Paź 192018
 

Jeśli komuś się zdawało, że na telefonach szaleńców się skończy, ten się niestety pomylił. Oto już dwie poważne firmy próbowały zarezerwować pałac w Tłokinii w terminie 8-9 grudnia, z przeznaczeniem na firmową wigilię. Strach pomyśleć co by było, gdybyśmy zaczęli organizować nasze konferencje w pobliżu świąt kościelnych, ale tych niewolnych od pracy. Poważne korporacje zaczęłyby świętować Matkę Boską Zielną i Gromniczną, a świętujących dowożono by na miejsce specjalnymi autobusami i byliby oni wystrojeni w specjalne berety z antenką.

Ponieważ robi się poważnie, muszę wyraźnie powiedzieć, że żadne prowokacyjne zachowania, nawet jeśli będą one udziałem osób, które zapłaciły za udział w konferencji nie będą tolerowane. Ja potrafię wyrzucać ludzi za drzwi nawet takich, co im się zdaje, że akurat ich wyrzucić nie można. Mam w tym sporą praktykę. Na sali będą trzy kamery, a także ludzie zaufani, którzy zarejestrują wszelkie nietypowe zachowania, a potem nagrania te umieścimy w sieci. Jeśli komuś się to nie spodoba, niech idzie do sądu i tam dochodzi swoich praw. Ponieważ mam już doświadczenia z szaleńcami i prowokatorami na imprezach otwartych, pora wzbogacić je o nowe, tym razem z imprez zamkniętych.

Teraz pora na omówienie szczegółów misji. Jestem przekonany, że propozycja organizowania zamkniętych imprez seminaryjnych jest właściwa. Poznajemy to także po tym co napisałem wyżej i po tym co zostało opisane przedwczoraj. Poza tym formuła ta uchroni nas przed posądzeniem o frajerstwo i zidiocenie, o co bardzo łatwo, jeśli człowiek próbuje składać ważne dla siebie i grupy, z którą się identyfikuje deklaracje czyniąc to w przestrzeni otwartej. Mam przed sobą dwa rodzaje druków. Pierwsze to ulotki wyborcze kandydatów do rady miasta i powiatu Grodzisk Mazowiecki. Co drugi z tych gamoni zainteresowany jest propagowaniem wartości patriotycznych, a są nawet tacy, którzy byli u samego schyłku komuny przesłuchiwani na SB i się nie dali złamać. Prócz patriotyzmu, przyszłych radnych interesuje także historia i przeszłość narodu. Wiemy oczywiście, że to są kłamstwa i jedyne, co tych ludzi interesuje to stały dopływ gotówki, którą będą dostawać za tak zwane bicie piany. Teraz omówię drugi rodzaj druku. To jest katalog firmy Mennica polska wypuszczającej na rynek różne numizmaty. Na pierwszej stronie mamy propozycję zakupienia pamiątkowych medali ze srebra o wadze odpowiednio – 4 i 10 kg. Jest tam umieszczony wizerunek tego medalu, który flankują portrety Piłsudskiego i Dmowskiego. Pomyślałem – jakie to podobne do okładki nowej Baśni socjalistycznej. Tam też są portrety Piłsudskiego i Dmowskiego, ale między nimi nie ma medalu tylko gwiazda Dawida. To jest bliższe prawdy moim zdaniem niż ta okładka Mennicy polskiej. Zastanawiam się też po co komu 10 kilogramowy srebrny medal? Jego istnienie oznacza bowiem tyle, że srebro jest tańsze od papieru, a wartością podstawową i najważniejszą pozostają nadal technologia i praca. Czy taki medal może być pamiątką dla przyszłych pokoleń? Sądzę, że nie. Kiedyś, w roku 1980 kupiłem sobie w Kazimierzu Dolnym srebrny medal z papieżem Polakiem. W luksusowym etui. Taki miałem kaprys. Wala się on do dziś gdzieś po podłodze i wygląda już raczej komicznie, bo wartość misji Jana Pawła II nie wyrażała się w biciu srebrnych numizmatów. To zwykle czynią różni biznesmeni, co to poważnie traktują swój fach i nie wiedzą, że tak zwane szlachetne porywy i deklaracje służą temu jedynie by wycisnąć z frajerów parę groszy. To właśnie łączy ich z kandydatami na radnych i posłów. Nie twierdzę, że ze wszystkimi, ale ze sporą ich liczbą.

