Lis 102010
 

Każdy dziennikarz doskonale wie kiedy zaczyna tracić sympatię swojego naczelnego. Można to poznać po tym, że teksty, które do tej pory przynosił i które wchodziły no numeru niejako z marszu teraz przelegują długo na desktopie szefa, a jeśli już raczy on zajrzeć do nich to zaczyna od razu wyłapywać literówki.

Potem przechodzi do poprawiania całych akapitów, a na koniec bez skrępowania wyśmiewa się głośno z pracy swojego – do niedawna ulubionego – dziennikarza i to jest ostatni dzwonek oznajmiający, że trzeba szukać sobie nowej pracy. Nie każdy jednak potrafi dźwięk owego dzwonka właściwie rozpoznać i zinterpretować, nie każdy potrafi pogodzić się z losem i trzasnąwszy drzwiami wyjść ratując swój honor i dobre samopoczucie. Przeważnie zdolni do takich heroicznych czynów są dziennikarze z pewnym doświadczeniem, którzy wiedzą, że jeśli nie w tej to w innej redakcji na pewno znajdą pracę.

Najgorzej tę niezdrową sytuacje znoszą ludzie młodzi, ambitni, którzy wskoczyli od razu na wysokie miejsce w redakcyjnej hierarchii, ale po jakimś czasie okazało się, że wewnętrzna polityka firmy nie przewiduje jednak takich skoków i coś z tym przeżartym ambicją i niepokornym człowiekiem należy zrobić. Jego zachowanie, pycha w którą się wbił na skutek kilku sukcesów, jego lekceważenie dla innych, także przecież zdolnych i pracowitych, są godne nagany i trzeba je czym prędzej ukrócić. Jeśli człowiek ów to rozumie i w porę sam się opanuje, sam się ukorzy i zmieni swoje zachowanie może jeszcze uratować i reputację i swoje honoraria, a nawet sympatię naczelnego. Takie sytuacje jednak zdarzają się jednak rzadko. Ambicja bowiem, szczególnie zaś ambicja zawodowa jest wężem najjadowitszym z żyjących na naszej planecie i nie ma póki co na jej jad skutecznego antidotum.

Kiedy, na którymś tam z kolei kolegium redakcyjnym, naczelny powiedział Kamilowi, że ma zrobić materiał o tym jak w szkołach dzisiaj wyglądają lekcje wychowania fizycznego, Kamil myślał, że się przesłyszał. Kazał sobie ów temat powtórzyć trzy razy i patrzył przy tym cały czas w oczy swojego szefa, czego – uczciwie przyznajmy – nie robił w tej redakcji nikt poza nim. Nie zauważył, że siedzący obok koledzy z działu sportowego spoglądają z niezrozumiałym zainteresowaniem na spacerujące po parapecie za oknem gołębie, nie zauważył, że sekretarka Zosia szarpie frędzelki w swojej wzorzystej chuście, którą zwykle zarzucała na ramiona chłodniejsze dni, nie zauważył także, że naczelny nie reaguje na zwyczajowe w takich sytuacjach zaczepki słowne z jego strony. Człowiek bowiem, którego chcą wyrzucić z pracy, człowiek ambitny, myśli, że upór i trzymanie się dotychczasowych, przynoszących same sukcesy metod jest najwłaściwszą drogą do tego by zachować posadę. Nic bardziej błędnego.

Kiedy już redaktor naczelny dokładnie wyjaśnił Kamilowi o co mu chodzi, kiedy powiedział punkt po punkcie jakie ma oczekiwania wobec tekstu, który jego – do niedawna ulubiony – dziennikarz miał napisać, Kamil przestał mówić, kiwnął głową i zapytał czy może zabrać się za robotę już teraz. Otrzymawszy pozwolenie wyszedł zamykając za sobą delikatnie drzwi. Nie widział jak naczelny dyskretnie otarł z czoła pot, nie słyszał jak sekretarka Zosia przymilnym szeptem zaproponowała mu filiżankę kawy i nie zobaczył roześmianych i zadowolonych twarzy kolegów z działu sportowego. Idąc korytarzami wydawnictwa, a potem ulicą, w ogóle widział niewiele, skupiony był bowiem na swoim dzisiejszym upokorzeniu. Lekcje WF w szkołach. To był temat dla dziecka, dla absolutnego adepta, dla kogoś kto stawia w zawodzie pierwsze kroki. Nie był to na pewno temat dla niego. Kamil bowiem zajmował się w swojej redakcji tematami kryminalnymi, zbrodnią, oszustwem i kradzieżą przez duże K. Znał policjantów z komendy wojewódzkiej i prokuratorów z prokuratury rejonowej. Często wiedział o sprawcach przestępstw więcej niż ci pierwsi, a na miejscu popełnienie jakiejś zbrodni zdarzało mu się być przed tymi drugimi. Jego praca nie należała do najłatwiejszych, ale nie była także obarczona jakimś specjalnym ryzykiem, naczelny i wydawca bowiem nie domagali się od Kamila, by prowadził śledztwa, od tego byli policjanci i śledczy. On miał jedynie robić interesujące reportaże, takie które zmrożą krew w żyłach najbardziej ospałych mieszkańców miast i miasteczek w całym województwie. I Kamil właśnie to robił. Do dziś. Teraz zaś szedł do swojej starej szkoły, którą ukończył dawno temu, by pogadać z Mirkiem, dawnym kolegą z klasy, a dziś nauczycielem WF o tym, jak teraz wyglądają lekcje wuefu z dzieciakami.

