maj 302024
 

Miałem ten tekst napisać we wtorek, ale wypadki losowe odwróciły bieg spraw i dziś nie wiem czy potrafię go tak ułożyć, jak to sobie zaplanowałem dwa dni temu. W każdym razie inspiracją do niego były słowa prof. Nowaka wygłoszone na konferencji 25 maja, dotyczące propagandy francuskiej. Od razu skojarzyłem je sobie z tym co pisze Szelągowski w „Wielkiej wojnie pruskiej” na temat korespondencji Jerzego Wilhelma z Gustawem Adolfem. No i dotarło do mnie, że nasz błąd dotyczący oceny dziejów i sytuacji obecnej jest efektem zastosowania złej metody. Trudno o to winić kogokolwiek, bo historia kraju tak wielkiego, tak różnorodnego, w dodatku historia dramatyczna, podzielić daje się łatwo na fragmenty, które z zapałem będą odtwarzać naśladowcy. Oczywiście bez zrozumienia, bo każde naśladownictwo odbywa się bez zrozumienia. Dobrze jest to przyjąć do wiadomości, zanim człowiek zacznie przebierać się w dziwne łachy i paradować tak po mieście. Jesteśmy dalecy od zrozumienia własnej historii także tej najnowszej, bo przywiązujemy się do pozorów. A nawet więcej, sprawy istotne są przed nami ukrywane i to z zastosowaniem pewnej przemyślnej metodologii. Można ją dobrze opisać na przykładach. Współczesnych i dawniejszych, bo nie jest to nic tajemniczego. Ludzie chcą być kimś innym niż są, to jej założenie podstawowe. Trzeba im to dać i przekonać ich, że naśladując coś, czego nie rozumieją stają się istotami o niebo lepszymi. Car Piotr III, na przykład, myślał, że jak się przebierze za pruskiego grenadiera, to będzie kimś o wiele lepszym niż był w rzeczywistości. Żeby tak się stało naprawdę, nie powinien nikogo naśladować, ale spławić swą małżonkę w nurtach zamarzniętej Newy i wysłać za nią pościg, gdzieś hen na zachód, w kierunku Kurlandii, rozpuszczając jednocześnie wieść, że uciekła ona, niewdzięcznica, z oficerem pułku huzarów. Potem okazałoby się, że oboje zjadły wilki. No, ale to taka żartobliwa projekcja, na jej przykładzie chcę pokazać, że do bycia sobą i poznania prawdy odwaga jest, niestety, koniecznie potrzebna. Można ją oczywiście sztukować zakładając mundur, albo gadając do lustra, ale dobrze wiemy, że nie o to chodzi. Nie jest istotne także ekscytowanie się podniosłymi czy też tragicznymi wydarzeniami z historii, choć to wszystkim przychodzi najłatwiej. Nie jest, bo koniec był zawsze żałosny i upokarzający. To z kolei wywołuje reakcję najgłupszą z możliwych – skoro ta historia jest tak tragiczna, może się w ogóle nią nie zajmujmy? Albo jeszcze lepiej – niech młodzież postawi na skrajny egoizm wtedy będzie mogła znaleźć płaszczyznę porozumienia z innymi egoistami nie rozumiejącymi własnej historii. Wyjaśniam – w żadnym kraju nie hoduje się egoistów, w dodatku skrajnie prymitywnych. W każdym natomiast produkuje się wybrańców. I ci niosą ze sobą jakieś wtajemniczenia. U nas mamy dwa rodzaje wtajemniczeń – jedno polega na przebieraniu się za husarzy, a drugie na wstępowaniu w szeregi organizacji, które są spadkobiercami MO i SB. Nie wiadomo co gorsze. Jednym i drugim potrzebna jest uproszczona wersja historii, w której główny nacisk kładzie się na momenty wzniosłe. Te zaś – powtórzę – ważne nie są, albowiem zawsze kończyły się tragicznie. Nawet historia MO zakończyła się tragicznie, choć dzieci i wnuki funkcjonariuszy nie chcą tego przyznać. Dobrze jest więc pogłębić refleksje nad przeszłością.  I teraz uwaga – można to zrobić tylko wśród ludzi niewtajemniczonych. Bo, ci co poznali różne sekrety już się nie nadają. Mają swoje zabawki, może i ciekawe, ale po pierwsze nie nadające się do zbiorowych ekscytacji i – po drugie – są dość niebezpieczne dla nich samych. Mimo obietnic, które – jak przypuszczam – składa się tym ludziom podczas poznawania kolejnych kręgów wtajemniczeń – ani czarodziejskie różdżki, ani czapki astrologów, które dostają na wyposażenie, nie powodują, że oddany im we władzę naród zamienia się w bezwolne bydło. Oni zaś są w takiej samej sytuacji jak car Piotr III, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. Przekonanie jednak, że ich wtajemniczenia i zaklęcia dotyczą kogokolwiek poza nimi, narasta w ich sercach przez cały czas. I tu wspomnieć możemy posła Brauna, który jest całkowicie przekonany o tym, że ma wpływ na ludzi, choć już od bardzo dawna opowiada ciągle tę samą historię, z tą samą intonacją i mimiką. Nie chce się jednak pozbyć złudzenia, a żeby je utrzymać musi jeździć po coraz mniejszych miejscowościach, gdzie traktowany jest nie jak gość „z województwa”, ale jak gość z kosmosu. Oddać trzeba jednak posłowi, że on odwagę posiada. I wie, że bez niej wiele się nie zdziała. Jak to jednak wskazaliśmy – sprzężenia rodzinne posła, stawiają jego gawędy pod wielkim znakiem zapytania. Ktoś może powiedzieć, że każdy wszak wybiera własną drogę – brat, siostra, drugi brat, stryj szwagier. No tak, w zasadzie tak, ale ilość tych dróg i ich wektory,  świadczy tylko o tym, że gdzieś tam w głębi tej historii istnieje jakaś nierozpoznana przez „niewtajemniczonych” rzeczywistość. Bo jak sobie, dla przykładu, weźmiemy taką rodzinę Lutosławskich z Drozdowa. To oni raczej wszyscy szli tymi samymi drogami, w tym samym kierunku, a pojedyncze przypadki losów były w skali tragizmu na samej górze podziałki.

