Paź 302020
 

Pomyślałem, że warto zaznajomić czytelnika, który pochłonięty jest obserwowaniem tego, co dzieje się na ulicach, o czym jest nowa powieść Michała Radoryskiego. Jak wszyscy wiedzą, tak zwane kryminały, obecne na rynku nie służą rozrywce, ale tłoczeniu postępackiej propagandy. Michał postanowił więc napisać analogiczną powieść, ale z innym propagandowym wsadem w środku. Oto jej fragment. Jeśli ktoś nie rozumie tego mechanizmu i uważa, że skuteczniej będzie tłumaczyć demonstrującym, na czym polegają błędy w ich rozumowaniu i postępowaniu, temu życzę zdrowia i powodzenia.

 

Rozdział IV

 

Z którego dowiadujemy się, jak wygląda stawianie świata na głowie, a także ile taka operacja kosztuje i jakie organizacje zainteresowane są jej finansowaniem. Zaznajamiamy się też z obsesjami niemłodych już mężczyzn, wykonujących zawód lekarza.

 

Jak pamiętamy ze szkoły średniej, słynny grecki mędrzec z Syrakuz, imieniem Archimedes, powiedział, że wystarczy jeden punkt podparcia, by poruszyć ziemię. Ta syntetyczna formuła jest często powtarzana przez bezkrytycznych wielbicieli nauki. Niestety, nie zawiera ona koniecznych do rzeczywistego poruszenia Ziemi szczegółów. To znaczy Archimedes nie zdradził nam, jakie są koszty rzeczywiste wyszukania odpowiedniego punktu podparcia i jakie ryzyko wiąże się z jego wskazaniem. Nie wiadomo przecież, czy Ziemia obróci się w pożądanym przez przeprowadzającego eksperyment kierunku. Może polecieć gdzie indziej, gdzieś w bok i potoczyć się ku przeznaczeniom, których istnienia nawet nie można było przewidzieć.

Czy formuła zaproponowana dawno temu przez Archimedesa może nam się do czegoś przydać w wyjaśnianiu skomplikowanej sytuacji, w jakiej znalazł się komisarz krakowskiej policji Karol Zdanowicz postawiony wobec dwóch spraw, z których jedna wyglądała na samobójstwo, a druga była ewidentnym morderstwem? Tak, ale tylko wtedy, kiedy uzupełnimy je starym, znanym również na terenie Galicji i Lodomerii przysłowiem, które brzmi – gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. I niech nikt nie myśli, że zamierzam tu szydzić z biednych ofiar, młodych przecież dziewcząt, które znalazły się, nie ze swojej winy i inspiracji, jedna na strychu kamienicy, a druga nad rzeką toczącą swe lodowate wody przez starożytne miasto Kraków. Nie o to mi chodzi. Pragnę jedynie podkreślić, że wobec nieznanych i trudnych do oszacowania kosztów poruszania Ziemi, a także stawiania jej na głowie, dobrze jest zawczasu pomyśleć o tym, kogo by tu tymi kosztami obarczyć. Zwykle koszty operacji poważnych zrzuca się na najsłabszych, najmniej zorientowanych w ich rzeczywistych celach, a przedtem, zanim ów proces się dokona, przekonuje się jeszcze ofiary do tego, iż jest on nieuchronny. One zaś, finansując go z kieszeni własnej lub, co gorsza, z kieszeni zamożnych, a często i nie, rodziców, osiągną cele, o jakich się nikomu przed nimi nie śniło. Staną się także zupełnie kimś innym. Istotami nie tylko bardziej świadomymi, nie tylko lepszymi, ale także, a może przede wszystkim, wolnymi.

Jak wszyscy dobrze wiemy, wolności, podobnie jak prawdziwej miłości, kupić się nie da, szczególnie zaś kupić jej się nie da, korzystając z zasobów zapobiegliwej rodziny, która dla ukochanej córki, pragnącej poruszyć ziemię, znajdując właściwy dla tego punkt podparcia, gotowa jest wyrwać sobie serce. No dobrze, niech będzie, że pół serca. Są jednak ludzie, którzy uporczywie twierdzą, iż wolność kupić można. To nie jest prawda, a samo już stawianie tej kwestii to demaskacja wskazująca na pewien prosty mechanizm. Oto człowiek, który deklaruje, iż można kupić sobie wolność, zainteresowany jest przede wszystkim przejęciem aktywów na zakup tej, dla wielu najważniejszej, jakości przeznaczone. Cóż potem? Cóż stanie się po zawarciu transakcji, kiedy okaże się, że wpłacone pieniądze nie przyniosły oczekiwanej wolności? To jest dość oczywiste, ale przez pewien mechanizm, uzupełniający opisane tu horrendalne złodziejstwo, niewidoczne. Otóż wolna prasa, która asekuruje zwykle proces poruszania z posad bryły świata poprzez ów nieznany nam jeszcze punkt podparcia, czyni zwykle wszystko, by nieszczęsne amatorki kupowania wolności za pieniądze nie rozumiały, w jak straszliwą pułapkę zostają wpędzone. Wolna prasa dba o to jedynie, by widziały one same korzyści płynące z zawieranej transakcji, a jeśli jednak coś by się stało i nagle przejrzałyby na oczy, by ich stan emocjonalny nie pozwalał na proste skonstatowanie faktu i nazwanie okoliczności po imieniu. Wolna prasa jest jak naganiacz zajęcy na polowaniach, które, przed śmiercią w zamachu, organizował w swoich dobrach namiestnik Galicji Andrzej Potocki, pan z panów, magnat pełną gębą, któremu ani się śniło uwalniać kogokolwiek od swojej przemożnej opieki. Rozpowszechniane na jej łamach entuzjastyczne filipiki służą temu, by ofiary zapędzone w pole, gdzie nic nie ma, gdzie hula zimny wicher i szeleszczą wyschnięte osty, nie mogły same przed sobą przyznać się, że zostały oszukane. Są jednak sytuacje, które powodują otrzeźwienie. Na krótko jednak, na zbyt krótko.

