wrz. 252020
 

Postawiłem ostatnio, sobie samemu i wszystkim współpracownikom, taki postulat: trzeba wypuszczać na rynek takie produkty, które będą sobie radzić same, bez konieczności wzywania na pomoc autora. Jeśli brać pod uwagę okoliczności, które mamy na rynku treści, mediów i polityki, postulat ten brzmi jak nawoływanie do zbiorowego samobójstwa. Każdy bowiem, kto choć przez moment pomyślał o tym, by wyemitować jakiś, nie ważne jaki, komunikat w sferze publicznej, chciałby, żeby z nim związane było jego nazwisko. Ja także miałem i mam nadal takie chętki. Nie porzucam ich, ale odsuwam na bok i powtarzam – rynek musi być pełen produktów, które jeżdżą same i same sobą sterują. Nikt inny poza nami tutaj tego nie zrobi, albowiem nie potrafi albo nie chce. Strategia autorów robiących kariery jest inna i ona się w dłuższej perspektywie okaże tragiczną pomyłką. Rynek promuje autorów, a oni z kolei służą do tego, by producenci seriali kręconych na podstawie ich prozy kroili budżety samorządów i firm, które mają taki kaprys, by promować się w platformach serialowych. Nazwiska autorów potrzebne są też do tego, by ludzie aspirujący a nie za bardzo przy tym rozgarnięci, mogli sprofilować swoje poglądy na każdy właściwie temat, pod określone nazwisko. Nie ma możliwości, by z tym szaleństwem konkurować, a żyć i zarabiać trzeba, tak więc to, co napisałem na początku, musi być utrzymane w mocy.

O wiele łatwiej przeprowadzać takie operacje w wymiarze indywidualnym niż organizacyjnym. Pojedynczy człowiek, jeśli ma do tego predyspozycje i jest zdyscyplinowany, w niedługim czasie może umieścić na rynku kilka dobrze sprofilowanych produktów, które tam sobie będą jakoś funkcjonować i przynosić raz mniejszy, raz większy zysk. Ich produkcja jest tania, kosztuje w zasadzie tylko czas, a efekty sprzedażowe mogą być zaskakujące. Tym bardziej, jeśli do merkantylnej funkcji produktu dołączymy też jakąś ideę, która posiada właściwości polemiczne. Nawet jeśli nikt tego nie zauważy, bo emocje, którymi się handluje dzisiaj są o wiele bardziej ordynarne niż to, co pokazywano w serialu „Niewolnica Isaura”, nie ma to znaczenia. Prędzej czy później ktoś zwróci na produkt uwagę. Poza tym indywidualny producent – autor, wydawca – ma nieograniczone możliwości jeśli idzie o profilowanie swojego produktu i nadawanie mu różnych, nie traktowanych serio przez wielkich graczy, cech. To zaś zawsze znajdzie uznanie u czytelników, albowiem ludzie lubią być zaskakiwani i lubią niespodzianki. Czy do przeżywania tych zaskoczeń i niespodzianek potrzebny jest im autor? Niekoniecznie. Już prędzej bohater.

Trochę inaczej jest z organizacjami, które – kierowane przymusem albo misją – emitują złożone nieraz komunikaty, oczekując, że wywołają one na rynku określony i zaplanowany wcześniej ruch. W przypadku tego co mamy dziś w Polsce, efekt taki nie zachodzi nigdy lub prawie nigdy. Trzeba go sfingować. Do tego służy cały aparat medialny, tak państwowy, jak i prywatny. Efektem zaś jego działania są sytuacje z jakimi mieliśmy do czynienia po emisji filmu „Smoleńsk”, na przykład. To znaczy każdy śmieć wypuszczony na rynek, musiał być ogłoszony sukcesem i wielkim zwycięstwem, bo takie były oczekiwania producenta. Ciśnienie to z miejsca likwiduje na rynku wszystkich mniejszych i aspirujących autorów, którzy przestają rozumieć cokolwiek, albo nie widzą możliwości konkurowania z masowym, prymitywnym i nieautentycznym przekazem. To skłania mnie do powtórzenia raz jeszcze postulatu, który jest dziś tu motywem przewodnim – produkt, który radzi sobie sam, jest lepszy niż produkt do którego trzeba doczepiać autora. Zwłaszcza, że ludzie dewastujący rynek, pod pozorem promowania na nim istotnych treści, starają się przede wszystkim nie zauważać konkurencyjnych autorów, albo – wchodząc z nimi w sojusze, jak to ma miejsce w publicystyce telewizyjnej – montują jakieś rzekomo interesujące polemiki, którymi żyje kraj. Mali wydawcy i mali producenci nie mają siły, by wypromować i utrzymać na rynku autora i jego produkty. O wiele łatwiej jest utrzymać tam same produkty.

