marzec 252021
 

Jak wiemy, nie wolno igrać ze złem, wiemy też, że człowiek sam sobie nie poradzi kiedy złe do niego przyjdzie i musi wzywać pomocy, kierując swój głos ku instancjom najwyższym. Uspokajam od razu wszystkich, że nie zamierzam robić tu żadnych prowokacji, ani schodzić na manowce. Chcę tylko wskazać, jak łatwo człowiek, owładnięty pychą, wpędzony zostać może w pułapkę bez wyjścia. On może nawet tej pułapki nie widzieć, ale my wiemy, że ona jest, w dodatku zatrzaśnięta. Zacznę od tego może, że przynętą w takiej pułapce jest zawsze zjawisko, które tu ostatnio mawialiśmy, czyli fascynacja. Należy wystrzegać się jak ognia wszelkich fascynacji, pochodzących z trzewi, dołu brzucha, albo z tyłu głowy, bo one zawsze wydają się czymś niezwykłym, a na koniec okazuje się to pomyłką. Zaraz za fascynacją pojawia się inne magnetyczne uczucie, a mianowicie chęć przynależenia do grupy wybrańców, którzy rozumieją więcej niż inni. To się często zdarza, nawet nam tutaj, ale jest jedna rzecz wyróżniająca lokalne, nawigatorskie szajby od tych, o których zaraz powiem. Nasze mianowicie, dają się wyjaśnić i rozłożyć na elementy, a po złożeniu tworzą nadal spójną i logiczną całość, nawet jeśli gdzieś są jakieś braki. Dzieje się tak, albowiem rzadko kiedy zdarza się nam mieszać porządki. Wyjaśnień zaś spraw ziemskich szukamy na Ziemi, ani pod nią, ani nad nią. Kłopot prawdziwy i pokusa również, zaczynają się wtedy kiedy ktoś usiłuje przekonać bliźnich, że poprzez metodę, którą opatrzyć można przymiotnikiem „naukowa”, albo „akademicka”, dojść możemy do sfer, gdzie poznanie naukowe i akademickie w zasadzie nie sięga. To jest najczęściej stosowana pułapka, i ona w rzeczywistości składa się z elementów przynależnych do estetyki. Nie chodzi w istocie o odkrycie prawdy, ale o stworzenie jakiegoś klimatu. I tu się zaczynają tak zwane jaja. Każdy bowiem wizjoner, przekonany, że może zrobić coś niezwykłego, bo u podstaw jego działania leży głęboka fascynacja, którą nie każdy zrozumie, bo nie każdy jest, prawda, odpowiednio wrażliwy, wpada w pułapki estetyczne. Bo tam właśnie, na obszarze gdzie dokonuje się ocen estetycznych, zły stawia ich najwięcej. I teraz przestajemy już teoretyzować i zabieramy się za przykłady z życia wzięte.
Mistrzem w produkcji takiej tandety był w mojej ocenie Stanisław Lem. Ukoronowaniem zaś jego wyczynów była powieść zatytułowana Śledztwo. Potężnym skrótem, wprost, jak to mawiają na Mazowszu, na siagę, zmierza pan Staszek w tej powieści do rozwiązań ostatecznych, w nosie mając, wszystko, co go od nich odciąga. Chodzi w tym dziele z grubsza o to, że z kaplic na prowincji giną zwłoki, albo są one znajdowane w pozycjach dziwacznych, tak jakby ktoś je poruszał. Nikt nie zgadnie, dlaczego kaplice cmentarne Lem nazywa kostnicami, a także dlaczego Scotland Yard z Londynu zajmuje się sprawami z małych miasteczek gdzieś w Yorkshire. W dodatku tak dziwacznymi sprawami. Nikt się nie uśmiecha kiedy jeden ze śledczych mówi, że afera z poruszonymi zwłokami zaczęła się gdzieś około Wszystkich Świętych ( Wszystkich świętych, to jest, prawda, najważniejsze święto w starej, wesołej Anglii). Istotne jest to, by wskazać, że nauka co prawda, nie potrafi rozwiązać wszystkich problemów, z którymi zmaga się człowiek, ale potrafi zmienić rzecz najważniejszą. Oczywiście najważniejszą w ocenie Stanisława Lema. Potrafi zdjąć z piedestału wiarę, także wiarę w zmartwychwstanie i zastąpić ją zwątpieniem, czyli wiarą w metodę. Nawet jeśli kapłani metody, są lekko zboczeni. Chodzi tu o jednego z bohaterów powieści, zajmującego się statystyką matematyka, który odkrywa, że poruszenia i znikanie zwłok na związek z małą zapadalnością na raka w okolicy. A także z truchłami kotów znajdowanymi na cmentarzach gdzie stały te kaplice z nieboszczykami w środku. To jest tak dęte, że w zasadzie nie wiadomo co powiedzieć. No, ale po jednorazowym przeczytaniu wywołuje dreszcz emocji i głęboką fascynację. Potem pojawia się idiotyczna zupełnie chęć, by samemu uczestniczyć w rozwiązywaniu takich problemów. I nie ma znaczenia, że to wszystko okazuje się nielogiczne i głupawe już przy pierwszej, powierzchownej bardzo analizie. Zwątpienie triumfuje i wierny czytelnik Lema, nie może się od prozy swojego mistrza oderwać.