Doktor Przywara, który uronił łzę prawdziwą na pogrzebie biednej panny Salomei, służącej w domu aptekarstwa Kleinów, przeżywał właśnie taką chwilę otrzeźwienia. Siedział w swoim mieszkaniu ani mniej, ani bardziej szykownym niż mieszkania innych krakowskich lekarzy i zastanawiał się, zerkając od czasu do czasu na leżący na stole świeży numer pisma Nowa reforma, czy rzeczywiście jest sens w przyjmowaniu na studia uniwersyteckie płci zwanej piękną. Był on, jak pamiętamy, wielkim zwolennikiem otwarcia bram wyższych uczelni dla kobiet, miał też jednak wiele do powiedzenia na temat tego, co dziś nazwane zostałoby funkcjonowaniem istot wyalienowanych w obcym i wrogim środowisku. Dziewczęta przybywające na ten uniwersytet pochodziły głównie zza kordonu. Były to w większości Polki, rzadziej Rusinki, wszystkie one posiadały pieniądze, które ich rodziny powodowane źle rozumianym dobrem swoich córek przeznaczały na podjęcie i kontynuowanie przez nie nauki. Nikt tego jeszcze nie powiedział głośno, ale my już możemy – pieniądze te były przeznaczane także na korumpowanie urzędników, którzy decydować mieli o tym, czy dana panna nadaje się na studentkę, czy też nie. Nie zawsze przecież, ale zdarzały się takie przypadki. Większość jednak kobiet, bardzo młodych kobiet przybywających do Krakowa, była dobrze przygotowana do studiów, a mało tego, że dobrze przygotowana, to jeszcze całkowicie zdecydowana na to, by życie swe poświęcić nauce. To wprawiało grono profesorskie, głównie medyczne, w pewien rodzaj histerii. Wielu bowiem lekarzy praktykujących w Krakowie i okolicach łatwo wyobrażało sobie, co też może się stać z ich pozycją, kiedy owe wykształcone, zdeterminowane i niezdradzające żadnych, poza podstawowymi, potrzeb istoty zajmą się leczeniem bogatszych i biedniejszych mieszkańców obrębu krakowskiego, który w ostatnich dniach, w poszukiwaniu śladów po mordercy panny Róży, penetrowali komisarz Zdanowicz i praktykant konceptowy Rotschek. Stosunkowo, co za ironia, najspokojniej zachowywali się specjaliści od chorób przenoszonych drogą płciową i specjaliści urolodzy. Nie zapamiętali oni bowiem zbyt dobrze ani śmiałego okrzyku Archimedesa – dajcie mi punkt podparcia, a poruszę ziemię, ani też starego ludowego porzekadła – gdzie diabeł nie może tam babę pośle. Gdyby zachowały się one w ich pamięci, nie siedzieliby ani nie spali tak spokojnie.

Doktor Przywara, który – można tak powiedzieć – był w Krakowie kimś w rodzaju pioniera psychologii, coś przeczuwał. Sformułować jednak póki co swoich lęków nie potrafił. Może gdyby wyjechał do Wiednia i tam, za pomocą licznych zabiegów oraz znajomości wyjednał sobie choć godzinkę konsultacji u sławnego Zygmunta Freuda, mógłby oblec swoje niewyraźne myśli w jakiś kształt. Do tego jednak było daleko i doktor Przywara nawet o tym nie myślał. Głowa jego bowiem zaprzątnięta była innymi kwestiami. Zanim je ujawnię, zwrócić pragnę uwagę na jedną, charakterystyczną cechę doktora Przywary. Był to człowiek, co czasem się zdarza, ale nie tak znowu często wśród lekarzy, współczujący. Myśli jego biegły więc ku temu, w jakich warunkach pracować muszą te biedne, przybywające do Krakowa zza kordonu dziewczęta. Szczególnie stary doktor współczuł studentkom farmacji, albowiem znał bliżej niektóre z nich i wiedział, jak straszliwą drogę przeszły, by urzeczywistnić swoje marzenia, nie wiadomo dokładnie przez kogo rozbudzone.

