Sie 182010
 

Opowieści, o tym, jakoby hrabia z Uładówki zastrzelił się srebrną kulą ponieważ uważał, że jest wilkołakiem, który dybie po nocach na niewinne istoty wędrujące przez dworski park i okoliczne pola, wymyślił ktoś długo po jego śmierci. Ta zaś nie wyglądała wcale tak, jak chcieli to widzieć poeci i literaci skłonni do romantycznych egzaltacji. Według nich człowiek potrafi przed śmiercią przygotować starannie broń, udać się do kaplicy tuż po wieczornej mszy i poprosić księdza zdejmującego ornat w asyście ministrantów, o poświęcenie srebrnej kuli. Ujmujące to wizje, ale całkiem nie prawdziwe. Nikt, nawet pan hrabia z Uładówki nie mógłby tuż przed śmiercią zachować się w taki sposób. Człowiek, który postanawia umrzeć jest bowiem tak samo przerażony tym co będzie potem, jak wszyscy ci, którzy umierać nie chcieli, a których wrzucono w wielki dół śmierci przemocą. Tak więc pan hrabia nie usiadł przy nakrytym białym obrusem stole w jadalni, nie spojrzał przed strzałem na portrety przodków i nie przeżegnał się.

Najpierw długo, w samej koszuli błąkał się po domu w poszukiwaniu pistoletu. Przerażona i dobrze znająca swego pana służba pochowała bowiem przytomnie całą broń, jaka była w pałacu. Kiedy wydawało się, że pan hrabia nic nie znajdzie i wściekłość, przerażenie oraz gniew na samego siebie miną w końcu, wygrzebał, jak na złość, gdzieś w lamusie stary pistolet. Hajducy twierdzili potem, że był to raczej samopał, z którego bardzo trudno byłoby wystrzelić. Hrabiemu jednak się udało, ponieważ zawsze udawało mu się wszystko czego się podjął.
Nie było także żadnej srebrnej kulki oderwanej rzekomo od wieczka cukiernicy i opiłowywanej latami w czasie licznych podróży po świecie i długich zim spędzanych w Łańcucie i Uładówce. Z tym starym pistoletem w dłoni, krzycząc bez przerwy i złorzecząc wszystkim biegał pan hrabia po schodach i pałacowych korytarzach w poszukiwaniu czegoś co mogłoby posłużyć za kulę. Wreszcie znalazł. Była to brudna, zmatowiała kulka z żelaza, której wcześniejsze przeznaczenia nie były nikomu znane.

Śmierć pana hrabiego nie była ponurym misterium pełnym tajemniczego piękna, było to raczej gwałtowne zejście pełne krzyku, wydzielin ciała, protestów i płaczu kobiet czeladnych. Pan hrabia groził domownikom i służbie nabitą bronią, aż wreszcie pozwolono mu zatrzasnąć drzwi pokoju. Potem padł strzał. Hajduk, który pierwszy wpadł do komnaty, żeby sprawdzić czy nie da się jeszcze uratować pana, wybiegł stamtąd blady jak płótno, zakrywając usta wielką dłonią. Wezwany z Winnicy medyk tylko pokręcił głową, gdy zobaczył ciało leżące na podłodze. Pośmiertny wygląd Jana Nepomucena Potockiego daleki był od tego do czego przywykły oczy doktora. Hrabia, wbrew uładzonym wersjom wydarzeń, nie włożył lufy pistoletu do ust i nie pociągnął za spust. Wbiegł po prostu wściekły i blady do swojej sypialni i nie czekając na nic wypalił sobie w twarz z bliskiej odległości. Leżał potem na podłodze, w surducie narzuconym na koszulę nocną, bosy, z poskręcanymi stopami i kolanami sterczącymi, jak białe głazy przy sycylijskich i marokańskich drogach. Pochowano go w sieni kościoła w Pikowie. Pogrzeb był cichy i wstydliwy. Było to pierwszego stycznia 1815 roku, jeśli oczywiście liczyć daty według kalendarza gregoriańskiego.

