Lis 172017
 

Jeszcze raz powtórzę – wspomnienia Vollarda powinien przeczytać każdy. Ja wiem, że nie każdy to zrobi, bo większość osób oczekuje treści podanych wprost i jeszcze opatrzonych komentarzem wyjaśniającym, ale nie po to się tu zbieramy, żeby takie akurat treści komentować. Świadom sytuacji w jakiej się znalazł oraz wszystkich mechanizmów sterujących rynkiem sztuki, opowiada nam pan Vollard historie niesłychane. Oto, być może w dalszej części książki coś się zmieni ale nie sądzę, pomiędzy wymazaną farbą łachudrą aspirującą do bycia malarzem prekursorem, a Georges’em Clemenceau nigdy nie stało więcej jak dwie osoby. Przeważnie jest to jeden człowiek, który w każdej chwili może poznać Tygrysa z tym lub tamtym malarzem. Nie każdy malarz chce rzecz jasna poznawać Geogresa i przez to w serca nasze wlewa się nadzieja, że nie wszystko zależało od urzędników i tajnych kamer państwa. Pamiętamy, że taki Degas, uważał iż Dreyfus to szpieg i zdrajca narodu, a do tego Żyd. To się nie mogło Tygrysowi podobać. To samo było z Cezannne’em. On chadzał do kościoła i miał różne dziwne, zalatujące kruchtą przyzwyczajenia, choć przecież przez długie lata utrzymywał kochankę zanim się w końcu z nią ożenił. Na Degasa koniunktury nie miały wpływu, bo był bogaty z domu, ale Cezanne miewał problemy. Nie ugiął się jednak i w końcu został tym, jak go nazywa Vollard, mistrzem z Aix. Ja byłem w prawdziwym muzeum raz w życiu jedynie. Było to w Londynie i tam po raz pierwszy zobaczyłem te wszystkie, tak ważne dla europejskiej kultury obrazy. I powiem Wam jedno – Edgar Degas był najlepszym malarzem w ostatnich dwóch stuleciach, a być może nawet w trzech, ale nie mnie to oceniać.

Ciekawie opowiada nam pan Vollard o koniunkturach i gustach klientów, to są najlepsze fragmenty tych wspomnień. Oto zaglądał do niego przez długi czas pewien cudzoziemiec, który dopytywał się, o to jaki malarz jest najlepszy na świecie. Zastanawiał się na tym, nierozwiązywalnym przecież problemem, jak jak w British Museum. Kiedy Vollard nie umiał mu odpowiedzieć na to pytanie, sam na nie odpowiadał, wymieniając nazwiska jakichś malarzy, o których dziś już nikt nie pamięta, a i wtedy nie byli przesadnie popularni. Vollard „załatwiał” dla niego dzieła tych „mistrzów”, on zaś płacił gotówką i po jakimś czasie powracał z nowym nazwiskiem. Pewnego dnia Vollard zaproponował mu, by zrobili loterię – do kapelusza wrzucili karteczki z nazwiskami malarzy i jegomość miał wylosować „najwybitniejszego”. Wylosował van Gogha, którego nazwiska akurat Vollard w kapeluszu nie umieścił, ale za to kartonik z jego nazwiskiem leżał na stole, gdzie nasz handlarz przygotowywał metryczki do obrazów. Jakimś cudem metryczka taka znalazła się wśród losów. I tak to Vincent został najwybitniejszym malarzem u Vollarda. Pan ten zaś zaczął kupować impresjonistów oraz ich następców.

Wkrótce dziwny jegomość przestał przychodzić, ale prawda o nim wyjaśniła się w krótkim czasie. Był to Holender, kompletnie zwariowany, który bez opamiętania wydawał pieniądze rodziny. Przywiózł do siebie płótna zakupione u Vollarda i został natychmiast zamknięty w domu wariatów, gdzie zmarł. Rodzina urządziła licytację tych bezwartościowych według niej bohomazów i wszyscy zostali milionerami. Wśród handlarzy zaś poszedł chyr, że najlepiej do wybierania obrazów nadają się wariaci. Wozili więc niektórzy różnych szaleńców po sklepach i pracowniach, a ci mieli – używając tylko samego instynktu – wybierać dzieła najlepsze, które z czasem przyniosą milionowe zyski. Vollard trochę żartuje, trochę kłamie, nie możemy o tym zapominać, ale mówi też wiele prawdy. Mówi nam na przykład, że wielu malarzy upatrywało swój przyszły sukces w wąskiej bardzo specjalizacji. To miało sens, jeśli ktoś specjalizował się w malowaniu kwiatów, ale był taki artysta, który malował kurczęta i w ogóle drób pałętający się po wiejskich podwórzach. Doszedł w tym do mistrzostwa, ale kariery nie zrobił. O tym bowiem, kto będzie naprawdę wielki decydowali handlarze, no i Tygrys rzecz jasna. Patrząc zaś na rzecz od strony warsztatu naprawdę wielcy byli ci, którzy w swojej pracy dążyli do syntez. Jak na przykład Cezanne.