– Najpierw pracują za darmo po jedenaście godzin na dobę – mamrotał do siebie doktor Przywara – a potem przyjeżdżają tu i poświęcają pieniądze na naukę tych wszystkich formułek, które od jutra mogą być nieważne.

Doktor Przywara, podejrzewał, że coś wisiało w powietrzu nad całym światem. Podejrzewał, że przepisywane przez felczerów i medyków z przedmieść kataplazmy i maści przygotowywane na bazie wieprzowego smalcu odejdą wkrótce w przeszłość i zastąpi je coś innego. Co takiego, tego jeszcze nie wiedział, ale wiele wieści dochodzących ze świata rozbudzało w nim wrodzoną ciekawość i kazało mieć się na baczności.

– Kto to wie? – myślał – może któraś z nich wynajdzie kiedyś lekarstwo na raka…? Tylko, psia krew, na którego, bo przecież nie na wszystkie naraz – dodawał zaraz i złościł się przy tym, szarpiąc guzik od tużurka.

Kiedy się uspokajał, powracał myślą do spraw najważniejszych w ocenie każdego, szanującego się krakowskiego medyka, czyli do kwestii finansowych.

– Samo utrzymanie ile kosztuje – dumał – a gdzie jeszcze mieszkanie?

Sam nie zarabiał zbyt wiele i często łapał się na tym, że zazdrościł przybyłym z Królestwa dziewczętom przywiezionych przez nie w ojcowskich pugilaresach banknotów.

– Jaka to musi być pokusa – skrobał się w głowę – dla tych gołodupców studentów, którzy muszą siedzieć z nimi w salach wykładowych… One tam same, bezbronne, a dookoła ta tłuszcza…

Doktor Przywara wiedział, że przesadza, ale czynił to celowo, mimo wieku sam chętnie usiadłby obok studentki medycyny czy farmacji i z wielką chęcią wyjaśniłby jej wszystkie zawiłości dotyczące przygotowywania preparatów mikroskopowych. I kiedy tak siedział i myślał nasz stary doktor, nagle dobiegł go głos dzwonka u drzwi. Przywara wstał, otrząsnął się, tak jakby chciał zrzucić na podłogę dręczące go myśli, i poczłapał do przedpokoju. Nikogo nie oczekiwał, a dzwonek terkotał coraz natarczywiej. Kiedy był już blisko, dźwięk dzwonka zirytował go tak bardzo, że zaczął wołać: – Zaraz, no zaraz przecież otworzę…

Wtedy ten z drugiej strony przestał dzwonić i w pomieszczeniu słychać było tylko szuranie pantofli starego doktora. Kiedy Przywara otworzył drzwi, miał ochotę od razu je zamknąć. Po drugiej stronie na wycieraczce, trąc nerwowo butem o jukową szczecinę, stał nie kto inny, ale sam doktor Stanisław Kurkiewicz, autor sławnej w całym mieście i okolicach pracy zatytułowanej Z docieków nad życiem płciowem luźne osnowy. Kurkiewicz był postacią znaną w mieście i miał opinię sensata. Od wielu już lat nie pracował w szpitalu św. Łazarza, prowadził własną praktykę w mieszkaniu przy ul. Batorego 20, a o tym, kto i w jakim celu odwiedzał jego gabinet, krążyły po mieście legendy. Były one znacznie ciekawsze niż to, co opowiadano dzieciom o smoku wawelskim, grocie Łokietka w pobliskim Ojcowie, ciekawsze nawet niż akademickie spory, czy św. Stanisław biskup i męczennik zasłużył na śmierć, czy też nie.

– Pan tutaj – stwierdził raczej, niż zapytał, Przywara.

– A tak – rzekł na to pionier polskiej seksuologii, jak lubią go nazywać współcześni popularyzatorzy ciekawostek historycznych – jestem tutaj, bo mam z panem do pomówienia.

– Mógłby się chociaż zaanonsować – pomyślał Przywara.

Kurkiewicz zaś, jakby czytając w jego myślach, dodał zaraz:

– Zaanonsowałbym się, ale nie ma pan służącego ani nawet pokojówki, nie bardzo więc mam u kogo składać te anonse, a jeśli miałbym się fatygować do gabinetu w tym przybytku, pożal się Boże, nauki, jakim jest szpital św. Łazarza, to wolę od razu przyjść tutaj.

Doktor Przywara był bezradny. Odebrał od gościa płaszcz i kapelusz, a potem wskazał mu drogę do salonu. Kurkiewicz, mężczyzna niezwykle pewny siebie ruszył tam natychmiast, spoglądając ciekawym wzrokiem na ściany obwieszone rycinami oprawnymi w złocone ramki. Nie było tam nic, co mogłoby zwrócić jego uwagę. To znaczy nie było tam nic związanego z dociekami nad życiem płciowem.