Wracając do kraju rodzinnego którego nie znał, jaśnie oświecony pan hrabia Jan Nepomucen Potocki, ulubieniec dam, lew salonów i król życia, który z młodzieńczą werwą i zapałem uwierzył w możliwość kształtowania nowego, lepszego człowieka za pomocą filozofii i nauki, zatrzymał się był na krótki czas w Niderlandach. Był to niespokojny moment, rok 1787, w którym mieszczanie z Amsterdamu i Hagi postanowili wytłumaczyć swojemu Sztadhuderowi, że nie chcą już, by dłużej nimi rządził. Pan hrabia patrzył z sympatią na wolnościowe aspiracje mieszczan, które popierał i wspomagał nawet finansowo. Jego twarz zbladła jednak nieco kiedy dane mu było ujrzeć w jaki sposób domagają się mieszczanie poszanowania swoich praw i jak traktują tych spośród wiernych Sztadhuderowi, którzy mieli nieszczęście wpaść w ich ręce. Obserwacje, które wtedy poczynił kazały mu zwątpić w słuszność i metody rewolucji. Nie na długo jednak. Kiedy Sztadhuder wezwał na pomoc Prusaków, którzy przywrócili porządek w prowincjach, pan hrabia stał się na powrót zwolennikiem reform i swobód dla wszystkich stanów. Widok pruskich żołnierzy na ulicach, a nie byli to już „połykacze ognia” wyszkoleni przez starego Fritza, tylko ludzie traktowani o wiele łagodniej, sprawił, że hrabia nigdy, nawet w czasie, gdy polski obóz patriotyczny postawił na Prusy, nie dał się zwieść mirażom tworzonym przez berlińskich polityków. Jedno doświadczenie wystarczyło, by pozbawić Potockiego złudzeń.

W lipcu 1788 król zaprosił do Warszawy wielkiego francuskiego wynalazcę monsieur Blancharda. Najjaśniejszy pan, ubezwłasnowolniony przez ambasadora z Petersburga, uciekał od trosk codziennych organizując egzotyczne fety i obmyślając atrakcje, które bawić miały także nieszczęśliwy lud, poddany mu przez Opatrzność i najjaśniejszą imperatorową. Lot balonem nad stolicą to było coś w sam raz na trudne czasy, pamięć o nieszczęśliwie zdarzonej Konfederacji i podziale kraju była świeża i bolesna, choć minęło od tych czasów już szesnaście lat. Los kraju nadal był niepewny, ale król nie ustawał w fundowaniu ludowi atrakcji. Im bardziej nieprawdopodobnych tym lepiej. Wyczyn Blancharda, podniebny lot balonem zaopatrzonym w śmigło i stateczniki był imprezą niebezpieczną i dla wielu obserwatorów trochę nieprawdopodobną. Oto, jakiś sprowadzony przez Stanisława Augusta Francuz wzbija się w niebo w piekielnej machinie. Tylko kto może wiedzieć jak to tam naprawdę się wszystko odbywa? Francuz może przecież sobie latać, co innego gdyby w koszu balonu siedział Polak, wtedy prosty amator podniebnych rozrywek mógłby silniej uwierzyć w możliwości nowoczesnej nauki. No, bo jak inaczej…Ba, ale skąd wziąć człowieka na tyle szalonego, by dobrowolnie wszedł do kosza i pozwolił wynieść się, hen, hen, wysoko pod chmury. Wtem przez tłum przeleciał szmer – ponoć młody Potocki poleci z Blanchardem! Słysząc to niektórzy zaczęli machać lekceważąco rękami, a inni uśmiechali się pod wąsem. Jednak ci którzy stali najbliżej widzieli, jak młody hrabia, w wysokim kapeluszu z piórem, uśmiechając się i rozsyłając pocałunki damom, ze swoim ulubionym pudlem na rękach zmierza w kierunku potwornej machiny. Tuż, tuż przed koszem do nóg śmiałka dopadł jego najwierniejszy sługa, Turczyn, którego Potocki przywiózł gdzieś ze świata. Wszyscy słyszeli, jak błagał swojego pana, by ten nie narażał życia i pozwolił mu – nędznemu poganinowi wsiąść do balonu zamiast siebie. Potocki podniósł go z ziemi i nakazał zajęcie miejsca w gondoli, obok swojej dostojnej osoby.
Lot odbył się bez przeszkód, a wieziony powozem z wprost z zielonych pól na Woli, gdzie osiadł balon, Potocki uznany został przez mieszkańców stolicy za bohatera.

