Kwi 152014
 

W czasie zwiedzania muzeum w Białymstoku dowiedziałem się czym jest prawdziwa melancholia. Pan kustosz zacytował bowiem Juliana Tuwima, który czekając w tymże Białymstoku na nocny pociąg do Warszawy zwiedzał nie muzea bynajmniej, ale lokale. I wtedy właśnie, podczas tego zwiedzania podał Julian Tuwim najbardziej zwięzłą i prawdziwą definicję melancholii. Otóż mamy z nią do czynienia wtedy kiedy w knajpie jest więcej kelnerów niż gości. Ja zaś nie mając żadnego pojęcia o tej definicji ukułem niegdyś podobną, ale dotyczyła ona nie melancholii bynajmniej tylko salonu24, powiedziałem mianowicie, że ten salon to taka knajpa dla kelnerów. Oni ją otworzyli rzekomo dla gości, ale tak naprawdę po to, by sami świetnie się w niej bawić. Koncepcja ta nie dość, że okrzepła to jeszcze rozwija się w nieprawdopodobnych kierunkach. I ja się o tym przekonałem wczoraj kupując tygodnik „W sieci”. Zanim przejdę do omówienia numeru, chciałem najserdeczniej przeprosić redaktora Lisickiego za to, że kiedyś uznałem iż nie ma na świecie gorszego wydawnictwa niż jego tygodnik. Otóż ono istnieje i jest nim gazeta Karnowskich. Jak pamiętamy tygodnik ten powołano do życia z myślą, żeby promować autorów z sieci czyli z Internetu. Chodziło o to, by wreszcie raz na zawsze ustalić hierarchię i by utrwalić na papierze tę strukturę kelnerską, która żyła do tej pory na różnych blogowiskach. Żeby było wiadomo kto jest ważny, a kto nie. Tyle, że już po pierwszym numerze okazało się iż kelnerzy z Internetu muszą jednak ustąpić miejsca tym z redakcji i tak przepadł nam gdzieś Sowiniec, ale na jego miejscu pojawił się za to Lech Makowiecki. Wszystko jak widzicie się zgadza. Mamy melancholię, knajpę, dworzec i wszyscy czekamy na pociąg. Melancholia jest najwyższego gatunku, łatwo możecie się przekonać przeglądając listę nazwisk. Mamy tam barda Makowskiego w sześciu chyba odsłonach, Makowieckiego w jednej, mamy Wencla, mamy Górnego, który znalazł świętego Graala, mamy profesora Zybertowicza i młodego Łysiaka, który patrzy tak, jakby miał jakieś kłopoty z przemianą materii. Mamy tam w ogóle wszystkich, którzy chcieliby pisać w sieci prawdziwej i mieć tutaj żywych, prawdziwych czytelników, ale niestety nie mogą. W związku z tym idą do Karnowskich i ci mówią im, że owszem, oni mają pewne możliwości i jak się autor postara to i czytelnik się znajdzie. No i ja się znalazłem. Jak ten głupi wydałem wczoraj ponad 6 złotych na numer poświęcony zmartwychwstaniu. Niech Wam się nie zdaje, że chodzi o zmartwychwstanie Jezusa. W tym tygodniku chodzi o to tylko trochę, naprawdę zaś chodzi o zmartwychwstanie Polski i o patriotyczny mesjanizm w najlepszym, melancholijnym wydaniu dla prawdziwych kelnerów.
Ja nie przeczytałem celowo tekstu Górnego, żeby się nie zdenerwować za bardzo, przeczytałem za to tekst Łysiaka, który zdaje się nie ma innego wyjścia jak rozwadniać to co napisał jego tata już 30 lat temu i podawać tę serwatkę jako wytrawne wino, po wypiciu którego poziom patriotyzmu w organizmie każdego z nas wzrośnie do wartości nigdy wcześniej niespotykanych. Pisze oto młody Łysiak o mesjanizmie i winkelrydyzmie, który się temuż mesjanizmowi przeciwstawiał. I przez tę aktywną postawę winkelrydyzmu, którą sobie zaszczepili legioniści marszałka powstała Polska. I ja się nie mogę nadziwić proszę Państwa podłości tych ludzi. Że też oni po tylu latach i tylu demaskacjach zastawiają te same pułapki. To się nie mieści w głowie. Nie