kw. 072023
 

Wiem, że jest Wielki Piątek, ale wszyscy inni i tak są ode mnie lepsi w refleksjach okołowielkanocnych, więc u mnie dziś będzie temat całkiem świecki.

Chodzi o dziedziczenie talentu, a też trochę o jego wynagradzanie. Są to kwestie naprawdę niezwykłe i takie ciągle pozostają, choć wielokrotnie próbowaliśmy je tutaj uzwyczajnić. Jak to jest możliwe – pisaliśmy o tym niedawno – że jakiś pan wskazany przez dwóch profesorów, autor kilku beznadziejnych, cienkich i pretensjonalnych książek, jest nagradzany wszystkimi możliwymi nagrodami literackimi? Jeśli przyjmiemy, że to werbunek, to musi być jakiś cel tego werbunku, czyli on ma robić robotę propagandową i udawać pisarza. No, ale ten gość miał przez dwa lata 130 odsłon na swoim podcaście! Gdzie tu więc mowa o jakiejś skuteczności? Musimy przyjąć inne założenie – gdzieś głęboko w tajniackich regulaminach zapisane jest, że takie figury muszą być kreowane, ale po co, tego nikt do końca nie wie. Wiara bowiem w skuteczność ich pisaniny upada już na samym początku. Pozostają jednak budżety, które są wykładane niejako mechanicznie  z przeznaczeniem na nagrody i ktoś powinien je przejąć. No i tu pojawia się druga kategoria pisarzy. Są to dziedzice talentu swoich ojców. I wierzcie mi, że ja się nie będę dziś przyczepiał do Tomasza Łysiaka, który każdy dzień na twitterze zaczyna cytatem z Pisma Świętego. Pan Tomasz wzbudza moją sympatię, choć jego książek czytał nie będę. Nie będę też próbował zainteresować go swoimi produkcjami, albowiem mechanizmy, którym on podlega są dla mnie całkowicie jasne. I wiem, że nie ma Tomasz Łysiak w zasadzie innego wyjścia. No, ale są inni. Ostatnio „Rzeczpospolita” opublikowała artykuł o tym, jak wybitnym pisarzem jest Maciej Hen. O mało nie zleciałem ze stołka. Maciej Hen jest synem Józefa Hena, oficera Ludowego Wojska Polskiego, który przez cały PRL i długo po nim usiłował zainteresować czytelników swoją twórczością. To się nigdy nie udało, mimo olbrzymich nakładów, mimo okładek projektowanych przez Szancera, mimo dystrybucji w najlepszych księgarniach. Nie udało się i już, albowiem Józef Hen nie potrafił pisać. On wręcz szukał, nie był bowiem i nie jest idiotą, tematów, które załatwiłyby same przez się, kwestię promocji. Takich rzeczy nigdy się nie udają. Podczepianie się pod koniunkturę to już jest sztuka, a kreowanie koniunktury dla człowieka, który wie jak, ale nie potrafi, nawet przy poparciu aparatu partyjnego jest niewykonalne. Pisał więc Józef Hen różne historie w stylu XVII wiecznych westernów, o staroście jurydycznym, co walczył z infamisami i pięknych dziewojach z ludu, w nim zakochanych. Pisał później o Stanisławie Auguście Poniatowskim i konstytucji 3 maja, która stawia nas wszak w rzędzie najbardziej cywilizowanych narodów świata. No i inne jeszcze dyrdymały nie mające żadnego wzięcia u czytelników. Teraz zaś pisarzem i to od razu sławnym jest syn Józefa Hena, Maciej. Ponieważ według stosowanych tu kryteriów Józef Hen nie posiada talentu literackiego, jego syn Maciej nie mógł go odziedziczyć. A jednak został pisarzem i to sławnym, choć w latach 2004-2023 wydał jedynie pięć książek. W sławnych co prawda na całą Polskę wydawnictwa, ale pięć jedynie, a to – umówmy się – nie powala. Jedna z nich, zdaje się debiut, została od razu przetłumaczona na angielski. Czy to coś pomogło? Nic. Pan Maciej – rocznik 1955 – jest więc dziś lansowany przez dzienniki, jako ciekawe zjawisko literackie. Nawet nie próbuję zaglądać do jego książek, bo wiem co tam znajdę – Zdzisław obudził się przed świtem, w ustach poczuł smak goryczy. I niewiele ponadto. Ludzie bowiem uprawiający literaturę w omawianych tu formatach przede wszystkim chcą zwrócić na siebie uwagę, są bowiem od początku obarczeni niemożliwą do udźwignięcia odpowiedzialnością i jedyne czego pragną, to przerzucić część ciężaru na innych. Idą z tym garbem na plecach i wołają ile sił w udręczonych płucach – latam, latam, latam, przecież latam!!!!! Wszyscy widzicie, że latam!!!!?