W 1791 roku Potocki wraz z ambasadorem Szwecji znalazł się w oblężonym przez Hiszpanów Tangerze. Podejmował go tam osobiście sułtan Maroka, choć Potocki nie był ani posłem żadnego liczącego się dworu, ani samodzielnym władcą. Z Maroka przybył Jan Potocki do Paryża, gdzie, jak to zwykle wśród arystokratów bywa, zaprzyjaźnił się z jakobinami. Poznał go z nimi inny polski karmazyn – książę Lubomirski. Rewolucyjne przemowy Potockiego wzbudziły entuzjazm przedstawicieli stanu trzeciego, którzy tytułować zaczęli Jana Nepomucena „obywatelem hrabią”.
Rok później, nie oglądając się na kunktatorskie i obłudne deklaracje padające ze strony króla i niektórych patriotów wyruszył Jan Nepomucen Potocki w pole naprzeciwko nadciągającym wojskom imperatorowej, które ciągnęły za sobą w taborach jego krewnego Szczęsnego Potockiego.
Jak sam twierdził później wstąpienie do szeregów wojska , które skazane zostało na porażkę przez własnego króla i jego akolitów było dla niego nakazem honoru.
Po nieszczęsnej kampanii w obronie majowej konstytucji osiadł hrabia w Łańcucie, gdzie dla uciechy emigrantów z Francji i zebranych tam Polaków napisał dziełko sceniczne pod tytułem „Parady”, rozprawiał się tam szyderczo ze swoimi rewolucyjnym mrzonkami. Stworzył tam także rzecz, która od razu poszła w zapomnienie, a którą zamówił u niego książę Henryk Pruski, komedię z kupletami, zatytułowaną „Cyganie z Andaluzji”. Żaden krytyk i miłośnik twórczości Potockiego nie zwrócił na tę błahostkę uwagi.

W 1794 roku w czasie pobytu w północnych Niemczech, którego owocem była praca zatytułowana „Podróż do Dolnej Saksonii celem odbycia badań nad starożytnościami słowiańskimi czyli wedyjskimi” , spotkała hrabiego dziwna przygoda. Przejeżdżając samotnie przez las w okolicach Lubeki usłyszał nagle rozdzierający krzyk, ruszył w stronę skąd nadchodziły rozpaczliwe wołania i stał się świadkiem sceny dziwnej, groteskowej i upiornej zarazem. Oto młody Wend usiłował wtłoczyć do otwartej trumny jakiegoś starca, jak się okazało własnego ojca, który bronił się i wołał o ratunek. Potocki wyswobodził starca, grożąc jego synowi szpadą. Ten jednak miast uciec, tłumaczył się, że praktyki te, choć zwalczane przez Niemców są w społeczności wedyjskiej powszechne i każdy na jego miejscu zachowałby się podobnie. Starców bowiem, którzy są już niepotrzebni prowadzi się do lasu i tam zakopuje żywcem. Potocki nie pozwolił aby dokonał się ów akt barbarzyństwa, ale doświadczenie to nie pozostało bez śladu w jego psychice i – co okazało się dużo później – twórczości.

