Kwi 172014
 

W naszej księgarni na deptaku pojawił się napis „wynajmę lokal na parterze”. Większość zaś książek na witrynie jest przeceniona. Ja zapamiętałem dwie przecenione książki – „Blondynka śpiewa w Ukajali” Pawlikowskiej oraz „Resortowe dzieci”. Nawet nie muszę zachodzić do tej księgarni, żeby wiedzieć co myśli właściciel na temat sytuacji rynkowej. On myśli, że ludzie nie czytają książek. Bo i cóż innego może myśleć. Mamy wydawców, promocję, skandale, kontrowersje, czyli wszystko co powinno zwabić czytelnika, a tu nic. Książki trzeba przeceniać. Na targach w Warszawie „Resortowe dzieci” sprzedawano po 10 złotych. Naprawdę. A będzie gorzej. A przecież jest to tytuł nowy, który niedawno ogłaszano hitem wszech czasów. Ja sam spodziewałem się, że książka zrobi umiarkowany sukces i sprzeda się w jakichś 20 tysiącach egzemplarzy. No, ale widzimy co się dzieje. Tak jak już pisałem, to co ogłaszali autorzy i ich promotorzy jesienią, te rewelacje o sprzedaniu 100 tysięcy egzemplarzy w pierwszy tydzień to po prostu kłamstwa. Z początku sądziłem, że chodzi o egzemplarze zabrane przez hurtownie, ale przecież to niemożliwe, bo hurtownie by się zapchały taką ilością książek. Zwykle biorą około 500 egzemplarzy jednego tytułu. Pewnie nie wzięły nawet tego, a i tak mają kłopot.
Księgarze też mają kłopot, bo wiedzą, że ludzie nie chcą czytać książek. Wolą telewizję i internet. I cóż ja mogę tu rzec? Nie wydałem żadnej książki na tanim gazetowym papierze. Nie przyszło mi nigdy do głowy, żeby oszczędzać na edycji, bo wiem, że to czytelnika irytuje. Co jakiś czas przyjmuję cierpkie uwagi na temat moich okładek, a to, że musztardowe, a to, że miękkie. Muszą być lepsze – takie są wymogi odbiorcy. Lepsze znaczy droższe, odpowiadam, ale czytelnik nie słucha. Chce mieć twarde, ładne i tanie. No i co zrobić? Trzeba będzie coś wymyślić. No i teraz popatrzcie na te książki z obniżoną ceną. Okładka miękka i nędzna. Na okładce, tak jak na mojej zdjęcie wykonane przez autora, albo jakaś tandetna aranżacja, jak w „Resortowych dzieciach”. W środku papier najgorszy z możliwych, nadający się na skręty z machorki i na nic więcej. No, ale jest treść, powiadają, zwolennicy, tanich książek, treść jest najważniejsza. No i ja się zgadzam. Nie może być książek bez treści, ale akurat w przypadku, który tu omawiamy o treści nie ma w ogóle mowy. Nie ma żadnej treści w książkach Pawlikowskiej, a w tej drugiej znajduje się jakaś treść, ale jest ona znana i przewidywalna, nikt więc nie ma zamiaru za nią płacić. Drugi raz można sobie posłuchać szlagierów z radia, a nie czytać o Michniku i jego ojcu. Autorzy widzieli to co prawda inaczej, ja również, o czym już pisałem, ale nadszedł oto czas weryfikacji i jest to weryfikacja bolesna.
Ja, przyznam, z dużym, przerażeniem obserwuję starania autorów i wydawców o zainteresowanie czymś czytelnika. Na targach w Białymstoku rozmawiałem z kilkoma przedstawicielami wydawnictw finansowanych z budżetu. Ich pomysły, ich sposób pracy, ich wyobrażenie o czytelniku i rynku to jest coś przerażającego. Mówiliśmy tu już na ten temat wiele razy, ale mnie to zawsze zaskakuje. Forsa jest podzielona zanim książka trafi na rynek. Potem książka robi klapę, targi kończą się sprzedażą bliską zeru i wszyscy są oczywiście trochę zadowoleni, bo przecież swoje pieniądze wezmą, ale też jakoś tak dziwnie smutni, bo wiedzą, że nie o to przecież chodzi. A o co? No, żeby czytelnik był zadowolony. Czy jest? Nie, ale nie wiadomo dlaczego. Najlepiej przyznać, że jest po prostu głupi i nie dorósł do lansowanych treści. I wtedy można już iść spać. I tak do następnych targów i następnych książek. I wiecie jak oni to nazywają? Nazywają to pracą u podstaw. To jest właśnie ta wymarzona praca u podstaw, nieustające strzelanie kulami w płot, bez widoku na sukces, bez radości i emocji. I dźwigają te swoje plastikowe krzyże bez zrozumienia, ale z dziwną radością w sercu. Bo są wybrani, a cała reszta nie. O budżetach też się mówi, ale traktuje się tę kwestię normalnie, no bo skoro czytelnik nie dorósł, a praca u podstaw iść musi pełną parą to przecież skądś na nią pieniądze trzeba wziąć. One nie są duże, ale jakieś tam są i warto się trochę pomęczyć z plastikowym krzyżem, żeby je zgarnąć.
