sierpień 252011
 

 

Do roku 1880 plany i marzenia francuskich anarchistów dorównywały tym, które snuł swego czasu Czyngis Chan. Nieco gorzej było z realizacją. Jak tu bowiem wysadzić w powietrze pałac Burbonów, siedzibę Izby Deputowanych, kiedy nie ma pieniędzy na dynamit? Można tylko planować, siedzieć w zadymionych pokoikach i planować. Można zaciskać bezsilnie pięści patrząc jak ci wstrętni burżuje podający się za radykałów, demokratów i reprezentantów ludu, zdobywają coraz więcej władzy. Anarchiści francuscy byli ludźmi czynu, ale planowali same wielkie czyny, te zaś wymagały poważnych środków, no i jakiejś organizacji, jakiegoś centrum dowodzenia lub choćby człowieka, który zająłby się wszystkim i pokazał jak robi się gazetę anarchistyczną albo zamach ze sztyletem w rękawie lub jeszcze lepiej z rewolwerem.

 

Anarchiści byli ostatnimi wyrzutkami. Nikt ich nie popierał i nikt się nimi nie interesował. I pewnie zginęliby marnie, gdyby nie człowiek nazwiskiem Ludwik Andrieux. Kim był ten pan? Łatwo zgadnąć. Pan Ludwik w roku 1879 objął posadę prefekta paryskiej policji. On właśnie przychylił nieba naszym biednym anarchistom i on nauczył ich wszystkiego co potrzebne jest gwałtownym radykałom, którzy chcą zmienić świat. Mężczyzna ten był spokojny i metodyczny w działaniu. Żeby się o tym przekonać trzeba wziąć do ręki jego pamiętniki, wydane w Paryżu w roku 1885. Noszą one tytuł; „Souvenirs d’un prefect de police”. Prawda, że ładnie?

 

W odróżnieniu od swoich podopiecznych, wrzeszczących i kłócących się o byle co, źle wychowanych gamoni, pan Andrieux zachowywał się zawsze stosownie i a propos okoliczności. Kiedy objął urząd prefekta wysłał do nich pewnego obywatela, który zwierzył się najbystrzejszemu z tych oberwańców ze swoich sympatii politycznych. Te zaś okazały się niebezpiecznie bliskie sympatiom anarchistów. Posłaniec prefekta Andrieux powiedział też, że dysponuje pewną sumą pieniędzy, która pozwoliłaby anarchistom na wydawanie tygodnika.

 

W swoich pamiętnikach pan prefekt napisał: Nie tłumi się doktryn blokując ich wypowiadanie. Napisał też: Dać gazetę anarchistom to znaczyło zresztą tyle, co założyć telefon pomiędzy pokojem spiskowców a gabinetem prefekta policji.

Tygodnik nosił tytuł „La Revolution Sociale” i stał się w krótkim czasie jednym z najpopularniejszych periodyków politycznych wychodzących we Francji. Powiedzmy od razu dlaczego prefekt policji założył anarchistom pismo i wspomagał ich w radykalnych działaniach. Otóż jego przeciwnikami nie byli bynajmniej ci nędzarze, ale ktoś znacznie poważniejszy – prasa zwana demokratyczną. Ludzie ci domagali się, by republika ukróciła poczynania policji znane wszystkim z czasów II cesarstwa, kiedy to prawie każda awantura wymierzona w państwo była w połowie jeśli nie w całości prowokacją tajniaków, którzy w ten sposób zapewniali sobie bezpieczne posady, pracę i trzymali w szachu tak wielkich jak i małych. Louis Andrieux przyjmując posadę prefekta musiał zmierzyć się z dwoma siłami; pierwszą była opozycja parlamentarna godząca w interesy jego partii i jego samego, drugą zaś dziennikarze domagający się likwidacji tajnych służb tropiących nie istniejące spiski. Podkręcenie potencjometru nastrojów anarchistycznych za pomocą gazety „La Revolution Sociale” przekonało wielu, że policja jest potrzebna, nie przekonało jednak prasy, która szybko zorientowała się kto jest rzeczywistym wydawcą tego periodyku. To była kompromitacja, ale chwilowa. W miejsce jednej gazety anarchistycznej zaczęły powstawać inne: „La Revolution Cosmopolite”, „Le Revolte”, L’en Dehors”. Prasa demokratyczna nie miała już co do nich żadnych wątpliwości – były to autentycznie anarchistyczne periodyki, robione przez szczerych towarzyszy, którzy po zamknięciu numeru brali się za produkcję bomb. Louis Andrieux bardzo łatwo przekonał dziennikarzy, że ma uczciwe zamiary – zwolnił szefa szpicli pana Lombarda, legendarnego dowódcę IV brygady sławnej za II cesarstwa z wynajdywania spiskowców nawet tam gdzie nigdy ich nie było.

