Cze 182021
 

Po cichutku, pomalutku minęła właśnie rocznica pojednania polsko-niemieckiego w Krzyżowej, które pamiętamy głównie ze zdjęcia, określanego przez złośliwców tytułem „Niemiec dusi kota”. Na fotografii tej widać kanclerza Helmuta Kohla i premiera Mazowieckiego objętych w pojednawczym uścisku.

Przez media z lekkim szumem przeleciała informacja, że kanclerzyna nie chciała spotkać się z premierem Morawieckim, albowiem jest zbyt wiele otwartych spraw, które nie pozwalają na głośne świętowanie tego wiekopomnego wydarzenia. W warszawie pojawił się prezydent Niemiec, ale tylko na chwilę, nasz prezydent zaś wygłosił przemówienie, bardzo stonowane, w którym powiedział, że nie wszystkie punkty umowy o pojednaniu są ze strony niemieckiej wypełniane. Głównie chodziło prezydentowi o te punkty, które są stosunkowo, jeśli brać pod uwagę sprawy teraźniejsze, najmniej istotne. To znaczy kwestie rewindykacji dóbr kultury. I ja o tym właśnie dziś chciałem rzec słowo. Wszyscy dobrze wiemy, że to, tak zwane pojednanie, to w rzeczywistości układ o poddaństwie nazwany dla niepoznaki nieco inaczej, taki hołd złożony cesarzowi Fryderykowi I przez Bolesława Kędzierzawego. Nikt tego głośno nie mówi, albowiem są w traktatach, zupełnie jak w prawie dwie jakości – litera i duch. One są w tych traktatach międzynarodowych rozumiane odwrotnie niż w prawie. To znaczy słabszy domaga się interpretacji według litery, a silniejszy według ducha. Taka jest mechanika traktatów. Pozory jednak muszą być zachowane. Przynajmniej na razie. Prezydent Duda więc, bardzo słusznie, nie mówi o sprawach poważnych, a jedynie o nich wspomina. Nie domaga się niczego nachalnie, ale wskazuje na literę tego traktatu, podobnie jak na jego ducha wskazuje Merklowa, która chce po prostu, by Polska była posłuszna i nie stawała pomiędzy Niemcami a Rosją. Tego Polska zrobić nie może, albowiem jest to prosta droga do rozbioru, który dokona się także w jakimś duchu, zapewne szlachetnym, a poprzedzony zostanie, jak zwykle destabilizacją kraju przez elementy nieodpowiedzialne. Tak więc sytuacja jest w istocie płynna i nikt nie wie gdzie przebiegają granice, nikt też nie rozumie skali odpowiedzialności za słowo, bo ta wiedza przyjdzie później. Niestety jest ona zwykle bolesna. Nasi przyjaciele bowiem, zza Odry, komunikują się z nami zwykle za pomocą pośredników. Inny kontakt jest wykluczony i w zasadzie nie do pomyślenia. Nasz kłopot polega na tym, że ci pośrednicy zostali wychowani przez niemieckie służby i przemawiają takim językiem, jaki chce usłyszeć niemiecka polityka. My z kolei jesteśmy na to głusi. To znaczy próbujemy być głusi, bo oni nam te komunikaty coraz częściej wywrzaskują wprost do ucha, uniemożliwiając polemikę, albowiem działają w duchu traktatów, lekceważąc ich literę. Nigdy nie zapomnę jak Angela Merkel powoływała się na Szczypiorskiego. Oczywiście, w Polsce jest wielu ludzi, którzy dziś nawet uważają, że Szczypiorski to był jakiś pisarz, czy ktoś podobny. Chcę wskazać jakie paradygmaty komunikacyjne obowiązują w polityce niemieckiej i jej relacji z Polską. Jeszcze nikt chyba nie wspomniał – wiem, że się powtarzam – Wojciecha Kossaka i jego współpracy z Wilhelmem II, ani Fałata też nikt nie wspomniał, a jaki to wdzięczny temat. Na tapecie był za to Szczypiorski, komunistyczny agent. Podobnie jak wielu niemieckich polityków.

No, ale Niemcy sami mają kłopot z tym Wilhelmem, bo to przecież podżegacz wojenny, a oni są nastawieni pokojowo. Swoją, a także naszą historię traktują więc wybiórczo i w gruncie rzeczy ją olewają. To jest instrument bieżącej polityki. Kłopot w tym, że on nie spełnia swojej funkcji nawet wobec nas. Ciekawe w takim razie jak to wygląda w innych przypadkach? Na przykład jak wygląda współpraca kulturalna pomiędzy Niemcami a Francją. Wszystko już wyjaśnione, czy jeszcze nie?

