czerwiec 082010
 

Wujek Heniek, choć dobiegał już siedemdziesiątki uważany był za znawcę kobiet i playboya. Ocena ta, mylna całkowicie, wypływała stąd, że wujek demonstracyjnie okazywał zainteresowanie kobietom i dziewczynom, bez względu na ich wiek, urodę i tuszę. Ludzie, którzy żyli skromnie i bogobojnie uważali, że owa wujkowa pobudliwość oznacza, że Heniek kobiety zna. Wszyscy dobrze wiemy, jak błędne jest takie rozumowanie. Prawdziwy bowiem znawca kobiet żeni się w dwudziestym roku życia, klepie dziecko za dzieckiem i zbiera grosz do grosza po to, by tym dzieciom zapewnić dach nad głową i jakieś w miarę dobre szkoły. Dobrze taki człowiek bowiem wie do czego może doprowadzić pozorne znawstwo kobiet polegające na nachalnym okazywaniu im zainteresowania bez względu na okoliczności, wiek i tuszę. Do tego mianowicie, co przytrafiło się wujkowi Heńkowi. Oto jego historia, którą zacznę od końca, bo tak powinny zaczynać się wszystkie dobre opowieści, o czym poinformowali nas jakiś czas temu teoretycy postmodernizmu.

Bawiłem wtedy nad morzem wraz z rodziną i właśnie mieliśmy jechać znad tego morza do babci naszych dzieci. Kłopot w tym, że wybierał się tam również wujek Heniek z calkiem innego końca Polski. Kombinowaliśmy więc tak, żeby wujka nie zastać i pojawić się przed jego przyjazdem. O tym, by wpaść do babci po wyjeździe Heńka nie było mowy, bo kiedy u kogoś z rodziny pojawiał się Heniek nigdy nie było wiadomo jak długo zabawi. Nie wiedział tego również on sam. Życie swoje układał bowiem wujek Heniek jak popadło, bez żadnej myśli przewodniej, jeśli nie liczyć oczywiście tych kobiet i dziewczyn zabawianych bez opamiętania z całkowitą obojętnością na wiek, urodę i tuszę.

Ta przypadłość wujkowa powodowała, że nie był on zbyt tęsknie wyglądanym gościem. Szczerze mówiąc to nikt go nie zapraszał do siebie, bo każdy się bał, że Heniek będzie siedział nie wiadomo ile, że zje wszystko z lodówki i wypije jeszcze więcej, że będzie uwodził dziewczęta swoim starym sposobem modnym na plaży w Międzyzdrojach w roku 1957. Brak zaproszenia nie oznaczał jednak, że można się było od Heńka tak po prostu odseparować i zapomnieć o jego istnieniu. Zwykle to on dzwonił dnia pewnego do niczego nie spodziewających się krewnych i mówił – będę za tydzień. I koniec.

Był w tym dosyć słowny i z tego co zapamiętałem nie zdarzyło się nigdy żeby zapowiedział swój przyjazd i go odwołał. Jeśli ktoś chce w tym miejscu zadać pytanie – no jak to? Nie mogli mu powiedzieć – won! – niech takiego pytania nie zadaje, bo uznam go za człowieka nie rozumiejącego obyczajów panujących naszym kraju. Jak to – won?! Wujkowi? Rodzinie? Heniowi? Won?!!! Nawet ci którzy nienawidzili go, jak psa, a było kilku takich, mówili Heńkowi w słuchawkę zawsze jedno i to samo – najserdeczniej cię Heniu zapraszamy, przyjeżdżaj, a zabierz ze sobą swoją ukochaną Danusię. Po czym trzaskali słuchawką o aparat lub rzucali komórką w ścianę, a potem szli do żony i z miną sotennego Chrynia podpalającego bieszczadzkie wioski oznajmiali – Heniek przyjeżdża za tydzień! Żona zanosiła się płaczem, a potem szła robić zakupy i z drżeniem serca oczekiwali oboje na przyjazd swojego ukochanego krewnego, swojego Henia.