Potem były jeszcze podróże na wschód, na Kaukaz, do południowych guberni Rosji i wreszcie do Chin wraz z carskim poselstwem. Wobec bowiem upadku kraju postanowił hrabia związać losy z tym monarchą, w którego państwie leżała większość jego dóbr, z Aleksandrem I. Zanim ofukniemy go tutaj pomyślmy, chwilę nad tym, że przecież nie poszedł na usługi do Katarzyny, ani do oszalałego Pawła. Aleksander był postacią na tyle odległą od wydarzeń lat 1792- 1794, że mógł hrabia wybaczyć imperatorowi jego monstrualną władzę i niewolę ojczyzny. Poza wszystkim zaś nie miał wyjścia, emigracja oznaczałaby bowiem pozbawienie się dochodów, a te przeznaczał Potocki na badania naukowe i działalność wydawniczą. Większość swoich dzieł, drukowanych jeszcze kiedy istniała Polska, a opłacanych z własnej szkatuły wydawał Jan Potocki w stu jedynie egzemplarzach. Mimo jego nieprawdopodobnej erudycji i zapału, nigdy – przez żadne ze stronnictw politycznych nie został należycie wykorzystany. Uważano go za dziwaka i egzaltowanego młodzieniaszka, choć nie był ani jednym ani drugim. Później kiedy wydawał swoje obszerne prace naukowe spotkały się one, jakby jakieś fatum ciążyło nad autorem, z gwałtowną krytyką akademików tak w Paryżu, jak w Petersburgu. Nic nie pomogło Potockiemu zaufanie, które pokładał w nim car wysyłając do wraz z wielkim poselstwem do Chin, nic nie pomogły mu europejskie kontakty, wydawało się, że skazany jest na zapomnienie.

Kiedy osiadł samotny w Uładówce, kiedy wraz z każdym kolejny, rokiem nasilały się u niego objawy depresji, kiedy stawał się coraz bardziej niebezpieczny dla siebie i otoczenia, klęska tego niezwykłego, pełnego energii i wielkich talentów człowieka stała się oczywista. Przedsionek kościoła w jakimś Pikowie na Podolu, tam skończyła się jego droga, która wiodła z Polski, z której wyjechał, jako siedmiolatek, przez Szwajcarię, Paryż, Holandię, Prusy, Polskę, Włochy, Maroko, Hiszpanię, Rosję, Kaukaz Mongolię i Syberię, z powrotem na Podole, do miejsca gdzie się urodził. Koniec. Zaśniedziała, stalowa kula nieodwołalnie zamknęła dzieje żywota Jana Potockiego. Tak wydawało się tym wszystkim, którzy stali w mroźny, styczniowy poranek przed jego trumną. Nikt z nich nie pamiętał, bo pamiętać przecież nie mógł, błahej i głupiej komedyjki zatytułowanej „Cyganie z Andaluzji”

Podolskie diabły, które krążyły wokół duszy hrabiego przez ostatnie lata życia, po to by wreszcie zgubić go ostatecznie były prawdziwe, zupełnie odwrotnie niż te, które na swojej drodze spotkał Alfons van Worden, oficer gwardii walońskiej podróżujący przez góry Sierra Morena.
Nikt nie potrafi powiedzieć kiedy dokładnie przed oczami hrabiego pojawił się ten obraz – dwójka jeźdźców na zdrożonych koniach wkracza w cieniste i duszne wąwozy, na spotkanie nieznanego. Może wtedy kiedy w pobliżu pana hrabiego z Uładówki pojawił się czart prawdziwy i począł namawiać go do sprzedania duszy. Może pan hrabia dygocąc ze strachu lub uniesiony pychą wobec bezczelności jakiegoś piekielnego chama próbował zlekceważyć jego czartowską moc i przez to właśnie wszystko się stało.
Wszak w znajdującym się w Petersburgu zeszycie z napisem „Potockiana” na grzbiecie nie ma ani słowa o Alfonsie van Worden i jego wędrówce przez wąwozy Sierra Morena. Są tylko Cyganie opowiadający przy ognisku swoje historie.
Jest jednak w Petersburgu zeszyt drugi i na nim nazwisko van Worden widoczne jest wyraźnie. Należy więc przypuszczać, że czart stanął na drodze pana hrabiego już po ostatnim rozbiorze kraju. Może wsiadł razem z nim do karety jadącej ku Petersburgowi, albo przyłączył się do poselstwa zdążającego ki chińskiej granicy, w którym to poselstwie hrabia brał udział.
Opisy dni, które znajdują się w petersburskiej bibliotece zostały wydane w 1813 w Lipsku przez byłego dyrektora niemieckiego teatru w Petersburgu. W tytule dzieła nie pada jednak nazwisko van Worden, tak jakby pomiędzy panem hrabią a błąkającym się za nim czartem coś zaszło. W tym samym roku wydano także coś co uznane zostało za kontynuację opisów zawartych w zeszytach z Petersburga – Avadoro, historie hiszpańskie – taki był tytuł dzieła.
I to właściwie wszystko co można było odnaleźć w druku za życia pana hrabiego. Tak, jakby ni istniało nic więcej, tak jakby historię swojego zmagania z siłą nieczystą miał pan hrabia zamiar przetrzymać pod łóżkiem.
Współczesny panu hrabiemu czytelnik nie mógł więc poznać postaci tak fascynujących, jak obłąkany Paszeko czy Don Pedro Velasquez. Ten ostatni, pojawiając się dość późno na kartach powieści jest – jak się wydaje – ostatnią deską ratunku, po którą sięgnął pan hrabia wobec coraz większej natarczywości sił nieczystych.
W wydanym w roku 1829 zbiorze prac naukowych Jana Nepomucena Potockiego, a konkretnie we wstępie do tych prac znajdują się znamienne słowa Juliusza Klaprotha –