Mechanizmy sprzedażowe pan Vollard obnaża przed nami bez skrępowania, bo też i nie widzi w tym nic złego. Ja zaś zastanawiam się nad tym dlaczego w Polsce nie działają te mechanizmy i dlaczego nikt, absolutnie nikt nie ma szans na to, by zostać drugim Cezanne’em. Pozostawmy na boku malarstwo i zajmijmy się rynkiem książki. Sprzedaż to sprzedaż i poruszające są sprężyny są podobne. Myślałem o tym wczoraj czytając życiorys i opis najnowszej książki Moniki Rogozińskiej. Otóż my w Polsce, jeśli idzie o rynek książki, obracamy się w kręgu artystów oddających piękno drobiu biegającego po podwórzu i w tym autorzy upatrują sens swojej pracy. Poza tym nie ma tu żadnego Tygrysa, to znaczy nie ma państwa, które miałoby jakiś plan wobec ludzi obdarzonych talentem. Są poszczególni urzędnicy, którzy mają rzecz jasna jakieś plany, ale one dotyczą wyłącznie osób pozbawionych jakichkolwiek uzdolnień, a do tego dotkniętych jeszcze licznymi dysfunkcjami emocjonalno-psychicznymi. Państwo nie jest jednak jedyną organizacją czynną na terenie naszego kraju, która ma możliwości promowania artystów. Jest jeszcze Kościół. Tam jednak sprawa ma się o wiele gorzej, albowiem tam nie ma już nawet sprzedawców malowanych kurczaków. Tam szaleje pani Monika Rogozińska, która przed swoim występem w programie Nowe Ateny nie raczyła sprawdzić jak to było ze św. Andrzejem i ślubami lwowskimi. Ja na przykład nigdy nie zostanę zaproszony na żadne spotkanie organizowane przez diecezję. Mam szansę jedynie w klasztorach, a i to z racji czysto prywatnych znajomości. Dlaczego? Pewien ksiądz powiedział mi to kiedyś wprost – bo ty Gabriel jesteś wulgarny i trudno cię zareklamować biskupowi. Napisałeś tekst pod tytułem „Matka Teresa tańczy na rurze”. To prawda – ja na to – napisałem taki tekst, ale napisałem go w obronie Matki Teresy. – Nie ma to znaczenia – mówi ów ksiądz – liczy się efekt. Oczywiście, że liczy się efekt, ale jeśli biskupom się zdaje, że Tygrys Clemenceau rozprawiłby się z Kościołem we Francji za pomocą malarzy kurcząt to są w błędzie. Oni zaś zatrudniają wyłącznie takich. I jeszcze święcie wierzą, że coś odwojują. Jeśli zaś nędza jest tak wielka, że bije po oczach, to przywołują zaraz Matkę Bożą i mówią, że ona wszystko za nich załatwi. Ja bym nie był tego taki pewien, a widok pani Moniki Rogozińskiej wymachującej swoją książką zatytułowaną „Polowanie na matkę” tylko mnie w tym utwierdza.