W radio natomiast premier Morawiecki opowiada o budowie Muzeum Historii Polski, w którym zgromadzone będą eksponaty świadczące o wielkości narodu i jego umiłowaniu wolności. Jednym słowem znajdą się tam wszystkie te oszustwa, z którymi się przez wieki nie mogliśmy uporać i które doprowadziły nas na skraj katastrofy. Bo premier też wie przecież, że to tylko tak dla pucu, dla mas ta gawęda o patriotyzmie, a liczy się coś zupełnie innego. Zrezygnować z niej jednak nie potrafi i nie chce, bo to jest w ogóle poza jego wyobraźnią. Wobec tak spozycjonowanych wartości, każdy kto zabiera się za wydawanie, pisanie i propagowanie treści uważanych za propaństwowe, patriotyczne, prawicowe czy jakieś podobne musi być z miejsca uznany za frajera, co wchodzi w paradę czynnikom oficjalnym. Może być też uznany za agenta obcego mocarstwa, który chce storpedować oficjalną, zadekretowaną formułę w jaką opakowuje się przeszłość i ją sprzedaje. No, ale nie sposób przekonać ludzi by zaprzestali takiej aktywności, albo uczestniczyli w niej tylko w proponowanych przez czynniki oficjalne formułach. Widząc jednak co się dzieje i jakich narzędzi używa się do promowania historii ludzie inteligentni rezygnują z tej rozrywki, bo ona jest poniżej ich godności. Zostają durnie i entuzjaści. My jesteśmy wyjątkiem, a trzymamy się tylko dlatego, że posiadamy osobną przestrzeń. I do tego jeszcze wyrąbiemy są sobie teraz w tak zwanym realu. Cel misji zaś jest taki, by mówić i robić rzeczy poważne, konkurujące z treściami jawnie Polsce i Polakom wrogimi, ale nie popaść przy tym w zidiocenie i zdziecinnienie. Bo te ostatnie przypadłości kończą się w naszych okolicach katastrofami, bynajmniej nie łagodnymi. Wszelka więc „ułańskość” będzie u nas tępiona, wszelkie nawoływania do szarży na bagnety, pokazywanie ran kłutych i ciętych pozostałych po przesłuchaniach na SB takoż.

Co zaś będzie promowane? Historia Polski chrześcijańskiej, a także treści takie, które w sposób jawny oraz mniej jawny z tą historią się łączą. Odrzucamy tradycję socjalistyczną, która zwyciężyła w Polsce w XX wieku, a po wojnie przerodziła się w zdegenerowaną całkiem tradycję komunistyczną, połączoną z wielką chęcią życia i użycia. Chcemy powrotu do tradycji dawnej. Dawnej to nie znaczy, że wszyscy mamy od razu chodzić na nabożeństwa tradycyjne, choć wielu z nas tak czyni. Mam na myśli dawną tradycję polityczną, a to znaczy taką, która łączy się, do dziś nie wyjaśnionymi i ukrytymi więzami z innymi europejskimi tradycjami politycznymi, u podstawy których znajduje się doktryna chrześcijańska. Zaczęliśmy od tekstów francuskich, ale dziś dostałem niezwykle ważny list z Hiszpanii. Potrzebujemy zawodowego i bardzo sprawnego tłumacza tego języka. Podkreślam – bardzo sprawnego. W takich mniej więcej kierunkach będziemy się rozwijać, co z tego wyniknie zdecyduje Pan Bóg. Nam pozostaje jedynie przykładać się do pracy.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

  33 komentarze do “Tłokinia – o szczegółach misji”

  1. Komentarz w kwestii dan jarskich o tym, jak male misie grymasza i jak duze misie sobie z tym radza.

    Najpierw utwor literacki:

    Nie ma nic milszego, niech, kto chce mi wierzy,
    Niż rodzinny obiad w sielskiej atmosferze,
    Obrus świeży leży, starsi znad talerzy do młodzieży
    Szczerze szczerzą się.