My mieliśmy to szczęście, że Heniek do nas nie przyjeżdżał, byliśmy dla niego całkowicie nieatrakcyjni, a to ze względu na znikome spożycie napojów wyskokowych w naszym domu. Spotkać go mogliśmy jedynie u babci. Układ taki dawał nam możliwość uniknięcia spotkania z Heńkiem. Tak nam się przynajmniej wydawało. Swój wyjazd nad morze zaplanowaliśmy tak właśnie, żeby po tej rekreacji pojechać do babci w takim terminie, by Heńka jeszcze tam nie było. Ja, ponieważ bardzo lubię podróżować, cieszyłem się bardzo z tej wyprawy przez pół Polski prościutko w kierunku południowym, wzdłuż zachodniej granicy, przez zapomniane wsie i miasteczka. Radość mą potęgowała jeszcze myśl, że nie zastanę tam Heńka, że wyjadę zanim on pojawi się w drzwiach lub, w najgorszym razie spotkamy się na schodach i on powie mi – cześć, a ja jemu – dzień dobry. Tak sobie właśnie kombinowałem, kiedy zadzwonił telefon.
Właśnie się pakowaliśmy i mieliśmy ruszać w drogę przez piękne województwo Zachodniopomorskie kiedy babcia oznajmiła nam najgorsze – Heniek zmienił plany! Przyjeżdża dziś! To było jak uderzenie gromu z jasnego nieba. Jedziemy przez cały kraj z małym dzieckiem, po to, by na miejscu zastać Heńka. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę jego wyjątkową towarzyską atrakcyjność, to było zbyt wiele. Chcieliśmy zaprotestować przeciwko przyjazdowi Heńka w zarezerwowanym dla nas terminie, ale babcia ucięła nasze marudzenie krótko – to jego ostatnia podróż. On umiera.

Cóż było robić? Wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy wzdłuż granicy. Jednak pejzaże województwa zachodniopomorskiego nie sprawiały nam podczas tej podróży żadnej frajdy. Bynajmniej nie z powodu złego stanu zdrowia wujka Heńka, w który nie uwierzyliśmy. Nikt bowiem nie wierzył w to, że Heńkowi może się stać coś złego, a jeśli nawet tacy byli to wiara ta rozgrzewałaby ich od środka i jakoś tak mobilizowała.

Muszę teraz opowiedzieć o nim, o Heńku, o tym dziwnym człowieku, tak popularnym i tak nie lubianym jednocześnie. Jest wujek mężczyzną niskim, chuderlawym, ma wielką głowę nie pasującą do reszty i wąs sumiasty podkręcony po huzarsku. Nikt patrząc nań nie uwierzyłby, że miał on w swym życiu trzy żony i niezliczoną ilość przypadkowych kochanek. Nikt nie uwierzyłby, że potrafi pić bez przerwy kilka dni grając jednocześnie bardzo przytomnie w brydża i bajerując kelnerkę. A nawet gdyby ktoś w to uwierzył, to już na pewno nie dałby wiary opowieścią o tym, że wujek całe swoje życie poświęcił dla dzieci. Tak, to byłoby nie do uwierzenia. Na pewno.

Ma bowiem Heniek dzieci. Muszę się przyznać, że nie wiem ile ich jest, ale ponoć sporo, z każdej żony po kilka. Heniek ponadto, będąc człowiekiem o duszy szerokiej i geście magnackim, dawał swoje nazwisko także tym dzieciom, które jego żony przynosiły do domu gdzieś ze świata. Co do tych dzieci nie było wątpliwości, że nie są heniowe, ale co miał niby z nimi wujek zrobić? Zamrozić? Litował się i żywił je wszystkie, a jak żony wyganiały go z domu, bo akurat znalazły sobie jakiegoś innego amanta, to płacił na te dzieci alimenty i dbał, żeby chodziły do szkoły. I tak przez całe życie.

Pieniądze, których Heniek nie przepijał i nie przejadał szły więc w całości na te wszystkie dzieci. Henio zaś robił się coraz starszy i coraz biedniejszy, aż w końcu nie zostało mu nic, poza zakochaną w nim bez pamięci konkubiną, której kłamliwie obiecywał ślub i kolegami w podejrzanym lokalu na przedmieściu, gdzie chodził na brydża. Nie wyglądało to za dobrze, ale Heniek nie pękał. Zawsze ze swadą opowiadał historie ze swojego życia, szczególnie zaś te które dotyczyły rozmaitych bójek i nożowych rozpraw w lokalach. Sporo tego było, bo Heniek łatwo się zapalał i sprowokować go do bójki to była najprostsza rzecz pod słońcem. Wystarczyło zagadać do jego dziewczyny lub oznajmić na głos, że jest się bokserskim mistrzem okręgu w wadze piórkowej lub jakiejkolwiek. Heniowi było wszystko jedno, od razu chciał wypróbowywać takiego mistrza, od razu także gotów był do obrony czci niewieściej. Rzecz jasna większość starć przegrywał ze względu na niedowagę i swoją mikrą posturę, ale nie przejmował się tym. W walce nadrabiał zawsze zaangażowaniem. Raz ponoć nawet wbili mu nóż w plecy, ale wyjął go sobie i walczył dalej nie zwracając uwagi na krew stygnącą na koszuli. Ponoć przestał dopiero wtedy kiedy przyjechało po niego pogotowie, które wezwał ktoś litościwy.