Jeszcze jedna szalenie istotna rzecz mi umknęła, sprawa absolutnie podstawowa. Pomiędzy światem malarzy, światem inwestorów, a światem polityków, była jasno wyznaczona granica. Po jednej stronie było ubóstwo, wytężona praca od świtu do nocy oraz talent, a po drugiej pieniądze i globalne przekręty. Różnica w sposobie życia i bycia gwarantowała ruch w interesie i napędzała koniunkturę. Dawała też wszystkim absolutne i bezwzględne poczucie autentyczności tego w czym uczestniczą. Zarówno malarze jak i politycy oraz stojący pomiędzy nimi handlarze traktowali się poza tym nawzajem serio. To znaczy deputowany kupujący obraz Cezanne’a nawet jeśli nie wierzył w jego poszukiwania warsztatowe, to miał na tyle kultury, by ich nie kwestionować. Żaden z wielkich malarzy XIX i XX wieku nie był protegowanym żadnego polityka. Znajomym tak, ale protegowanym nie. Nie o to bowiem chodziło. Jeśli idzie o pisarzy w Polsce mamy 100 procent pewności, że każdy z nich jest czyimś protegowanym, a to czy oni potrafią napisać ciekawe opowiadanie czy nie nie ma żadnego znaczenia. Świadczy to wyłącznie o tym, że żadna kariera nie jest tu autentyczna i żaden autor z wyjątkiem, tych, których się programowo zamilcza nie jest prawdziwy.

Skąd się biorą autorzy w Polsce? Pominę tych, którzy wysługują się Niemcom, bo na nich szkoda mojego czasu. Skąd się wzięła taka Monika Rogozińska? Napisała o niej wczoraj pantera. To jest pani, która w roku 1993 zakładała w Polsce klub eksplorerów, wnuczka profesora Krzyżanowskiego, tego, który zdewastował naukę o literaturze wdrukowując dzieciom w mózgi tak zwaną sinusoidę Krzyżanowskiego. Najpierw napiszę słów kilka o tym klubie. Należeli do niego w Polsce ludzie tak zasłużeni jak Stanisław Szwarc Bronikowski, żołnierz AK, a potem WiN, który po wojnie odsiedział trochę, a potem znalazł pracę w poczytnym miesięczniku „Dookoła świata”, a telewizja polska pokazywała w niedzielę jego filmy podróżnicze, dużo moim zdaniem ciekawsze niż filmy Tony Halika. Prócz niego członkiem klubu był także Olgierd Budrewicz, a jest nim nadal Zbigniew Święch. Ta ostatnia postać była tu już omawiana. To jest pan, który startował razem z Łysiakiem, ale odpadł z wyścigu, bo wziął się za niewłaściwe kurczaki. Napisał swego czasu książkę pod tytułem „Klątwy, mikroby i uczeni”, która pewnego dnia pojawiła się we wszystkich księgarniach i kioskach Ruchu w całej Polsce. Zalała kraj po prostu, ale publiczność ją zlekceważyła i przez to pan Zbigniew został pisarzem sanatoryjnym. To znaczy jeździł po kraju i spotykał się z kuracjuszami, którym opowiadał głodne kawałki o Napoleonie i jego kochankach. Zwróćmy na to uwagę, bo każdy polski pisarz myśli przede wszystkim o tym, jak dostać się do jakiegoś stałego, sztywnego i wiecznie czynnego systemu dystrybucji o charakterze sieciowym. Pod owe systemy pisane są książki. Tak było ze Święchem, który stracił szansę i musiał się jakoś ratować. Tak jest z Rogozińską, która jest członkiem założycielem Explorers Club i która zajęła kanały dystrybucji kościelnej. Konkretnie zaś te obsługiwane przez paulinów. Ona się nie da stamtąd wyrzucić i będzie malować kurczaki w sutannach, a kiedy sprzedaż poleci na pysk, zabierze się za poprawianie wizerunku Czarnej Madonny. Są także tacy, którzy piszą książki wprost pod zapotrzebowanie bibliotek branżowych lub organizacyjnych. Na przykład dla bibliotek Monaru, co łatwo da się połączyć z bibliotekami szkolnymi, jeśli historia opowiada o nastolatce zarażonej od urodzenia HIV, która ma różne przygody i problemy. To jest literatura społecznie ważna, którą lubią zarządcy kanałów dystrybucji w cywilu. Ci w sutannach mają zupełnie inne preferencje i będą je pielęgnowali do samego końca, to znaczy do momentu, kiedy każą im zdjąć sutannę i się ożenić lub po prostu wypędzą. Oni dalej będą wierzyć, że książka Rogozińskiej pomoże im walczyć ze złem, a ludzie, którzy ją przeczytają doznają olśnienia i zaczną wielbić Matkę Najświętszą całym sercem.

