sierpień 212020
 

Dwie kwestie stanęły tu ostatnio, dwie szalenie ważne kwestie, od których zależy nie tylko dobre samopoczucie, ale także prosperity całego naszego interesu. Mam wrażenie, że nie zostały one zrozumiane nawet w połowie. Gdyby bowiem tak było, wszyscy opowiadaliby sobie żarty. Tymczasem mamy sytuację inną. Wielu lamentuje, inni oczekują wyjaśnień, a niektórzy są zniesmaczeni.

Zacznę od kolejnego ważnego rozróżnienia, które udało nam się tu w mozole wypreparować. Kolejnego w długim ciągu odkryć, jakie są za nami i jakie na zawsze z nami pozostaną. Owo rozróżnienie dotyczy kaznodziejstwa i czynu. To nie jest jak przypuszczam przypadek, że mamy prawdziwy wysp kaznodziejów, którzy usiłują skupić uwagę absolutnie wszystkich, od starszych pań poczynając na małoletnich kończąc. Nie jest także przypadkiem to, że z tego kaznodziejstwa nic nie wynika. To znaczy ono nie owocuje tak, jak zaowocował kiedyś czyn Maksymiliana Kolbe. Tak a propos, czy ktoś w ogóle słyszał kiedyś jego głos? Czy są jakieś nagrania tego głosu? Gość zmontował radio, prowadził autorskie programy, ale nikt nie zarejestrował jego natchnionego głosu? Dlaczego? Być może on sam nie uznał tego za właściwe, skupiając się na tym co tworzył. Uznał, że nagrywanie swojego głosu mogłoby być uznane za kokieterię. Ja nie wiem tego z całą pewnością, snuję tylko przypuszczenia.

Możecie być za to pewni, że kazania i prelekcje wszystkich współczesnych kaznodziejów, tak świeckich, jak i duchownych, zostaną zarejestrowane i będą przechowywane przez całe lata. Po to, by wreszcie trafić na śmietnik. Kaznodzieja jest z istoty populistą, choćby nie wiem co mówił i na jakie świętości się powoływał. Jeśli nie słowom nie towarzyszy jakiś czyn, one się dewaluują bardzo szybko i zostaje z nich…w zasadzie nic nie zostaje….tyle ile z mądrości umieszczanych w prozie Mroza Remigiusza, albo Bondy. Kaznodziejstwo zaś, szczególnie wędrowne, jest pułapką na prostaczków. I to można udowodnić wskazując tysiączne przykłady z przeszłości. Jest też pewnym modus operandi, który narzuca się bardzo nachalny sposób ludziom, próbującym zmierzyć się ze złem. Kiedy czują, że im nie idzie, albo czegoś w tej walce brakuje, często bywa tak, że zjawia się kaznodzieja i podsuwa gotowe odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. I każda jest trafiona.

Podkreślmy więc – czyn, dokonanie, nawet niewielkie, w wymiarze indywidualnym, ma zawsze większe znaczenie niż prelekcja. Większość bowiem kazań wygłaszanych dziś przez kaznodziejów, trudno doprawdy nazwać homiliami.