Kiedy obaj zasiedli w salonie przy herbacie przygotowanej osobiście przez doktora Przywarę, Kurkiewicz wyglądający jak wcielenie obywatelskich i patriotycznych cnót zaczął rozmowę:

 

– Przyznaj się pan, masz mnie pan za durnia i sensata?

Przywara nie zaprzeczył, patrzył tylko uważnie na doktora.

– Nie wiem doprawdy, skąd się to bierze – Kurkiewicz rozłożył bezradnie ręce i z fałszywą skromnością patrzył na Przywarę – ani pan, ani ci durnie medycy zaharowujący się w szpitalach miejskich nie zarabiacie nawet połowy tego, co ja na prywatnej praktyce. A mimo to macie czelność stawiać mi zarzuty. I to jakie? Kompetencyjne!

Przywara pomyślał, że nie od biedy byłoby przypomnieć Kurkiewiczowi, że wprosił się do niego i jest gościem, podejrzewał jednak, że to i tak niczego nie zmieni. Zdobył się jednak na pewien komentarz:

– Przyszedł pan tutaj dyskutować o uposażeniach medyków?

– Rzecz jasna nie – wyniośle rzekł Kurkiewicz – przyszedłem pana ostrzec. Pana i wszystkich, których pan reprezentuje.

Przywara uniósł brwi w niemym zdziwieniu.

– Ostrzec? – zapytał – przed czym?

Kurkiewicz wyjął z kieszeni kraciastą chustkę i otarł nią spocone, lśniące czoło.

– Przed najgorszym – powiedział, wpatrując się w twarz doktora Przywary.

Ten uśmiechnął się, nie traktując wcale poważnie ekscytacji Kurkiewicza.

– Widzę, że mię pan lekceważysz?

– A skąd, ledwie domyślam się, o co panu chodzi.

– Słyszał pan o znalezieniu tego trupa nad rzeką?

– No tak.

– To nie jedyny przypadek – rzekł pionier polskiej seksuologii – wiem o tym na pewno, znam patologów w całym mieście i rozmawiam z nimi o wszystkich dziwnych przypadkach zgonów młodych kobiet.

– Osobliwe zainteresowanie jak na przedstawiciela pańskiej specjalizacji – sarkastycznie zauważył Przywara.

– Nie sądzę – Kurkiewicz był cały czas bardzo poważny – nie ma pan pojęcia, ile uczciwych kobiet zarażonych jest tymi – tutaj rozłożył szeroko ręce – przypadłościami. I jak wiele z nich odkrywa to u mnie w gabinecie. Od łożnicy, panie kolego, do kostnicy tylko jeden krok.

Przywara popatrzył na niego smutnymi oczyma i pomyślał o pogrzebie panny Salomei, który przecież nie mógł mieć żadnego związku ze śmiercią kobiety znalezionej nad Wisłą.

Kurkiewicz jednak był niczym dziecko szczęścia typujące numery wygranych na loterii.

– Pan znał tę pochowaną niedawno służącą od Kleinów?

Przywara nie mógł ukryć przed siedzącym naprzeciwko lekarzem tego faktu, choć bardzo się starał.

– Panie kolego – spokojnie rzekł Kurkiewicz – ta dziewczyna była u mnie w gabinecie. Mogę panu wprost powiedzieć, że powinna się leczyć, ale co to zmieni, dla wielu osób jest już za późno…

Przywara nie wytrzymał.

– O czym pan mówi? – krzyknął prawie – panna Salomea była biedną dziewczyną poświęcającą swój czas pracy, miała ambicje, chciała studiować. Nie stać jej było na gabinety takie jak ten, w którym udziela pan swoich porad.

– No właśnie – ze smutkiem rzekł Kurkiewicz – tym się właśnie różnimy. Pan jest idealistą nieaprobowanym przez środowisko, a ja zaś nieaprobowanym przez środowisko praktykiem. Czy rozumie pan, jaka jest różnica między nami?

Przywara tylko sapnął, zaczęła w nim bowiem narastać wściekłość.

– Powiem panu – Kurkiewicz zaś był całkiem spokojny – pan nie rozumie, skąd się biorą pieniądze.

Doktor Kurkiewicz trafił w czuły punkt, bo choć Przywara chciał go już wyrzucić za drzwi, nie zrobił tego jednak, albowiem dobrze wiedział, że tamten ma rację. Jego podejście do życia i zawodu skażone było pewnym rodzajem mentalnego niedołęstwa, z czego on sam doskonale zdawał sobie sprawę i nie miał wcale zamiaru tego ukrywać. Chętnie nawet słuchał polemistów, którzy z tą jego przypadłością dyskutowali. Dobrze to świadczyło o jego uczciwości i zdystansowaniu do siebie samego.