Dlaczego ja się upieram, że intencje Rogozińskiej nie są szlachetne i czyste i nie stoi za nimi nic, poza uporczywą chęcią utrzymania się obszarze pewnej i gwarantowanej sprzedaży? Nikt normalny nie próbowałby się lansować na prymasie i Maryi to chyba jasne. Dlaczego więc Kościół to toleruje? Bo gra na przetrwanie, tak to chyba wygląda z perspektywy Watykanu, u nas zaś dołożyć do tego można jeszcze niepokojącą pewność siebie i spokój, który gwarantowany jest z kolei przez wiernych licznie zapełniających świątynie w niedzielę. Nie należy ich niepokoić treściami, które wywołują dyskusję. Należy im podsuwać treści proste, jasne i klarowne oraz bohaterów o takich samych cechach. Należy im, jednym słowem, pokazywać perfekcyjnie wymalowane kurczaki i kaczuszki, żeby mogli się nimi zachwycać. Gdzie tu miejsce na sinusoidę zapytacie? Już mówię. Oto mamy w górze osi dystrybucję kościelną, opierającą się na takich filarach jak Rogozińska, która realizowana jest poprzez treści zawierające emocje, opisujące bezpośrednie interwencje stwórcy w nasze życie, a także męczeństwo księży. Nie ma tam miejsca na księdza Blizińskiego, bo on się akurat nie załapał. W dole osi macie dystrybucję zawiadywaną przez urzędników państwowych oraz piony resortowe i tam znajdziecie autorów, którzy piszą książki wprost zaspokajające potrzeby branżowe. O policjantach na przykład, albo o złodziejach, albo o nieszczęśliwych i wrażliwych dziewczętach zarażonych HIV. Sprzedaż tego powinna być i w jednym i drugim przypadku dziecinnie łatwa, ale nie zawsze jest. Dlaczego? Bo nie ma Tygrysa, a celem tej działalności jest jedynie upchnięcie tego badziewia po domach i policzenie groszaków. Celem zaś Georgesa Clemenceau było kontynuowanie rewolucji i on się za to zabierał poważnie, za pomocą poważnych ludzi, którym co prawda nie można odmówić poczucia humoru, jak na przykład Vollardowi, ale świadomych celu. O tym w Polsce nie myśli nikt. Wszystkim się bowiem zdaje, że cel działalności literackiej i artystycznej to zapewnienie im świętego spokoju oraz stałych dochodów.

Na koniec jeszcze słów kilka na temat tego klubu eksplorerów. Należy do niego również Wojciech Cejrowski, a Toyah twierdzi wręcz, że to jest organizacja masońska. Ja się na masonach nie znam, ale jeśli w klubie szlachetnych odkrywców znajduje się pan Święch, który badał mikroby w trumnach Jagiellonów, to jest to sprawa podejrzana. Tym dziwniejsze wydaje się lansowanie Rogozińskiej przez ojców paulinów i ta dziwna uległość jaką zademonstrował nam ojciec przeor w programie Nowe Ateny wobec pani Moniki. Ja mogę oczywiście zgadywać, skąd to się bierze, mogę nawet ze dwie sinusoidy wyrysować opisujące to zjawisko, ale obawiam się, że znów jakiś ksiądz mi powie – Gabriel, ty po prostu jesteś wulgarny.

Nie moja wulgarność jest jednak najważniejsza. Istotniejsze jest to, że pisarzy, także tych, którzy zabierają się za opisywanie prymasa tysiąclecia i Matki Bożej, wyznacza nie Kościół, ale kto inny. Organizacje o światowej renomie mianowicie, organizacje cieszące się poważaniem i mające prestiż. Kościół może jedynie tych autorów zaakceptować lub nie. No, ale jak widzimy przeważnie akceptuje, bo tak jest po prostu łatwiej i unika się przy tym treści wulgarnych i nie oczywistych.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przez ostatnie miesiące wspierali ten blog dobrym słowem i nie tylko dobrym słowem. Nie będę wymieniał nikogo z imienia, musicie mi to wybaczyć. Składam po prostu ogólne podziękowania wszystkim. Nie mogę zatrzymać tej zbiórki niestety, bo sytuacja jest trudna, a w przyszłym roku będzie jeszcze trudniejsza. Nie mam też specjalnych oporów, wybaczcie mi to, widząc jak dziennikarskie i publicystyczne sławy, ratują się prosząc o wsparcie czytelników. Jeśli więc ktoś uważa, że można i trzeba wesprzeć moją działalność publicystyczną, będę mu nieskończenie wdzięczny.

