styczeń 062015
 

W czasach kiedy studiowałem nie było na UW człowieka, który miałby choć cień sympatii dla zagadnienia zwrotu wyposażenia świątyń Kościołowi. No było o tym mowy w ogóle, a kiedy przyszło do sporu o Memlinga, historycy sztuki po prostu szaleli. Nie ma mowy o oddawaniu niczego, bo Kościół nie ma możliwości, by dzieła sztuki odpowiednio zabezpieczyć. Zostaną one ukradzione, tak jak relikwiarz św. Wojciecha z Gniezna, pokawałkowane i wywiezione na złom. Słuchałem tych sporów, chłopięciem będąc, niczym świnia grzmotu i nic mnie one nie obchodziły. Dziś jednak po latach chcę wrócić do istoty tego sporu. Zacznijmy jednak od końca, od sposobów zabezpieczania dzieł sztuki w muzeach i kościołach. Pamiętamy wszyscy wielkie kradzieże, jak choćby tę z auli Leopoldyńskiej, która jednakowoż nie jest świątynią, a terenem uczelnianym, pamiętamy też kradzieże z kościołów. Czym one się różniły? Tym mianowicie, że w przypadku tych drugich nigdy, albo bardzo rzadko podejrzenie padało na księży. W przypadkach kradzieży cywilnych, prawie zawsze brano po uwagę udział w nich pracowników uczelni. To szalenie ważne rozróżnienie, bo ono mówi nam wyraźnie o stopniu zdeprawowania tych istot, o ich aspiracjach i pysze. Z czego ona się bierze? Z zanegowania misji. To zaś wiąże się z wysokością pensji pracowników instytucji kulturalnych. Nie ma takiego pracownika muzeum czy innej placówki kulturalnej, który uważałby, że jest dobrze i właściwie wynagradzany. Oni wszyscy są opłacani źle, a hierarchie prac w branży są przyczyną wielkich frustracji młodych, rozpoczynających kariery urzędników. Są oczywiście piony, gdzie zarabia się dużo, ale trafić tam można jedynie w wyniku koneksji rodzinnych bądź mafijnych. Innej drogi nie ma. Pozostali, jak ten biedny chłopak z Orońska, którego opisała wczoraj Kossobor, to biedacy, pielęgnujący jakieś marzenia. O wydaniu komiksu na przykład. Nie mają ci ludzie pojęcia, że dzięki istnieniu takich właśnie placówek jak Orońsko, rzekomo stojących na straży kultury i tradycji nie ma mowy o wydawaniu komiksów, nie ma mowy o rynku po prostu. No, ale skąd wykształcony na ASP pracownik muzeum ma o tym wiedzieć? W takim środowisku, silnie rozwarstwionym pod względem wynagrodzeń i do tego przeżeranym ambicjami najłatwiej o patologię kończącą się rabunkiem. Jego skala może być różna, od wyrżnięcia obrazu z ram lub zaiwanienia kilku starodruków począwszy na zmianie ustawy regulującej handel dziełami sztuki kończąc. Przekonanie o wybraństwie i szczególnej roli jaką mają wypełnić, jest wśród urzędników od kultury powszechne. Nie można im tego wybić z głowy w żaden sposób, a to – myślę – z tego powodu, że jak jeden z drugim chce wejść nocą do skarbca wawelskiego, wyjąć z gabloty szczerbiec i nim pomachać, to po prostu to zrobi. A jak zrobi to ma tak podniesioną samoocenę jak Amundsen po wyprawie na biegun południowy.
