sie 012019
 

Mam nadzieję, że dzień dzisiejszy nie będzie obfitował w standardowe, serwowane już od dwudziestu lat głupstwa i okropieństwa, dla których firmą stał się Zychowicz. Sam postanowiłem napisać coś o sposobach przedstawiania wojny w filmach, a mało co się do tego tak nadaje, jak Powstanie Warszawskie. Mogę się mylić, ale w mojej ocenie obrazy dotyczące Powstania, wszystkie jak jeden, służą dewastacji emocji. Ktoś może powiedzieć, że trudno, takie były te wypadki i pokazując je nie można unikać, ani scen pojedynczych, bestialskich mordów, ani gwałtów zbiorowych, ani samobójstw czy topienia w kanałach. To musi być pokazane. Moim zdaniem nie musi, ale jest pokazywane, ponieważ twórcy obrabiający temat Powstania nie wiedzą co innego mieliby pokazywać. Do pokazywania jest wiele, ale problem polega na tym, że trzeba mieć na to pozwolenie i gwarancję, nie sądzę, żeby jakiś producent w Polsce wydał zgodę na zrobienie filmu o Powstaniu oczami niemieckiego żołnierza, albo nawet lepiej – oficera. Moim zdaniem taki film byłby potrzebny. Nigdy jednak nie powstanie. Dlaczego? Temat Powstania był zabetonowany przez komunę i mowy nie było, żeby go obrabiać i dyskutować o samym wydarzeniu. Mieliśmy „Kanał”, potem „Urodziny młodego Warszawiaka”, film o Baczyńskim, bardzo słaby i to w zasadzie wszystko. No i to współczesne „Miasto 44”, beznadziejny gniot bez scenariusza właściwie. Była jeszcze sztuka teatralna o dylematach moralnych dowództwa, w której Okulickiego zagrał Jan Frycz. Wszystkie te filmy mają jedną wspólną cechę, która je moim zdaniem dyskwalifikuje – one próbują podnieść rangę Powstania i przekonać widzów, że było to coś naprawdę ważnego. Wydarzenie, które- przemienione w kult – posłuży wychowaniu przyszłych pokoleń. Tak to już jest z kultami, że kiedy się pojawiają, natychmiast wywołują reakcję profanów. Ja zaś, obserwując różne publicystyczne i propagandowe ruchy, jestem przekonany, że wystąpienia profanów wpisane są w promocję kultu. Nie mogę więc traktować serio ani jednego ani drugiego.

Próbowałem ostatnio oglądać film „Furia”. Ten o czołgach. Nie dałem rady. Najpierw obejrzałem koniec, potem – innego dnia – początek i został mi jeszcze środek, który może obejrzę, a może nie. Mam w sobie bowiem głęboką pewność, że filmy takie niosą przesłanie fałszywe. My zaś, pokazując swoją wersję wojny, próbujemy im dorównać, nie rozumiejąc po co Amerykanie je w ogóle kręcą. Film wojenny to propaganda wręcz skrystalizowana. Ma swój skodyfikowany język, odczytywany automatycznie przez odbiorców takich filmów, do takich filmów dodaje się specjalny rodzaj muzyki, a także występują w nim aktorzy o specjalnych cechach. Główny konflikt i cały napęd takiego obrazu uzyskuje się poprzez zestawienie, całkiem nieprawdopodobne, dwóch postaw – starego wyjadacza i żółtodzioba. Tak jak to było widać w „Furii”. Numery takie były już wielokrotnie wyszydzane, nie ma więc potrzeby, bym ja to czynił ponownie. Ktoś powie, że inaczej nie można. Można, ale się tego nie robi, albowiem istotny sens obrazów wojennych przestanie mieć znaczenie. Pojawią się za to inne sensy. Być może niepożądane. Co z tego rozumieją twórcy filmowi w Polsce? W zasadzie nic. Oni, po staremu, chcą trafić do młodzieży, nie mając pojęcia czym ta młodzież naprawdę się ekscytuje. A wręcz podstawiając siebie w miejsce młodzieży. No bo jak inaczej określić zilustrowanie filmu o Piłsudskim taką oto muzyką:

https://www.youtube.com/watch?v=qaFdCbY8_UY&feature=youtu.be

To jest w zasadzie nie do wytłumaczenia. Można to oczywiście nazwać katastrofą i pisać jakieś polemiki, ale po co? I tak wiemy, że chodziło o podzielenie budżetu i pretekst do tego. Do czyjej bowiem wrażliwości ma trafić ten tekst i te dźwięki i jaki tam efekt wywołać?