Bank Polska Kasa Opieki S.A. O. w Grodzisku Mazowieckim,

ul.Armii Krajowej 16 05-825 Grodzisk Mazowiecki

PL47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

PKOPPLPWXXX

Podaję też konto na pay palu:

[email protected]

Przypominam też, że pieniądze pochodzące ze sprzedaży wspomnień księdza Wacława Blizińskiego przeznaczamy na remont kościoła i plebanii w Liskowie, gdzie ksiądz prałat dokonał swojego dzieła, a gdzie obecnie pełni posługę nasz dobry znajomy ksiądz Andrzej Klimek.

Zapraszam też do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze, do Tarabuka, do antykwariatu Tradovium w Krakowie, do sklepu GUFUŚ w Bielsku Białej i do sklepu HYDRO GAZ w Słupsku i do księgarni Konkret w Grodzisku Mazowieckim.

  51 komentarzy do “Vincent van Gogh i sinusoida Coryllusa”

  1. Ja myślę że z punktu widzenia Kościoła brak wulgarności ma jakieś znaczenie. Nie chodzi o to czy ktokolwiek jest naprawdę wulgarny czy tak jest odbierany. Np. Jacek Międlar dużo stracił w oczach wielu kiedy tylko dał się namówić do występu w jakiejś scenie w TV gdzie grał rolę z wulgaryzmami. To tak np. bo może to wyglądać inaczej w każdym przypadku. Co innego jakieś takie sobie rozmowy. Co innego występ publiczny. To  chyba trochę tak  😉

  2. Rozumiem, że rapujący ksiądz, który wykrzykuje różne brednie nie jest wulgarny, bo nie mówi „dupa”?

  3. Wulgarny jest dla mnie już ksiądz, który przemawia w sposób nie licujący z powołaniem.

  4. Zawsze będą „lepiej” i  „gorzej” urodzeni niezależnie od systemów i okoliczności. Ci gorzej urodzeni mogą awansować i załapać sie do struktur ale niekiedy są „wulgarni” czyli m.in niepokorni albo niesterowalni albo też nieprzewidywalni. Lepiej urodzeni to przecież nie ma znaczenia czy to „katolicy” czy inni, ważne, że np ukończyli liceum a nie technikum. Ja jestem wulgarny i po technikum w prl-u i tak to wulgarnie widzę. Takie Rogozińskie czy Sobolewskie były od urodzenia „przygotowywane” do kontynuacji i zajęcia miejsca wynikającego z lepszego urodzenia… To tak w olbrzymim skrócie bo z tableta, palce mi zgrubiały od robienia młotków w tym technikum, ach gdybym był młotkowym i w fabryce młotków szalał

  5. Już kiedyś na tym forum byłam mówiąc wulgarnie zjechana, że nie rozumiem tekstu – słusznie oczywiście. No, ale zawsze jest to dobry trening dla mózgownicy czytać corylusa. Z malarstwa to rozumiem, że jak chce mi się widzieć bez przerwy Giewont, to sobie go maluję, jak chcę aniołka nie z wybałuszonymi oczkami to przerabiam Santiego. Zawsze malując wielbię Boga, a więc się na pewno nie przebiję, chyba, że Chrystus przyjdzie na ten Świat powtórnie. Ponadto myślę, że nie ma wielkich mecenasów ze strachu o pytanie skąd masz pieniądze, z wyjątkiem Medyceuszy, którzy nie bali się sławy, mając dziwne pieniądze.

    Moje malunki

    https://www.facebook.com/profile.php?id=100013787686958

    Natomiast mój syn był przez wrogów wyzywany od małego syczącym głosem przez zaciśnięte zęby wyzywany: „Co ty myślisz, że Cezanne jesteś” , albo  przez osoby przyjazne:”Jesteś drugi Cezanusiek”. Nie rozumiem tego.

    http://zmijowski.pl/nowy-obraz,56.html#galeria%5BPiotrZmijowski%5D/0/

  6. Myślę, że to nie jest ten problem, sądzę wręcz, że próbujesz mnie tu wprowadzić w pułapkę…

  7. Wulgaryzmy to bardziej ja myślę chodzi o styl. Treść to coś innego. Nawet najlepsza treść z brzydkimi wyrazami to jednak….