Dobrym sprawdzianem dla tego rodzaju bredni są ekranizacje, albowiem nikt, ale to absolutnie nikt w Polsce, nie rozumie, jak głęboką intuicję i przygotowanie trzeba mieć, żeby zrobić spójny film na temat tak drażliwy i tak destrukcyjny. Jeśli przyjmiemy, że za wszystkim stoi złe, to ludzie ufający iż można zrobić z tekstu obraz, posługując się samymi tylko emocjami i fascynacją, są po jednej takiej ekranizacji i przyjęciu na wiarę rewelacji Lema, zmuszeni do uprawiania kultu satanistycznego w najgorszym, bo kompletnie zidiociałym wydaniu. W dodatku już na zawsze, bo nie potrafią się od tego oderwać.
Nigdy nie zgadniecie kto zrobił pierwszą ekranizację Śledztwa. Nawet nie próbujcie. Był to Marek Piestrak. Pan ten na samym początku kariery znalazł się w Hollywood, gdzie współpracował z Polańskim na planie filmu Dziecko Rosemary, takiego samego gniota jak to całe Śledztwo, obliczonego na wpędzenie w pułapkę ludzi, nie rozumiejących spraw prostych i oczywistych. W Polsce Piestrak wsławił się serią filmów, które, wszystkie jak jeden, są żywą ilustracją tego co tu napisałem. Prócz ekranizacji Śledztwa, zrobił on takie filmy, jak Test pilota Pirxa, o którym w zasadzie nie ma co wspominać, a także horrory Wilczyca i Powrót wilczycy. To było nawet zabawne, i wielokrotnie wyszydzane, ale dziś już mniej śmieszy. No i przede wszystkim najgorszy polski film wszech czasów, czyli Klątwę doliny węży.
Pod koniec kariery, bo dziś pan reżyser jest na emeryturze, nakręcił jeszcze serial o Piłsudskim i naśladownictwo francuskiego filmu Amelia, noszące tytuł Emilia.
Dlaczego ja w ogóle o tym piszę? Prócz powodów, który ujawniłem wyżej, jest jeszcze jeden. Oto tego rodzaju gnioty, które są łatwo wyszydzane i nie dają się oglądać, stanowią pewną formę opresji. Pan reżyser mówi tymi filmami wprost – nic mi nie zrobicie, albowiem to ja kręcę te filmy i robię co chcę. Otóż nie bardzo. On nie robi tego co chce, ale to co potrafi. I na tym polega tragedia tego człowieka. Nie litujmy się jednak nad nim, albowiem jak wszyscy filmowcy, ma on gotowy ponton ratunkowy, który uniesie go po rwących falach krytyki wprost ku oceanowi spokoju. Są nim pieniądze. Te zaś mylone bywają w środowisku wtajemniczonych z wybraństwem. I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej, którą w ostatnim wywiadzie u Jaruzelskiej otwarcie, choć jak sądzę mimowolnie, ujawnił Ikonowicz. Powiedział on mianowicie, że robienie pieniędzy jest nużące i o wiele ciekawsze jest pomaganie ludziom. Ikonowicz nie jest co prawda reżyserem, ale chodzi mu o to samo, co jest marzeniem filmowców – o uwielbienie tłumu. Tylko to się liczy i nic więcej. Jeśli ktoś nie potrafi tego osiągnąć, a większość nie potrafi, bo już na samym początku podpisuje cyrograf, godząc się na ekranizacje prozy Lema, ten popada potem we frustrację, której nie da się zwalczyć niczym, poza oczywiście wizją wybraństwa fałszywego. Czyli powtarzaniem tych samych błędów w kółko i przekonywaniem siebie, że cała reszta to durnie. Niektórzy, nie mówię, że od razu Piestrak z Ikonowiczem, zaczynają wtedy kraść i kłamać na skalę wprost nie wyobrażalną. I już z tego obłędu nie ma wyjścia. W miarę jak ludzie ci się starzeją znikają po kolei wszystkie projekcje, którym oddawali hołd, były to bowiem tylko obrazki z rzutnika, puszczone na odrapaną ścianę dziecięcego pokoju. Nad łożem zaś umierających pojawia się małe, włochate, krzywo uśmiechnięte dziecko Rosemary, które powoli w miarę jak zamykają się powieki zaczyna swój powolny taniec, krok do przodu i dwa do tyłu….