Mistrzami konwencji filmu wojennego, filmu który zawsze był, jest i będzie osią propagandy mocarstwowej, byli filmowcy radzieccy. Kto oglądał film „Ojciec żołnierza’, ten wie o co chodzi. Technologia i polityka spowodowały, że dziś najlepsi są Amerykanie, a w Rosji kręci się słabizny typu „Biały tygrys”, w których najważniejszą rolę odgrywają pociski z wrogich czołgów mijające się w powietrzu. Nic bowiem ponad chłopackie ekscytacje nie interesuje reżyserów i producentów. W Polsce zaś, z całym impetem, filmy opowiadające o wojnie wplecione zostały w bieżącą, polityczną propagandę. Tak, jak ktoś to już zauważył, gazownia i reszta sił postępu, postanowiły zawłaszczyć Powstanie, albowiem próba zrobienia z bohaterów antysemitów, co mordują żydów zakończyła się ciężką chorobą alkoholową Michała Cichego, z której, zdaje się, nie jest on w stanie wyjść do dzisiaj.

Co zrobić, żeby nakręcić interesujący film wojenny, który nie będzie kalką, ani idiotycznym eksperymentem, czy po prostu oszustwem? Trzeba poszukać nowej jakiejś konwencji, a to znaczy, że trzeba poszukać nowego sensu tych wypadków. Ja mam oczywiście kilka propozycji, które są jakoś tam osadzone w tradycji literackiej, ale mogą być na nowo eksploatowane. I nie chodzi mi tutaj o to, by konfrontować 90 letniego powstańca z młodymi narodowcami, jak to się odbywa na naszych oczach. Pomyślałem, że można by było zrobić film o złodziejach, okradających opuszczone mieszkania, z których okoliczności czynią najpierw bohaterów, a potem męczenników. Można zrobić film o tym dlaczego Iranek-Osmecki wydał wyrok śmierci na Rettingera, albo o tym w jaki sposób politycy mocarstw ukrywali sam fakt wybuchu Powstania. Można zrobić film o tragicznych złudzeniach emigracji i nie zakończyć go żadną optymistyczną pointą typu – płynie Wisła, płynie, a dookoła Polska szumi…Można zrobić film o jasnowidzach, których w Warszawie było kilku, a najsłynniejszym z nich był Stefan Ossowiecki. Można w ogóle zrobić film o okultyzmie w II RP i zakończyć go finałem w postaci Powstania. To są, w mojej ocenie, rozwojowe koncepcje, które – przy odrobinie promocji – nakręciłby koniunkturę na polskie filmy. Nic takiego się jednak nie stanie. Przyczyna zaś tego jest moim zdaniem jedna – wszyscy filmowcy, aktorzy i producenci chcą tak naprawdę kręcić filmy o sobie. Ja wiem, że to brzmi dziwacznie i niewiarygodnie, ale popatrzcie na te obrazy, na tych aktorów, uosobienie szlachetności o cnót, na te dylematy. Wszystko to służy poprawieniu humoru człowieka, który uważa, że musi zmagać się z tematyką wojenną, zamiast kręcić filmy albo pisać książki o wrażliwych kobietach i mężczyznach, którzy niespodziewanie zakochują się w sobie. To jest prawdziwa przyczyna naszej biedy. Nie wiem jak Wy, ale ja bym wybrał tych złodziei, albo okultystów. W najgorszym razie Iranka i Rettingera.

Zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl , do sklepu FOTO MAG i do księgarni Przy Agorze, a także na stronę www.prawygornyrog.pl

  25 komentarzy do “Poetyka wojny”

  1. Oglądając Szyca w roli Piłsudskiego można jedynie sparafrazować słowa załączonej piosenki: „to nie ma prawa się udać”.

  2. W tym układzie Ostaszewska powinna zagrać kasztankę

  3. Zawłaszczenie powstania. To jest dobry chwyt sił postępu. Wczoraj kolega na fb wrzucił filmik S. Żiżka krytykującego poprawność polityczną. To jest podobny chwyt. Bardzo sprytny. https://www.youtube.com/watch?v=mFT1r1ImFbI

  4. Ukryte próby uprzywilejowania samego siebie, to jest po prostu kokieteria

  5. Może też przez poruszenie tematyki okultystcznej -Świąt w ciemnościach- jest niezmiennie interesującą pozycją na mojej półce.

  6. Świat w ciemnościach-przepraszam za błąd

  7. Nie martwcie się powstańcami wielu z nich zmartwychwstanie.

  8. Ale czy ktoś w tym filmie zagrał Mendelsona? Ja bym proponował Lubaszenkę.

  9. Filmy wojenne, dobrze zrobione mają swoją wymowę. Ja do dziś pamiętam Żelazny Krzyż z Jamesem Coburnem. Na tle takiego Wróg u Bram (z Edem Harrisem) to był to poemat. Z niedawnych filmów w pamięci utkwił mi Przełęcz Ocalonych. Pomijam już cel propagandowy tego filmu (główny bohater to zdaje się zielonoświątkowcem albo adwentystą), Eastwood wie czym się kino wojenne „je”.