  8. Pan Piotr taki bardziej ilustracyjny, to nie jest zarzut bynajmniej…

  9. Bieda w tym, że Kościół nie jest specjalnie  /na poważnie/ zainteresowany opisywaniem Prymasa. /To smutne przekonanie wynika z bezpośredniego doświadczenia./ Powody tego braku zainteresowania są dla uważnych obserwatorów dość oczywiste. No ale usłyszenie od osoby duchownej wprost: „a kogo on interesuje” – jest jednak szokiem. Przeto mogą różni inni szyć Prymasowi buty wedle swojej miary i swoich zamiarów.

    „Ci w sutannach mają zupełnie inne preferencje i będą je pielęgnowali do samego końca, to znaczy do momentu, kiedy każą im zdjąć sutannę i się ożenić lub po prostu wypędzą.”

    Tu chyba nie chodzi specjalnie o te preferencje, a o bieżące sprawy dość małych ludzi. Małych w sensie konieczności stanięcia wobec Prymasa jako pewnego wzorca. No i wobec ostatniego, prawdziwego władcy Polski. I Jego wielokrotnego „non possumus”. To dzisiaj krępujące…

  10. Widziałam szczątki kolekcji polskich mecenasów, takich bez dziwnych, medyceuszowskich pieniędzy. Opisywałam te szczątki tu kilkakrotnie. Szczątki przyjechały z wizytą z Ukrainy. Było to malarstwo wyrabowane z anihilowanych dworów i pałaców polskiego ziemiaństwa. Myślę, że dzisiaj – gdyby istniało – ziemiaństwo kupowałoby obrazy moich cudownych kolegów malarzy, a nie sasnale różniste, pchane przez urzędy ministerialne. Sasnale kupują systemowi nowobogaccy, którzy aspirują, przeto „się słuchają” krytyków sztuki vel handlarzy zadekretowaną tandetą.

    Vollard mógł sobie pozwolić jeszcze na tę loterię z wariatem. Dzisiaj wszystko jest pod ścisłą i ukierunkowaną kontrolą. Mysz się nie przeciśnie „w temacie”.

  11. Niekoniecznie krępujące. Księża są jak łowcy androidów, są wyczuleni na reakcje na pewne sekwencje, o których nie mamy zielonego pojęcia. Akurat wulgaryzm a obrazoburczość to wyraźne rozgraniczenie, ale są też inne.

  12. Na sekwencję Teh explorers club nie są wyczuleni?

  13. Nie wiem jak jest w wydawnictwie paulinow, ale np.jezuici zwiazani z Ignatianum zaciskaja zabki i akceptuja rozmate dziwne warunki, dostaja wszak dotacje europejskie. Nie chce wchodzic w szczegoly, mozna poszperac i sie troche dowiedziec.

  14. Nie istnieją brzydkie wyrazy. Wyrazy to narzędzia nie podlegające wartościowaniu czy ocenie estetycznej. Albo się ich używa zgodnie z przeznaczeniem albo nie, albo się jest wirtuozem ich użycia, albo każdym młóci się jak cepem.

    Dopiero sztuka posługiwania się tymi narzędziami może podlegać jakimkolwiek ocenom….

    każdy wyraz jest odbiciem/awatarem jakiejś treści, skojarzeń, obrazów… jest memem

    ostracyzm wobec nich usprawiedliwiany wzgl estetycznymi to rodzaj cenzury, jednej z najobrzydliwszych bo najbardziej demagogicznych.

  15. Widać każdy (wielu) inaczej to odbiera 🙂

  16. Z jednej strony Cię uspokoję, bo sinusoida Krzyżanowskiego młodzieży wleciała jednym uchem a drugim wyleciała,
    A poniżej uczelni filologicznych jest jedynie wspominana jako wytłumaczenie istnienia literatury barokowej.
    Ja sam zgłębiłem ją szykując się do egzaminu komisyjnego w III klasie i tutaj muszę powiedzieć, że nie jest togłupia sprawa.
    Co prawda Krzyżanowski podawał fałszywe lub zafałszowane przesłanki jej istnienia, ale jako klucz sprawdza się doskonale.
    „Klątwy mikroby i uczeni” naprawdę stanowiła pewien etap w dystrybucji książek i tym samym w propagandzie „historycznej”
    podobne funkcję pełniła mitologia Parandowskiego i Kosidowski ze swoją fantastyką pseudohistoryczną.
    A polski Kościół w licznej części jest złożony z delegatów UB do seminariów i takich na których podziałał „korek, worek lub rozporek), którzy
    zachęceni tłumaczenia mi słów papieża Franciszka, tworzą właśnie jakąś nową rozmydloną religię.
    Tak BTW hasła rasistowskie nieśli w marszu przedstawiciele neopogan i panslawistów