mam na to dobrego wytłumaczenia, poza może takim, że Łysiak pracuje w ministerstwie edukacji i promuje tym tekstem jakiś nowy-stary podręcznik przeznaczony dla prawdziwych patriotów. No, bo inaczej jak to wyjaśnić? Można oczywiście jeszcze raz napisać o pogardzie dla inteligencji czytelnika, którą oni mają wrośniętą w serca, ale już mnie palce od tego bolą. Ja tylko przypomnę o co chodzi z tym Winkelriedem. To był taki najemnik wynajęty przez Francuzów razem z innymi Szwajcarami. Walczył w czasie wojen włoskich i zdaje się zginął w roku 1522, kiedy okazało się, że arekbuz jest jednak skuteczniejszy niż pika. Potem zaś, w obliczu serii klęsk, Francja oraz ci wszyscy, którzy nie byli zainteresowani tym, by przełęcze alpejskie i równina padańska zajęta była przez Niemców, rozkręcili jego legendę do rozmiarów niespotykanych. Że był dzielny i odważny, że walczył za króla nie zaś dla pieniędzy, że był prawie nieśmiertelny jak Zorro, no ale się nie udało. Później w stuleciu XVIII Winklerieda przesunięto nieco wstecz i umieszczono go w realiach XIV wiecznych. Stał się bohaterem bitwy pod Sempach, w której szwajcarscy wieśniacy, źle uzbrojeni, nie okryci blachą, ale za to bardzo bohaterscy pokonali straszliwe hufce cesarza Leopolda. Winkelried zaś wbił sobie w pierś te niemieckie dzidy i zginął z okrzykiem – Oto droga do wolności! I cóż ja tu mogę rzec? W tej bitwie pod Sempach chodziło o to, że cesarz, by w ogóle móc się postawić gangom szwajcarskim, musiał zaciągnąć kredyt i nająć ludzi w Szwabii, w tamtejszych miastach. No, a co to za miasta są w tej Szwabii? Ja przypomnę tylko jedno – Augsburg. Co się tam robi w tej Szwabii i czym handluje? Kopalinami głównie, ale trzeba mieć na nie jakiś rynek. Może we Włoszech? Świetnie, we Włoszech, ale żeby tam dotrzeć niestety musimy kontrolować przełęcz św. Gotarda oraz podporządkować sobie miasta kantonalne, które nie chcą widzieć szwabskich towarów na południu. Dlaczego? Bo ktoś ich wynajął do pilnowania tych dróg przez Alpy. A kto? Może ci co wożą angielską wełnę z Flandrii do Florencji? No, pewnie tak. I może jeszcze król z Paryża i paru innych. Cesarz sam nic nie poradzi, jego rodzina – Habsburgowie, pochodzą ze Szwabii i trzeba się dogadać z tamtejszymi gangami, żeby coś przedsięwziąć. Miasta tamtejsze też są zainteresowane ekspansją na południe, ale szkoda im wysyłać ludzi na pewną śmierć. Lepiej, by za ryzyko ktoś zapłacił. Na przykład ten cały cesarz, co to niby jest miejscowy, ale teraz sadzi się na światowca. Jakie jeszcze rodziny pochodzą ze Szwabii? No ci, jak im tam….Hohenzollernowie….i jeszcze ci drudzy….Fuggerowie….no i kilka innych….
Czy oni brali udział w bitwie pod Sempach? Być może nie, bo byli jeszcze za słabi, ktoś inny wiódł wówczas prym w interesach południowo-niemieckich.. Chodzi jednak w tej mojej opowieści o to, że postać Winkelrieda szwajcarskiego najemnika w służbie francuskiej demaskuje nam całą politykę i wojny toczone wokół szlaków do Italii. Nie tylko XVI wieczne ale też wcześniejsze. Ten facet, wymyślony w XVI wieku, przerobiony następnie na symbol rewolucji, był elementem antycesarskiej propagandy i niczym więcej. Nie ma więc żadnej potrzeby ani żadnego realnego powodu, by włączać go do naszej rodzimej mitologii, w której i tak jest zbyt wielu tragicznie zmarłych, a zbyt mało żywych. Słowacki coś tam sobie naskrobał, to się oczywiście może podobać, ale pamiętajmy, że kłamstwo to jest słaby sposób na wychowywanie młodzieży. Kłamstwo systemowe zaś to po prostu katastrofa. Łysiak tego nie wie, jemu się zdaje, że robi dobrą robotę, bo wychowuje ludzi, a może nawet nie to. Może ojciec mu kazał, albo po prostu zabrakło mu na piwo i poszedł do Karnowskich, żeby coś zarobić.
