Kwi 292018
 

Ostatnie, niespodziewane zupełnie wystąpienia niektórych komentatorów i autorów skłoniły mnie do sformułowania manifestu. Nie wiem, który to już z kolei manifest w historii tego bloga, ale z całą pewnością nie pierwszy. Zacznę do spraw najbardziej ogólnych.

Cały rynek treści dostępny naszym zmysłom jest fikcją, w dodatku fikcją obłożoną dużym ryzykiem. Wydawcy, którzy mają dostęp do dotacji produkują nieraz dobre i potrzebne książki, ale te nie mają żadnej szansy na zaistnienie, albowiem jedyne środowisko, które teoretycznie mogłoby być nimi zainteresowane czyli uniwersytet, jest zajęte czymś innym. Utrwalaniem hagad politycznych mianowicie. Z których wszystkie dotyczą ważności bądź nieważności Polski i Polaków w dziejach. Na to by inaczej jakoś sformułować podstawowy postulat dotyczące oceny historii kraju i kontynentu nie ma co liczyć, bo nie ma na taką formułę grantu. Czasem zdarza się, że ktoś wiedziony instynktem fałszywym usiłuje zwrócić na siebie uwagę uciekając w tak zwaną sensację. I to dopiero jest dramat, jeśli akademicki autor zaczyna produkować beletrystykę „w podobie” Korony królów. A mogę się założyć, że będzie takich autorów przybywać. Co dzieje się z książkami ważnymi i potrzebnymi, ale niestety, na nieszczęście, dla polskiego humanisty zbyt szeroko oświetlającymi problemy? Idą na przemiał, albo trafiają do naszego sklepu. Tak będzie coraz częściej jak sądzę. I to chyba dobrze. Trend, który opisałem wyżej powoduje, że tworzą się zaskakujące dla wielu osób przestrzenie, gdzie książki, pomysły i idee, zyskują drugie życie i można się nad nimi spokojnie zastanawiać. Tego nie przewidzieli rozdawcy grantów. I to także jest pewien sukces. Największym zaś sukcesem jest powstawanie niezależnych rynków, takich jak nasz. Kłopot jednak z takimi organizacjami jest taki, że wielu osobom wydaje się iż wstęp na ten rynek należy im się niejako w sposób przyrodzony, a także, że każdy może taki rynek stworzyć i nim zarządzać, a im głupsze i gwałtowniejsze dyskusje będą się na nim toczyć tym lepiej. Jest dokładnie na odwrót. Nie jest łatwo wykreować rynek i nie można – w imię iluzorycznych bardzo nadziei na szybki zysk – przepędzać zeń ludzi lansując problematykę grubą i toporną. Ktoś powie, że ja tak właśnie czynię. W pewnych szczególnych momentach rzeczywiście, ale to się zdarza rzadko i żeby do takiej sytuacji doszło trzeba mnie bardzo zdenerwować. O co innego mi teraz chodzi. Pokusa, by za pomocą autorów lansujących określone tematy kontrolować rynek jest duża. My tutaj, poprzez szerokość oferty będziemy się temu przeciwstawiać. Jeśli ktoś sądzi, że ta strategia rozwodni nam dyskusje ten jest w błędzie. Podstawowym bowiem złudzeniem jakim karmią się konsumenci treści obecnych na rynku i w sieci jest przekonanie, że za pomocą dyskusji można coś załatwić. A kiedy dyskutuje się o sprawach uznawanych za kluczowe można załatwić więcej. To głupota, a owe kluczowe sprawy, to po prostu manipulacja, jakiej system używa, by odwrócić uwagę od rzeczy istotnych. Naszym zadaniem jest poszukiwanie. Nie prawdy bynajmniej, ale metody. Z prawdą rozprawiła się we wstępie do książki „Europa na peryferiach” jej autorka. Historyk nie zajmuje się poszukiwaniem prawdy, albowiem ta nie może istnieć, istnieje tylko mnogość relacji podlegających ocenom. To bardzo dobrze, że tak postawiono tę kwestię i że podobnie stawia się ją także na polskich uczelniach, bo oznacza to, że nasza hagada jest tak samo dobra, jeśli nie lepsza niż inne. A kiedy szybciej niż wydziały historii na różnych uczelniach, docierać będziemy do nigdy nie publikowanych, nie tłumaczonych, a także nieznanych źródeł, będzie jeszcze lepsza. Oczywiście, może pozostać nie zauważona, ale myślę, że tak się nie stanie, bo czas pracuje na naszą korzyść. Strażnicy narracji starzeją się najzwyczajniej w świecie i grozi im demencja. Nie utrzymają swoich posterunków, to jasne, a ci którzy przyjdą po nich nie będą widzieli żadnego sensu w pielęgnowaniu dotychczasowych założeń propagandowych, zwanych dla niepoznaki dorobkiem naukowym.