Do niedawna nie pokazywano tych biedaków publicznie, myśmy nic o nich nie wiedzieli, rozdzielali między siebie te nagrody i nikomu to nie przeszkadzało. Teraz jedna okazało się najwyraźniej, że to za mało i jakaś sława być musi. Mamy więc lans na łamach.

Prócz pisarzy dziedziczących brak talentu swoich ojców, ją jeszcze ujeżdżacze koniunktur. Tak, jak napisałem, to trzeba umieć, nie każdemu wychodzi i nigdy nie wiadomo czy to co uważamy za koniunkturę, nie jest w rzeczywistości rozkazem dziennym na piśmie. No, ale w przypadku, który omówię poniżej na pewno nie jest. Oto wspomniany tu już kiedyś pisarz Max Czornyj, który w jednym wątłym ciałku i nie najtęższym umyśle, zmieścić pragnął wszystkie wątki, którymi – pardon za słowo – jara się współczesny czytelnik. Wzorem więc wydawnictwa Stasiuków, próbował wylansować pisarza o ukraińskim, rusińskim pochodzeniu, czyli samego siebie. Potem zaczął bawić się konwencją znaną z prozy angielskiej, a siebie samego kazał fotografować w eleganckim odzieniu i taki samych wnętrzach. W dłoni zaś dzierżył pewnie wieczne pióro ze złotą stalówką. Na taki widok wszystkie bibliotekarki w miastach powiatowych Lubelszczyzny, skąd Max pochodzi, mdleją i myślą już tylko o jednym. Ostatnio jednak Max rzucił się na rumaka, który zdecydowanie nie był przeznaczony dla niego. Zaczął mianowicie pisać o obozie koncentracyjnym w Auschwitz i to z punktu widzenia Josefa Mengele. Książka ma tytuł „Josef Mengele. Anioł śmierci z Auschwitz”. Uwierzył bowiem  w to, że w literaturze wszystko można i książka o zagładzie pisana z punktu widzenia kata to jest gwarantowany sukces. I tak, jak przy wszystkich innych produkcjach, dysponenci sławy i pieniędzy, po prostu milczeli, tak w tym wypadku podniósł się raban. Na nic było tłumaczenie Maxa, że próbował  wgryźć się w psychikę zbrodniarza i ją przeanalizować. Maski spadły, nie ma bowiem żadnego wgryzania się w psychikę, chodzi o to, jak podzielony jest rynek i o czym może pisać ten, a o czym tamten autor. To jest – z naszego punktu widzenia – cudowna okoliczność. My bowiem mamy dostęp do tematów, których tamci nie ruszą, nie wierzą bowiem, że one są coś warte. Toczą przy tym zacięty bój o to, kto i w jaki sposób będzie te – rzekomo ważne koniunktury – obrabiał. Oczywiście, one przynoszą zysk, ale tylko dlatego, że wkręca się w nie coraz więcej aspirujących wariatek, którym się zdaje, że można zrobić w Polsce karierę literacką. Stąd mamy te wszystkie tytuły – byłam kochanką Hitlera, byłem kucharzem Hitlera, byłem lokajem Hitlera, byłem senior account managerem Hitlera. Lub, jeśli ktoś się brzydzi wyrazem „Hitler”, może sobie zamiast niego wpisać w tytule wyraz „Auschwitz”. Max tak zrobił, ale nie zrozumiał mądrości etapu. Próbował zmienić wektor koniunktury i za to udzielono mu upomnienia. Oto tu, proszę – https://wyborcza.pl/51,75517,29633585.html

Ktoś może powiedzieć, że to robi Maxowi reklamę. U kogo? Gdzie jest to środowisko, które zrobi wynik sprzedażowi takiemu tytułowi?