Jedno rzuca się w oczy, kiedy się z nimi gada. Oni wszyscy poszukują prawdziwych emocji, bo w nich widzą jakąś szansę. To znaczy uważają, że książka, by zrobić wrażenie musi być pełna różnych horrendów, których normalny człowiek na co dzień nie doświadcza, ale mają one dobry i stymulujący wpływ na czytelnika. Sfrustrowani faceci chcą czytać o sympatycznych, wrażliwych kobietach, co mądrze patrzą, mają wielkie piersi i jeszcze do tego pomidorówkę ugotują. Dziewczyny zaś o czymś analogicznym, ale bez pomidorówki i piersi. I za nic nie dadzą sobie wytłumaczyć, że właśnie nie, że emocje nie robią kasy. Żadne emocje nie robią dziś sukcesu rynkowego, nawet emocje zawarte w książce „Resortowe dzieci”.
Byłem wczoraj w Lidlu. Tam jak wiecie jest od pewnego czasu stoisko z książkami, bo ktoś wymyślił, że ludzi których idiotyczne tytuły i autorzy kretyni wypłoszyli z księgarń można spotkać na zakupach w sklepach wielkopowierzchniowych. I oni tam właśnie kupią te książki, które w księgarni są przecenione i nie mają wzięcia. W Lidlu nie sprzedaje się romansów, niech Wam się nie zdaje. W Lidlu sprzedaje się literaturę demaskatorską i patriotyczną, a także książki Beaty Pawlikowskiej. To jest dramat ta Pawlikowska, ale niech tam. No i wczoraj zauważyłem, że leży tam książka zatytułowana „Brudne serca”. Książka ta rekomendowana jest przez profesora Dudka i przez Kuźniara i przez jeszcze kogoś, kogo nazwiska nie zapamiętałem. Opowiada o milicjancie co zastrzelił radzieckiego żołnierza, bo ten zgwałcił dziewczynę i musi się ukrywać. Jego życie zaś zależy od jakiegoś dobrego ubeka. I w tej książce mamy właściwie wszystko co potrzebne jest do osiągnięcia sukcesu: zgwałconą niewinność, samotnego mściciela ściganego przez złych i przeżywającego duchowe oraz polityczne rozterki młodego funkcjonariusza aparatu przemocy. Hasło zaś promujące tej książki brzmi „Jak zakłamaliśmy historie ubeków i chłopców z lasu”, a może jakoś podobnie, ale w każdym razie sens jest taki. Książka ma solidne wspomaganie, mam na myśli tego Dudka i według tych co pracują u podstaw zrobić powinna kasę. Książka jest jeszcze dodatkowo lansowana jako owoc tak zwanej solidnej, reporterskiej, mrówczej pracy w archiwach. Pracy, która uświęca i ubogaca, a klienta skłania do otwarcia portfela, bo co jak co, ale praca nigdy nie może być oszukana. Ja zajrzałem do tej książki. Gówno tam jest, nie praca. Tam są powklejane jakieś wycinki z akt i z prasy i wszystko to oblane jest prozą prawie tak samo nędzną jak proza Pawlikowskiej. Myślę, że całe to śledztwo nie zajmowało nawet jednej teczki ipeenowskiej. Myślę, że autorka dostała je gotowe i musiała jedynie całą rzecz opowiedzieć od nowa, po swojemu. Podobnie jak członkowie zespołu RUTA musieli jedynie przepisać swoje ludowe piosenki od Przybosia. No, ale ilu ludzi zostało zaangażowanych w promocję, sami zobaczcie, a do tego jeszcze książka jest w Lidlu, bo tam według wydawców, promotorów i autorów przebywa dziś czytelnik.