Wybory i decyzje, jak wiemy nie są przypadkowe, wynikają z wychowania, fascynacji, buntu lub namowy. I tak, dla przykładu, w rodzinach chłopskich po wojnie były tylko dwie drogi – do lasu, albo do milicji. I ja tu nikogo nie oceniam i nikomu niczego nie zarzucam, bo w każdym inaczej waży się obowiązek z chęcią przeżycia. I każdy inaczej ocenia szanse. Rodziny jednak aspirujące do światłego przywództwa miały wiele dróg do wyboru. Ich ilość, bywa, że zdumiewająca, powinna wywołać w nas pewne refleksje. Tym bardziej, że do poznawania tych dziejów jesteśmy zachęcani.

Wróćmy do korespondencji Jerzego Wilhelma Hohenzollerna z jego szwagrem Gustawem Adolfem, królem Szwecji z łaski nie Boga bynajmniej, ale lubeckich bankierów. Co ją charakteryzuje tak najogólniej? Brak lęku przed husarią. Ja to celowo piszę tak wyraźnie, żeby nie było wątpliwości o co mi chodzi. W korespondencji dyplomatycznej nie ma śladu lęku przed husarią. Jest za to sporo o opanowaniu portów i organizacji ich obrony. My jednak o tym wcale nie myślimy. Za to husaria ekscytuje nas szalenie. I to nawet wtedy kiedy dowiadujemy się, że pod Gniewem odmówiła walki. Husaria ekscytuje nas także wtedy kiedy dowiadujemy się, że służyło w niej wielu figurantów, którzy osłabiali siłę bojową tej formacji i czynili ją wręcz bezskuteczną. Choć taka informacja powinna nam zjeżyć wszystkie włosy na karku i co najmniej kilku historyków powinno ruszyć do szturmy na archiwa, żeby sprawdzić czy w owym podstawianiu figurantów zamiast prawdziwych żołnierzy, nie ma jakiejś metody. Skoro korespondencja pomiędzy szwagrem rezydującym w Królewcu, a tym ze Sztokholmu ma drugie, a pewnie i trzeci dno, nie można wykluczyć, że osłabianie husarii przed bitwą i podnoszenie kosztów jej utrzymania poprzez coraz bardziej ekstrawaganckie stroje, to nie seria wyborów indywidualnych, ale raczej wynik przemyślnie działającej namowy. Ba, nie tylko namowy, ale wręcz tradycji. Polityka pruska to pewna tradycja, a jej początkiem i sensem są dzieje dwóch braci – Albrechta i Georga Hohenzollernów. I tu dochodzimy do pierwszego przełomowego momentu w historii kraju. Jest to rok 1568, czyli rok śmierci księcia Albrechta. My tej daty nie znamy, nie czytamy jej sensu, albowiem ekscytuje nas rok kolejny – 1569 – rok Unii Lubelskiej. Wolimy słuchać o husarii i Unii Lubelskiej, niż o lisowczykach i zgonie największego szkodnika w całej historii Polski. A przecież nikt nie słyszał, by jakiś figurant zaciągnął się do chorągwi lisowskich, żeby sobie podreperować samoocenę. To było po prostu niemożliwe. Śmierć księcia Albrechta zaś oznacza, że Jan Kochanowski, pozbawiony pensji wypłacanej z Królewca, mógł wreszcie stać się ojcem poezji polskiej. Samo jednak królestwo zaczęło się sypać. Ostatni Jagiellon bowiem na tronie, opanowany był przez koterie dworskie, nad którymi już nie było żadnego nadzoru. Państwem rządziły więc, pardon, grupy złożone z kurew i złodziei. Za życia Albrechta na pewno by tego nie było, bo on swoich ludzi dyscyplinował, czego Kochanowski i Rej są najlepszymi przykładami.