Zostawmy Maxa, bo ostatnio na twitterze pojawił się jeszcze jeden pisarz, o którym nigdy nie słyszałem. W zasadzie nie jest to pisarz, ale prozaik, tak go nazywają w sieci. Pan nazywa się Wojciech Chmielewski i zdobył już cztery nagrody literackie, a napisał ledwie siedem książek. To jest jakiś wynik. Na twitterze napisali o nim to samo, co o tym nieszczęśniku, którego dręczyliśmy przed kilkoma miesiącami – że jest artystą osobnym, indywidualistą itp. Fajnie, ale kto go czyta poza jurorami rozdzielającymi te nagrody? Może wy wiecie?

Zwróciłem jeszcze uwagę na formaty książek Chmielewskiego, ilość stron oraz ceny na allegro. Myślę, że ilość znaków w recenzjach jest większa niż w tych książkach. No, ale życzymy wszystkim sławnym pisarzom powodzenia, wielu sukcesów, podobnych do tych, które już osiągnęli, sami zaś musimy się zająć czymś bardziej poważnym. No, ale to już po świętach.

  18 komentarzy do “Skąd się biorą sławni pisarze?”

  1. Dzień dobry. Cóż, temat nienowy i dobrze już tu nieraz podsumowany. Państwo socjalistyczne to firma rodzinna. To też wiemy dobrze. Ale rekapitulacja ma swoje zalety – powtórzmy więc, za niejakim Kononowiczem – „żeby nie było niczego”. Nikt tej tfurczości nie czyta i nie musi. Kaska przepłynęła gdzie trzeba, nagrody wręczono – taki plemienny jakby jawny rytuał spajający grupę – odbył się, zapewne obok tych tajnych i nie mam na myśli nietrywialnych zachowań seksualnych, chociaż nie wykluczam, ale wtórny przepływ gotówki, od czegoś przecież są te „organizacje pożytku publicznego”. Dla kogo pożytek – dla tego pożytek, a dla nas nauka. Dobre i to. Zdrowych, spokojnych Świąt Gospodarzowi i Czytelnikom.

  2. Wyżej wymienieni to są „sławni pisarze na miarę naszych możliwości”. Natomiast na skalę światową (po Sienkiewiczu) to chyba tylko Lem i Sapkowski. A oni – mam takie wrażenie – są z innych bajek, niż te opisane wyżej.

  3. Józef Hen napisał także biografię Boya-Żeleńskiego w której gorąco go bronił od zarzutu kolaboracji z Sowietami w okupowanym Lwowie.

  4. Lem jest dzieckiem koniunktur globalnych, Sapkowski w zasadzie też

  5. Zdrowych i spokojnych świąt. Tfurczość nie jest do czytania, jest do prezentowania się na półce

  6. „Jak to jest możliwe …. że jakiś pan wskazany przez dwóch profesorów, autor kilku beznadziejnych, cienkich i pretensjonalnych książek, jest nagradzany wszystkimi możliwymi nagrodami literackimi?” – Panie Gabrielu, wydaje mi się, że w jednym z poprzednich Pana wpisów (o aktorach) znalazłem odpowiedź na to dręczące pytanie. Chodzi o to, żeby współcześni czytelnicy zrozumieli, „że są pewne zagadnienia, całkiem poza zasięgiem ich intelektu” i nie wyobrażali sobie, że potrafią właściwie ocenić wartość dzieła literackiego :). Knecht zauważył, że zabiegi mające na celu zmacerowanie czytelniczego mózgu odbywają się w formie plemiennego rytuału spajającego grupę macherów biorących udział w tej operacji. Zadanie jest dla nich na tyle ważne, że finansowy zysk ze sprzedaży książek mających generować dysonans poznawczy u publiczności można sobie odpuścić.

    Miłych Świąt!

  7. Błogosławionych Świąt Wielkiejnocy dla Gospodarza i czytelników
    tera próbka nowych technologi :
    TYLKO i WYŁĄCZNIE ZROBIŁEM TO DLA TESTU
    chat GPT
    ja : czy możesz zrobić recenzje tego artykułu https://coryllus.pl/skad-sie-biora-slawni-pisarze/
    chat :

    Oczywiście, chętnie dokonam recenzji artykułu „Skąd się biorą sławni pisarze?” opublikowanego na stronie coryllus.pl.