– Myli się pan całkiem, jeśli idzie o biedną nieboszczkę od Kleinów – ciągnął Kurkiewicz – to była osoba może nie zamożna, ale całkiem zasobna, płaciła zawsze gotówką i nigdy nie robiła wrażenia kogoś, kto ma jakiś kłopot z liczeniem pieniędzy.

– Płaciła za co? – Przywara nie mógł ukryć niezdrowego zainteresowania.

– Za konsultacje, panie kolego, za konsultacje.

Biednemu doktorowi Przywarze zrobiło się naprawdę smutno. Salomea, z którą rozmawiał wielokrotnie, która chciała studiować, zdobywać wiedzę, praktykować wreszcie i podnosić ten podły świat z upadku również moralnego, umawiała się na konsultację z takim hochsztaplerem jak Kurkiewicz, który przepisywał kataplazmy na czoło rozbudzonym niezdrowo wariatkom i doił z nich pieniądze jak cielę pokarm z mlecznej krowy.

– Jak pan może oddawać się tym praktykom? – w głosie doktora Przywary słychać było naganę i wyrzut.

– Oddawać się? – Kurkiewicz był szczerze zdziwiony. – Miły panie – rzekł – ja się niczemu i nikomu nie oddaję. Ja wykonuję swój zawód najlepiej jak potrafię, a kolejki przed moim gabinetem świadczą o tym, że czynię to dobrze, a do tego – tu uniósł w górę palce – w zgodzie z sumieniem własnym, sumieniem społeczeństwa i duchem czasu.

– Wierzy pan w sumienie społeczeństwa? – Przywara chciał go złapać za słowo. – Mamy dwa trupy młodych kobiet w ciągu dwóch dni, pan zaś twierdzi, że jest ich więcej i mówi przy tym o sumieniu społeczeństwa?

– Nie będę się z panem wdawał w polemiki dotyczące zasad funkcjonowania społeczeństw – powiedział zimno i stanowczo Kurkiewicz – powiem panu tyle tylko, że za jedną i drugą śmiercią nie stoi z całą pewnością nikt miejscowy.

– Powinien pan, doktorze – Przywra zmienił ton na bardziej oficjalny – powinien pan podzielić się swoimi spostrzeżeniami z policją.

– Tak pan myśli? – Kurkiewicz był mile połechtany tą uwagą – może rzeczywiście – dodał – porozmawiam z dyrektorem Flatauem. Jest w końcu moim pacjentem.

Słysząc to, Przywara aż się spocił. Dyrektor krakowskiej policji Flatau był pacjentem Kurkiewicza, specjalisty od docieków nad życiem płciowem. To było nie do uwierzenia.

– A niech to wszystko raz wreszcie szlag trafi – pomyślał doktor Przywara – ten cały Kraków, policję, cesarstwo wreszcie. Niech to się w diabły zapadnie pod ziemię.

– Widzę – Kurkiewicz spoglądał na Przywarę drwiąco – że czymś pana zaskoczyłem? Znowu – dodał.

– Nie bardzo – bronił się tamten – powiedzmy, że nasz pogląd na pewne kwestie jest biegunowo różny. Ja na przykład – ciągnął doktor Przywara – będąc dyrektorem policji nigdy nie przekroczyłbym progu pańskiego gabinetu.

– I tak go pan nie przekracza – filozoficznie zauważył Kurkiewicz – jaka więc różnica, czy jest pan dyrektorem policji, czy nie. Wróćmy do meritum – rzekł – przyszedłem pana ostrzec.

– No dobrze – spokojnie już całkiem zaczął Przywara – niech pan mówi przed czym, ale konkretnie.

– Widzi pan – Kurkiewicz zaczął tak, jakby chciał wyjawić swojemu rozmówcy, kto zlecił zamordowanie cesarzowej Sissi – poprzez swoją profesję i zupełnie inny punkt widzenia, z jakiego obserwuję okoliczności, nie tylko panujące w tym mieście, widzę znacznie więcej niż inni.

Przywara chciał mu przerwać, powiedzieć, że jest nadętym bałwanem i wyprosić za drzwi, ale jakaś wewnętrzna siła go przed tym powstrzymała. Słuchał więc dalej.

– Otóż, miło kolego – ciągnął Kurkiewicz – jestem całkowicie przekonany, że te wszystkie sprawy mają ze sobą ścisły związek.

– Jakie sprawy? – nie mógł zrozumieć Przywara.

– Dwa trupy, kolejki do mojego gabinetu, szturm bab na katedry medycyny i farmacji sprytnie stymulowany przez prasę i szeptaną propagandę, a do tego występy niektórych wziętych artystów.

– Na przykład kogo? – Przywara nie chciał uwierzyć w to, co słyszy. Nie mógł pojąć, że jego kolega, bądź co bądź po fachu, może opowiadać takie brednie.

– Na przykład tego całego Przybyszewskiego.

Tu doktor Przywara roześmiał się.