Jeśli przypomnicie sobie dalsze dzieje, a szczególnie zjazd w Stężycy, którego sensów, jakże licznych, wiele osób nie rozumie, zorientujecie się, że kraj, choć wielki i zasobny był na skraju przepaści. Nie pomógł wybór Henryka de Valois na króla, dopiero Stefan Batory załatwił sprawę, ale na krótko. Rozpoznał wroga i usiłował go „uniećtorzyć”. Skończyło się na zgniłym kompromisie, a kolejny etap w dziejach kraju to „montaż” koncepcji naprawdę wielkiej – podwójna korona – polska i szwedzka na skroniach jednego króla. Unia zaś obydwu krajów wymierzona miała być w Moskwę. To była doktryna co się zowie i plan, dla którego warto było pracować i mitrężyć siły. Ktoś jednak zadbał, o to, by jego sens został wypaczony. Naród zaś szlachecki wybrał „mniejsze zło” i „kupił sobie” 20 lat pokoju.  Przez te dwadzieścia lat, wróg przygotował plan, którego działanie było precyzyjne i celowe. I nie mógł się on nie udać. Obejmował ów plan podział królestwa, degradację narodu i ograbienie Kościoła. Jego klęska dokonała się za wstawiennictwem Matki Najświętszej, która – najwyraźniej – chciała nam powiedzieć, że powinniśmy się czegoś, na tych dopustach bożych nauczyć. Jak widzimy nauka poszła w las. Wszyscy nadal chcą być husarzami, nikt nie przegląda korespondencji dyplomatycznej pod kątem jej podwójnych znaczeń i każdy wierzy, że facet latający z gaśnicą po sejmie to szczery patriota, który zbawi ojczyznę. Wskazuje on bowiem na moralne przewagi narodu i cywilizacyjne a także duchowe niebezpieczeństwa, które nam grożą. Matka Najświętsza w roku 1655 wskazał nam na realne niebezpieczeństwie, a nie jakieś duchowe, czy inne, z dodatkami przymiotników. I co? Po krótkim oprzytomnieniu, daliśmy się zwieść namowom. Ulegliśmy pokusom po prostu. Dziś zaś w ogóle nie rozumiemy co się stało i co się z nami dzieje. Komunikacja pomiędzy politykami a narodem nie istnieje, albo opiera się na idiotycznych memach, co nie jest jak przypuszczam przypadkiem, albowiem w polityce niewiele jest przypadków. Wtajemniczenie i pycha jednych, spotyka się z oporem drugich, którzy nie chcą być postrzegani tak, jak ich sobie wyobrażają kandydujący w wyborach do PE osobnicy z czarodziejskimi różdżkami w rękach. Nie interesują nas też wtajemniczenia, bo jak to napisałem w poniedziałek, czy jeszcze wcześniej ich promocja prowadzi do zniewolenia, które poprzedzone jest ogłupieniem. Tego zaś za wszelką cenę pragniemy uniknąć.

Na dziś to tyle. Pamiętajcie o naszych książkach. Wróciła książka Łukasza o diecie dla cukrzyków

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rob-to-co-dziala-osiaganie-normoglikemii-w-cukrzycy-typu-i/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/gniew-bitwa-wazow-gabriel-maciejewski/

  6 komentarzy do “Przełomowe momenty w historii kraju”

  1. Jak niewiele się zmieniło; bankierzy lubeccy zostali zastąpieni przez bankierów ubeckich 😉

  2. Jedna literka, a jaka różnica…

  3. takie osiągnięcia Albrechta – 78 lat życia- poświęcone szkodzeniu Polsce

  4. przejrzałam te życiorysy w wikipedii  i tak jakoś ogólnie opisując fakty jakie miały miejsce w tej rodzinie , to strategia Hohenzollernów -chyba- polegała na łowieniu posagów, wżenianiu sióstr w posagi mężów, wbijanie się w spadkobranie,  tworzeniu koterii pomagających naciąganiu prawa, czyli przez pokolenia taka forma działania którą wg praskiego określenia nazywają

    -na krzywy ryj-

  5. E tam ,jedni I drudzy działali w…czarnych rękawiczkach,czasami lekko ubrudzonych krwią.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.