    Wujek Leon z punktu ku kuzynkom czterem,
    Z odpowiednim żartem zmierza, czy duserem,
    Dziadzio je z orderem, kuzyn z profelerem,
    Ciocia tartym serem sypie w krąg.

    Tak co dnia obiad trwa, wdzięków moc w sobie ma.

    Obserwować można choćby z przyjemnością
    Jak się wujek Leon zawsze dławi ością,
    Czyni to z godnością, rzeczy znajomością,
    Wuj z natury powściągliwy jest.

    A ciotunia w każde danie wciąż sypie ser, tarty ser, żółty ser,
    Bo pasuje do wszystkiego tarty ser,
    Czasami kuzyn co ma profeler,
    Twierdzi, że to jest nie fair.

    A dziadunio tak zabawnie gryźć umie wąs, prawy wąs, prawy wąs
    Bo przeszkadza mu w konsumpcji, prawy wąs
    Kuzynki mają przez to oczopląs,
    Nie chcąc sosów tknąć ni miąs,

    Bo jak się na dziadzia zapatrzą to … przepraszam.

    Ciocia chciała kiedyś skonać na anewryzm
    Bo dziadziowi nagle order wpadł w ordewry 
    I na pół go przegryzł podśpiewując:
    „Everybody love somebody – smaczne to!”

    Tak to w atmosferze sielskiej i intymnej
    Zwykł przebiegać zwykle obiad nasz rodzinny,
    Wuj się dławił siny, kuzyn robił miny,
    I ciociny tarty ser mdlił nas.

    Mdliłby tak do dziś dnia, gdyby nie sprawa ta…

    Że raz dano zraz, czy bitki zdobne w nitki,
    A do zrazu zrazu chrzan, a potem grzybki,
    No i przez te grzybki, chłód rodzinnej kryptki,
    Nazbyt szybki dał obiadkom kres.

    Interpretacja utworu (wiążąc rano krawat przed lustrem)
     
    Wojciech Młynarski w charakterystyczny dla siebie sposób drwi z faktu, że nie ma już w Polsce arystokracji. Śmieszna sprawa, HAHA!, no bo wiecie – oficerowie sami się wystrzelali w Katyniu, a szlachta, hehe, grzybkami się zatruła… Był taki jeden, co sobie przypomniał, że miał obraz, „Damę z łasiczką” i zawracał głowę, uparciuch, a tu patrz, jacy złosliwi są ci ludzie, jeszcze mowią, że minister w kradzionym pałacu miesza herbatę kradzioną łyżeczką z inicjałami właściciela i, kurczę, jest kłopot. Ach, jakby się przydał dzisiaj mistrz Wojtek! On to by zaraz wymyślił jakąś humorystyczną pioseneczkę wpadającą w ucho i sprawa byłaby załatwiona. Nikt nie śmiałby potem głowy zawracać jakimiś duperelami! No, ale pana Wojtka nie ma, więc minister chcąc, nie chcąc musiał sięgnąć do kieszeni po drobniaki i wyciągnąć sto milionów euro dla natręta, żeby przez tego gościa od obrazu Leonarda jakiejś większej zadymy nie było, bo jeszcze mogłoby się wydać, że całe państwo jest bandyckie, kradzione i cywilizowanych podstaw do istnienia nie posiada ani nawet porządnego aktu  urodzenia i w ogóle lipa, nic, a tu przecież 100-lecie niepodległości idzie i trzeba się szykować do świętowania! Nowy garnitur zamowić, małżonkę do fryzjera wysłać, a nie tam jakieś łasiczki… Dobrze, że obiecał, że jego noga w „tymkraju” więcej nie postanie, tylko bierze forsę i od razu czmycha do Liechtensteinu, to może się nie wyda i nie trzeba będzie tłumaczyć, że były jakieś wojny, rozstrzelania, konfiskaty, represje po wojnie, a majątki przecież zostały i spadkobiercy też. Ta wersja z grzybkami jest po prostu najlepsza! Te sto baniek wrzuci sie w deficyt i gra, cicho sza… Ech, Piotrek, Piotrek, ty to masz łeb… Po prostu jesteś the best! 