Po tym wstępie mogę przejść do konkretów. Miałem potężnego stracha dotyczącego przyszłości tego wszystkiego co tu się przez ostatnie lata wydarzyło, a to ze względu na nierozsądne decyzje wydawnicze jakie podjąłem. Decyzje wynikające wprost z pośpiechu, z przekonania o tym, że kryzys nie nadejdzie, bo jest za dobrze, z nieumiejętności odmawiania ludziom, której to sztuki nie opanowałem nawet w stopniu podstawowym. Uczę się jednak i mam nadzieję, że wkrótce będę miał w tym niełatwym sporcie jakieś zadowalające wyniki. Seria tytułów niesprzedawalnych, które wypuściłem na rynek wiedziony innymi niż chęć zysku emocjami, nie jest długa, ale wiążą się z nimi pewne ambarasujące sytuacje. Niektóre rozwiążemy za pomocą promocji telewizyjnej, bo nie chodzi o to, że są to książki złe, albo słabe, ale o to, że trudno je promować samym tylko słowem pisanym. Trzeba coś lub kogoś pokazać. I za to zabierzemy się wkrótce. Chciałbym jednak powiedzieć wyraźnie, że pokładanie we mnie wiary lub może inaczej – osadzenia mnie w realiach rynku amerykańskiego – podczas gdy – co zostało napisane na początku – cały rynek treści w Polsce jest fikcją – uważam za pewną nieuczciwość. To nie jest tak, że ja decydując się na wydanie jakiejś książki posiadam wszystkie narzędzia służące do jej wypromowania i sprzedaży. Nikt w Polsce nie posiada takich narzędzi i nikt ich posiadał nie będzie, bo cała produkcja na rynku treści służy jedynie temu, by utrzymać przy życiu i pensjach kilka ściśle wyselekcjonowanych grup ludzi, z których profesorowie uniwersyteccy są może najsympatyczniejszą gromadką. Choć pewnie wielu wydawać się będzie inaczej. Kiedy decyduję się na wydanie książki czynię to z dobrego serca i nie mam w zasadzie żadnej nadziei na zysk. Uważam jednak, że oferta musi być zróżnicowana, bo to nakręca sprzedaż. Uważam także, że powinno być na naszym rynku coraz więcej autorów. Oni jednak – ci autorzy – nie mogą się zachowywać jak Stephen King, bo nie jesteśmy w USA, a oni nie produkują literatury rozrywkowej. Ta świadomość jest pozornie wszystkim dostępna, ale tylko pozornie, albowiem z zdarza się, że z chwilą opublikowania książki autor oczekuje już tylko spadającego z nieba konfetti, szampana i serpentyn. Takich rzeczy nie będzie. Ja mogę na to liczyć jedynie – o czym informuję wszystkich wprost – a to tylko dlatego, że codziennie umieszczam tu tekst, całkiem nowy i staram się, osobiście angażując się w każdy projekt, żeby dynamika naszego rynku stale się zwiększała. Wszyscy autorzy, którzy sądzą, że wystarczy wydać książkę i już, sukces gotowy, a o resztę zatroszczy się wydawca są w błędzie. Żaden wydawca nie troszczy się o autorów. Oni to wiedzą, ale niektórzy, z przyczyn dla mnie niepojętych, uważają, że ja właśnie powinienem. Może dlatego, że jestem frajerem? Może dlatego, że decyduję się, wbrew oczywistym zagrożeniom, wydawać pewne rzeczy, których wydawać nie powinienem, i fakt ten buduje całkowicie fałszywy wizerunek mojej osoby w oczach innych? Sam nie wiem.