Teraz kolejna kwestia. Dyskutujemy tu sobie o ironii. O tym, jak jest ważna, potrzebna, albo wręcz konieczna dla ochrony przed złem. I mówimy też o tym, że zło potrafi być mistrzem ironii, a do tego stworzyło pewną tradycję ironicznej polemiki. I to jest tradycja oświeceniowa. Tradycja Woltera, jeśli rzecz uściślimy. To są stare, znane zagrywki, które prowadzą człowieka na manowce, ale ile można się przy tym pośmiać? Ho, ho, tak, tak…Z tej polemicznej mechaniki, którą dawno temu zaproponowało oświecenie, korzystają dziś w zasadzie wszyscy. My zaś patrzymy na to i nie wiemy co powiedzieć, bo niby mamy być święci, ale w tamtych wywołuje to jedynie śmiech. Ktoś może się nawet z tego tytułu zacząć przygotowywać na męczeństwo, ale przecież wiemy, że do męczeństwa jest daleko i ono nie przychodzi nigdy do przygotowanych. A jak ktoś się za dugo przygotowuje i za dużo o tym gada, robi z siebie prostego durnia. I wtedy właśnie następuje moment krytyczny, którego my w żaden sposób nie potrafimy skojarzyć z ironią – pojawia się sojusznik w tej walce ze złem i jest to zawsze kaznodzieja. On zna odpowiedzi, on wie, w jakich diapazonach emocji przyjmować szyderstwo i on poprowadzi za rękę zagubionych. A dokąd? Już tłumaczę – do takiego specjalnego corralu dla bydła rogatego, gdzie w zamkniętej przestrzeni stłoczeni są wszyscy kaznodzieje tego świata, otoczeni przez grupki swoich wyznawców. I my tam także trafimy, a nie dość, że trafimy, to jeszcze będziemy mieli poczucie, że dokonaliśmy słusznego, a także – co o wiele ważniejsze – poważnego wyboru. Przykładów, że tak to właśnie wygląda jest mnóstwo. I nawet jeśli próbujemy się bronić ironią, to jesteśmy ciągle w tej, opisanej wyżej przestrzeni zamkniętej, gdzie nie ma ona niestety żadnej wartości. Wywołuje jedynie dysonanse i powoduje, że kaznodzieje kontrolujący tę zamkniętą przestrzeń mają do ironistów pretensję, że nie zachowują się stosownie. Czy słuszną? Nie, bo to oni są zatrudnieni na etacie pasterzy tego stada i oni pilnują, za pomocą głoszonych treści, głębokiego głosu i „odkrywczych” myśli, paraliżujących czyn, by nikt, ale to nikt nie wydostał się na zewnątrz. Tam zaś zawodowi ironiści, pozostający na etatach w bardzo poważnych i oferujących dobre warunki instytucjach, dwoją się i troją, byśmy nie mogli powiedzieć nic, na co oni nie mieliby już gotowej prześmiewczej, albo głęboko mądrej choć ironicznej odpowiedzi, lub po prostu nie wyrazili zgody.

Musimy wyjść zza tego ogrodzenia, a to oznacza, że musimy kopnąć w dupę kaznodziejów. I w ogóle ich nie słuchać. Nie prowadzą oni nas bowiem do wolności, ani tym bardziej do świętości. To jest złudzenie. Przyjdzie taki dzień, kiedy wszyscy ci ludzie, brodaci i gładko wygoleni, otrzepią pył z szat, zejdą z tych skrzynek po jabłkach i piwie, na których stali, spakują do ceratowych teczek swoje notatki i równo, łamiąc nieco krok, w końcu dawno nie maszerowali pod miarę, opuszczą nasz corral. Zostaniemy sami. I wtedy dopiero okaże się co się stanie, nie będziemy przygotowani na nic, ani na męczeństwo, ani na polemikę, ani na ucieczkę. Będziemy tylko stać i zastanawiać się co z nami zrobią. Chyba nic złego, przecież przez tyle lat uważnie, w skupieniu, z powagą, słuchaliśmy kaznodziejów.

Nie wiem co Wy zrobicie, ale mnie tam z całą pewnością nie będzie, uważam, bowiem, że trzeba przede wszystkim działać i nie wierzyć nikomu, kto nie ma za sobą jakiegokolwiek, minimalnego choćby dorobku, a tym bardziej nie należy słuchać kogoś, kto porzuca czyn dla samego tylko gadania i uważa, że dokonał słusznego wyboru.

Nie zamierzam też pozwolić na to, by ktokolwiek z wielkich ironistów, prześmiewców i sprzedawców memów, kolportowanych przez media, czuł się w mojej obecności swobodnie i bezpiecznie. To jest jedyna, jak sądzę i właściwa droga, dla kogoś, kto wymyślił sobie, że będzie żył z pisania i polemik.

  12 komentarzy do “Tak bardzo chcą być święci, że zapominają się uśmiechać”

  1. Kaznodzieja na skrzynce to już prehistoria. Obecnie kaznodzieja musi mieć telewizje.  Hołownia miał TVN, Chojecki ma „Pod prąd” ☺

  2. Jednak w komunikacji z narodem coś drgnęło.

    Dobrze, że nie ma już defetystycznej, radiowej „trujki”.