– Ma pan na myśli Stacha? – zapytał całkiem niepotrzebnie – może i był trochę szalony, ale jakiż był z niego kompan i jaka dusza…

Tu z kolei zdziwił się Kurkiewicz. Jak na idealistę, szamocącego się w niewoli pojęć, których znaczenia do końca nie rozumiał, stale w dodatku podkreślającego moralne walory uczestnictwa kobiet w życiu publicznym, a także ich obecności na studiach medycznych i farmaceutycznych, Przywara wyraził zbyt wielki entuzjazm co do ewidentnego zboczeńca i degenerata, jakim był Przybyszewski. Nie próbował jednak tłumaczyć niczego staremu doktorowi. Ograniczył się do jednego tylko pytania:

– Pan wiesz, jakie kolejki zaczęły się do mnie ustawiać po jego wykładzie na temat przyrodzenia szatana?

Przywara zrobił minę tak głupią, ze Kurkiewicz musiał uśmiechnąć się z politowaniem.

– Aha, czyli pan, panie kolego, nie wie nawet, jakie treści implantował ów wieszcz wprost do głów pańskich kochanych studentek? To doprawdy niezwykłe…

– Chyba lepiej,żebym o tym nie wiedział – pomyślał doktor Przywara i mocno się zawstydził wszystkich swoich myśli i wyobrażeń dręczących jego serce, które dotyczyły udziału dziewcząt w zajęciach uniwersyteckich.

 

*

Entuzjazm kobiet jest siłą przemożną i niszczącą. Człowiek, który raz doprowadzi emocje niewieście do stanu wrzenia, powinien być za karę w nie wrzucony, żeby się na amen ugotował i nie popełniał już więcej żadnych strasznych grzechów. Świadomość tego, co dzieje się z niewiastami, a tak mówiło się o uczciwych kobietach w mieście Krakowie, w roku 1909, którym coś obiecano i zarysowano przed nimi różnorakie i nęcące perspektywy, była i jest nadal powszechna. Nie można tylko zrozumieć, jak to się dzieje, że mając przed oczyma liczne przykłady przeniewierstw, oszukaństwa i dzikiej zupełnie przewrotności, których ofiarami padały niewiasty, można jeszcze traktować owe obietnice serio i nie zwracać ku tym, którzy je składają, lufy wielkokalibrowego rewolweru.

Nie sądzę, by nam tutaj udało się dociec, jaki rzeczywisty mechanizm kieruje sercami niewieścimi bijącymi żywiej na myśl samą o przyszłych, licznych sukcesach i towarzyszących im emocjach. Możemy jedynie pokusić się o możliwie dokładne opisanie stanu faktycznego. Ten zaś jasno wskazuje, że nie ma takiej wartości realnej, której oszukana kobieta nie porzuciłaby po to, by realizować plany oszusta, który zapewnia pożywkę jej emocjom. Rodzaje fetyszy służących do mamienia rzesz całych niewiast reprezentujących różne stany i narody monarchii były rozmaite. Na pierwszy plan jednak wysuwała się wiedza i możliwość zrobienia kariery; bynajmniej nie naturalistyczne opisy szatańskiego przyrodzenia, które w swoich wystąpieniach prezentował Stach Przybyszewski. Tylko bowiem wielkie cele i dążenie do doskonałości rozgrzewają do białości serca i umysły naprawdę szlachetne. Co, ale o tym nie wspominało się jeszcze zbyt głośno, równoznaczne było już w roku 1909 z realizacją hasła streszczonego w równoważniku zdania – dorównać mężczyznom.

Towarzysząca młodzieńcowi imieniem Remigiusz ruda niewiasta miała całkowitą świadomość swojej przewagi intelektualnej nad nim, nad większością znanych jej mężczyzn, wliczając w to doktora Przywarę, a nawet nad redaktorem Emilem Haeckerem, którego uważała za kompletnego bałwana, idącego na lep najbardziej prymitywnych pokus. Sama potrafiła te pokusy stwarzać i uważała, że jest w tym diabelnie skuteczna. Dobrze też znała wartość pieniędzy i te zawsze otaczała czcią niezwykłą, a że nie musiała troszczyć się o byt materialny, albowiem zarówno jej życie, jak i studia opłacane były przez rodzinę gospodarującą na niezbyt żyznych co prawda, ale za to bogatych w drewno i pastwiska folwarkach, mogła w spokoju rozglądać się za odpowiednim kandydatem na męża. Tak, tak, nie ma co ukrywać, że w owym czasie nawet najbardziej wyzwolone z przesądów środowiskowych feministki, które marzyły o karierze farmaceutki czy lekarki, rozglądały się za mężem. Ten zaś musiał być, co oczywiste, człowiekiem niezwykłym. Na miano takiego – co także jasne – nie mógł zasłużyć w zasadzie nikt, kto z miejsca, nieświadom pułapki, próbował traktować rudą jak istotę potrzebującą wsparcia, opieki czy choćby tylko ciepłego słowa. Na męża ruda chciała wybrać sobie kogoś naprawdę niezwykłego, kogoś, komu nigdy nie mogłaby dorównać, a kto dopingowałby ją wciąż do realizacji nowych wyzwań. To był program maksimum, którego realizacja w mieście Krakowie roku 1909 napotykała na poważne trudności. Żaden bowiem znany rudej mężczyzna nie spełniał jej warunków, wielu za to nadawało się do tego, by ich wykorzystać, a następnie z całą mocą kopnąć niżej krzyża i wysłać do diabła. Wielu także, tak jak ten cały Remigiusz, nadawało się do tego, by wyważać nimi niczym taranem z baranią głową na końcu drzwi różnych redakcji i instytucji, do których ona sama jako kobieta miałaby utrudniony wstęp. Do jakich to organizacji zamierzała pukać ruda baranim łbem młodego Remigiusza? Ot choćby do zarządu partii określającej się skrótem PPSD, czyli Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, której szefem był piękny i postawny pan Ignacy Daszyński. Ruda nie miała zamiaru zostawać kochanką Daszyńskiego, albowiem już przy pierwszym z nim spotkaniu zorientowała się, że to człowiek wkładający niezwykły wprost wysiłek w ukrycie własnych deficytów, ograniczeń i uwikłań, które – gdyby nie był na usługach tajnej policji Austro-Węgier i na usługach policji berlińskiej – doprowadziłyby go wprost do więziennej celi.