Tak jak to już wielokrotnie pisałem – żaden z problemów wysuwanych przez akademicką humanistykę nie przetrwa na rynku treści. Żaden, a szczególnie dotyczy to problemów, z którymi bezskutecznie próbuje mierzyć się historia sztuki. Stąd właśnie książki dotyczące tej dziedziny tak rzadko trafiają do szerokiego obiegu. Pozostają w kręgu zainteresowań niszowych grup, które nie mają ani siły, ani wiary w to, że mogą do swoich wizji i kreacji przekonać innych. Jeśli im się to nie udaje, a nie udaje im się to permanentnie, zaczynają wysuwać roszczenia. Ja nie będę się tutaj zajmował ich charakterem. Chciałbym jedynie omówić jeszcze pułapki, w które wpadają autorzy. Najczęstszą i najbardziej zdradliwą pułapką są pochwały środowiska. Za tymi pochwałami nie idzie zwykle nic, poza eskalacją roszczeń wobec wydawcy. Nie wiążą się one ze sprzedażą, a jeśli nawet to z minimalnymi ilościami sprzedanych egzemplarzy. Czasem pochwały środowiska powodują, że samo środowisko, a także autorzy wpadają na nowe, rewelacyjne sposoby promocji lub sprzedaży swoich publikacji. Ja się oczywiście mogę do tych pomysłów przychylić, z całą jednak świadomością, że są one do niczego i nic nie zmienią w sytuacji. A co za tym idzie spowodują jeszcze większe rozczarowanie. Dobrze jest więc uświadomić sobie gdzie się znajdujemy i zrozumieć, że tak zwane poważne wydawnictwa, drukujące książki za pieniądze z dotacji nie mają innej funkcji, jak tylko – powtarzam to po raz kolejny – utrzymanie kilku określonych grup ludzi przy miesięcznych pensjach i znaczeniu. Nie rynkowym jednak, ale środowiskowym, towarzyskim. I tyle, nic więcej tam nie ma. Wobec tak zakreślonych okoliczności, trudno wymagać ode mnie, by podejmował gwałtowne ryzyko promocji jakiegoś tytułu, kosztem innych tytułów, które przynoszą zysk. Nie mam na to ani czasu, ani środków, ani możliwości. Robię jednak co mogę. Dobrze by było gdyby autorzy nie próbowali mnie przekonywać do swoich pomysłów promocyjnych, bo żeby się za to zabierać trzeba mieć jakieś doświadczenie w sprzedaży.

Wszyscy autorzy wiedzą jak dobre warunki proponuję zawierając umowy wydawnicze. Nie czynię tego dlatego, że jestem niezorientowanym idiotą, którego łatwo podejść i który zaraz – poprzez swój chorobliwy entuzjazm – wyprzeda wszystko tym durniom, czytelnikom bloga. Daję dobre warunki, bo wiem, że ich realizacja jest trudna. Autor zaś musi coś zarobić, żeby mu się chciało pisać. Ja zaś nie ma żadnych poza blogiem możliwości promowania autora. Ile mocy zaś jest w blogu każdy może się zorientować porównując nasze nakłady, z nakładami książek takiej Bondy. Żeby to zniwelować dajemy lepsze warunki autorom. Podkreślam, nie czynię tego z wrodzonej głupoty czy naiwności, czynię to, bo uważam, że inaczej żaden z naszych autorów nie dostanie ani złotówki. I tak zarabiają oni mało, ale nikt chyba nie myśli, że nie będąc sprzedawcą w rodzaju Mroza czy Miłoszewskiego, zrobi pieniądze na niszowych książkach. To znaczy mam nadzieję, że nikt tak nie myśli. Dla porównania – PWN proponuje autorom z uniwersytetu 9 procenty od egzemplarza przy nakładzie do 2500, a 10 procent powyżej tego nakładu. Do tego autor musi zrzec się na zawsze praw do swojego dzieła. Życzę zdrowia każdemu kto sprzeda, a niechby i przez 10 lat 2500 egzemplarzy niszowej, naukowej publikacji. To są niemożliwe rzeczy. Tak więc autorzy są po prostu rabowani w biały dzień, okrada się ich z pracy i pieniędzy. Ja przynajmniej nie mydlę ludziom oczu dużymi nakładami, które nie mają żadnych szans na wyjechanie z magazynu. Nasze nakłady są małe, a ich sprzedaż nie jest łatwa. Jeśli nie zaangażuje się w nią sam autor, w zasadzie niemożliwa. Ja bowiem nie funkcjonuję tu na zasadach wydawcy-patrona-czarnoksiężnika od sprzedaży, ale na identycznych warunkach jak inni autorzy. Z tą tylko różnicą, że ja pracuję cały czas nad poprawieniem wyników wydawnictwa. Wydawnictwa – podkreślam – a nie pojedynczego tytułu. I to się nie zmieni, bez względu na to jakie naciski będą na mnie wywierane.