Miejmy nadzieję, że jedna z pięciu pozostałych kopii, o których wiem, że są w Rosji i w Polsce, prędzej czy później ujrzy światło dzienne, jest to bowiem książka, która podobnie jak Don Kichot czy Gil Blas nie zestarzeje się nigdy.

W latach trzydziestych XIX wieku, piętnaście już lat po tragicznej śmierci pana hrabiego, czereda cała francuskich literatów zapożyczała się u niego czerpiąc garściami z owych wspomnianych przez Klaprotha pozostałych kopii. Jeden z nich, nazwiskiem Cousin publikował całe fragmenty dzieła Potockiego twierdząc, że są to nieznane urywki pamiętnika Cagliostra. Plagiat wykryto, ale sprawa nie wyjaśniła się od razu. Stało się to dopiero w roku 1842, a do wyjaśnienia doprowadził proces.

Po raz pierwszy tytuł, który znamy wszyscy – „Rękopis znaleziony w Saragossie” pojawia się w roku 1847 za sprawą współpracownika pism francuskich nazwiskiem Charles Edmond. Człowiek ten nazywał się w rzeczywistości Edmund Chojecki i wszedł w posiadanie pełnego tekstu powieści, która kilka lat wcześniej została przysłana przez nieznanego nadawcę nieznanemu adresatowi w Paryżu. Tekst był napisany po francusku, a Chojecki alias Edmond przetłumaczył go na polski.
Nieznany nadawca i nieznany adresat – Petersburg – Paryż. Niewielkie fragmenty w bibliotece nad Newą, seria plagiatów branych z francuskich przekładów i nagle – niczym hokus pokus dokonane pod szubienicą braci Zota – pojawia się opasła powieść napisana przez arystokratę, który trzydzieści lat wcześniej strzelił do siebie z pistoletu. W dodatku tytuł – Rękopis znaleziony w Saragossie – nie jest tym czego życzyłby sobie sam autor, za autora bowiem ciągle uważamy pana hrabiego, a nie mary krążące wokół jego głowy i duszy przez te wszystkie lata.
W roku 1809 wyraził on w listach pragnienie, by tak właśnie nazywała się owa powieść, mozolnie budowana przez lata z kilkunastostronicowych fragmentów. Tak to podobno było tyle, że nikt tych listów nie widział, a sam Potocki mówił o swoim dziele jako o „Dniach hiszpańskich” lub powieści pod tytułem „Pośród wisielców”. Nie ma więc całkowitej pewności, że propozycja Chojeckiego byłaby zgodna z gustami pana hrabiego.
Tekst Chojeckiego stał się podstawą do późniejszych edycji, tak polskich jak zagranicznych. W istnienie owego tajemniczego francuskiego rękopisu przesłanego do Paryża w pierwszych dziesiątkach lat wieki XIX nikt jakoś nie wierzył, nie było bowiem w co wierzyć, ponieważ nie odnaleziono owych papierów.
To co dotrwało do naszych czasów to 66 dni opowiedzianych przez wszystkie osoby dramatu od pustelnika począwszy na szlachcicu nazwiskiem Roque Busqueros kończąc. Nie wiadomo jednak czy to już wszystko, czy może gdzieś w świecie, w archiwach lub w skrzyniach pod białymi kamieniami w górach Sierra Morena nie leżą przysypane kurzem lub porośnięte mchem kolejne części opowieści nazwanej „Rękopis znaleziony w Saragossie”.
Podobno pan hrabia pracował nad dziełem od roku 1803 do 1815 czyli do samej swej śmierci. Podobno powieść powstawała kiedy pielęgnował chorą żonę, której początkowo czytał ‘Baśnie z 1001 nocy”, a kiedy tych zabrakło począł tworzyć sam różne historie.
Osadzenie w fabuły w Hiszpanii wskazuje, że tło wydarzeń zarysowało się dopiero w roku 1809, wtedy bowiem Napoleon wyruszył za Pireneje. Co było wcześniej lub inaczej – co miało być? Cyganie mieszkają na całym świecie i ich opowieści usłyszeć także na Podolu, także w Rosji, albo gdzie indziej.
Pomysł na to, by akcja rozgrywała się w Hiszpanii właśnie, był być może kolejną ucieczką pana hrabiego przed dręczącą go wschodnią melancholią, przed lejącymi w listopadzie na Podolu deszczami i upiornym smutkiem jesiennych miesięcy na kresach dawnej Rzeczpospolitej. Przed strachem, że z mgły i deszczu, wyłoni się kareta, a z niej wysiądzie gość, który samego Pedro Velasqueza przyprawiłby o obłęd i zechce podyktować imć Potockiemu księgę, a na odchodnym podaruje mu kulę, oderwaną rzekomo od wieka cukiernicy, a naprawdę przywiezioną wprost z otchłani.