Niejaki Adamski zaś pisze w najnowszym „W sieci” o tym jak to różni niepokorni celebryci, co to i w mordę dadzą i skręta zapalą, odnaleźli Jezusa. „Niegrzeczni chłopcy, którzy odnaleźli Boga” taki tytuł nosi ten tekst. I to jest manifestacja obłędu prawdziwego, nie udawanego. Autor bowiem przywołuje najpierw naszych rodzimych celebrytów, którzy ćpali, pili i puszczali się na okrągło, by potem zadumać się nad marnością świata i głębią Ewangelii, potem zaś zabiera się za opisywanie przypadku Boba Dylana i Johny Cash’a. I to jest niesamowite. Dylan, który jest normalnie Żydem, ochrzcił się w roku 1978, potem coś tam zagrał dla papieża i sprzedał katolikom trzy płyty, na których coś tam smęci o Panu Bogu. Później – o czym Adamski sam pisze – przyjechał do Jerozolimy i oprawił rytuał, który zwykle muszą przejść Żydzi co to ich chrześcijaństwo skusiło. No i on przeszedł i więcej się na temat Chrystusa nie zająknął. I autor nazwiskiem Adamski, który jest jeszcze do tego redaktorem czegoś co się nazywa „w nas” podaje tego Dylana jako dobry przykład do naśladowania. A przekonuje nas argumentem takim: Nie można zapominać, że publiczne manifestowanie wiary jest najczęściej równoznaczne ze stratą dużej części targetu i diametralną zmianą życia. I co? Nie wariat?
Publiczne manifestowanie wiary mój panie Adamski jest równoznaczne z czymś przeciwnym. I dobrze o tym wie pański naczelny latając co niedziela do kościoła, stojąc przy ołtarzu ze złożonymi rękami nawet wtedy kiedy wszyscy już siedzą, albo klęczą.
Wszelkie manifestacje wiary, podobnie jak gadanie o poważnych chorobach jest w przypadku tak zwanych celebrytów próbą zrekonstruowania koniunktury, która chwilowo osłabła, albo wręcz z tym, że lekarze kazali im iść na odwyk, bo dalsze ćpanie i picie grozi śmiercią w męczarniach. Oni zaś, nie znajdując w sobie żadnej motywacji, muszą lecieć z tym a to do papieża, a to do klasztoru zen, a to gdzieś do jakiejś aśramy w Indiach. I wszyscy to rozumieją tylko nie redaktorzy z pisma „W sieci”. Oni nie mogą dać takiej wykładni tych cudownych nawróceń degeneratów albowiem cały ich plan na sukces polega właśnie na tym, by strona za stroną demonstrować te same emocje co Dylan w roku 1978 i Johny Cash kilka lat później.
Czy chodzi tu tylko o zysk? Nie sądzę. Chodzi o stworzenie środowiska powolnych baranów, które nie tylko będą płacić za przygotowywanie nowej, dziejowej katastrofy, nie tylko będą kupować gazety i płyty ze zdjęciami Ducha Świętego co to go sfotografował Tekieli dawno temu, ale – kiedy przyjdzie pora – kupią sobie także elegancki mundur gwardii obywatelskiej, wyprodukowany w jakiejś nieznanej nam fabryce tekstyliów, zupełnie tak samo jak ci powstańcy Irlandzcy przed rokiem 1916, o czym tu niedawno pisałem. A potem już tylko parady, bębny, piszczałki, Lech Makowiecki z gitarą i wszystko co tylko chcecie.
Aha, jeszcze jedno – Makowski napisał tekst o tym, że podpisanie porozumień sierpniowych to także takie zmartwychwstanie. Nic nie zmyślam. Ilustracją do tekstu jest zdjęcie Wałęsy na trybunie.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Mamy tam nowe książki o matematyce, no i promocje Baśni tom I i książek Toyaha.

