Mar 162020
 

Jakoś mi się nie poprawiło od wczoraj. Muszę więc leżeć, choć na dwór parę razy wyszedłem. Ponieważ nie mogę za długo pisać, zacząłem oglądać serial „Dr. House”, którego nigdy wcześniej nie widziałem. To jest niezwykłe w jaki sposób można spieprzyć dobrze zapowiadającą się produkcję. Obejrzałem już sporo, więc mogę się na ten temat autorytatywnie wypowiedzieć. Cała ta potężna przecież machina, która ciągnęła się przez osiem sezonów chyba, została zapaćkana wątkami emocjonalnymi. Powody mogą być dwa – jak każdy serial, House jest propagandą obyczajową i muszą być tam, wszystkie te rzeczy, które Marek Hłasko z takim wdziękiem opisał słowami – miłość, zdrada, takie tam gówna. Drugi powód jest poważniejszy. Gdyby była tam sama medycyna, połączona z kryminalistyką, ludzie odkryliby rzecz niezwykłą. Ten sam mechanizm, który odkrył pewien pacjent prof. Święcickiego, przybyły doń aż spod Grójca. Człowiek ten powiedział w pewnym momencie, w czasie kolejnego badania – wie pan, panie profesorze, ta psychatria, to jest bardzo łatwa. On tak mówił – psychatria. Po czym wyznał, że nafaszerował swoją żonę, lekarstwami dla siebie, bo uznał, że ona też jest chora. No więc ludzie patrząc na House’a, który nie miałby byłej żony, atrakcyjnej asystentki, próbującej go poderwać, nieuporządkowanego życia swojego przyjaciela onkologa, czy wreszcie Murzyna, uznaliby, że medycyna jest bardzo łatwa. Bo widzieliby tylko ją. Dostrzegliby też szybko, że w każdym przypadku chodzi o to, by określić, czy chory ma infekcję, zator, czy raka. I koniec. To są trzy podstawowe obszary diagnostyki i w zasadzie na tym można poprzestać, resztę robią przyrządy. Trzeba więc koniecznie zadać pytanie – po jaką cholerę oni się tam wszyscy męczą przez tyle lat na tej medycynie i jeszcze potem robią te specjalizacje? To udręka całkiem niepotrzebna, albowiem psychatria, a z nią cała medycyna są bardzo łatwe i opanować je może każdy. I tu dochodzimy do sedna – serial dr House, podobnie jak dobry profesor Święcicki oddający swój czas pacjentom, zapewniają im poczucie wybraństwa. Pacjenci jednak nie postrzegają tego, jako coś, co dotyczy ich jedynie pośrednio. To znaczy nie rozumieją, że bez House’a i Święcickiego, mogą doprowadzić do tragedii w swojej rodzinie. Oni uważają, że to wybraństwo należy im się jak chłopu ziemia, a pośrednik w postaci profesora psychiatrii czy fikcyjnego lekarza z serialu jest niepotrzebny. W przypadku House’a rzeczywiście tak jest, można nie oglądać jego dętych przygód i nic się nie stanie, a na pewno człowiek będzie miał mniej złudzeń, które pękną w zderzeniu z rzeczywistością. Do czego więc potrzebny jest nam dr House? Do bezbolesnego i łatwego przejścia na teren, gdzie ja czuję się pewnie i bezpiecznie, to znaczy do tworzenia wielostronicowych, spójnych lub poszarpanych narracji, zwanego czasem pisaniem książek. House to fikcja, którą ludzie biorą za rzeczywistość i bardzo chcą się utożsamiać z głównym bohaterem, choć to jest całkiem niemożliwe, a jakby tego było mało, także niebezpieczne. I tu dochodzimy do istotnej różnicy pomiędzy medycyną a rynkiem treści. Człowiek słuchający łagodnego głosu prof. Święcickiego, albo oglądający House’a łatwo dojdzie do wniosku, że on też tak może. Jeśli oczywiście jest odpowiednio bystry i zdeterminowany. Do tego bowiem, by zajmować się diagnostyką i leczeniem potrzebna jest także odwaga. Polakom, jak wiadomo odwagi nie brakuje. Nie ma się więc co ograniczać – dalej bracia do skalpela!