Zainteresowani zakupem książki „Pitaval prowincjonalny” mogą korzystać z konta:

Klinika Języka Gabriel Maciejewski
68 1140 2004 0000 3202 5670 5661 – dla Polski

BREXPLPWMBK PL68 1140 2004 0000 3202 5670 5661
BRE BANK S.A INTERNET BANKING
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź. – dla zagranicy

„Pitaval prowincjonalny” ukazuje się w formacie 148×210 mm. Liczy sobie 176 stron. Oprawa klejona w grzbiet. Cena książki to 32 złote plus koszta wysyłki równe 8 zł za jeden egzemplarz. Koszt wysyłki dwóch i trzech książek to 11 zł. A koszt wysyłki tych książek za granicę to 15.30 zł.

Należy oczywiście podać nazwisko i adres, pod który mam wysłać książkę, a także ilość zamawianych egzemplarzy.

  2 komentarze do “Obywatela hrabiego życie w stu egzemplarzach część I i II”

  1. Potrafisz pisać bardzo zajmująco o nietuzinkowych postaciach. Stanowczo powinieneś pomyśleć o opublikowaniu Rodowodów Nieprzeciętnych, bo już kilka takich perełek stworzyłeś. Chyba już Ci kiedyś o tym pisałem. Jeśli to zrobisz, będziesz miał swój udział w obaleniu mitu Polaka Nieudacznika, który wykreował salon. Nic tak nie zmobilizuje do działania, do pracy i do nauki jak przykłady osób, które potrafią zaimponować. Tym bardziej, gdy będą to nasi ziomkowie. Nie odkładaj tego na później. Jeżeli nie masz jeszcze skonkretyzowanych planów wydawniczych po Pitavalu – weź się za to w pierwszej kolejności. Ja już odłożyłem pieniądze na ten zakup.
    pozdrawiam serdecznie

  2. Bardzo się ciesze z tego wydruku – nie czytam książek on-line (najwyżej krótsze teksty) bo mnie to męczy, ale słowo drukowane to co innego. Zamierzam kupić dwie książki – jedną dla siebie, a drugą na prezent dla najbliższej rodziny. Myślę że ta książka się sama rozpropaguje, tylko niestety wolno to będzie szło.

    Pozdrawiam serdecznie i zachęcam (dla mojej osobistej przyjemności) do dalszego pisania ewentualnie do założenia fan – clubu :-). Uważam że ma Pan duży talent, niezwykle dobrze się Pana czyta!!!

    Ja tę książkę będę promować wśród swoich znajomych.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.