  19 komentarzy do “Prawdziwa melancholia”

  1. Dzięki serdeczne; 6 zł zaoszczędziłem 😉

  2. w nawiązaniu do nastroju „okołoświątecznego”: 6 zeta nie pieniądz, ale zawsze to 15 dkg dobrej wędliny w „Krakowskim kredensie”na Wielkanocne śniadanko.

  3. Tak w nawiązaniu do Tuwima, który chyba był łodzianinem, mam do niego pewien sentyment za opinię którą zamieścił w jednym ze swych listów, pisząc do kogoś tam następujace słowa : „,… ja wracam do kraju, wiesz w Polsce jest wszystko możliwe nawet zmiany na lepsze …”
    Może Tuwim miał na myśli zmiany nie te o których marzylismy, ale jest w tym jego zdaniu pewna nadzieja …

  4. Akurat ten tekst o św. Graalu to taki więcej uspokajający jest — że św. Graal to legenda medialna i nakręcacz koniunktury dla różnych cwanych grafomanów, bo prawdziwy Kielich spokojnie sobie przebywa w Walencji, dokąd dostał się z Rzymu, gdzie w pierwszych wiekach służył papieżom za naczynie mszalne. Jest dobrze zbadany archeologicznie, jego historia jest nieźle udokumentowana, przynajmniej wg. tego co podaje Górski. Nie przypuszczam, by kustosz pozwolił Górskiemu skosztować z niego wina, ale autor stoi na zdjęciu z Graalem w łapie i cieszy się jak dziecko.

    Na pewno artykuł nie spodoba się miłośnikom Eco, Indiany Jonesa i innych wykształciuchów trzepiących ciężką kasę na miotanej ambicjami młodzieży i roznamiętnionych miłośniczkach sensacji historycznej, bo zdecydowanie studzi ich emocje i sprowadza je niestety do banalnego „nie daj się dymać sklepikarzom, frajerze”.

    Oczywiście wadą artykułu, jak większości produkcji tej spóły, jest jarmarczna egzaltacja w tytułach i na winietach (weźmy taki portal niezależna.pl choćby — dzień stracony, jeśli w którymś tytule nie pojawi się słówko „szok” albo „szokujący”). Tutaj także, tytuł jak strzał z Grubej Berty, a dalej zupełnie nie a propos.

    Generalnie jednak zgoda, że chłopacy z wSieci przędą coraz cieniej i wyraźnie widać, że to nie brak reklam ich wykańcza (product placement zajmuje pół każdego numeru), ale niestety beztalencie, które uniemożliwia im prowadzenie zleconej misji w sposób zajmujący i atrakcyjny intelektualnie. Kolejny raz wychodzi, że wszystko w Polsce kręci się wokół tego samego towarzycha z warszawki i obawiam się, czy to właśnie nie jest dla nas większym zagrożeniem, niż Putin z Genderem razem wzięci.

  5. Dlatego warto kontynuować cykl: Braun Maciejewski o historii Polski na nowo pisanej! Jak już ludzie będą na wyrywki jechać tekstami z tych spotkań i co najważniejsze trochę sobie to wszystko przemyślą, to może te 6 zł odłożą na coś pożyteczniejszego i będziemy mogli powiedzieć, że udało się coś osiągnąć w tej materii.
    A teraz o mundurach i paradach.
    http://fakty.interia.pl/prasa/news-rzeczpospolita-odbudujmy-armie-krajowa,nId,1409685

    Ciekawe jakby to skomentował Pan Gospodarz?