  2. El jefe respetable del editorial como este aqui deberia disponer con conocimientos linguales basicos en alcance de por lo menos cinco lenguas extranjeras – opino yo. Y ahora que?…

  3. Myślę, że Szanowny Szef Wydawnictwa po prostu przegoni Pana wreszcie na jakieś ptasie pastwisko, tam gdzie jest Pańskie miejsce…

  4. Trzeba sie uczyc jezykow, nie ma rady. Hiszpanski jest prosty, w Polsce stosunkowo popularny i nie powinno byc problemu ze znalezieniem sprawnego tlumacza, ale jest taki haczyk, ze im prostszy jezyk, tym bardziej wieloznaczny i trzeba znac konteksty, wiec nalezaloby jedynie zadbac o wielokrotne sprawdzenie tlumaczenia.

  5. Szanowny organizatorze, proszę pomyśleć o materiałach konferencyjnych albo chociaż pokonferencyjnych dla uczestników. Obojętnie w jakiej formie. Brak takowych z zapewnieniem, że oficjalne nagranie całości nigdy nie ujrzy światła dziennego i z zakazem nagrywania we własnym zakresie zniechęca do uczestnictwa. Waham się wraz z bratem z akcesem własnie z tego powodu. Wyjazd z domu około 4 rano, plus ograniczone zdolności percepcyjne malejące z każdą kolejną godziną wykładów spowoduje że niewiele intelektualnie wyniosę z tego spotkania, a nie będzie możliwość późniejszego przestudiowania treści prelekcji. Właśnie słucham trzeci raz w tym tygodniu syntetycznego wykładu Pana dr Modzelewskiego o starożytności wygłoszonego w ramach akademii radia WNET. Zaznaczam,że jestem historykiem z wykształcenia i mimo tego, albo właśnie dlatego za każdym razem słyszę nowe informację.

  6. Szanowny Towarzyszu Walterze von der Vogelweide!

    Niniejszy imformuję Pana, iż sympatyzuję z myślą @raven59.

    Kilka dni temu wykazałem Panu  niejakie trudności z przedstawianą przez Pana argumentacją bazującą li tylko na (nie)znajomości słówek niemieckich.

    Pamiętam jeszcze z podstawówki upominającą wypowiedź naszej polonistki: „Nie wystarczy mówić, trzeba mieć jeszcze coś do powiedzenia.”

    Za pozwoleniem, chciałbym poddać to Panu pod rozwagę.

  7. Ale mnie wkurzają te firmowe wigilie. Robiliby opłatki po Bożym Narodzeniu!

  8. Jezeli odpowiedz dotyczy komentarza po hiszpansku, to niekoniecznie trzeba miec cos samemu do powiedzenia. Podstawowa znajomosc jezyka przydaje sie do ogolnej oceny i sprawdzenia, czy tlumaczenie jest prawidlowe, a wiec czy KTOS INNY ma cos sensownego do powiedzenia i czy to zostalo dobrze przetlumaczone. Poprawnych tlumaczen moze byc wiele wersji, natomiast wazny jest sens i przekaz zgodny z wlasnym odczuciem. Jest to tez delikatna sugestia w kierunku otwarcia sie na inne jezyki, co Gospodarz wlasnie robi. Komentarz jest jak najbardziej na temat i wobec braku lub malej ilosci innych komentarzy jest jak najbardziej na miejscu.

  9. Krotka pilka: moim zdaniem „Freiheit” to nie jest to samo co „wolnosc”. Zgadza sie Pan, czy ma Pan inne zdanie?

  10. A to dobre o tych prowokacjach. Ktoś coś powie nie tak, to za fraki i kop na pozegnanie. Pan to wie jak skutecznie egzekwować dyscyplinę.