Na rynku książki jest trochę inaczej. Ludzie obawiają się pisać, a często nawet stać obok tego co napisali, albowiem nie mają żadnego wiarygodnego pośrednika, który by ich pozbawił lęku, że jednak nie potrafią. Poza tym pisanie, w przeciwieństwie do medycyny wydaje się być o wiele bardziej mozolne, wcale nie jest widowiskowe i podlega rozmaitym ocenom, przed którymi nie zawsze można się obronić. Ludzie kreujący rynek dobrze o tym wiedzą i dlatego ma ów rynek kształt piramidy, w której, na kolejnych poziomach urzędują ludzie uznawani za wtajemniczonych, gwarantujący czytelnikom bezpieczeństwo przeżywanych emocji i – odwrotnie niż w przypadku House’a i Święcickiego – przekonujący ich, że absolutnie nie powinni pisać, bo to jest dla nich za trudne. Nie tak, jak psychatria i medycyna, które są bardzo łatwe. Mało tego, oni jeszcze potrafią przekonać ludzi, że książki wartościowe, to te jedynie, które są przez nich oraz ludzi, których namaścili, wskazane. Można oczywiście powiedzieć, że to paradoks, służący zwiększeniu sprzedaży seriali i zmniejszeniu konkurencji na rynku książki. I to będzie prawda. Jest jednak jedna kwestia, która czyni opisane tu okoliczności tragicznymi. Jest to misja Łukasza Święcickiego, który jest prawdziwym lekarzem, a nie House’m. Jego wybraństwo, jest notorycznie kwestionowane przez szaleńców. Odwrotnie niż wybraństwo pisarzy, które nie jest kwestionowane przez nikogo, albowiem ma różne gwarancje i sim-locki pozakładane w miejscach, gdzie nie sięgnie nawet bardzo szczupła dłoń z bardzo delikatnymi palcami.

I tu dochodzimy do kolejnej ważnej kwestii, czyli do pytania – czym jest rynek treści? Otóż jest on takim obszarem, gdzie ludzie ekscytują się cudzym, prawie zawsze i z definicji fałszywym wybraństwem. Owa ekscytacja nazywana jest czasem kulturą, a w skrajnych przypadkach kulturą wysoką.

Z niejakim zdziwieniem przeczytałem wczoraj tekst Bożeny i dyskusję pod nim, a szczególnie skupiłem się na tytułach książek, które autorka i komentujący chcieliby mieć przy sobie w czasie kwarantanny. – No nie – pomyślałem – tyle książek i żadnej mojej? Zacząłem się zastanawiać dlaczego tak jest, a nawet wziąłem do ręki, jeden z tomów Baśni i zacząłem czytać. Od razu uderzyła mnie jedna rzecz. To jest za łatwe. Za szybko się to czyta, w zasadzie przelatuje się przez tę treść, jak pośpieszny z Krakowa przelatuje przez ten sławny tunel. To jest prawie tak łatwe jak psychatria i medycyna w wykonaniu House’a, nie zostawia w człowieku żadnego śladu. A co najgorsze nie proponuje uczestnictwa w żadnym wtajemniczeniu. Tu chyba popełniam błąd najgorszy, nie ma w tych moich książkach żadnych wtajemniczeń i żadnego poczucia wybraństwa, które mogłoby ludziom poprawić nastrój i dać im jakąś nadzieję, że istnieje jakiś lepszy, ważniejszy obszar wymiany myśli, gdzie królują prawdziwsze i głębsze emocje. Potem pomyślałem, że jest znacznie gorzej. Nie ma w tych książkach nawet miłości, zdrady i takich tam gówien. No, a co za tym idzie, książki moje oddalone są od obszaru zwanego kulturą, ze szczególnym wskazaniem na kulturę wysoką. I nie ma w nich ani jednego znaku, ani jednego charyzmatu, którym można by było się podeprzeć aspirując do tej kultury. To je w zasadzie dyskwalifikuje. Ja się przeciwko temu nie będę buntował, albowiem wczoraj odkryłem, mimowolnie zupełnie, że moja rola polega na czymś innym niż ekscytowanie się kreowanymi przez siebie samego treściami. Otóż ona polega na byciu tłem. Spróbujcie znaleźć inne jakiejś miejsce, w którym obecny byłby autor nie piętnastu jak, jak ja, ale choćby dziewięciu książek, który pozwoliłby obcym ludziom na swobodne dyskusje o ich pasjach, planach i spostrzeżeniach, bez ingerencji w to i bez natarczywych prób zwracania na siebie uwagi? Mogę się mylić, ale takich miejsc nie ma. To jest jedyne. I to chyba jego wartość jest nadrzędna. Książki są jakością wtórną w stosunku do portalu Szkoła Nawigatorów i nie mają aż takiego znaczenia. Wczoraj po raz kolejny okazało się, że nasz portal został zaatakowany w systemie ddos. Parasol dzwonił do mnie w tej sprawie. Na atak zareagował bardzo szybko. Podobnie jak Wiesiek, który pozakładał tu jakieś dodatkowe zabezpieczenia. Bardzo im za to dziękuję.