  25 komentarzy do “Reżyserzy i sataniści”

  1. Dzień dobry. W sumie się zgadzam, ale pominął Pan chyba istotny element tej układanki; otóż tacy tfurcy jak inkryminowany Piestrak czy zapewne także Lem zwykle mają swoich „tutorów” – gentlemanów dyskretnie obserwujących rozwój „kariery” (szaleństwa), badających potrzeby, stymulujących działania, inspirujących produkcje, itp. Oni zawsze zostają w cieniu, a ich produkt staje w świetle jupiterów, ale to oni określają bieg wypadków i sterują zdalnie swoją zmanipulowaną ofiarą. Zupełnie jak Thule i Adolf. Przykład z innej dziedziny, ale zasada ta sama

  2. Oni też mają zaburzoną percepcję

  3. ” Klątwa doliny węży” miała w zamyśle pomysłodawców konkurować z Indianą Jones. Zrobiła klapę. To była piękna katastrofa… porównywalna chyba z 6 razy Maliny dla ” 365 dni”, czy jakoś tak… Tak, oni mają często zaburzoną percepcję, oby tak dalej… 

    Przenieść Lema na ekran, to tak jak z tej stręczycielki Sznurek zrobić ikonę seksu. Nie da się ani czytać, ani oglądać.

  4. Kto to jest stręczycielka Sznurek?!

  5. Nie warto pamiętać tej pani… jeszcze jedna od postępu postępowego.

  6. Może i mają zaburzoną percepcję, ale ja się w tym dopatruję raczej cynizmu i wyrachowania. „Żeby nie było niczego”. To istota satanizmu, Zły nienawidzi wszak Porządku Bożego, do którego należy twórcza nieśmiertelna dusza.