  17. „Bo gra na przetrwanie (Kościół), tak to chyba wygląda z perspektywy Watykanu, u nas zaś dołożyć do tego można jeszcze niepokojącą pewność siebie i spokój, który gwarantowany jest z kolei przez wiernych licznie zapełniających świątynie w niedzielę.”

    Niestety tak. Pewien instruktor pouczał mnie, że po to, żeby kopnięcie trafiło w głowę albo szczękę, trzeba mierzyć ponad tą głowę. Coś w tym jest. Mam wrażenie że Clemenceau miał podobne podejście do rewolucji. Żeby zrobić rewolucję, trzeba odrestaurować monarchię. No może nie aż tak, bo to jest technologia brytyjska, a on pewnie chciał być oryginalny, albo po prostu p. Mandel dał mu do zrozumienia.

    Ale po prostu pracujemy nad tym zagadnieniem. Pracujemy. Bez względu na efekty pracujemy. Może to też jest tak, że, po to, żeby w Polszcze zdobyć pozycję na rynku bez dotacji i bez sponsoringu, trzeba mierzyć ponad głowę.

  18. Nie Kościół tylko niektórzy ludzie Kościoła. Jest różnica.

  19. „każdy wyraz jest odbiciem/awatarem jakiejś treści, skojarzeń, obrazów… jest memem” – Zabrakło bardzo ważnego elementu. Emocji! Słowa wywołują emocje. Szczególnie wulgaryzmy.

  20. Niby, tak. Choć dla niektórych to jest przecinek 😉

  21. Ten „przecinek” może być raczej rodzajem zaworu spustowego 😉

  22. Tak sobie myślę, każdy ksiądz w Polsce, łącznie z biskupami nawet, powinien przyjechać do UK i porozglądać sie, jak to wygląda wokół to życie. Dostali by odpowiedź, jaki jest cel wszelkich dzialan tych, którzy właśnie steruja rynkami treści w Polsce, czytaj, zwalczją Kościół, bo to jest cel główny przecież. Niech „powachaja” życia bez Boga i zobaczą te puste kościoły i puste łby mieszkańców. Tak ma być w Polsce, bo we Francji już tak jest przecież. Tyle, że w Polsce mamy chyba jeszcze jakieś szanse, tak myślę. Księża i hierarchia powinni nas w tym wspomóc.

  23. Przedstawiasz komuś swego kolegę  i mówisz: „kolega z klasy , pobitego Antka syn”.

    Lub w złości składasz życzenia : „żeby cię bez trasę W-Z , drutem kolczastym , w te i nazad, przez tydzień ganiano”.   – każdy wyraz jest odbiciem jakiejś treści.

  24. Każde słowo zawiera treść, a ta zawsze ma odniesienie do prawdy. Jak np. w rozmowie daje się „popalić” emocjom, to jest to znak, że umyka odniesienie do prawdy.

  25. Panie Coryllus, kiedys napisalem do Pana o tatuazu Esclamondy  na rece Grocickiego.W Do Rzeczy nr.42 na st. 108 jest wywiad z Grosickim i ladna fotka gdzie ow tatuaz widac.

  26. No pewnie, że słowa niosą teść. Weźmy tytuł notki Coryllusa: „Matka Teresa tańczy na rurze” i Twoją konstatację: „każdy wyraz jest odbiciem jakiejś treści”. Jaką treść wyrażają słowa tytułu?

  27. Dotacje europejskie to doskonały klucz do wielu, wielu spraw…

  28. Tych „niektórych” jest – jak widać – całkiem sporo. Być może dlatego, że ich widać w mediach. A być może i dlatego, iż mają moc decyzyjną. Ja w każdym razie spotkałam się właśnie z tymi decyzyjnymi w kwestii Prymasa.