Wróćmy do tych pośredników. Najważniejszym jest prezydent Niemiec, sympatyczny starszy pan, który wykonuje różne demonstracje. Ja osobiście wolałbym, żeby ktoś kiedyś, skoro on jest taki przystępny i łatwy w obyciu, zorganizował debatę pomiędzy nim a Andrzejem Dudą, z udziałem naukowców z Niemiec i Polski. I koniecznie musiałby być tam zaproszony prof. Andrzej Nowak, żeby było naprawdę kulturalnie, bezpiecznie i spokojnie. Czy to jest w ogóle możliwe? Myślę, że nie, albowiem dla polityki niemieckiej byłaby to degradacja. Tego nikt nie powie, ale to wynika z ducha traktatów.

W komunikacji z Polakami Niemcy używają jednak zwykle wychowanych przez siebie profesorów, mówiących po polsku, którzy reprezentują naprawdę szerokie spektrum wiedzy. To znaczy są prawnikami, historykami, lingwistami i religioznawcami w jednym. Jeśli coś pominąłem przepraszam. Wiadomo nie od dziś, że Niemcom imponują tytuły i specjalizacje, i mnożą je zawsze ponad miarę. To są nie sprawdza nigdzie poza Niemcami, a najmniej sprawdza się w Polsce. Oni jednak ciągle używają tego narzędzia, albowiem w jakiś sposób ich to uspokaja, tak sądzę. Bo nie o skuteczność przecież chodzi. A skoro nie o skuteczność, to w grę wchodzi jeszcze tylko prowokacja. Oto mamy, omawiany szeroko w internecie artykuł niejakiego Romanowskiego Andrzeja, który reprezentuje modelowy typ niemieckiego agenta wpływu. To znaczy obwieszony jest tymi naukowymi świecidłami, wygląda jak sympatyczny mopsiu i ubiera się z lekką nonszalancją, jak to zwariowany profesor, z jakimiś obsesjami. Opublikował ów człowiek w gazowni artykuł pod takim oto tytułem: Polska, ojczyzna Niemców. Nauczyli nas pisać i czytać. Ofiarowali łacinę i chrześcijaństwo

Ponieważ całość tekstu jest płatna, umieszczę tu link do polemiki, która znajduje się na stronie Karnowskich. https://wpolityce.pl/media/554685-gw-sklada-hold-niemcom-nauczyli-nas-pisac-i-czytac

Nie ma sensu odnosić się do wszystkich umieszczonych tam idiotyzmów, bo to są te same numery, które znamy już od dekad, a ktoś je musi ciągle powtarzać i do tego wynajmuje się właśnie takich Romanowskich. Chciałbym zwrócić uwagę, jak zwykle, na mechanikę pułapki, w której tkwimy. Jestem przekonany, że wszelkie emocjonalne, patriotyczne ruchy w polskiej publicystyce i nie tylko publicystyce, są stymulowane przez Niemców. To jeden element pułapki. Drugi, to wskazywanie na pogańską wielkość Polski, czyli prasłowiańska potęga wielkiej lechii, która ma przecież potwierdzenie w niemieckich źródłach, a niemiecka nauka nie myli się nigdy. Trzeci zaś to treści zawarte w artykule Romanowskiego, te wszystkie histerie dotyczące niemieckich nazw, kultury, która tu ponoć przyszła wraz z Niemcami, Nie będę tego, jak powiadam omawiał, bo szkoda czasu. Chcę tylko postawić jedną kwestię. Prezydent Duda mówił o opieszałym zwracaniu dóbr kultury zrabowanych w czasie wojny. W tym zapewne jakiś pergaminów i ksiąg pamiętających może nie Jadwigę Śląską, ale wiek XV na pewno. Moim zdaniem nie to jest ważne. Czy ktoś przeprowadził inwentaryzację dóbr kultury powstałych na ziemiach polskich przed najazdem mongolskim, albo szerzej, przed końcem XIII wieku, znajdujących się w zbiorach niemieckich do wojny 1914 roku? Jeśli jest taka inwentaryzacja czy można ją porównać z inną, zrobioną z przeznaczeniem dla tych samych zasobów, ale dostępnych po roku 1945. Co się zmieniło? Czego ubyło? Gdzie zostało to rozproszone? I jeszcze jedno – jaka miarę przykłada się do pojęcia „własność dóbr kultury”? Czy ktoś bardziej zorientowany mógłby to wyjaśnić? Zmierzam do tego, ze historia i źródła dotyczące dziejów ziem polskich przed końcem XIII wieku, traktowane są w Niemczech, jako źródła niemieckie, dotyczące historii Niemiec. I jak sądzę, jako takie są dość oszczędnie udostępniane. Nie wiem czy w Polsce ktoś w ogóle jest świadom tego ile ich jest i gdzie są przechowywane. Ja tego nie wiem. Trzeba by zapytać profesora Nowaka.