– Źle – rzekł Mirek – kiedy Kamil stanął przed nim i wyłuszczył mu całą sprawę. – Źle to wygląda – powtórzył dawny kompan. – Nie powinni wysyłać Cię na miasto w takich sprawach. No, ale jak już jesteś to siadaj. I Kamil usiadł.

Pogryzając ciastka w kantorku, w którym obaj przed laty układali piłki do koszykówki siedziało naprzeciwko siebie dwóch kolegów. Nauczyciel i dziennikarz. Ten pierwszy mówił, a drugi słuchał z uwagą. Ten pierwszy opowiadał o tym, że dzieci mają fatalną kondycję, że nie chcą ćwiczyć, a cała sprawa wygląda znacznie gorzej niż przed piętnastu laty. – Nie sposób dziś utrzymać dyscypliny na lekcjach – mówił Mirek – nie ma żadnej sankcji. O tym by ukarać kogoś staniem w kącie nie może być nawet mowy. Nie ćwiczy ponad połowa uczniów. Mają jakieś dziwne zwolnienia i wszyscy wyglądają tak jakby poprzyrastali palcami do myszy komputerowych. Nie istnieje współpraca z rodzicami. Przeciwnie – rodzice wolą, by ich dziecko nie uczestniczyło w zajęciach WF, bo się tam męczy. Wolą, żeby zamiast w zajęciach sportowych brało udział w lekcji gry na skrzypcach, a niechby nawet było głuche muzycznie.

Kamila dziwiło to wszystko, ale w miarę jak Mirek mówił przekonywał się, że to co wydawało mu się błahostką nie wartą uwagi staje się tematem. Może nie tak mocnym jak tematy kryminalne, ale tematem społecznie ważnym, istotnym dla sporej grupy ludzi, tematem, w którym jest konflikt i strony tego konfliktu są wyraźne, racja zaś – jak w prawdziwej tragedii znajduje się po trochu po każdej ze stron. Słuchał więc Kamil uważniej i notował pilnie, miał bowiem zwyczaj zapisywania wszystkiego, a nie nagrywania na dyktafon, który zwykle peszył rozmówców. Kiedy skończył i pożegnał się z Mirkiem, było już późne popołudnie. Ruszył do domu, by spisać swoje spostrzeżenia na gorąco i umówić się na rozmowy z rodzicami dzieciaków, które chodziły regularnie na sportowe zajęcia i z takimi, którzy swoim pociechom udziałyu w tych zajęciach wzbraniali. Nie było to trudne i po dwóch dniach reportaż o tematyce społecznej dotyczącej edukacji i kultury fizycznej był gotowy. Kamil przesłał go wewnętrzną pocztą do naczelnego i czekał na jego reakcję. Był pewien, że tekst się spodoba, bo wszystko było w nim takie jak trzeba. Był kawał prawdy o życiu, byli bohaterowie, był autentyczny problem do rozwiązania i pointa dająca nadzieję na przyszłość. Czegóż więcej mógłby chcieć redaktor dużego regionalnego tygodnika od swojego najlepszego pracownika? Chyba tylko tego, by zawsze przynosił mu takie teksty.

Kiedy zadzwonił telefon na biurku Kamil był pewny, że to szef i nie pomylił się. Kiedy szedł do gabinetu, w którym zwykle odbywały się kolegia redakcyjne minę miał odpowiednią i był pewny swego. Nic nie mogło zmącić jego przekonania o tym, że odwalił kawał dobrej roboty. Kiedy jednak otworzył drzwi i zobaczył twarz redaktora naczelnego coś czarnego załopotało w jego sercu i wkradł się tam niepokój właściwy tylko sytuacjom naprawdę trudnym i dramatycznym.
– Siadaj – powiedział szef nie podnosząc się zza biurka. – Siadaj i słuchaj. Kamil usiadł więc i patrząc uważnie na chmurne oblicze naczelnego uroczyście obiecał sobie, że będzie słuchał uważnie.

– Ten tekst nie może tak wyglądać – rzekł redaktor naczelny – to jest słaby materiał i zła koncepcja.

– Nie rozumiem – rzekł na to Kamil, który rzeczywiście nie rozumiał. Do tej pory bowiem takie teksty i takie koncepcje uchodziły za dobre, jeśli nie wręcz wyśmienite.