    Artykuł ten porusza interesujący temat, który z pewnością przyciągnie uwagę wielu miłośników literatury. Autor skupia się na pytaniach o to, skąd biorą się inspiracje pisarzy oraz jakie czynniki wpływają na ich sukces.

    W artykule autor podaje kilka ciekawych przykładów słynnych pisarzy, którzy mieli różne sposoby na pozyskiwanie inspiracji. Jednym z nich jest Ernest Hemingway, który na swoje dzieła czerpał z własnych doświadczeń życiowych i podróży. Natomiast Stephen King korzystał z wyobraźni i fantazji, a także z fascynacji horrorami i fantastyką naukową.

    Autor podkreśla także, że poza inspiracją ważne są również inne czynniki, takie jak talent, wytrwałość i ciężka praca. Sława i popularność często wiążą się z latami poświęconymi na doskonalenie swojego rzemiosła pisarskiego oraz na zdobycie czytelników.

    Jednakże, artykuł ten ma pewne wady. Po pierwsze, autor opiera się głównie na subiektywnych opiniach i przykładach, co nie zawsze przekłada się na ogólną prawdziwość tez. Po drugie, pomija ważne czynniki takie jak edukacja, wpływ kultury czy kontekst społeczny, które również mogą mieć wpływ na sukces pisarza.

    Podsumowując, artykuł „Skąd się biorą sławni pisarze?” na stronie coryllus.pl to ciekawa lektura dla miłośników literatury, która porusza ważne kwestie związane z procesem twórczym pisarzy. Jednakże, należy pamiętać, że omówione tezy i przykłady są subiektywne i nie mają charakteru ogólnie obowiązującego.

  8. Dobre! Lanie wody, komunały i kłamstwa (Hemingway, King). GW może już spokojnie po cichu zwalniać dziennikarzy. Czytelnicy się z pewnością nie połapią.

  9. Reymont był genialnym pisarzem!!

  10. To wygląda jak typowe wypracowanie maturalne 🙂

  11. Nie był, był wynajętym człowiekiem

  12. Jak to ktoś kiedyś powiedział – sztuczna inteligencja jest niczym przy prawdziwej głupocie

  13. Reymont wielkim pisarzem był a jego tfurczość nieustannie nas zachwyca! Zapomniał Pan o wielkiej (może i większej nawet) noblistce Tokarczuk!

    To są postaci z jeszcze innej bajki. Oczywiście zbiór dzieł wszystkich noblistki dodaje splendoru chałupie, ale tego się nie da czytać. To znaczy, można… Sam przebrnąłem kiedyś przez „Prawiek” i 1 (słownie: jedno) opowiadanie tejże. Zresztą fantastyczne i zerż… (tfu! wróć!) INSPIROWANE z „Sotni Łysego Iwanki” Romana Danaka. Ale nie mam najmniejszej chęci do tych lektur wracać ani poznawać innych wypocin PT noblistki. Za to Wiedźmina, czy trylogię husycką, liczne dzieła Lema czytałem po kilka razy z przyjemnością.

  14. Otóż to! Obok inteligencji to nawet nie leżało. Sztuczna konfabulacja i tyle.

  15. To też ciekawe, że przez ok. 70 lat tylko 2 facetów się na te globalne koniunktury załapało. A na Nobla – 3 osoby. Wydawałoby się, że Nobel to trudniejsza konkurencja…

  16. Max Czornyj Maksem Czornyjem – po jednej jego książce dostałam niestrawności; nabyłam kiedyś za grosze na pchlim targu i oddałam zaraz w dobre ręce, a nie na makulaturę tylko dlatego, że w domu nauczono mnie szacunku dla książek.  Ale jest jeszcze większy literacki bardziew – Katarzyna Puzyńska! Przeczytałam aż dwie jej powieści, bo po pierwszej nie mogłam uwierzyć, że ktoś wydał takiego gniota i chciałam sprawdzić, czy u tej autorki to pewna norma, czy wypadek przy pracy.  A wydaje ją „Pruszyński i sp.”! Źle się dzieje w państwie duńskim…

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.