  6. Czytałem to z rana. Nie wiem co powiedzieć. Byli wojskowi i byli milicjanci, chcą mieć, prócz emerytury jeszcze dodatkowe pensje, żeby ganiać po polu jakichś młodziaków, co się chcą wyszkolić na akowca. Ja myślę, że jakby była forsa to niechby szkolili, ale przecież mamy już ten NSR nieszczęsny i co? No i jakie treści prócz strzelania tym dzieciom by kładli do głów? Może lepiej zacząć od nauko konstruowania budżetu i celowego jego wykorzystania. Nie wierzę bowiem w to, by paramilitarne organizacje przeciwstawiły się armii rosyjskiej, kiedy ta wejdzie w nasze granice, a jeśli tak to skończy się to gorszą hekatombą niż Powstanie Warszawskie.

  7. jedną z najlepszych armii tego typu mają Szwajcarzy, którzy przenieśli doświadczenia Powstania Styczniowego do zasad swojej doktryny obronnej. W byłych żołnierzy i policjantów nie wierzę. Ale przecież działa Strzelec. Tyle, że dla nich to chyba tylko fun.

  8. Może bracia Karnowscy przyjrzeli by się braciom Mackiewiczom i pismu które przez któregoś z tych braci było wydawane, może w tym znalazła by się jakaś inspiracja. ?
    Chociaż w gruncie rzeczy czasy już całkiem inne.

  9. Tak, ale to by wymagało – jak zresztą w Powstaniu Styczniowym – broni chociaż ręcznej w domu każdego kto chciałby ją mieć. Niereglamentowanej przez państwo. Bo co komu po broni „Obrony Terytorialnej” w magazynach, których adresy i stan co do sztuki znają dokładnie obce wywiady?
    Tylko jeneralstwo z generalskiej guberni na tym zarobi. Pewnie kupując coś z demobilu armii, która podstolnie „da więcej” – i o to zapewne w tym artykule chodzi.

  10. armii amerykańskiej, niemieckiej, rosyjskiej, izraelskiej, co za różnica?

  11. Karnowscy, Sakiewicz czy Lisicki czy inni nie sa sie w stanie niczemu I nikomu sie przyjrzec, zreszta pora przestac wyjmowac te zwloki z trumien I I klepac je po twarzach w nadziei ze chrzakna, kaszlna I udziela jakiejs rady. Ci ludzie po prostu odeszli: zmarli, wymordowani, wygonieni z kraju.
    Ja czasami przegladam elektroniczne wersje „Do Rzeczy”, „W Sieci”, „W Polityce”, to jest nudne jak flaki z olejem. Taka przeplatanka momentami komiczna: Adamski o Dylanie, Olbrychski powiedzial, samolot rosyjaki przelecial nad okretem US Navy nad Morzem Czarnym itp.

    A ja wysluchalem niedawno jednego z wystapien red. Stanislawa Mackiewicza na spotkaniu gdzies bodajze w Lomzy cz Koluszkach. I on powiedzial ze nie tak dawno przyjechal do Polski jakis wplywowy rabin czy nawet minister rzadu Izraela i po krotkiej wizycie oglosil w Izraelu ze jest prawdziwy przelom w porozumienu odnosnie odszkodowan dla Zydow za mienie, nieruchomosci itd stracone w czasie wojny. Konferowal po cichu z premierem, paroma ministrami ale w praise o tym ani slychu. A przeciez chodzi o sumy rzedu +$60 miliardow.
    I nawet nie podano tego do publicznej wiadomosci, nie mowiac o jakiejs debacie, sprzeciwie. A przeciez tych pieniedzy rzadzacy nie wykopia gdzies pod Warszawa w sekretnym miejscu tylko odbedzie sie to kosztem placacych podatki i budzetu.