Obok „Brudnych serc” leżało coś jeszcze. Była to książka Magdy Rittenhouse o Nowym Jorku. Jeśli ktoś nie wie kim jest Magda Rittenhouse z ochotą wyjaśnię. To jest jedna z czerwonych blogerek salonu24, niegdyś bardzo popularna, która parę lat temu pisała sporo o Obamie. O ile pamiętam mieliśmy kiedyś jakieś spięcie, bo pani Rittenhouse coś tam się nie podobało w moich tekstach, ale normalnie omijaliśmy się z daleka. O ile pamiętam salon nie spełnił jej oczekiwań i nie zaspokoił aspiracji. Dziś za to jest inaczej, książka w Lidlu i w ogóle…..Kto tę książkę wydał? Nie salon bynajmniej, a wydawnictwo „Czarne”. I ja, patrząc na to całe towarzystwo podzielone na frakcje, grupki i kupki, zastanawiam się, czy oni nie mogą zrobić czegoś, żeby się nie demaskować z tym swoim podczepieniem pod środowiska gazowni? Chyba nie mogą. Nie widzą innego wyjścia, bo niby jak? O czym jest ta książka? O emocjach związanych z Nowym Jorkiem, o tym, o czym wszyscy wiedzą, po przeczytaniu notki w wiki plus autorskie przemyślenia pani Magdy na temat tego co się w Nowym Jorku dzieje. Na 4 stronie napisane jest wprost, że o tym mieście pisze się trudno, ale jednocześnie łatwo, bo czego się nie napisze będzie to prawdą. Po przeczytaniu tego wstrząsającego i głębokiego wyznania odłożyłem książkę Rittenhouse na miejsce, obok książki Pawlikowskiej, która nosi z kolei tytuł „Jesteś bogiem”.
Ponieważ ja się zakolegowałem z załogą wydawnictwa „Czarne”stojącą na targach i pożyczam od nich, a raczej dostaję, a to notes, a to torbę, zapytałem ostatnio całkiem wprost i śmiało o sprzedaż. No i sprzedaż jest świetna. I ja w to wierzę, bo jak się ma takie zaplecze i jeszcze gazownię do pomocy to sprzedaż musi być świetna. Pozwoliłem sobie jednak na pewne cierpkie uwagi co do czytelników gustujących w książkach „Czarnego”. Powiedziałem, że większość z nich to ludzie poszukujący akceptacji. Akurat kiedy to mówiłem, jeden taki stał na stoisku i przeglądał jakąś książkę. No i miłe panie kazały mi się zamknąć. Nie posłuchałem, ale on i tak kupił tę książkę. Miał pewność, że bierze do ręki dobry towar. Potem, w ostatni dzień targów siedział na tym stoisku Jacek Hugo Bader i podpisywał swoje książki, kolejka była straszliwa, ale wszyscy grzecznie czekali. I zastanawiam się teraz jak to jest, że „Czarne” prowadzone przez takich satanistów jak Stasiuk i jego żona robi sprzedaż. No jest ta promocja, ale przecież „Brudne serca” też mają promocję i leżą w tym samym Lidlu. Autorzy i tu i tam są tak samo nieznani jeśli wyjmiemy dziennikarzy z GW. Dlaczego więc wszyscy poszukujące akceptacji młodzieńcy idą do „Czarnego”, a omijają stoiska gdzie historycy tłumaczą ubeków poprzez horrendalne konstrukcje, których bohaterem jest zgwałcona dziewica i jej obrońca? Może chodzi o to, że oni już tych emocji nie trawią? Może to w ogóle nie ma takiej funkcji, jak sprzedaż? Może mamy tu do czynienia ze skomplikowanym rytuałem polegającym na odczynianiu uroków. Swój czar rzuca Targalski, ale jest mocno nieskuteczny. No, ale nie może takie działanie pozostać bez odpowiedzi i inni szamani pod przywództwem profesora Dudka zaczynają bębnić i potrząsać kołatkami z kości skrzydłowej orła. Nikt jednak nie zwraca na to uwagi, bo spektakl ten ma inną zupełnie misję. Sprzedażą zaś zajmuje się Stasiuk, ma na to wszelkie dane. Nie tylko jest dotowany, nie tylko ma kolegów gdzie trzeba, ale także nie musi się z niczego tłumaczyć. Po prostu z niczego. Ma wszystko w nosie. Wszystko gra na jego korzyść, i więzienie i ten ruch „Wolność i pokój” i praktyka w Tygodniku Powszechnym. Po prostu wszystko. Nie to co w przypadku profesora Dudka i jego kompanii.
Na koniec konkluzja. Dzięki Ci Panie Boże, że jesteśmy poza tym wszystkim i nie musimy się martwić ani o Lidla, ani o promocję, ani też nie musimy się z niczego tłumaczyć. Możemy robić co nam się podoba. Tomek zaprojektował ostatnio sztandar „Baśni jak niedźwiedź”. Jeszcze nie wszystko jest gotowe, ale niedługo go pokażemy. Będą też znaczki. Nie wiem ile zapłacę za wykonanie, ale postaram się, żeby cena była umiarkowana, a jakość wysoka. Bardzo ładne są te znaczki, i kolor i ikonografia. Oczywiście nie nawiązujemy w tej kolorystyce do żadnych emocji, do żadnej pomidorówki, ani wielkich piersi. Powiem wprost – złoto i purpura.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl.