Teraz konkrety. Telewizja Polska odniosła kolejny wielki sukces, nie kończąc produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim. To jest doprawdy niezwykłe. Tak, jak Anglicy mają swojego Sherlocka Holmesa, który występuje, jak świat długi i szeroki w niezliczonej liczbie wariantów psychologicznych i wizualnych, tam Polacy muszą mieć swojego Pileckiego. Przy czym Anglicy na Holmesie zarabiają i nie dokładają doń ani pensa, choć jest on postacią fikcyjną. Sprzedają na niego licencje i patrzą jak inni rozsławiają ich kulturę, tradycję i ducha w całym świecie. Polacy na Pileckim wyłącznie tracą, albowiem jest on postacią autentyczną, a to stwarza pewne niemożliwe do przekroczenia bariery. Nie można zmyślić historii rotmistrza, może ją jedynie reinterpretować. Czy ktoś to czyni? Nikt. Ta historia jest bez przerwy opowiadana w taki sam, niemożliwy do strawienia sposób.

– Ale panie – powie ktoś, ale on uciekł z Auschwitz, to jest wyczyn. Moim zdaniem o wiele większym wyczynem jest zwolnienie z tegoż Auschwitz pana Bartoszewskiego. Ucieczka rotmistrza nikogo nie wzrusza i nikomu nic nie daje, a najmniej nam jako zbiorowości. Temat Auschwitz nie jest bowiem tematem, w którym Polacy mieliby cokolwiek istotnego do powiedzenia. Nie jesteśmy, jak to powiedziała kiedyś Janina Paradowska o Adamie Michniku, dysponentami tematu. Mamy jednak rotmistrza, którego usiłujemy wciskać wszystkim naokoło, nie rozumiejąc wymownych i zażenowanych spojrzeń. Teraz zaś okazało się, że instytucja państwowa nie jest w stanie dokończyć kolejnego, tak samo beznadziejnego, jak wszystkie poprzednie, filmu o Pileckim. Z tego co mówią i piszą, scenariusz był przegadany, nędzny i pretensjonalny. To znaczy wszystkie absolutnie grupy nacisku istniejące w kraju władowały w ten scenariusz swoje życzenia i aspiracje, będąc przekonane, że właśnie to jest potrzebne widzowi. O czymś takim bowiem, jak zostawienie swobody reżyserowi i scenarzyście nie może być w Polsce mowy. Rzekomo dzieje się tak w trosce o jakość. Nieprawda. Dzieje się tak w trosce o właściwe podzielenie budżetu i właściwe rozłożenie propagandowych akcentów w komunikacji z widzem i wyborcą, a także – co jest prostą konsekwencją – o kontrolowanie emocji z tym związanych. To ostatnie życzenie nie jest spełniane nigdy właściwie, co widać gołym okiem, a wobec tego istotny sens produkcji o rotmistrzu Pileckim zawiera się w jednym wyrazie – juma.

Trzeba powiedzieć to jasno i wyraźnie – przy takiej ilości osób, które chciałby zarobić na Pileckim, albo za jego pomocą dochrapać się jakiejś kariery, sam Pilecki przestaje być do czegokolwiek, w sensie promocyjnym, edukacyjnym i propagandowym, przydatny. Zamienia się w swoją własną karykaturę. Nie można jednak jej zdemaskować i wyszydzić, bo jego historia jest zbyt poważna. Za sprawą więc mediów rządowych, instytucji, fundacji, poszczególnych, przeważnie szalonych autorów, a także ludzi o niezrozumiałych i nie dających się zrealizować ambicjach, Pilecki staje się ciężarem i garbem na plecach Polaków. O wiele większym i cięższym niż swego czasu był Kościuszko.

Czy można z tym w ogóle polemizować? Raczej nie, ja tutaj świadom jestem ryzyka, ale podejmuję je śmiało. Pileckiego i ludzi, którzy próbują na nim coś ugrać można tylko omijać szerokim łukiem.

  18 komentarzy do “O właściwym sprofilowaniu wiary w siebie”

  1. Wyjść z Auschwitz na L4  i jeszcze medal Stresemanna dostać to jest sztuka nad sztukami ☺

  2. Właściwe sprofilowanie wiary w siebie polega na wierze w Boga i miłości do tych, którzy mnie wnerwiają.

    Sprofilowany w ten sposób odrzucam od siebie naśladownictwo tych, którzy mi imponują i uśmiechanie się do tych, którzy są mi potrzebni.

    Pozostaje sam, ze swoim podpisem.

  3. co do samego S. Holmesa – to jeszcze nie było tytułu: detektyw na siankosach, czy krew na kartoflisku,

    jest ten problem, że konkurencja stara się nie zauważać innych dobrych autorów, no tak to jest, ale do wykorzystania przy promocji są pudła rezonansowe – np blogerzy SN, czy z tutejszego bloga, są tymi pudłami rezonansowymi ale zwielokrotnienie przez nich pozytywnych informacji o wydawnictwie, jest przyjmowane przez rozmówców do wiadomości i nie przekłada się na zakupy.