  7. „Metoda naukowa” to wymysł filozofów i socjologów nauki na podstawie analizy funkcjonowania nauk przyrodniczych, głównie fizyki. Wydaje im się, że ci, którzy stosują się do ich wymysłów tworzą naukę. No a nauka i jej ustalenia zasługują, jak wiadomo, na najwyższe zaufanie. Humanistom się ten pomysł bardzo spodobał i dlatego zaopatrują swoje elukubracje w „aparat naukowy”, bo myślą, że w ten sposób stworzą jakąś naukę. Wynika to z kompleksów i do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Co ciekawe, większość uczonych przyrodników nie uważa, by istniała jakaś uniwersalna metoda naukowa, do której należało by się stosować. Wiedzą doskonale, że istnieją tylko różne metody badawcze, najczęściej specyficzne dla danej dziedziny, które do tego podlegają ciągłym zmianom, choćby ze względu na rozwój dostępnego oprzyrządowania. Do głowy by im nie wpadło, by działać pod dyktando filozofów po to, by dowieść sobie i innym, że robią naukę. Stosowane przez nich metody służą poznawaniu różnych aspektów materialnego świata, czyli do prowadzenia konkretnych badań. Niektóre z tych badań prowadzą do istotnych odkryć (szczęśliwy traf) no i tak powstaje podziwiana przez filozofów (i publiczność) nauka. Każdy naukowo pracujący przyrodnik chciałby się oczywiście znaleźć w grupie odkrywców i robi co może by być do niej zaliczonym. W związku z tym wystrzega się działań nie rokujących sukcesu, a więc wykraczających poza wyznaczony możliwościami technicznymi obszar. Dociekania tego rodzaju pozostawia filozofom, teologom itp. Niestety, niektórzy humaniści sądzą, że stosując mityczną „metodę naukową” mogą podejmować takie problemy i znajdować dla nich prawdziwie naukowe rozwiązania. Przypominają w tym Salvatore, bohatera Imienia róży, który był nie mniej przekonujący mówiąc: badam, badam. No a potem to już leci. Zafascynowani „metodą naukową” pisarze i myśliciele przekazują ową fascynację prostemu ludowi w mniej lub bardziej udany sposób.

  8. takich filmów nakręconych na wzór „hitów z hollywooda” jest bardzo wiele, jak szedł nagi instynkt to potem 2 gnioty na podobny wzór, Indiana to chyba cały pociąg gniotów pozwoliła wyprodukować , potym była szklana pułapka i kilka nasladownictw.

    to jest dopiero piekne – skopiować pomyłs i potem zakłdać że się dadzą złapać,

  9. O ile zgadzam się z Gospodarzem to zwróciłbym uwagę na możliwość odwrotną, na trasę od satanizmu do idiotyzmu.

    Pan Nasz to Logos, czyli m.in. wszelkie prawo świata i prawda i piękno.

    Co, którzy się od Niego oddalają tracą kontakt i z Logos i z jego darami.

    W efekcie produkty z Pedowood ostatnich lat są nie tylko wtórne ale także ohydne i głupie.

    Możliwe, że p. Piestrak „robił, co mógł” bo tylko tyle talentu w nim zostało po uprzedniej randce z Polańskim czy czymś zbliżonym..

  10. Ten jest szczególny , bo puszczano go ZSZR, 25 milionów widzów. 25 milionów skatowanych gniotem dusz!  Zawsze sobie czyniłam wyrzuty, że nie oglądam polskich filmów i nie czytam współczesnej literatury fabularnej, a teraz dochodzę do wniosku, że niewiele straciłam, a zaoszczędziłam wiele czasu na ciekawsze rzeczy. Lema coś tam przeczytałam, ale zrażał mnie mrocznym klimatem. W literaturze czy filmie, nawet jeśli podejmuje mroczne tematy, musi być trochę światła, chociaż promyki dobra,                   w przeciwnym razie to nihilizm i nicość. Trutka dla ducha.

  11. Legutko pisał kiedyś felietony,  jeden ze zbiorków nosił tytuł ” Czasy Wielkiej Imitacji”. Piętnował wtórność i papugowatość w różnych sferach kultury i polityki itp. .Obecnie widać to znacznie wyraźniej, że ta imitacyjność podszyta jest diabelstwem, a ten niczego nie tworzy, niszczy, przedrzeźnia i parodiuje.

  12. Metoda naukowa to przefilozofowana nazwa na coś co można zweryfikować eksperymentem. Stąd przy wszystkich wadach i ograniczeniach nauki to ona ma ten mechanizm przywracania poczucia rzeczywistości: samoloty muszą latac, działa strzelać a zaćmienia słońca być wtedy co je przewidzieliśmy.

    „Nauki” humanistyczne to ten fragment pracy intelektualnej co na empirę się nie załapał więc tam jedyne kryteria odróżnania szarlatanów są towarzyskie.

    PS Lem to bardziej „Eden” „Niezwycieżony” oraz (przereklamowane?) „Solaris”.

  13. Zawsze sobie czyniłam wyrzuty, że nie oglądam polskich filmów i nie czytam współczesnej literatury fabularnej, a teraz dochodzę do wniosku, że niewiele straciłam, a zaoszczędziłam wiele czasu na ciekawsze rzeczy.