Prócz skłonności do ryzyka i rozmiłowania w zabawie charakteryzowała także Heńka pewna próżność. Gdyby lepiej trafił miałby szansę zostać gwiazdą estrady, może nie na skalę kraju, ale województwa na pewno. Nie mając żadnego prócz technicznego wykształcenia perorował wujek swobodnie na różne tematy przerywając opowieści pieśnią lub dykteryjką, zależnie od tego w jakim się towarzystwie aktualnie obracał. To się szalenie podobało, nie tylko dziewczynom, ale także kolegom Henia, przez co był on zawsze duszą towarzystwa i bardzo pożądanym kompanem. Przez to wszystko życie wujka miało taką intensywność i barwę, które mogły –gdyby przytrafiły się komu innemu – zabić na miejscu. Heniowi jednak nic się nie stało. Słabł jednak z każdym rokiem coraz bardziej i biedniał, bo przez upodobanie do zabawy i rozrywek wyrzucano go z każdej roboty po kolei. W końcu doszło do tego, że wszystkie pieniądze przeznaczał na opatrzenie swojego potomstwa, sam zaś żył i bawił się z pożyczonych lub tych, które należały do zakochanej w nim bez pamięci konkubiny.

Najpiękniejsze w Heńku było to, że nigdy się nie skarżył, nie biadolił i nie lamentował. Nie starał się także poprawić jakoś swojego losu, czyli jak to się zwykło u nas mówić – nie próbował się ustatkować. Kiedy go poznałem wyglądał już bardzo źle. Był chudziutki i biedniutki, ale bardzo wesoły. Opowiadał mi o tym, jak koledzy witają go codziennie w knajpie owacją, jak dobrze i wesoło czuje się w ich towarzystwie. Nie zwracał uwagi na karcący wzrok swojej partnerki, młodszej zresztą odeń o dobre dwadzieścia lat. Całą swoją uwagę skupiał na gościach, do których i ja należałem i zabawiał nas rozmową tak, jak należy.

Kiedy słyszałem o nim po raz drugi chorował ciężko i chyba miał zawał, ale tego z całą pewnością potwierdzić nie potrafię. Nabawił się z czasem także rozmaitych brzydkich alergii, które czyniły jego życie nieznośnym i przykrym. Nigdy nie usłyszałem jednak o tym od niego samego, zawsze od kogoś, kto go znał. Leżał też kilkakrotnie w szpitalu, a kiedyś nawet – i był to chyba jedyny moment słabości, na jaki sobie pozwolił – wyraził nadzieję, że jak będzie z nim bardzo źle to wszystkie jego dzieci, którym oddawał ostatnie grosze na pewno mu pomogą. Dobrze wszyscy wiemy, gdzie dzieci mają swoich starych rodziców, szczególnie takich, którzy z nimi nie mieszkają, a jedynie wspomagają dzieci owe finansowo. Mają one tych rodziców w dupie.

Nowoczesna psychologia i mądre gazety dla młodzieży przekonują ich bowiem do tego, że pieniądze od ojca im się po prostu należą, nieobecność zaś jednego z rodziców, bez względu na przyczyny, to dług, który ów rodzic zaciąga u swego dziecka. Tak więc w rozumieniu tych podłych dzieci Heniek po prostu spłacał długi, które zaciągnął opuszczając ich domostwa i pozostawiając ich matki w ramionach jakichś popaprańców co użalali się nad swoim losem prawie codziennie. Nikt mu nie pomógł, ale jakoś tak się złożyło, że Heniu nie umarł. Żył nadal tylko był jeszcze słabszy i trudniej było mu znaleźć robotę. Załapał się kiedyś jako stróż gdzieś na parkingu, ale wylali go stamtąd szybko i musiał znowu siedzieć w domu oraz pić i jeść za nieswoje pieniądze.