    No nie przekłada się nawet wśród wykształconych z dużych miast.

  4. Sztuką jest nie widzieć w tym nic dziwnego i być specjalistą w tej dziedzinie.

  5. Jako społeczeństwo jesteśmy na etapie rozwoju 6-latka: w związku z występującymi zakażeniami covid uczymy sie ładnie myć ręce, kichać w łokieć lub w chusteczkę oraz zapamiętujemy ważną informację, że gdy jesteśmy chorzy lub przeziębieni, to nie idziemy do przedszkola, tylko zostajemy w domu i podejmujemy leczenie.

    Do osiągnięcia poziomu 12-latka czeka nas kolejne 6 lat żmudnej pracy wychowawczej, a przypominam, że psychiatrzy określaja człowieka doroslego, który osiągnał poziom rozwoju 12-latka łacińskim słowem na d…, które bynajmniej nie powinno być odbierane jako obraźliwe, ale też nie daje powodu do dumy. Jest to po prostu termin medyczny.

    Naturalnie, że są takie tematy, które intelektualnie nas przerastają, bo my jako ogół jesteśmy obecnie na poziomie rozwoju pół d…a.

    Znani publicyści prawicowi na YT aktualnie mierzą się z tematem, czy obowiązkowe mycie rąk jest w ogóle potrzebne i czy to nie jest totalitaryzm, NWO, sprawa szatana itp.

    Powinniśmy bardziej wierzyć w swoje możliwości, jak pan Bartoszewski, zwany profesorem.

  6. Może się mylę, że główny grzech reżysera polega na tym, że komiksu nie zrobił… takiego na poziomie IPN za czasów Kieresa.

  7. A czy to jest właściwie sprofilowana wiara w siebie?
    Eric Idle – „Always Look On The Bright Side Of Life” – STEREO HQ

  8. Kapo Cyrankiewicz powód śmierci rotmistrza Pileckiego [!]

  9. naprawdę na otwarciu CDt,  te ruchome schody znieruchomiały ?… z wrażenia chyba , no ale CDeciak to był sklep , podobnie było kiedyś z komputerami, przyjechała szycha do instytutu MM i chciał osiągi elektroniki polskiej zobaczyć i były one niezłe, nadawały się do pochwał, tylko ktoś złośliwie kabel wykopnął z wtyczki i nici z pokazu – ale to stwierdzono po wyjeździe delegacji –

  10. Dobrze jest  eksploatować to co jest a nie tworzyć wątpliwe byty do eksploatacji.

    Kandydat na takiego hot doga być musi wyjątkową kanalią i to wszystkim znaną i akceptowaną w tym przez bandę czworga, której imię widnieje już na ulicach większości miast w Polsce. Gdzie byłyby światowe sceny makabryczne, soft porno -wieszanie za jaja, intryga, polityka, robienie najdłużej na stół, puszczanie pawia, poszukiwanie skarbów, pościgi, więzienia, czary, ucieczki i wielkie batalie. I wszystko co tylko nazmyślacie można jej ze spokojnym sumieniem przypisać. Oczywiście tylko w sferze pop. To Hugo Kołłątaj.

    Już Norwid zauważył, że ogłoszenie że despotyzm upadł nikogo nie zainteresuje, a że ktoś narzygał w przedpokoju to się  ludzie zlecą. Co widać na jutubie.

  11. Prasa przedwojenna o dzisiejszych czytelnikach szmatławców głównego nurtu

    Kretyni i jołopy

  12. To „ efekt generalski ”, którym określa się wystąpienie, przy okazji oficjalnych pokazów, nieoczekiwanych usterek i awarii. W ZSRR taki efekt uznawano za dywersję. Jakie konsekwencje wyciągnął Cyrankiewicz, tego IPN nie rozwikłał. Podpowiem tylko, że otwarcie wspaniałego obiektu architektury z udziałem premiera nie znalazło się na okładkach prasy stołecznej. A gdy szukałem takich okładek z okolic 22 lipca 1951, to efekty generalski dotknął dziś na wiele godzin stołeczną bibliotekę cyfrową.

  13. Podobno to szum, przykrywka na zamach mjr Owoca.

  14. Z bardziej znanych podobnych mistycznych zjawisk – Putinowi parę lat temu zgasła na Placu Czerwonym jakaś nowa Lada.

  15. Najpierw prasa nieprzytomnie rozdmuchuje sprawę procesu, potem łaje i wyzywa od głupków – pedagogika wstydu. Jest o czym pisać i dobrze się sprzedaje. I tak to się kręci.

  16. niedziela sierpień 1933 – sprawa gorgonowej – rzeczywiście zrobić z tragedii sezon wycieczkowy – byli to jacyś nieźle sprofilowani gapie.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.