No, ale żarty na bok. Mamy grupę ludzi przekonanych o swojej szczególnej misji, którzy nawet nie wiedzą, że misja ta została wraz z całym państwem zafałszowana. Oni właśnie mają stać na straży tak zwanych dóbr kultury, czyli przedmiotów ukradzionych kiedyś prywatnym właścicielom i Kościołowi, przedmiotów zmagazynowanych w państwowych instytucjach, pokazywanych okazyjnie dzieciom ze szkół, przedmiotów, które nie mają żadnej uczciwej promocji, mogącej przywrócić im wagę i moc. Cóż bowiem kogo obchodzą polskiej pamiątki przeszłości poza samymi Polakami? Dawniej muzeum narodowe, celowo piszę tę nazwę małymi literami, sprowadzało ze sławnych kolekcji obrazy największych mistrzów. Dawało to placówce szansę na przyciągnięcie zwiedzających. No i zwiedzający przychodzili. Potem wychodzili i już. Okazało się bowiem, że dzieł wielkich mistrzów nie da się ściągać co tydzień i jest to w dodatku kłopotliwe, dużo zachodu, roboty i nikomu się nie chce.
Jak zabezpieczone są te wszystkie przedmioty w muzeach? Ja kiedyś dostałem od znajomego policjanta książkę na temat takich zabezpieczeń. I mogę śmiało powiedzieć, że muzea i kościoły są zabezpieczone świetnie. Czy to coś pomaga? Nic. Nie ma to żadnego znaczenia, bo nie na tym polega rzeczywiste zabezpieczanie zbiorów. Chodzi o to, że cały świat jest pełen, fraktalnie zorganizowanych rynków, na których handluje się przedmiotami sztuki. To znaczy mamy obszary gdzie obraca się porcelaną, biżuterią, obrazami, bronią białą, one wszystkie mają strukturę dziwnych kolorowych zawijasów i wyrastają jedne z drugich. Na rynkach tych działają kolekcjonerzy, politycy, złodzieje, chińska mafia i Bóg wie kto jeszcze. Organizacje te mają swoje magazyny, kanały dystrybucji i pośredników, a ich najważniejszym sprzymierzeńcem i najważniejszym narzędziem ułatwiającym działanie jest dyskrecja. Cisza po prostu. Im mniej mówi się o przedmiotach sztuki tym lepiej dla gangów. No więc w Polsce nie mówi się o tym wcale. Jeśli zaś już dyskusja zostaje podjęta dotyczy ona wyłącznie skandalizujących artystów oraz prób odzyskania przez Kościół tego czy innego obrazu ołtarzowego. I wtedy wszyscy pracownicy muzeów, wszyscy urzędnicy od kultury podnoszą wrzask. Kiedy do jednego czy drugiego gabinetu wchodzi dyskretny pan z teczką i coś tam komuś proponuje nikt nie woła pomocy, bo nikt nie rozumie po co on przyszedł. A nawet gdyby zrozumiał nic by się nie stało. Zadziałał by bowiem mechanizm solidarności grupy. – Widocznie tak musi być – pomyślałby młody pracownik placówki muzealnej na prowincji. Widocznie tak musi być, żebyśmy mogli nadal funkcjonować.
Ja jestem już trochę za stary, żeby uwierzyć w przypadkowość takich działań jak lansowanie sztuki nowoczesnej, w przypadkowość tych wszystkich skandali. Myślę, że mają one jeden bardzo praktyczny cel. Służą odwróceniu uwagi od rzeczy wartościowych dla, przepraszam wszystkich pracowników kultury za to słowo, narodu. No, ale chyba mogę użyć tego słowa, skoro największe w kraju muzeum tytułuje się narodowym….
W każdej placówce kulturalnej jest budżet przeznaczony na promocję, jest on – zwyczajowo – pomijając może Muzeum Powstania Warszawskiego – wydawany w sposób najgłupszy z możliwych. Najgłupszy i nieskuteczny w dodatku. Fałszywie rozumiana promocja jest także udziałem różnych instytucji prywatnych, w tym gazowni. Ja szczególną estymą darzę tak zwanych warsawianistów, którzy piszą na łamach tej gazety różne głodne kawałki o dekoracjach kamienic przy Nowym Świecie i innych ulicach. Najgorsze co można zrobić stolicy, to promować ją w taki sposób, jak czyni to Jerzy S. Majewski od dwudziesty chyba już lat. Czekam kiedy pan ów, za lat kilka stanie się to z pewnością, wystroi się w czarny beret i parasolem wskazywał będzie młodzieży szkolnej te ciekawe detale na fasadach.