Miał dużo czasu odwiedzał więc rodzinę, jeździł do swoich braci i sióstr i tam bawił się wesoło nie troszcząc się o to co będzie później. Takiego też go zastaliśmy owego pamiętnego dnia, kiedy wściekli, po całym dniu jazdy samochodem wdrapaliśmy się na trzecie piętro. Siedział przed telewizorem, na ławie stało piwo oraz jakieś wędliny, a on patrzył na rozgrywki piłkarskie emitowane w kanale Eurosport. Wyglądał inaczej. Dużo gorzej niż kiedy go widziałem ostatnim razem. Zapuścił sobie także brodę, co nadawało jego twarzy wygląd bardziej nobliwy. Przywitaliśmy się i zaczęliśmy gadać. – Wiesz – powiedział do mnie wujek Heniek – jak byłem w szpitalu na serce to powiedziałem lekarzowi, że zupełnie nie radzę sobie z tym odstawianiem wódki. Bo rozumiesz przez to serce pić wcale nie powinienem. To powiedziawszy pociągnął głęboki łyk ze szklanki. – No i co – zainteresowałem się. – No i ten łapiduch tak na mnie popatrzył, popatrzył i zapytał – nie może się pan odzwyczaić od picia? –Tak – ja na to. – No to niech pan pije. – Tak mi powiedział, dasz wiarę – rzekł wujek Heniek – niczego tych lekarzy dziś nie uczą. Mówię ci, niczego.
Potem otworzył mi nową puszkę Tyskiego i rozmawialiśmy dalej. Zapytałem go o rozrywki, o karty i kobiety. Pomyślał, popatrzył i rzekł – już nie chodzę na karty. – Dlaczego – ponownie się zdziwiłem. – Jestem coraz słabszy i mniej uważny. Po tylu sukcesach nie mogę. Po prostu nie mogę. – Dlaczego – nie mogłem pojąć. – Nienawidzę przegrywać – powiedział do mnie wujek Heniek.

Jeśli martwicie się teraz co dalej stało się z wujkiem, pragnę was uspokoić. Tamta podróż do nie była jego ostatnią. Choć bardzo już słaby, podróżował jeszcze wielokrotnie odwiedzając rodzinę. Ponoć ciągle żyje, choć lekarze nadal mówią mu, że powinien pić.

  8 komentarzy do “Ostatnia podróż wujka Heńka. Opowiadanie”

  1. Barwna postać ten Henio. W stanie wojennym ktoś mi opowiadał historyjkę o jakimś panu Heniu, która, wypisz, wymaluj, idealnie pasuje do tego Twojego wujka Henia. I nawet ten jego pociąg do wódki i częste wizyty w knajpach sprawiają, że nie jestem wcale pewien, czy nie jest to historyjka o Twoim wujku.
    Otóż wyobraź sobie początek stanu wojennego. Pogrom „Solidarności”, koniec szesnastomiesięcznego festiwalu wolności, tysiące internowanych działaczy „S”, represje wobec tych, którym starczyło odwagi, by się temu złu przeciwstawić, zamknięcie wszystkich gazet z wyjątkiem jakiejś „Trybuny Ludu”, wyłączone telefony, przemykający ulicami młodzi ludzie z plecakami wypchanymi bibułą omijający slalomem rozstawione koksowniki, znacznie pewniej poruszające się patrole w mundurach, gdzieniegdzie stoi jakiś BTR i te rzeczy. A tu w jakiejś knajpie chwiejący się na nogach panowie mocno już sfatygowani, wydający już więcej na babki klozetowe niż na piwo. I co który z nich wyjdzie z toalety wykrzykuje: niech żyje pan Henio, zdrowie pana Henia. Ten dziwny zwyczaj zaciekawił jakiegoś smutnego pana, który przebywał w tej knajpie służbowo. Wszedł więc tam, skąd wszyscy wychodzili w tak szampańskich humorach, żeby zobaczyć, co jest przyczyną takiej gwałtownej odmiany wisielczych humorów, z jakimi przychodzili goście do knajpy. Wszedł i od razu zauważył napis na ścianie nad umywalką: „Mam w dupie generała – Henio”
    pozdrawiam

  2. 🙂 Piękna historia, ale nasz Heniek jest z innego miasta, nie mogę napisać z jakiego, bo ktoś może się połapać. Imienia mu nie zmieniłem, bo to by odebrało całą poetyczność tej notce. Heniek to Heniek i już.