Organizacje polityczne były jednak marginesem rozważań rudej o przyszłości. O wiele istotniejsze miejsce zajmował w nich przyszły mąż, którego należało wyszukać już dziś, albowiem lata płynęły nieubłaganie, świat zaś, w którym przyszło jej żyć, był dla istot takich jak ona bezlitosny. Najgorsze zaś były, oczywiście, kobiety, szczególnie te, które miały mężów i rodziny. Ktoś mógłby w tym miejscu westchnąć i zastanowić się, dlaczego ja, autor tej nieoczywistej opowieści, znęcam się nad biedną samotną kobietą. Po pierwsze – nie biedną. Ruda dostawała regularne uposażenie z domu i mogła tam w każdej chwili wrócić, po drugie – nie samotną; trudno bowiem było znaleźć w całym Krakowie osobę równie towarzyską i łatwo nawiązująca kontakty, także kontakty między płciami, jak ona. A fuj – cóż to za wstrętny zarzut?! To nie jest żaden zarzut. Trzeba od razu oddać rudej, że była niezwykle dyskretna i żaden z jej znajomych zdradzający choćby cień niedyskrecji nie mógł liczyć z jej strony na nic.

Ruda uprawiała pewien rodzaj demonstracji, który dawał jej mnóstwo satysfakcji, a także zapewniał szczerą sympatię innych, wyzwolonych z przesądów, pragnących robić karierę kobiet – w bardzo udany sposób markowała pracę zarobkową. Aranżowała różne spotkania z redaktorami postępowych gazet, namawiała Remigiusza na coraz to śmielsze materiały dotyczące wydarzeń rozgrywających się na mieście, także politycznych. Sama zaś, w tajemnicy przed wszystkimi, także przed swoim młodym przyjacielem, publikowała w Nowej Reformie i Naprzodzie felietony opisujące niedolę kobiet, które podpisywała pseudonimem BOND.A. Sposób, w jaki udało się zawłaszczyć prawie całą szpaltę Nowej Reformy czytywanej przez osoby tak zrównoważone i do tego wrażliwe jak doktor Przywara, pozostawał jej słodką tajemnicą. Podobnie jak pobierane za ową aktywność honoraria.

Po co – zapytacie – w tak korzystnych okolicznościach potrzebny był jej mąż? Miłe czytelniczki i mili czytelnicy, mąż jest zawsze potrzebny do tego samego, żeby można było na niego zwalać winę za ewentualne niepowodzenia swoich przedsięwzięć. No, a poza tym, musiał być kimś wyjątkowym, kto prócz tego, że potrafiłby unieść ciężar wszystkich życiowych wyzwań, nie tylko tych, które sam podejmował, ale także tych, w które na oślep rzucała się ruda, dostarczałby jej także wspomnianych na samym początku inspiracji i różnych subtelnych wrażeń.