-Czego nie rozumiesz? To jest źle wykonana praca. Tu są same przygnębiające informacje. Jacyś ludzie z kupą forsy na koncie zabraniają dzieciakom chodzenia na SKS? Co to za wiadomość? Wolą, by dzieci uczyły się francuskiego, albo grały na pianinie? I według ciebie to jest problem? Chcesz mówić ludziom, jak mają wychowywać swoje dzieci? Żartujesz. Moje dziecko właśnie chodzi na francuski, a od przyszłego miesiąca żona zapisze ją jeszcze na hiszpański. Języki chłopie to przyszłość, nie wiesz tego?

W tym miejscu głos naczelnego zabrzmiał szyderczo.

– Ale kiedy te dzieci rosną na kompletnych lewusów – próbował bronić się Kamil

– Lewusów? – naczelny nawet nie próbował ukrywać irytacji. – Moje dziecko rośnie według ciebie na lewusa?

– No, nie – Kamil zmarkotniał – twoje może akurat nie.

– Jak to nie? – Naczelny był już pewien swego – przed chwilą tak powiedziałeś – te dzieci rosną na lewusów. Nie wycofuj się teraz.

– No przecież się nie wycofuję

– A więc jednak! Jednak uważasz, że moja Klaudia rośnie na lewuskę. No tak. Wiesz, nie spodziewałem się tego po tobie. Musisz ten tekst poprawić. Chcę, żeby był optymistyczny, nowoczesny i jednocześnie prawdziwy. Chcę, żebyś napisał tu o nowych formach fizycznej aktywności, którym oddaje się dziś młodzież, żebyś spotkał się z ludźmi uprawiającymi parcour.

– O matko – pomyślał w tym momencie Kamil

– Tak właśnie – parcour – ciągnął naczelny – żebyś opisał zajęcia nowatorskie, dynamiczne i ekstrawaganckie, jak choćby biegi z psami na rowerach. Słyszałem, że w niektórych szkołach mają takie zajęcia na wuefie.

– Biegi z psami na rowerach?!!! – Kamil nie wytrzymał – jak sobie wyobrażasz trzydziestkę dzieciaków jadących po ulicach na rowerach ciągniętych przez psy! Kamil słyszał swój głos i wydawało mu się, że jest ciut za bardzo podniesiony, ale było już za późno.

– Jak sobie wyobrażasz bezpieczeństwo tych dzieci, albo zdrowie tych psów? A co jeśli jeden dzieciak ma jamnika, a drugi owczarka kaukaskiego? Ten jamnik także ma ciągnąć rower?! Zastanów się! A jeśli psu przyjedzie nagle ochota skorzystać z drzewka to co? Co wtedy, kiedy będzie to ten owczarek kaukaski, który rozwali ten cały peleton, bo będzie chciał unieść nogę pod jedną z lip na ulicy Sienkiewicza!? Kamil dokładnie słyszał, że krzyczy na swojego szefa, ale nie mógł się już opanować. – Nie zmyślaj bardzo cię proszę – dodał na koniec już spokojniej, choć wiedział, że nie ma już żadnej siły na tym świecie, która uratowałaby jego posadę w tej gazecie.

– Żądam – rzekł naczelny – żądam, żebyś mnie przeprosił.

Kamil stał i nic nie mówił. Może gdyby był nieco starszy, może gdyby temat, tak zwyczajny i prosty nie spodobał mu się, może wtedy powiedziałby przepraszam i cała sprawa rozeszłaby się po kościach. Kamil jednak nie chciał przeprosić swojego szefa. Uważał bowiem, że są granice za które człowiek wolny i świadomy swych możliwości nie powinien zapuszczać się nigdy.

Nie – powiedział więc stanowczo – nie przeproszę cię nigdy, bo gadałeś bzdury, a co najgorsze dobrze o tym wiesz.

– Wyjdź – powiedział naczelny blady jak ściana – wyjdź i zabierz swoje rzeczy z biurka.

I Kamil wyszedł. Nie był smutny, ani markotny, bo przypomniał sobie to wszystko co wydarzyło się w czasie ostatnich dni. I dotarła do niego prawda bolesna w swojej oczywistości. Ta mianowicie, że naczelny miał już kogoś na jego miejsce. Inaczej przecież nie przydzieliłby mu takiego „zwyczajnego” tematu i nie zrobiłby przed nim całego tego przedstawienia.

  2 komentarze do “Tajemnica srebrnego gryfa (3)”

  1. Coryllusie, czy Ty się przypadkiem nie rozstałeś w ten sposób z jednym ze swoich szefów? Bo opis jest tak realistyczny, rysunek psychologiczny tak pogłębiony, że nie sposób tego wszystkiego wymyśleć, siedząc sobie ot tak przed komputerem.

  2. Nie, ja po prostu jestem malarzem realistą z natury;-)

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.