach przyrody trochę w stylu Szymona Kobylińskiego. Takiego charyzmatycznego leśniczego zagrał też w serialu „Dziewczyna i chłopak”.

  12. nie było paszportów w PRL l to były modne leśniczówki , do Funduszu Wczasów Pracowniczych nie wszyscy się mieścili,  poza tym dzieci miały dwa miesiące wakacji i trzeba było to jakoś zagospodarować

    Zwłaszcza leśniczówka Pranie , chyba nawet wierszyk był o tej lesniczówce.

  13. Różne są drogi zaopatrzenia gleby w azot. Ja też nie kończyłem carskich instytutów leśnictwa, ale miałem kuzynów, synów zesłańców syberyjskich, którzy w Puławach kończyli leśnictwo i agronomię, a potem zajmowali wysokie stanowiska. W każdym razie, tak jak każdy posiadacz ziemski mikroskopijnego ogródka stwierdzam doświadczalnie, że można rośliny podlewać tygodniami bez efektu, a jednego dnia spada deszcz i nagle wszystko ożywa. Problem jednak w tym (wg BBC), że ulewne deszcze wymywają z gleby składniki mineralne.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.