Teraz ważna rzecz, wszyscy wiedzą, jak bardzo nienawidzę słowa kolektyw. Tak się jednak składa, że tworzymy tu pewien kolektyw, a ja będąc jego samozwańczym i nieusuwalnym kierownikiem, ponoszę za ów kolektyw odpowiedzialność. Nie mogę więc, w pewnych sytuacjach, sam tylko znosić presji, jaką się na mnie wywiera, tym bardziej, że nie mam żadnych narzędzi, by ową presję zmniejszyć, lub żeby zwyczajnie i po prostu cokolwiek wytłumaczyć. Postanowiłem więc, że pewne kwestie omawiane będą tu z udziałem wszystkich czynnych na blogu komentatorów. Tak będzie uczciwiej, jak sądzę, a także nieco wygodniej dla mnie. Nie mogę bowiem podnosić oddzielnie odpowiedzialności za wydawnictwo i oddzielnie za dynamikę bloga i Szkoły Nawigatorów. Te sprawy się łączą i dobrze by było, żeby zespoliły się jeszcze bardziej, przynajmniej w pewnych zakresach. Jeśli komuś dzisiejszy tekst wydaje się zbyt zawiły, enigmatycznych lub niejasny, niech wzniesie akt strzelisty do nieba za tę szczęśliwą okoliczność. Tak właśnie powinno być, tak właśnie próbują rozwiązywać problemy ludzie kulturalni i przytomni. Poprzez cierpliwe i spokojne wyjaśnianie złożoności sytuacji.

Na dziś to tyle zapraszam do oglądania naszych nagrań na stronie www.prawygornyrog.pl

  28 komentarzy do “Rozmyślania o cenach i sprzedaży”

  1. Coryllus nieusuwalny ? – zapomniał o roli żony, kiedyś tam przecież zażądała jego dymisji.

    No tak, ale przez NAS –  nieusuwalny, bo do takiej harówki to trzeba być bardzo pracowitym, mieć charakter, charyzmę, puszkę mózgową i wyrozumiałość do naiwnych treści naszych (moich) wpisów, a rynek treści jest grząski.

    Sytuacja na dzisiaj to jakby z Fredry „pozycją mam dobrą ale wokół bagna” .

    No jednak bagna, jedyne co dobre to, to że bagna są  zgruntowane i rozpoznane.

  2. Nikt nie zażądał mojej dymisji.

  3. pewnie tak było jak Pan pisze, ja tylko pamiętam że o mało nie „zeszliśmy na zawał” kiedy Pan napisał, że „Tekst”-  prezentowany coś około rok temu – jest ostatni. No Bogu Chwała, sytuacja się wyjaśniła, a ja „wróciłam do życia”.

    Chciałam, nawiązać do sprawy że „nigdy nie mów nigdy”, ale wyszło to z mojej strony topornie i nie na temat. Sorry.

  4. Myślę, że Świat idzie ku dobremu skoro Pan poszerza dostęp do innych zdolnych autorów, a  nawet x Natanek zauważa, że należy brać pod uwagę uwarunkowania w jakich znajdują się inni kapłani. Jestem szczęśliwa, że moja biblioteka poszerza się, a obdarowani książkami od Pana składają mi niezdawkowe gorące podziękowania. O takich czasach nawet nie marzyłam. Gdzieś mi to umknęło jaką książkę dostał Pan od Stalagmita, o strasznej sytuacji człowieka w czasach przed Chrystusem. Czy będzie ona w Pana wydawnictwie?

  5. Nie nie będzie. Ona się nazywa „Cztery tysiące lat temu”, ale Stalagmit powiedział, że napisze coś „w podobie”

  6. Podaję namiary na tę książkę:
    Geoffrey Bibby, Cztery tysiące lat temu. Przegląd panoramiczny świata w drugim tysiącleciu przed n.e., Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa, 1967.
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/200107/cztery-tysiace-lat-temu-przeglad-panoramiczny-swiata-w-drugim-tysiacleciu-przed-n-e

  7. Na allegro była onegdaj nawet po 1,99 zł. Teraz za prawie 50 zł. Wzmianka o jakiejkolwiek książce tutaj powoduje że wiatr ją wymiecie z sieci.

  8. „Jak zostać niewidzialną ręką rynku?”… 🙂

  9. Panie Stalagmit, pisz Pan tę książkę. Prócz aktualnych osiągnięć archeologii i innych rzeczy, niezaprzeczalnym plusem będą kartki pachnące farbą drukarską a nie molami.