    Pewnie te zagramaniczne były lepsze, a literatura głębsza, a może nawet o zgrozo – fascynująca?

    No skoro się pani myliła wtedy „zawsze sądziłam, … a teraz dochodzę do wniosku [przeciwnego]”, to może i teraz pani błądzi i „zaoszczędziłam wiele czasu na ciekawsze rzeczy” okaże się że to jeszcze bardziej perfidna pułapka była?

    Po co takie uogólnienia – tez były dobre i wartościowe filmy polskie, a każda inna kinematografia też ma gnioty i rzeczy straszne. Kiedy nauczycie się jakiejś elementarnej precyzji i pozbędziecie się tej dziecięcej maniery gadania kwantyfikatorami?

  14. Kwantyfikatory szanowny Krzysiu w większości stosujemy matematycznie.Można ogólnie ,ale jak już coś to gospodarz stosuje szczegółowy… Odnoszę wrażenie nie zrozumiał pan o czym napisała pani @ada1

  15. Cenię polską klasykę.  O niebo wyżej stawiam polską prozę realistyczną niż np. okrzycznego Dostojewskiego. Doceniałam i doceniam polskich pisarzy emigracyjnych,       z literatury współczesnej i dawniejsze wysoko stawiam eseistykę. Zanim coś odrzucę sprawdzam,    ile to warte… ale nich mi pan nie każe czytać Tokarczuk, Huelle czy Masłowskiej i tym podobnych rzeczy… Pewnie nie sprecyzowałam jak należy, ale kanon literacki i filmowy ustawia środowisko GW.  Może się to komuś podobać albo nie, ale nie zmienia to faktu, że tak jest. Ja nie muszę stosować się do ich wyborów estetycznych           i ideowych.

  16. Dostałem dziś na moim iPadzie zakodowany przekaz od Lema. Zrobiłem zrzut ekranu, by podzielić się nim na tym blogu. Zapewniam, że nic nie manipulowałem. Myślę, że wiem, co on oznacza, ale swoją interpretację napiszę za dwie gdoziny.

  17. Huelle to akurat nagroda Kościelskich.

  18. A czytał pan te książki? Ja zmordowałam.

  19. Czytałem Ostatnią wieczerzę. Zainteresowała

  20. Rzecz gustu.  Mnie się podobała „Dolina Nicości” B. Wildsteina, a krytyka surowo osądziła tę książkę.

  21. Czytałem felietony Lema.(Bo pod koniec życia to już pisał tylko felietony ).W jednym z ostatnich pisał ze smutkiem że chyba jesteśmy sami w Kosmosie.On rozpaczliwie przeglądał prasę w poszukiwaniu  jakichkolwiek wiarygodnych informacji o Obcych.Tych wiarygodnych nie znalazł .Chyba się z tym pogodził .To w ogóle jest bardzo charakterystyczna cecha wszystkich ateistów że za wszelką cenę ,chcą znależć jakieś życie poza Ziemią .Np .(z całym szacunkiem)syn niedawno zmarłego pana Chmielewskiego zajmuje się w NASA takimi analizami.

  22. Nie znam. Ale lubię film Gry uliczne, którego Wildstein był inspiratorem. Podobny temat.

  23. Po pierwsze podkreślam, że to nie jest żart. Kody na ekranie iPada pojawiły się, choć artykuł był w formacie pdf a później, gdy na domowym komputerze ściągnąłem ten pdf już żadnych kodów nie było. Z tekstu artykułu dodałem teraz do mojej ilustracji znaczące fragmenty.

    A przekaz odkodowuję tak: Fajnie jest, gdy o mnie wspominają. To właśnie jest dobro i piękno, którego poszukiwałem.

  24. Ależ on uważał, że ludzie, którzy wierzą w UFO, gotowi są uwierzyć we wszystko.

  25. Akurat UFO jest prawdziwe. Opisy porwań przez UFO korelują z opisami spotkań demonicznych. W sensie UFOki, złośliwe, zuniformizowane, szare i dopuszczające się aktów perwersyjnych na ofiarach … UFOki zwyczajnie są demonami.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.