To nie jest oczywiście sprawa tak widowiskowa, jak wielka lechia, albo pretensje do Polaków, że nie mówią po niemiecku i zmienili nazwę Marienburg na Malbork, moim zdaniem jednak, to jest moment absolutnie kluczowy, jeśli chodzi o tak zwane relacje polsko niemieckie na niwie kultury. Kluczowy, albowiem dla Niemców, historia Polski zaczyna się wraz z koronacją Przemysła II, wcześniej zaś, wszystko co działo się na terenach Polski, jest historią cesarskich lenn, które czasem się buntowały, a czasem współpracowały. Jedno jest w tym nie do ominięcia – język plemion słowiańskich, który z pewnością nie był językiem niemieckim. I który z pewnością istniał niezależnie, od wpływów niemieckich. To jest fakt bezsporny, mimo tego, że pierwsze zanotowane słowa po polsku pochodzą z czasów stosunkowo późnych. Dowodem na istnienie tego języka, i żywą ciągle tradycję, jest słowo Niemcy, które przecież nie przetrwałoby w takiej formie, gdyby nie ów język właśnie.

  23 komentarze do “Pojednanie polsko-niemieckie”

  1. Do p. Gabriela odnośnie wczorajszego artykułu o Chinach:
    „Można produkcje stali przenieść gdzieś i kontrolować producenta. No, ale na tym właśnie wyrosła potęga Chin”  – czy uważa Pan, że ktoś tak nieuważnie przekazał produkcje światową Chinom?Dla mnie to niebywałe bo każdy średniozaawansowany polski przedsiębiorca wie że nie można takich głupot robić a co dopiero „możni tego świata” Uważam, że możemy o czymś nie wiedzieć.No i co na to Anglia?
    Pozdrawiam

  2. W pewnym momencie cała produkcja została przeniesiona do Chin, a zorganizowanie produkcji stali jest w sumie dość proste, w skali kraju takiego jak Polska nawet, co dopiero mówić o Chinach

  3. Tak, ale kto to zrobił i po co? Bo chyba nie po to by teraz Chiny stały się potęgą.

  4. Ani arcybiskup Pełka, Świnka czy Kadłubeg jakoś inaczej postrzegali dobrodziejstwa niemieckie.

    Z cesarzami niemieckimi był jeden problem, oni chcieli być jednocześnie Ojcami Świętymi. Natomiast my staraliśmy się być wierni Głowie Kościoła Powszechnego a nie cesarzowi.

    Warto zadać zerknąć, dlaczego zginą Otto III i jakie to miało związek z innymi zgonami, w tym papieża i Bolesława Chrobrego.

    Fajnie choć, że gazownia uznała pańszczyznę za dobrą. Przecież przyszła na nasze ziemie wraz z prawem magdeburskim. Dobrze choć, że odchodzą od bronienia prześladowanego i gnębionego chłopa.

    Nie wyjaśniona jest też kwestia chrztu Polski, oraz chrztu Krakowa ok. 930 z rąk bizancjum. Naukowcy takimi kwestiami nie mają czasu się zajmować.

    Co ciekawe czesi ponoć nie przyznają się do chrztu Mieszka.

  5. Im sie pańszczyzna nie łączy z prawem magdeburskim, bo oni mało uwagi przywiązują do prawa

  6. Dlstego nie napisali, że Chrobry po zjeździe gnieźnieńskim był takim jedynym vice cesarzem czyli tym który miał zostać Cesarzem.

    Tylko piszą wprowadzili nas do Europy. Kto konkretnie? Tu miała być przeciwwaga, czyli kontrola szlaków w rękach ludzi kościoła, aby cesarz nie mógł z tego czerpać kosztem papieża.

    A może jednak staneliśmy im na drodze do rabunku i dewastacji i nie mogli rabować nawet w duchu prawa panom z Magdeburga.