 

Prasa przyjęła tę dymisję aplauzem. Rozwiązano oto bowiem siatkę tajniaków, lud może oddychać spokojnie, a radykałowie mogą działać jak chcą, czego dowodem są wydawane przez nich gazety.

Wkrótce przybyło także innych dowodów. Lata dziewięćdziesiąte to czarna seria zamachów w Europie. Anarchistycznych zamachów, z których najważniejsze opisałem w poprzednim odcinku. Zanim opiszę jeszcze jeden – zasługujący na miano zamachu marzeń – uczynić muszę małą dygresję. Otóż pan Andrieux był nie tylko prefektem, ale także deputowanym. Domagał się zbliżenia z Rosją i podpisania traktatu godzącego w Niemcy. Po zamachu zaś na cara Aleksandra II, kiedy to okazało się, że nie ma tam nikogo kto mógłby ochronić przed śmiercią władcę, bo policja zorganizowana przez urzędników wychowanych w duchu samodzierżawia nie może ochronić sama siebie, poproszono o pomoc pana Andrieux . To on wziął na siebie trud zreorganizowania struktur Ochrany, to on powiedział rosyjskim szpiclom i ich szefom jakimi metodami mają pracować. To on był rzeczywistym ojcem carskiej policji politycznej, takiej jaką zachowali w pamięci polscy katorżnicy, którzy szli na Sybir za rewolucję roku 1905. To z jego nauk korzystał potem Feliks Dzierżyński. Co za – proszę państwa – człowiek z tego prefekta ! A jego pamiętniki do dziś nie są przetłumaczone na polski.

 

W roku 1893 doszło do spełnienia się wszystkich anarchistyczny marzeń. Niejaki Vaillant rzucił z bombę w pałacu Burbonów, wprost w ławy, w których siedzieli deputowani. Aresztowano go i skazano, a on śmiał się przeklinał w sądzie, uważał się bowiem za męczennika sprawy. Był biedakiem tyrającym za 20 franków tygodniowo, nienawidził za to państwa, burżujów i prawa. I oto dnia pewnego zjawił się w jego domu jakiś facet, który wręczył mu 100 franków, kazał wynająć pokój i powiedział, punkt po punkcie jak przygotować zamach na Izbę Deputowanych.

 

W pamiętniku pana prefekta czytamy: Jeżeli prawdą jest, że spiskowcy skłonni są do nieufności to należy dodać, że najczęściej podejrzenia ich idą w fałszywym kierunku. Łatwo zarzucają szpiegowanie swym towarzyszom, lecz gdy jakiś agent wciśnie się do ich grona przyjmują go jak brata i dają się wziąć na jego obietnice. Skłonny jest do złudzeń człowiek, który żyje nadzieją: podejrzliwy i naiwny – oto cecha konspiratora.

 

Mamy więc rok 1893 i celowo pomijam tu kompromitację francuskich elit politycznych w aferze kanału panamskiego, zostawiamy to na boku, co innego nas interesuje. Wybucha bomba w pałacu Burbonów. W następnym zaś roku ginie prezydent Carnot, którego zabija anarchista – Włoch. Francja dostaje szału, Paryżanie niszczą włoskie sklepiki, a wojskowi domagają się marszu na Rzym. Sytuacja się uspokaja kiedy w życie wchodzi restrykcyjne prawo dotyczące wystąpień przeciwko państwu, prawo to ograniczyło ponoć także wolność prasy. Źródła nie precyzują czy także tej finansowanej przez policję. Po zabójstwie prezydenta Carnot rozpoczyna się tak zwany proces trzydziestu – na ławie oskarżonych siadają wespół złodzieje i bandyci obok politykierów i intelektualistów. Los oskarżonych opłakiwany jest na wyrost przez prasę, której ponoć ograniczono możliwości działania. Kończy się komicznymi wyrokami. Nikomu nie dzieje się nic złego. Bomby mogą wybuchać nadal. Prezydentem zaś zostaje polityk nieco mniej radykalny niż pan Carnot, który domagał się zerwania państwa z Kościołem i ścisłej kontroli nad tym ostatnim, monsieur Jean Casimir Perier, były przewodniczący Izby Deputowanych, tej do której wpadła bomba. Piastuje on urząd przez pół roku zaledwie i właśnie za jego krótkiej kadencji na scenie politycznej Francji pojawia się po raz pierwszy skromny oficer w randze kapitana nazwiskiem Dreyfus.

CDN

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.