  10 komentarzy do “Połykacze emocji”

  1. Perspektywy Czarne wydutkły Dutka a księgarnie po tym jak MEN będzie POdręczniki rozprowadzał PO szkołach POplajtują PO kolei 😉

  2. A może tam w tle jest wydany do gromady rozkaz tej treści: każdy z was ma kupić książkę „X”, o godz …. ma być przy jego stoisku kolejka, na twarzach uśmiech i czekacie na wpis………. Wykonać.

  3. lata temu / jakoś z 10 / na targach krakowskich , do innego wydawcy , po patriotyczną książkę … było takie polecenie … żeby mu zrobić kolejkę po podpis autorski …….

    nie podam nazwiska przez litośc , bo chodzi o mechanizm …

  4. acha , wtedy książki dawali za darmo z puli reklamowaej i tylko prosili żeby sobie je wziąć ale najpierw zrobić kolejkę

  5. Tutaj było inaczej. Oni przyszli do tego Hugo Badera dobrowolnie.

  6. wiem , to są te lata pracy nad pewną grupą ludzi , że tak powiem

    to co opisałam … targi były jeszcze w Bronowicach , nie tu gdzie byłeś

    zmasowany atak na ludzką świadomośc i podświadomoś , ludzi pogubionych życiowo , zakompleksionych … Parę lat temu pani 3 lata starsza niz ja !!! westchnęła do mnie ,,, że też nie ma osoby która mi powie co mam myśleć !!!!!

    lekarka , dyrektor dużego naprawdę ośrodka zdrowia !!!!!!! dziś emerytka , z krórą ucięłam kontakty …. bo uznała że ja jej mówię co ma myśleć i czuła się zakompleksiona …. i zerwałam , bo nie chciałam jej dręczyć……
    ja mówiłam , co sama myślę … nie co ona ma …

    Idę z psem w pola

    Fajnie że będzie SZTANDAR …. może aż tak nie oszczędzaj …. żeby nie było badziewia :)))

  7. Po wczorajszewj lekturze wpisu wskazującego film z bohaterem co się sądom naraził, nie zmienię zdania. Zdarzenia dziejące się w naszym otoczeniu są ukartowane. No może zmodyfikuję moje zdanie, w ten sposób, że jeśli w tle nie było rozkazu zakupu ksiązki, to była sugestia nakazujaca – wykon. A realizację sugestii nakazującej kontrolowały panie zza kontuaru. Tyle,żadnej dobrowolności. Vide jak w społecznym czynie za PEERELU. Spontan ze szturówkami i łopatami

  8. Książka ma być tania i w twardej okładce … logiczne

    Na targach jesienią niedaleko od coryllusowego stoiska , było takie : piękne okładki oferowano , unikatowe ,,, żeby chętny sobie swoje książki ,, na półkę,,,, tak wydrukował i oprawił / to nie był introligator /

    Ludzie wiedzą , że bycie .. po linii i nabazie trzeba jakoś demonstrować…….

    np przez zawartość półki z ksiażkami … słusznymi i dekoracyjnymi ……. / twarda okładka /

    no ale każdy chce zarobić , a nie dołożyc do interesu ….. informację o tym co słuszne czerpie z innych źródeł …. a tych książek NIE czyta ….. to mają być tanie !!!!!!!

    Spacer z psem , dotlenienie… i to hasło Sztandar …… Bardzo mnie oświeciły … :)))

  9. Slyszalem o „Resortowych Dzieciach”, Kania sie chwalila ze pierwszy naklad rozszedl sie blyskawicznie, cos kolo 140-150 tys. Ta ksiazka to taka monotonna wyliczanka, ze Piotr Krasko to wnuk Wincenta Kraski, Tomasz Lis mial ojca w LWP a Monika Olejnik to corka Tadeusza Olejnika, starego esbeka, itd. Kto sledzi prase wie to dobrze wiec po co wydawac pieniadze na wypociny Kani.

    Ta Pawlikowska to chyba glownie jest znana z tego ze wziela slub koscielny z Cejrowskim a pare lat pozniej oglosila ze sie rozchodza.
    Te proby epatowania ludzi sensacja, tytulem przez wielu autorow to takie podskoki kury ktora chcialaby byc orlem. Trzeba miec temat I umiec o tym temacie pisac.

  10. Notki o rynku książek zarówno o formie jak i treści są „nieśmiertelne”. Na mnie duże wrażenie robią „świąteczne” promocje książek w kerfuże czy aszonie. Ogromne kosze i cena 0.99, 1.99, 2.99, 3.99 i tak do 9.99. Prawdziwe hiciory GWIAZD formatu Tom Fox zaczynają się gdzieś od 3.99, normalnie PROMOCJA 🙂

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.