  3. Trujka to moim zdaniem najmniejszy problem

  4. Mam alergię na oświeceniową ironię, bo wolterianski dowcip, mimo pozoru francuskiej lekkości, wykazuje właściwości cepu, dlatego jest to poręczna broń dla korpoludzi, ale nie dla normalnych. Są do wyboru inne tropy. Moim ulubionym jest oksymoron, który chyba daleko prowadzi, skoro Chińczycy ograli nim Amerykanów. Ameryka, Meiguo, Piękny Kraj, jak to się tłumaczyłoby dosłownie,  a to z kolei hiperbola, z odcieniem ironicznym. Mamy pełną gamę, nie idźmy do corralu.

  5. stałe działanie:  obśmiać, szydera, pauperyzować, wyeliminować zamykając w zagrodzie i chyba nie myślą nas opuszczać, raczej gruntują dno czyli testują ile wytrzymamy

    W jednym ze swoich wykładów prof. Kucharczyk powiedział, że sam Bolesław Bierut, nie uwierzyłby, że „to”  pójdzie tak szybko a zapewne ludzie  B.Bieruta miał zasługi w pracach archiwizacyjnych radiowęzła w Niepokalanowie

    No ale wszystkie szkoły z frankfurcką na czele nie tracą nadziei , działają, perswadują,

  6. No ten ruch to jakaś kompletna paranoja jest. Radio o słuchalności 4% i pikujące w dół będzie znowu na tapecie wszystkich, bo beton PiS w osobie Czabańskiego będzie teraz wszystkim potencjalnym ugodowcom po tamtej stronie pokazywał, że nie ma mowy o żadnej kohabitacji, tylko będzie wycinanie kadr do gołej ziemi (których z resztą nie ma ani kim ani po co zastąpić). Ja rozumiem że tu ziobryści biją się o schedę po Kaczyńskim z gowinowcami, ale to jest duży błąd strategiczny. Pokazywać że nie ma sensu się z nami umawiać bo i tak nie dotrzymujemy umów. To po co ktokolwiek z tamtej strony ma dezerterować i przechodzić do PiS? Pod tym względem POKOty przyjmujące w swe szeregi kogokolwiek, nawet „faszystę” jak Giertych wykazują się jakimś minimalnym poziomem pomyślunku.

    Oczywiście dziury w niebie z tego nie będzie, bo PR3 nikogo nie obchodzi, ale długofalowo ani nie da się zbudować sensownej machiny propagandowej kierując się zasadą „BMW” ani nie da się w nieskończoność mobilizować rezerw elektoratu przez polaryzację, zwłaszcza w perspektywnie „drugiej fali covid”.  Nieprawica w końcu wynajdzie jakiegoś centrowego frontmena (np Gowin:)) i może być niewesoło. Z resztą pełnia władzy (S+S+P+TK+SN) oznacza, że nie da się już zwalać winy na impossybilizm.

    Chciałoby się powiedzieć „nie mój cyrk, nie moje małpy” ale niestety to nie jest tak do końca prawda

  7. Kaznodzieja i prostaczek czyli Láska nebeská a pozemská

  8. Pod tym względem POKOty przyjmujące w swe szeregi kogokolwiek, nawet „faszystę” jak Giertych wykazują się jakimś minimalnym poziomem pomyślunku.

    Podobne kwestie wypowiadano już przed wyborami jewropejskimi w 2019. Pamiętam jak w ten sposób przekonywał mnie jeden profesor, że to już tuz tuż i będzie zatopienie PiSu. Bo on wie jak to wszyscy przechodzą, odchodzą i że się tam sypie. No a potem były kolejno trzy elekcje, w których to właśnie POKO zostało trochę podtopione (mimo ogromnej przewagi medialnej i wsparcia Brukseli/Berlina/Paryża). A proroctwa wylądowały na śmietnkiu.

  9. ten koncereyra to taki jakby prorok mniejszy a nawet całkiem mały (w pomyślunku)

  10. te prostacze zwyczaje ludu to czelendż z wysokim współczynnikiem ryzyka

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.