    Zreszta, trudno sie dziwic czemukolwiek w Polsce, gdyby byla opinia publiczna i obowiazywaly jakies normy i standardy to Tusk i paru co najmniej jego kolegow ministrow byliby juz dawno w wiezieniu albo przynajmniej znikneliby z zycia publicznego.

  12. A co do Armii Krajowej (reaktywacja) to mam uraz co do sposobu ewentualnego wykorzystania list tych uczestników. Okazało sie kiedyś że Niemcy mają kompletne listy uczestników Powstań Wielkopolskich, okazało się że w Auszwicu – rtm Pilecki spotkał urzędników, starostów, sołtysów, zamieszkujących GG (Niemcy mieli listy urzędników) , że na kresach wywózki zaczęły się też od kompletu list z nazwiskami urzędników i nauczycieli ….. Ja mam uraz do takich inicjatyw …. choć wiemy że sama telefonia komórkowa daje nieskrępowaną niczym mozliwość na pełną inwigilację.

  13. Panie Gabrielu, a propos tekstyliów: http://www.youtube.com/watch?v=inB-6R1-4ng
    Brytyjski festynowy głupek (czyt. komik) został wyrzucony z imprezy Hugo Bossa kiedy przypomniał skąd brali kasę i komu szyli mundury w trakcie IIWŚ. Widać piecze ich mocno ten temat.
    Jak widać tematy opisywane przez Pana są bardzo aktualne.

  14. Jest to przerażające, ale takie listy z pewnością istnieją też dzisiaj.

  15. Nikt tu nie wspomniał o Finlandii. Podobno Finowie mają ca 2 miliony sztuk broni w domach.
    Niestety w warunkach polskiego krajobrazu, w razie poważnego konfliktu zbrojnego, poza obroną osobistą, która czasami jest bardzo ważna zresztą, broń palna w rękach obywateli nie odegrałaby większej roli. Inne czasy. Teraz trzeba by w domu trzymać rakiety Grom i inne nowoczesne pepance, żeby był z tego jakiś pożytek.
    Ale warto zauważyć jeszcze jedną rzecz – w warunkach wojny czy okupacji broń zawsze jest towarem deficytowym. Jej ukryte zapasy mogą być w sytuacjach skrajnych bardzo potrzebne. Czy Wołyń by się wydarzył, gdyby chłopi mieli zakopaną w lesie broń? Czy zdesperowanym Żydom nie przydałyby się pistolety i amunicja? Czy pacyfikowanym polskim wsiom i miastom nie przydałyby się takie zapasy na czarną godzinę?

  16. Opisywane jest że żydowska partyzantka pod zarządem p. Kosmana (po wojnie wieloletniego redaktora (chyba) naczelnego „Trybuny Ludu”) miała pełne dostawy broni od Armii Czerwonej i nawet M.Moczar po sąsiedzku zarządzający swoim odddziałem partyzanckim, prosił Kosmana o broń. Podobno p. Kosman sam nie walczył i broni nikomu nie użyczał. (To się działo chyba na terenach lubelskich)

  17. Byłem kiedyś na koniach w Kampinosie, dawno temu. Konie podstawiał gospodarz w oficerkach, a koleżanka, która znała środowisko i pochodziła ze starej mazowieckiej szlacheckiej rodziny powiedziała, że oni tam wszyscy mają zakopaną broń w lesie.

  18. W Kampinosie to jeszcze może być część broni po „Rzeczypospolitej Kampinoskiej” po oddziale majora A. Pilcha ps „Góra”, „Dolina”. Część ugrupowania przebiła się na kielecczyznę to oni broń mieli ze sobą, część została wzięta w tzw „kocioł” niemiecki (Niemcy 27 wrzesnia 44, po zdławieniu Powstania Warszawskiego, ruszyli na Kampinos) to ci przed niewolą mogli jeszcze trochę broni zakopać, mam nadzieję że okoliczni mieszkańcy zabezpieczyli to i owo przed korozją.

  19. Augsburg to jeszcze Bawaria, Szwabia się zaczyna bardziej na zachód w stronę Stuttgartu.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.