  10. Z O.S.T.R. się chyba ostatnio koleguje prof. Cenckiewicz, a Organka to pewnie zatrudnili bo ma brodę a la Waryński. Ten drugi w dodatku to autor pieśni z takimi o to słowami:

    (…)

    Czarna Madonno, pocałuj mnie w ustaObejmij nogamiI niech się przekonamIle słodyczy jest w twych ramionachCzarna Madonno, weź mnie w ramionaCzarna Madonno, ratuj bo skonam 

    (…)

    W teledysku, autorstwa Skolimowskiego występuję Kora…

    To już mogli to zlecić Lao Che. Spięty śpiewa tak:

    Rzuciłem palenie i kościół teżDo pierwszego czasem wracam, do drugiego – nie

    Było by jeszcze oryginalniej, no ale on nie ma brody, ani wąsów.

  11. Mnie ta przełęcz nie wzięła wcale

  12. Film „Biały tygrys” nie jest słabym filmem wojennym, z tego prostego powodu, że nie jest filmem wojennym.

    Jest filmem religijnym.

  13. Groza mija, życie trwa i czasem zadziwia.

    Moja wnuczka ma dwóch dziadków. Jeden jest być może najmłodszym uczestnikiem Powstania Warszawskiego, bo urodził się krótko po upadku Powstania w obozie jenieckim. Drugi jest nieco młodszy, ale pamięta wiele lat po Powstaniu tego rzeźnika na rogu Dunajeckiej i Opaczewskiej, do którego Mama wysyłała go po wspaniałą wiejską szynkę. Pamięta też kolonialny sklep Szczęśniaka na rogu Grójeckiej i Opaczewskiej oraz pobliską mydlarnię, gdzie można było kupić z beczki naftę do lampy i do prymusów.  Nie był chuliganem, ale nie pamiętam, by uciekał w nawalance na kamienie przeciw rówieśnikom z Opaczewskiej  i Dunajeckiej poprzez dzisiejszy Skwer Dobrego Maharadży, a wówczas po prostu „ławki”.

  14. nie mogę tego Żiżki oglądać , co mu z tym nosem? ma katar i nie ma chustki ?. Ja bym opuściła salę wykładową żeby nie zwymiotować. Choć szkoda by mi było wykładu bo dowcip był świetny i komentarz dobry. (wytrzymałam do zakończenia dowcipu kilka minut, to gmeranie koło nosa jest niedopuszczalne publicznie

  15. myślę że takim działaniem uprzywilejowania ograbionego społeczeństwa było hasło „Polska krajem ludzi kształcących się” i myśmy w to wierzyli i koledzy brali stypendia fundowane np do cukrowni w Glinojecku aby nieść kaganek esgepisowskiej wiedzy w lud jako ci niosącywiedzę

  16. Coś Pani nieuważnie oglądała. Zizek lapie się nie tylko za nos ale i ramiączko od stanika. To są jakieś natręctwa + transwestytyzm.

  17. Dobre, ale się uśmiałem.

  18. A co jest złego w filmach o wrażliwych kobietach i mężczyznach, którzy niespodziewanie zakochują się w sobie? Równo rok temu, Japonia, rynek anime mający w głębokim poważaniu (z powodów finansowych) zagranicę wraz z jej fobiami, 24 odcinki dla trzynastolatków, wszystko ukryte za symboliką, ale prostą jak budowa cepa – człowiek to pierwiastek męski plus żeński, gejoza nie działa (konkretnie nie odpala bojowego robota, musi udawać hetero), doskonałe bezpłciowe społeczeństwo LGBT to piekło na ziemi i Korea Północna a uciec stamtąd można tylko przez przywrócenie podziału płciowego, monogamię, małżeństwo i przywrócenie religii (wszystko według tamtejszych wzorców). Całość mocno przeseksualizowana (no bo to dla trzynastolatków), ale teraz najśmieszniejsze: bajkę zassały różne kraje, w tym zjednoczone tęczowe stany i umieściły sobie na pierwszych miejscach popularności. Na instagramie celebryci odstawiali przebieranki i było ogólnie fajnie aż wreszcie ktoś się kapnął… Do tej pory się śmieję, walor poznawczy to opadnięcie masek i wiedza who is who(y), z ciekawostek: anty-krucjata dotarła nawet na strony polskojęzyczne.

    Sam pan zawsze powtarza, że podstawa to mocny wewnętrzny rynek z kodami kulturowymi dla własnego odbiorcy i hm, szczać na wszystko inne. Własne kody i wrażliwe kobiety, które niespodziewanie zakochują się w jeszcze bardziej wrażliwych mężczyznach będą OK.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.