Mamy więc z jednej strony systemowe odwracanie uwagi od spraw ważnych, a z drugiej infantylną promocję, której celem jest wyłudzenie paru groszy. Ja tu przywołałem przykład gazownianego warsawianisty trochę nie a propos, ale chodzi mi o to, że w analogiczny sposób zachowują się różni promotorzy przeszłości. Czasem zachowują się nawet gorzej, zaczynają ową przeszłość legendować różnymi ciekawostkami natury obyczajowej. I to jest dopiero dramat.
Moje pytania na zakończenie brzmi: ile jest w Polsce kolekcji i przedmiotów nigdy nie udostępnionych zwiedzającym, kiedy zostały one pokazane po raz ostatni, czy ich obecny stan tych zbiorów, jest zgodny ze stanem zarejestrowanym podczas ostatniej prezentacji. Mam też pytanie dotyczące Kościoła. Skoro zabezpieczenia przed kradzieżami są dziś tak dobre, że właściwie nie ma możliwości, by ktoś wtargnął niezauważony do świątyni, jeśli jest ona uzbrojona w różne systemy elektroniczne, dlaczego nie przekazać zbiorów muzealnych na powrót Kościołowi? Przedmiot kultu musi znajdować się w miejscu kultu. Jeśli warunek ten nie jest spełniony staje się ów przedmiot bezwartościowy dla ludzi, którzy go funkcji kultowej pozbawili. On ma nadal wartość dla tych, którzy wierzą, ma również wartość dla złodziei i handlarzy sztuką. I dla nikogo więcej. Ludzie, którzy stoją na jego straży w miarę jak czas upływa stają się coraz mniej zainteresowani jego ochroną, a pewnego dnia przyjdzie ta chwila, że można będzie ów przedmiot upłynnić w sposób niezauważony. Żeby do tego nie doszło kult pierwotny musi być zastąpiony innym, poważnym kultem, a póki co jedynym kapłanem, skutecznym kapłanem takowego, był Pan Samochodzik. Nie są nimi historycy sztuki, żeby się o tym przekonać wystarczy wziąć do ręki jakąkolwiek publikację fachową. Ja, przyznam się bez wstydu, nie przeczytałem nigdy do końca, żadnej nakazanej lektury. Nie przeczytałem, bo tego się czytać nie dało. Motywowanie studentów bowiem odbywało się dokładnie w taki sam sposób w jaki zabytki stolicy prezentują gazetowi warsawianiści. Sposób ten nazwałbym nieznośnym. Jego pretensjonalność żałośnie odstawała od prób nadania powagi opracowaniom naukowym na temat malarstwa, rzeźby i architektury, z których nie można się było dowiedzieć niczego, podkreślam – niczego – poza podstawowymi wiadomościami encyklopedycznymi. Cała pozostała zawartość to był bełkot, albo propaganda. I to się nie zmieniło do dziś. Jak w takich okolicznościach można kogokolwiek szczerze zainteresować przeszłością i kulturą państwa i, powtarzam to słowo, narodu?
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl Mamy tam cały festiwal promocji. „Dzieci peerelu”, „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu” oraz „Dom z mchu i paproci” sprzedajemy po 10 złotych plus koszta przesyłki. „Najlepsze kawałki” oraz 2 i 3 numer Szkoły nawigatorów sprzedajemy po 15 złotych plus koszta przesyłki. Zapraszam także do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie.