  7. Tylko po co?
    O dywersyfikacji produkcji uczą studentów na uczelniach Sorosa. Tu nie ma logiki.

  8. W grudniu 2018 roku /100 lecie niepodległości/ zwiedzałam Wawel i tam była wystawa dotycząca tego jak zaczęto przywracać siedzibę królów polskich dla Polaków w 1918 roku  . Były fotografie z posiedzeń, składy osobowe różnych  komisji inwentaryzacyjnych, listy darczyńców itp. była także  informacja , że w drugiej połowie lat 30-tych powstała w Niemczech inicjatywa że trzeba zinwentaryzować kulturę /rzeźby, obrazy, manuskrypty itp/ europejską, bo Europa jest kolebką tego co ważne i trzeba wiedzieć co w Europie jest aby podkreślić wielkość/znaczenie  kontynentu.

    jaki  szeroki zakres był tych prac ewidencyjnych prowadzonych przez utytułowanych obywateli z Niemiec , tego już na tej wystawie nie podano do wiadomości, może z tych spisów dzieł kultury europejskiej korzystano już od 1939 roku ….. no bo dlaczego nie …

     

    na kilku fotkach był Xawery Dunikowski jako jeden z filarów podnoszących znaczenie Wawelu …. może dlatego też znalazł się w Auszwicu z numerem 774

  9. Uważam, że to błędna interpretacja. Chrobry nie był wicecesarzem, a chodziło raczej o to, by odsunąć maksymalnie na wschód wpływy bizantyjskie.

  10. Drobny obrazek do mozaiki.

    Prasłowiańskie plemiona, które zlikwidowały Zachodnie imperium były pogańskie, dlatego – jak każda kultura pogańska – praktykowały „wolną miłość”. W tym wypadku było to wielożeństwo. W efekcie – dla usunięcia samców, dla których samice zajęła starszyzna, praktykowali także sprzedaż własnych współplemieńców w niewolę. Jak mormoni z USA dzisiaj.

    W efekcie pod Verdun przez 2 stulecia funcjonował największy targ niewolników w historii, gdzie praSłowianin sprzedawał praSlowianina Judejczykowi (słowo „Żyd” powstało 500 później). Niech z tego wytłumaczą się praSlowiańscy fanboje.

  11. Zrozumiałbym ten cały zabieg gdyby Chiny były czyjąś kolonią. Dlatego Pana podpytuję.

  12. Ja nie wiem. Być może były…

  13. Tu nie chodzi o produkcję stali. Ich przeniesienie do Chin było stosunkowo proste. Kiedy w 2015 r. prelegent z Taipei zaczął nagle mówić nie o eksporcie do Chin a o chińskich markach tłumacz przestał raptem rozumieć angielski. Podkreślam – prelegent z Tajwanu o chińskich, kontynentach markach. Mandaryni ograli zachód. Tak jest zawsze kiedy za rządzenie biorą się szmondasy, dorobkiewicze, obojętnie czy pejsaci czy fartuszkowi.

  14. A jeśli chodzi o temat bieżący to ma pan absolutną rację. Niemcy są naszym największym zagrożeniem. Ich racja stanu polega na likwidacji Polski. Dlatego niemieckich agentów wpływu należy traktować nie jak graczy a jak zdrajców. Oczywiście w horyzoncie długofalowym.Bo na razie musimy zgrywać prostaczków.

  15. Judejczyk i Żyd to jest to samo słowo, tak jak Jezus i Dżizus. A jeśli chodzi o niewolnictwo Słowian to prawda .W niczym nie umniejsza to znaczenia słowiańskich legend, zwłaszcza tych związanych z sukcesją władzy, jak historie opowiedziane przez Kadłubka.

  16. Odpowiedź w „Wojnie o pieniądz”.

  17. „Z cesarzami niemieckimi był jeden problem, oni chcieli być jednocześnie Ojcami Świętymi. ”  ten problem dotyczył wszystkich cesarzy, bez wyjątków 

  18. Póki co stal radykalnie podrożała. To nie jest podwyżka kilka czy kilkanaście procent.

    Czyli podrożało wszystko.

    Mieliście na koncie 100, 200 tysięcy, milion?

    To już nie macie.

    Ci co mają nieruchomości, trwałe rzeczy póki co wygrali, chyba, że w końcu ta bańka wypuści powietrze.

    Kiedyś wracałem z jakiejś karnawałowej imprezy i widziałem sympatyczną scenkę. Goście podrywali kobitki wyposażeni w pęk pięknych balonów i przedstawiali te baloniki jako swój wabiący walor – Chodźcie z nami, mamy takie piękne baloniki ….

    A my mamy szpilkę! – odpowiedziały ze śmiechem….

  19. Czytałem, tam nie ma odpowiedzi.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.