Na czym polegał atak? Na blogu genezego zaczęła nagle rosnąć liczba odsłon. Parasol to zablokował i zmienił genezemu status. Ponieważ genezy napisał tekst pod bardzo prowokacyjnym tytułem, w dodatku hermetyczny, czego bardzo nie lubię, uznał za stosowne najpierw apelować o przywrócenie mu bloga, a potem napisał do mnie prośbę o wyjaśnienia. Przedstawił się nawet z imienia. Odpisałem mu, żeby więcej nie przysyłał takich listów i kontaktował się z parasolem.

Ludzie, na szczęście coraz rzadziej, próbują apelować do mojej prostoduszności i naiwności. Nie lubię tego. I nikt chyba nie lubi. Mam też nadzieję, że będzie się to zmieniać. Nasz wspólny portal zaś, gdzie każdy może pisać co chce, a nawet aspirować do kultury wysokiej, będzie rozkwitał. Na dziś to tyle. Idę trochę pochorować.

  23 komentarze do “Poczucie wybraństwa źródłem prawdziwej kultury”

  1. Dla lekarza każdy jest chory tylko nie wszyscy są zdiagnozowani ☺

  2. problemem, czy raczej zadaniem, serialu dr. House nie są stosunki damsko-męskie i medycyna, ale konsekwentna i agresywna, choć subtelna, promocja ateizmu

  3. Drogi Coryllusie, jeśli chodzi o tajemnice i wybraństwo to Ty jesteś chyba najhojniejszym szafarzem. I to w Twoich książkach cenię najbardziej. Faktem jest, że można również dyskutować o Twoich książkach, z Tobą i innymi czytelnikami, co świadczy o tym, że książki innych autorów to zbiorowa kreacja zespołów wydawniczych. W naszym kraju, na rynku treści, królują jedynie autorzy – widma.

  4. Nie dotyczy to jednak religijnych Żydów, kolegów i kochanki dr House’a.

  5. Szkoda, ze Genezy…

    … postapil tak jak postapil…  tak sie nie robi  !!!

    Wpis byl rzeczywiscie pod bardzo prowokacyjnym  tytulem i bardzo slusznie postapil  Pan Parasol…  bedac na Jego miejscu tez bym tak postapila.

    Prosze sobie pochorowac i odpoczac… ja tez sobie pochoruje z mama, bo w zeszlym tygodniu troche sie przerobilysmy w ogrodku, a teraz wychodzi lekkie przeziebienie.

  6. Gospodarz żadną razą NIE MOŻE MIEĆ WOLNEGO CZASU, a nade wszystko NIE MOŻE CHOROWAC! 🙂

  7. czyli chodzi o to by autor zrobił wokół siebie ezoteryczną aurę?

  8. W Polsce ludzie boją się pisać, ale i leczyć.  W zachodnich krajach , które znam szkoły to takie zawodówki wszystkiego. Już dzieci uczą się i ćwiczą pisanie książek ale i wierszy, okolicznościowych przemówień, itp, które muszą potem wygłaszać do zaniku krępacji. Młodzi lekarze po wąskich (nie znaczy złych) studiach od razu pływają w wodzie głębokiej po uszy podtapiając się co chwila. Nadętych docentów i profesorów nie widać nawet na horyzoncie, co trochę szkoda, a pacjenci ….. no cóż ci młodzi szybko się uczą.

  9. no tak, faktycznie – judaizmu reformowanego ta propaganda nie dotyczy

  10. Dlatego taki jest popyt na diagnostów

  11. lepiej chyba nie być tam pacjentem

  12. Nie dziwie sie…

    … sama  jestem dosc  impulsywna,  krytyczna  i  radykalna  w  ocenach,  ale  na  taki wyskok  bym  sobie  – raczej –  nie  pozwolila.

  13. Jan Steen (1626-1679), który umieścił siebie w centrum rodzinnego „rozwiązłego domu”, miał dużo autoironii w pędzlu, ale nie nazywał rzeczy po imieniu.

  14. I o to chodzi – za to ten serial i Laurie’go tak nagradzali

  15. Te wszystkie seriale jak dr House CSI, Law & Order jakies inne adwokackie czy naukowe etc. sa narzedziami w do kreowania wiary w ekspertow. Ci eksperci nawet jak czasem cos nie wyjdzie (staja sie wtedy bardziej ludzcy) sa przynajmniej godnymi zaufania polbogami. Bohaterowie w tych serialach tak skonstruowani ze sa wiarygodni i mozna im zaufac. Wiara w ekspertow  w naszym swiecie nabiera charakteru religijnego. Wystarczy popatrzec co dzieje sie ze spoleczenstwem w stanie paniki. Ludzie beda sami chciec szczepien. i tyle

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)