  14 komentarzy do “Państwo i Kościół na rynku sztuki”

  1. Nie czas żałować malowideł jak lasy sprzedają 😉

  2. Nie sprzedają ,tylko „sprzedają”…a tak na marginesie „leśnych”- mamy w kraju ok . 120 tys myśliwych,to tyle samo co i wojska.

  3. Rozśrodkowanie dzieł sztuki ułatwia ich ratowanie w chwilach kataklizmów, a muzea, nawet te bez przymiotnika narodowe w nazwie, wprost ułatwiają ich przejęcie przez obcych. Rozśrodkowanie dzieł sztuki ułatwia wielu prawie codzienny kontakt z nimi, przez co ich zniknięcie jest bardzo łatwe do zauważenia.
    Zniknięcie czegokolwiek z magazynów może być zauważone dopiero przy kolejnej inwentaryzacji.
    Aby strumień dóbr był skierowany do muzeów, a nie do kościołów, które były prawowitymi posiadaczami należy coś zrobić. Bierze sie kilku rzezimieszków i ci wykradaja relikwię, kawałkują ją, ale w końcu relikwia jest odnaleziona, a rzezimieszkowie złapani i jest git.
    Przez kilka kolejnych lat argument przeciwko trzymaniu dzieł sztuki w kościołach jest świeży i opinia publiczna akceptuje przenoszenie dzieł sztuki z kościołów do muzeów.
    Podobny chwyt zastosowano względem muzeum KL Auschwitz, a właściwie osławionego napisu nad bramą wejściową tylko nie zauważyłem co za tym poszło lub pójdzie w najblizszym czasie.

    Dodałbym jeszcze sprawę trochę wstydliwą, a mianowicie kto rządzi rynkiem dzieł sztuki i tu wydaje się, że KK stoi na przegranej pozycji.

  4. Przy okazji bardzo polecam Muzeum Diecezjalne w Płocku. Pięknie zaaranżowane, wspaniałe eksponaty. Remont sponsorował ORLEN.

    W ogóle piękniejący Płock pokazuje jak działa na rzecz regionu duża, dobrze prosperująca firma. Upadek takich regionalnych liderów jest przyczyną wielu współczesnych problemów.

    Widziałem w Niemczech miasteczko żyjące z dużego, zatrudniającego 10 tysięcy ludzi zakładu. Widziałem dobrobyt i spokój tego miasteczka. I pomyślałem, że ci ludzie, gdyby ten zakład upadł, chyba by powariowali. A Polacy z zadziwiającą wytrwałością i odpornością dostosowywują się do „transformacji”….

  5. Studenci wydziału konserwacji zabytków mogą zobaczyć ile „destruktów”, czyli zabytków w stanie krytycznym leży w magazynach państwowych muzeów. Nikt ich nigdy nie uratuje, ale też nie odda właścicielom, czyli np. Kościołowi. Lepiej niech tam zgniją niż miałby je ktoś zakonserwować i pokazać ludziom. Jakoś nie ma problemu w belgijskim Louvain, żeby w kościele wisiały obrazy Stefana Lochnera, czy Rogiera van der Weydena. A u nas, dlaczego tak łatwo wmówić, że „nie ma zabezpieczeń”, potrzebne są warunki? Jakoś te gotyckie tablice malowane żółtkiem i pigmentami wisiały sobie całe wieki w kościołach i niczego im tam nie brakowało.

  6. ,,Rząd, który utworzę, nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma ona jednak wpływ na okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania – Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier III RP”.
    Pookrągłowa dynastia nie ponosząca odpowiedzialności. ,,okrągły stół” zwany okrągłym żłobem jest eksponowany w wyśmienitych warunkach, a arcydzieła niszczeją w zapomnieniu przez zaniechanie.
    Na Muzeum Żydów Polszych miejsca i ogromu pieniędzy nie zastanawiano się przez chwilę..
    Prawda czasu, prawda ekranu… (właśnie).

  7. Co do odporności dzieł sztuki, mam dziś przykład pięćdziesięciu malowanych i złoconych aniołów, które w Boże Narodzenie zawisły nad ołtarzem w naszym kościele. Malowane temperą na desce, mają skrzydła złocone pewnie szlagmetalem, wytrzymują temperaturę w nieogrzewanym kościele. A u nas -10, to nie jest jeszcze bardzo zimno. Wytrzymuje też dobra farba akrylowa na desce pociągniętej drewnochronem, na zewnątrz, przy -27, w śnieżycę.

  8. tak apropo sztuki i tej książki o monetach obok to rewers łotwskiej euro jest ładny, trzeba by było na polskich też jakąś kobietę dać.

  9. Nawet ładna kobieta nie uratuje euro.

  10. Czyli „właściwi oferenci” za grosze przejmą bezcenne dzieła jako destrukty?

  11. No i nie szpećmy kobiet tym euro …

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.