  3. Nie no Corrylusie.
    Ja sie kiedys uzewnetrznialem przed Leskim/taki tam dal sygnal,by opowiadac/.
    Ja zafasowalem 12 lat za pobicie zomowca w 1981 roku 28 grudnia.Nie neguje,ze mu ryj obilem i kolegom,ktorzy chcieli go bronic.Ja bylem piekny i mlody i nic mnie nie obchodzilo,bo wlasnie urodzila mi sie corka/moje DZIECKO/ i jakby taka konwencje przyjac,to ja moze tez Henkiem jestem???

  4. O żesz! Chyba jesteś.

  5. No wlasnie.
    Interesuje cie np.przesluchanie na Palacu Mostowskich,gdzie kazdy zatrzymany mial tylko numer.Kurwa NUMER,nie nazwisko!!!
    Ja zdaje sobie sprawe/dzis zwlaszcza/ze policja/milicja/ma uprawnienia,ale z tym przytrzaskiwaniem jaj w szufladzie to,jak myslisz fantazja KUCa/tza/,czy realny bol faceta????
    Mnie akurat do „nabialu” sie nie dobierali,ale zostalem przykluty z tylu rekoma do kaloryfera ,ze nawet sie wyprostowac nie moglem,i wtedy zobaczylem,co moze ze mna zrobic „wladza”.
    Ale nie o moja „matrylologie” tu chodzi,bo jak widzisz zyje.
    Nadzieja,ktora mi przyswiecala wtedy,bylo myslenie o moich bliskich,a na NAJBLIZSZYCH sie nigdy nie zawiodlem.
    Takich zasmarkanych przeciwnikow „wladzy” bylo wtedy wielu.Wielu zostalo by „skonsumowac” te swoje „przyluczone jaja w szufladzie”,ja sie na to nie zgadzalem w mysl moich „leginych idealow”-„Zycie,albo smierc i dlatego wyladowalem w NY z rodzina latos 1992.Tak na jesieni,gdy zrozumialem,ze Bolek/na ktorego glosowalem/jest pastuchem.Z jakiej firmy pastuszej?No to chyba po osiemnastu latach mozemy oceniac?
    Dzieks,ze moge sie
    troche pouzewnetrzniac.

  6. sorry bo mi urwalo.
    Ja tu sie znalazlem,tylko dlatego,ze wczesniej wylosowalem „viz OF USA”-

    no ok.Nigdy sie o to nie modlilem,a i w totku mam mierne rezultaty.

  7. To znaczy, że odsiedziałeś te 12 lat? A potem wygrałeś wizę? Powinni o tobie reportaż zrobić w jakiejś telewizji polonijnej. Jesteś żywym przykładem, że hart ducha i zasady mogą zwyciężyć. Może powinieneś się gdzieś z tą historią zgłosić? W Polsce to nie przejdzie, ale Ameryka to Ameryka, miałbyś swoje 5 minut.

  8. Przepraszam,ze dopiero teraz odpowiem,ale tydzien mialem,no powiedzmy „przegwizdany”,znaczy sie dorabialem jankesow.
    Nie,”odkiwalem”/a jak,pamietam te chinskie mowe/lat cztery.Rozne apelacje i takie tam/amnestia z 1984/zrobily swoje.I dalej kiszka.Dziecko drugie,perspektyw zadnych,no takie byly czasy jaruzelsko-kiszczakowskie.
    Ale masz racje.Wiara gory przenosi.I dlatego wlasnie jade zaglosowac.Dzis bo Pan Bog tak te „czasy” ustanowil, my zawsze pierwsi.
    Ameryka nigdy mnie nie przerazala/moze troche fascynowala,moze…/Choc jak przyjechalem na JFK w NY to znalem dwa slowa po angielsku-„yes” &”no”…i jak czlowiek jest postawiony pod sciana,moze duzo.
    Pozdr.
    PS.Czytalem o debacie.Napisze Ci tak:Dziekuje.Moi mlodsi koledzy/kibole/spiewaja tak:
    „My kibice z Lazienkowskiej nigdy nie poddamy sie…” i cos w tym jest drogi Coryllusie.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.