  11. >z przeznaczeniem na firmową wigilię…

    Dla Anglików korporacyjne „Christmas party” bywają jedyną w roku odskocznią od rygorów codziennej pracy (jeśli nie liczyć wycieczek do Krakowa). Nie śledzę akcji #MeToo, ale już wiele lat temu czytałem o procesach, w których kobiety uważały się za poszkodowane.

    Załączam ilustrację z roku 1906 i choć w zamierzeniu dotyczyła ona Rosji, to sądzę, że oddaje skryte marzenia ludu ciężko pracującego w korporacjach.

    Czy tak wygląda wolność?

  12. Odpowiadam obu panom: Georgiusowi i panu Stanislawowi – dokladnie tak wyglada wolnosc, ale w tlumaczeniu na jezyk niemiecki. Podczas jakiegos poganskiego swieta w tym roku w Niemczech, moze to byla noc Walpurgii, ale nie jestem pewien, wrzucono mloda dziewczyne do kolan do kotla z wrzaca woda na scenie podczas festynu. Obserwuje rzeczywistosc i komentuje ja taka, jaka jest. To nie jest moja wina, jesli ktos poczuje sie zaskoczony faktami, ktorych wczesniej nie widzial.

  13. „Liberty” powinno sie tlumaczyc jako „wyzwolenie”. Wolnosc dotyczy swiadomego dzialania zgodnie z wolna i dobra wola i slowo to wystepuje tylko w jezyku polskim. Na zadnym uniwersytecie Wam tego nie powiedza. A teraz mozecie sie na mnie oburzac 🙂

  14. Pojęcie semantyczne słowa „wolność” wymaga zastosowania swoistej dychotomii. Na studiach, w ramach konwersatorium z etyki, ktoś z uczestników rzucił, że „wolność to nie jest samowola”. Zapadło mi to w pamięć i wyryło się mocno.

    W narzeczu wysokogermańskim trzeba byłoby powiedzieć: Freiheit ist kein Selbstwille.

    Z szacunku do naszego Gospodarze i innych Uczestników proponuję, aby jednak zrezygnować z oratorskich zapędów lingwistycznych. Zawsze możemy napotkać mocniejszych od nas. Przywołam w formie parafrazy jeszce raz argument przedstawiony uprzednio: No to co, że mówimy. Czy mamy coś do powiedzenia?

    W moim rozumiemiu, w odróznieniu od wielu innych autorów NASZ GOSPODZARZ MA COŚ DO POWIEDZIENIA!

    Ukłony!!

  15. I powinniśmy to uszanować! Albo zamilknąć!

  16. Zamilcz Walther. W tej sytuacji z niechęcią otwieramy stronę.

  17. Najwyraźniej Walter, po Pańskim ostatnim nokaucie już wstał i się otrzepał.

    …no i na nowo włączyły mu się słowotoki.

  18. A swoją drogą, jest to ciężkie do zniesienia.

  19. Nie czytać po prostu

  20. Z całym szacunkiem – bzdury.
    To jest to, co ładują mapetom w głowę – wasze poglądy oddajcie w ręce EKSPERTÓW, na co wam poglądy – znajdziecie je w opiniach espertów podanych wam do wierzenia. i basta.
    Idąc tym tropem Gospodarz wydawać będzie książki eksperta  profesora Łukasza Święcickiego, i co? I nic. Wszyscy nabiorą wody w usta i przeczytane (wygłoszone) mądrości – co? – nie wiem co – może oprawią w ramki. Ale, broń Boże, wyrażą jakieś swoje zdanie; wara – należy być obeznany ze średnio-górno niemieckim – tfu, z chorobą dwubiegunową, by puścić parę z ust, a co dopiero napisać coś na blogu.
    Bo zaraz odezwie się jakiś Stanisław ze Szczekarkowa.
    Tego typu pogląd uważam za wyjątowo destrukcyjny. No chyba, że aby uznać coś za wyjątkowo destrukcyjne powinienem zostać najpierw znawcą problematyki epidemiologicznej.
    I nie ma to wszystko nic wspólnego z ewentualną koniecznością uzupełnienia wiedzy na temat języka średnio-dolno, tfu – górnoniemieckiego przez Walthera.