I ruda poznała kiedyś takiego mężczyznę, ale bardzo szybko zniknął on z jej horyzontu. Pozostał jednak w pamięci, a pamięć ta, jak to się bardzo często zdarza, opracowywała, całkiem podświadomie – jakby tę kwestię ujął doktor Freud – różne szczegółowe scenariusze na okoliczność jego ponownego pojawienia się. Pamięć ta także, również podświadomie, pracowała z największą intensywnością nad rozwikłaniem zagadki, dlaczegóż to, ach dlaczego mężczyzna ten, zamiast zainteresować się rudą i jej nie dającym się ukryć wszechstronnym potencjałem, całkiem ją zlekceważył. Tego ruda pojąć nie mogła, ale ani na moment problem ten nie znikał z jej pamięci. Wobec nieobecności tego człowieka ruda musiała zadowalać się towarzystwem istot takich jak Remigiusz, który święcie wierzył w to, że ona, podobnie jak on, przeżywa podobne dramaty związane z niemożnością zarobienia paru koron, bądź też wydobycia już zarobionych od nieuczciwych i nieszczerych socjalistycznych ideologów, piastujących stanowiska redaktorskie. Jeśli nie było w pobliżu Remigiusza, ruda musiała zadowalać się towarzystwem doktora Przywary albo znosić telefoniczne umizgi kogoś takiego jak Daszyński. Tak, tak, w wynajmowanym za pieniądze ojca mieszkaniu ruda miała prawdziwy telefon, z którego czasem dzwoniła w różne miejsca. Jeśli zaś idzie o stosunki z innymi kobietami, ograniczała je do dwóch obszarów – towarzyskich dyskusji z koleżankami tyrającymi po dziesięć lub jedenaście godzin w aptekach za darmo lub półdarmo, którym wmawiała, że znajduje się w podobnej jak one sytuacji, ale nie może podjąć wyzwań będących ich udziałem, czyli zabrać się za pracę ponad siły. Ewentualnie użalała się równie nieszczerze nad losem biednych guwernantek, które – chcąc porzucić swoje zajęcia i wystartować niczym najnowocześniejszy aeroplan braci Wright do nowych przeznaczeń – słuchały jej jak świnia grzmotu. Ruda bowiem zajmowała się także profesją naganiacza. Tak określiłby to jakiś męski szowinista bez krzty empatii. Całe szczęście w Krakowie roku 1909 nie było takich, a mącenie w głowach prostym dziewczynom wizjami kariery na uniwersytecie i samodzielnej pracy na odpowiedzialnym stanowisku spotykało się z pełnym zrozumieniem całej męskiej populacji. Nawet komisarz Zdanowicz nie widziałby w tym niczego podejrzanego. Jedynym może wyjątkiem był doktor Kurkiewicz, autor pracy o dociekach na życiem płciowem.

Tym właśnie – zaproponowaną rudej przez nie wiadomo kogo funkcją naganiacza – tłumaczyć można było jej występ na pogrzebie panny Salomei. Jeśli oczywiście nie liczyć chęci pozyskania różnych dziennikarskich sensacji, które zwykle towarzyszą pogrzebom zmarłych w niewyjaśnionych okolicznościach.

Ruda lubiła, kiedy w organizowanych przez nią mitingach brały udział niewiasty wszystkich stanów i profesji, albowiem celem tych spotkań było wykazanie wyższości demokracji nad starym reżimem. Panowała tam pełna swoboda, wzajemne zrozumienie i empatia, które wprost wylewały się oknami. I tylko, nie wiedzieć czemu, co jakiś czas ktoś tam umierał niespodziewanie. Tego jednak starano się nie zauważać. Choć oczywiście nikt nikomu nie zabraniał wyrażać szczerego żalu po stracie oddanej towarzyszki.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

  7 komentarzy do “Pierwsza, współczesna powieść antyfeministyczna. Fragment.”

  1. Jeffrey Epstein i Ghislaine Maxwell robili to dużo prosciej, ale w sumie też chodziło im o ułatwienie dziewczynom startu życiowego przez dostanie się do upragnionych szkół i na renomowane uczelnie.

    Czynią to wszyscy zwolennicy kształcenia kobiet.

    Epstein nie był antyfeministą, ani mizoginem, miał tylko pewien problem wynikający z braku kompasu moralnego.

  2. Nudna ta historia nie będzie, zapowiada się nieźle…

  3. Radoryski to Maciejewski?

    Styl podobny.

  4. JE organizował imprezy dla pedofili-kanibali. Maile Clintonowej nie pozostawiają cienia wątpliwości.

  5. Sugerujesz, że matka małej Madzi powinna przyrządzić ją w piekarniku i podać mężowi (konkubentowi)?

    Czy nie taki jest ostatni etap rewolucji, gdy w przyszłości zapanuje głód?

    Jak oglądam twarze tych dziewczyn na ulicach w wieku około 18 lat, w dużych i małych miejscowościach, to nie mam wątpliwości, że do tego dojdzie.

    W końcu to elita wyznacza trendy, czyli Jak e mamy elity, taka będzie przyszłość, a my jesteśmy zapatrzeni w USA.

    Poza tym na dzień dzisiejszy innych elit nie ma. Wojny są prowadzone praktycznie wyłącznie między elitami (szefami gangów) o to, które elity przetrwają.

    Treść książki jest dość potworna, więc komentarz jest adekwatny.

  6. Zresztą (skrzywdzone) kobiety z racji swoich możliwości fizycznych mogą się mścić wyłącznie na dzieciach, co obserwujemy w ostatnim tygodniu.

  7. Jak wymawiać poprawnie nazwisko jednej z postaci tej powieści – Tvardoocha? Twardo-och, czy jakoś inaczej?

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.