  10. I jest trochę jak u Pawlaka i Kargula: widziała żaba jak konie kują i sama łapy podkłada. Niejednej cwaniak pod wymieniane tu uwagi profiluje swoją ofertę wydawniczą.

  11. dużo Polaków i Polek jest po szkole „markietingu” , od razu się dostosowują do tego o czym głośno.

  12. Rzeczywiscie…

    … Pana stwierdzenie, ze rynek tresci  to  FIKCJA –  po prostu poraza…  ale tym wieksze wyzwanie aby ten rynek zmieniac dla Pana i calego Pana kolektywu…

    … ciesze sie, ze dorobil sie Pan tak wspanialego redaktora naczelnego SN jak  STALAGMIT… obejrzalam sobie Panow rozmowe w Nieborowie… cos kapitalnego…  naprawde trzeba uczyc sie historii od poczatku… i  TYLKO  od Pana i Panskiego kolektywu  !!!

    Ciezko uwierzyc, ze te dete  TRESCI  to taka  FIKCJA…  LIPA… i  SCIEMA  !!!

  13. Tak , wymiata najtańsze sztuki z antykwariatów.

  14. „Ja chciałem powiedzieć, że ja również akceptuję wszystkie decyzje pańskiego kolektywu, ja zawsze tak robiłem”

  15. >bezskutecznie próbuje mierzyć się historia sztuki…

    Specjalnie dla Czytelników Coryllusa portret, z którym nie mogli zmierzyć się krytycy sztuki. Z kilku powodów: bo wkrótce po pierwszej wystawie został spalony przez przedstawioną na nim kobietę; bo jej mąż był amerykańskim królem Bonanzy (kopalń srebra w Newadzie); bo nareszcie można było dokopać temu zarozumiałemu akademikowi, ale z drugiej strony francuska duma nie pozwalała uznać amerykańskich pretensji artystycznych.

    Tego portretu nie ma na internecie nawet na portalach opisujących ten słynny skandal. Teraz możemy sami ocenić, czy Meissonier wykonał dzieło sztuki czy też karykaturę. Jeśli dodam, że o kobiecie z portretu mówiono, że chciała kupić paryski Łuk Triumfalny, to możemy głębiej wejrzeć w jej pogardliwe oczy.

    Politowanie

  16. a tak, to jest niesamowite 🙂

  17. Nie związane z tematem wpisu, ale zainteresowała mnie działalność Komisji Brytyjskiej w Polsce. British Council obchodzi właśnie 80 lat swojej działalności w Polsce. Otworzyli w 1938 ale komuniści widać ich po wojnie nie usunęli. Wydaje się kolejna metoda szpiegowania tym razem poprzez kulturę. W trakcie wojny pielęgniarki a po wojnie British Council. widać ktoś musi doglądać czy inwestycja w komunizm idzie jak się należy. Oficjalnie antagonizują Zachód i świat komunistyczny, ale interesy robiono w najlepsze.

    Z tego co wiem, to większość krzeseł w starych londyńskich pubach najprawdopodobniej pochodzi z wielkiej kiedyś fabryki mebli w Radomsku, gdzie za komuny szły krzesła do Anglii w dziesiątkach tysięcy.

  18. Dokladnie…

    … robili interesy i nadal robia… dobrze, ze dzis wielu z nas ma swiadomosc tej sciemy i fikcji.

  19. Jestem z zagranicy. Czy jest w Polsce ktoś jeszcze pokroju pana Maciejewskiego, który odwala podobną pracę? Czy oprócz tych soc-mętów jest jeszcze jakiś nazwijmy to zdrowy konkurent Coryllusa? Jakiś kolejny mały ośrodek wydawniczy skupiający pisarzy „z minimum ściemy” może koło Poznania, Wrocławia, Krakowa, Lublina, Łodzi, Gdańska, Katowic, czy Białegostoku? Rozetta była organizowana w Bytomiu, mam rozumieć lokalne władze sprzyjają.

    Nie może być, że jest tylko jeden taki „Gabryś”. Powinien być jakiś backup. Dobrze, że Gospodarz zaczyna pojawiać się w towarzystwie ludzi, z którymi współpracuje. Wydaje mnie się w pewnym momencie będzie w stanie wskrzesić jakiś inny ośrodek a może nawet zamorski albo zaoceaniczny?

    Wiecie, jak na Cambridge spadnie bomba to zawsze jest jeszcze Oxford, jak na Harvard jest Stamford itp.