  21. Ćwierć wieku temu byłem uczestnikiem angielskich internetowych grup dyskusyjnych. Pewnego razu natrafiłem na problem techniczny, z którym chciałem się podzielić licząc na odzew. Napisałem krótko, że choć w moim kraju są tabliczki zabraniające deptania trawników, to może w Anglii, gdzie zieleń obfituje, nie zakłócę dobrego samopoczucia innych dyskutantów. Nie spotkałem się z życzliwością.

    Może dlatego nie mam nic przeciwko dyletantom na blogach. Nawet jeśli piszą o lingwistyce lub o czarnych i białych kropkach, gdzie miałbym wiele do powiedzenia, gdyby nie…

    No właśnie, na moim podjeździe do garażu miejsce między kostkami upodobały sobie wątłe roślinki. Kupiłem gazową wypalarkę i je usuwam, co wymaga czasu. Nic mi nie przeszkadzają, ale to kwestia elegancji.

  22. pozdrawiam serdecznie !

    jakiś Stanisław

  23. „kto mieczem wojuje …”

    Aby miał Pan jasność, pozwoliłem kilka dni temu sobie na „perskie oko” wobec Walhera, bo w sumie każdy ma prawo mieć „własne odczucia”. Każdy może mieć nawet własny język, tak własny, że zrozumiały już tylko dla siebie samego. Taką sytuację opisał w jednym ze swoich (klasycznych już!) tekstów nestor literatury szwajcarskiej Peter Bichsel (szczegóły patrz post scriptum).

    Walther ma prawo do swoich poglądów, ma prawo je wyrażać – nawet jeśli nie je podzielają. Tego prawa nie chcę mu odbierać. Nie mam też takich uprawnień, ani tym bardziej takich aspiracji.

    Prezentowanie opinii, której celem (nie do końca wyjawionym) jest przekonanie pozostałych do słuszności własnego poglądu, na dodatek za pomocą argumentacji opartej o (nie całkiem poprawnie przedstawione) podobieństwa słów zaczerpnietych z języka obcego, jest jednak … czymś wprowadzajacym w błąd!!! Moja odpowiedź była  „ad rem”, nie „ad personam”

    Proszę zauważyć, że Walther nie zakwestionował mojego wpisu. Zmienił tylko język, na hiszpański!

    Jeśłi dobrze rozumiem Gospodarza, mamy prawo do komentowania i formułowania opinii.  Uczestnictwo w forum poniżej wpisu Gospodarza nakłada na nas jednak obowiazek wystrzegania się oczywistych błędów (począwszy od błędów językowych). Tylko tyle.

    Dziękuję za Pana komentarz. Kreślę się z wyrazami pokornego szacunku

    jakiś Stanisław

    P.S.

    Tytuł oryginalny: „Ein Tisch ist ein Tisch” z tomu Kindergeschichten (rok 1969)

    Tłumaczenie polskie: „Stół to stół” z tomu „Dziecinne historie” (przekład Krystyna Müller) – ukazało się nakładem wydawnictwa Solura.

  24. Mam podobne doświadczenia!

  25. Hmmm… Jeśli to ma być hiszpański to brakuje drugiego znaku zapytania i oba powinny być postawione na głowie.

  26. Paaanie, żeby tylko!. La editorial, disponer de…

    El jefe de la editorial como esta debería disponer de…

    To już trzy byki na dzień dobry.

    Co za trollisko uciążliwe.

  27. Tam są trzy oczywiste byki w pierwszym zdaniu. Opisałam to w komentarzu, ale komentarz zniknął.

  28. Albo się zamkniesz albo cię wywalę, ludzie nie chcą tu zaglądać przez ciebie

  29. Przecież Coryllus to napisał wyraźnie,  po co to powtarzać?

  30. Kurczę to było do Waltera a nie do Stanisława ze Szczekarkowa…przepraszam

  31. Trochę mi się należało!

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.