  20. Dobry komentarz… do rozmyslan…

    … czy sa dzisiaj konkurenci dla Coryllus’a  ?   Byc moze paru by sie znalazlo.  À le czy odwalaja podobna robote do Coryllus’a… i przede wszystkim za swoje  ?    Nooo, to jest wielki znak zapytania… ale mysle, ze  „Coryllus’owe ziarno”  sie  sieje i w przyszlosci owoce beda obfite.

  21. Czy ktoś zweryfikował rewelacje Bibby względem aktualnych odkryć archeologicznych.

    Mówią, że niektóre informacje przestarzałe, ale że autor jak na tamte czasy i tak wyprzedzał swoją intuicją innych archeologów i wiele z jego domysłów zostało potwierdzonych. Całkiem możliwe, że współcześni „dosrywają” mu, aby to ich książki schodziły a nie dawno już zmarłego autora.

    Ja dawno temu zmęczyłem audiobooka Żyda Davida Graebera aktywisty Occupy Wall Street.

    https://en.wikipedia.org/wiki/Debt:_The_First_5000_Years

    Jako socjalista(przypuszczam uśpiony komunista) większość czasu spędził na jakichś dzikich plemionach i podejrzewam z sympatii dla cywilizacji chrześcijańskiej przeskoczył cały okres średniowiecza pomijając to jak Kościół podchodził do sprawy niewolnictwa, długu, lichwy itp.

    Teraz męczę „The Popes and the Jews in the Middle Ages” Synana. Ciekawe co wyjdzie.

    Moja mama zachwycona „Moim dziennikiem” Bronisławy Rychter-Janowskiej. Ponad sto lat temu, kiedy Polacy byli jeszcze normalni, nie szczekający, oszczekujący się na wzajem na dodatek z pudłami szczekającymi na cały regulator. Facebook i Twitter też wydaje się być taką najnowocześniejszą tubą szczekaczy dla nowego pokolenia. Mam nadzieję Gospodarz i Toyah odpuścili trochę na tamtym medium, bo szkoda tępić sobie palców.

    Podobnie jak od Kolbego wypływa od ludzi tamtych czasów spokój.

  22. Bibby pisał dużo o handlu i kontaktach między różnymi odległymi ludami i kulturami. Badania archeologiczne ostatnich 60 lat potwierdziły, że już w epoce brązu kontakty handlowe i migracje, a także powiązania miedzy regionami obejmowały ogromne obszary i były powszechne. Z północną Europą łączyła obszar śródziemnomorski sieć tzw. wczesnobrązowych szlaków bursztynowych. Przebiegały one prawdopodobnie z terenu Jutlandii i wybrzeży Morza Północnego, przez Niemcy, Alpy i Bałkany na wybrzeża Adriatyku i na tereny Grecji mykeńskiej.

    Sporo do sprawy wniosło odkrycie wraku tzw. statku z Uluburun u południowych wybrzeży Turcji.  Jego ładunek składał się z towarów pochodzących z całego niemal basenu Morza Śródziemnego oraz z północnej Europy. Zawierał m. in.: pieczęcie cylindryczne z Mezopotamii, narzędzia i broń z Egiptu, Grecji, Cypru, miecz z Italii, egipskie skarabeusze, bursztyn bałtycki, głowicę berła z rejonu ujścia Dunaju, lapis lazuli z Afganistanu.

    O tych powiązania można przeczytać w książce:

    Kristian Kristiansen, Thomas B. Larsson, The Rise of Bronze Age Society: Travels, Transmissions and Transformations, Cambridge 2005.

    Potwierdza ona sporo rewelacji Bibby’ego, a niekiedy idzie nawet dalej.

  23. Zmęcz Robert Wright – Nonzero. Logika ludzkiego przeznaczenia, recenzja w linku. „Zmęcz” nie znaczy „uwierz”, stanowczo nie. 🙂

  24. Ja chętnie choć niecierpliwie zaczekam 🙂

  25. Tez zauważyłem tę prawidłowość 🙂 Najpierw po akcji betacool/Kołątaj, potem po Sacco di Roma.

    Tezeusz był od dawna i do niedawna jedynym antykwariatem który wertowałem w poszukiwaniu wrzucanych tu i na SN wskazówek/tytułów. Ale po tym jak gospodarz zareklamował to miejsce musiałem poszukać innych 🙂

  26. Czekam i pragnę tej książki napisanej przez Pana, bo tematyka jest ponadczasowa.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.