  29. Witam.

    Tylko, że Kościół nie powinien kierować się jedynie „emocjami” w swoich wyborach. Szczególnie, że od emocji jest w nim konfesjonał. W ostatniej rozmowie u pana Józefa Orła metoda rozważań o Lutrze oparta na przesłankach ekonomicznych i pragmatycznych dała zaskakujące wnioski praktyczne. Podobna metoda zastosowana do zróżnicowanej aktywności wydawniczej Kościoła daje wnioski smutne. A ze smutkiem się nie dyskutuje. To wszak „emocja” albo uczucie, jak kto woli.

    Pozdrawiam

  30. Absolutnie OT , prosze wybaczyc, nie moge sie powstrzymac. Przerwa na rozrywke.

    Pyszna reklama polskich smakow (sum i irga) dla Biedronki, w wykonaniu Mumio:)

    https://www.youtube.com/watch?v=Wrxhz5H3dx8

    https://www.youtube.com/watch?v=PH17krkLz54

  31. Pełna zgoda …widać to od wielu lat.A kompletne zapiski Prymasa są niedostępne.

  32. Nie tylko Prymasa to dotyczy np ks. Jerzego Popiełuszki w jakimś stopniu tez

  33. Vollard, Cézanne i galeria przy rue Laffitte, w którą Vollard zainwestował równolegle z zakupem dwustu prac Cézanna, za które zapłacił 80-90 tys. franków, a więc mniej niż sto dolarów za sztukę.

  34. Grosicki twierdzi, że to Matka Najświętsza

  35. Ten tytuł był pułapką, to chyba jasne….dlaczego to zawsze my mamy wpadać w pułapki, chyba mogę jakąś zastawić od czasu do czasu, nie?

  36. no z niechęcią czytałam ten tytuł, nie brzmiał mi „marketingowo” (nie zachęcał do przeczytania). Chwilę dłuższą się dystansowałąm do tekstu, właśnie przez tą rurę.

  37. Ta sinusoida , przypomniała mi że, kiedyś na lekcji polskiego, mówiąc o Emilu Zoli powiedziano, że miał przyjaciół wśród impresjonistów, powiedziano to po to abyśmy skojarzyły na zawsze, no może na długo, jaka to epoka i te zielone i wychudzone tancerki z obrazów to los córek robotniczych, to jakby ilustracja tego życia robotniczego opisanego przez Zolę. W PRL – u, państwie budującym socjalizm tancerki nie były wychudzone a robotnikom żyło się dostatniej, mieli wczasy i przydział węgla, nie to co mieli ci pod koniec XIX wieku w Paryżu, opisani przez Zolę. Zajrzałam do wiki, jest wspomniane że Zola kolegował się z Cezanne`em, nie wiem chyba przyciągały się przeciwieństwa, bo Cezanne był praktykującym katolikiem a Zola na okrągło marzył o socjalizmie.

    Jak widać sinusoida Krzyżanowskiego porusza umysły, inspiruje do zaglądania do wiki  – co najmniej.

  38. „pisarzy, także tych, którzy zabierają się za opisywanie prymasa tysiąclecia i Matki Bożej, wyznacza nie Kościół, ale kto inny. Organizacje o światowej renomie mianowicie, organizacje cieszące się poważaniem i mające prestiż. Kościół może jedynie tych autorów zaakceptować lub nie. No, ale jak widzimy przeważnie akceptuje, bo tak jest po prostu łatwiej i unika się przy tym treści wulgarnych i nie oczywistych.”

    I to jest podsumowanie kompletne,a przy tym nie obrażające adresata. I niestety cholernie uniwersalne… (oj, przepraszam za wulgaryzm).

  39. Zola to była tuba propagandowa Clemenceau, w którego gazecie zamieścił swe oskarżenie w sprawie Dreyfusa. Po tym przyjaźń z Cezanne skończyła się. Cezanne był przez wiele lat artystą pogardzanym, ale przyjmował tę pogardę z filozoficznym spokojem, bo miał za co żyć i kontynuować swą malarską pasję. Dopiero promocja Vollarda dała mu podziw części środowiska artystycznego. Wówczas Cezanne pomyślał, że fajnie by było dostać jakieś odznaczenie państwowe. Jego zwolennicy zwrócili się więc do monsieur Roujon, urzędnika od Beaux-Arts (sztuk pięknych) w sprawie Legii Honorowej. A ten oświadczył, że odznaczy każdego impresjonistę, najchętniej Claude Moneta – który jednak nie miał zamiaru przyjąć orderu, byle nie tego anarchistę Cezanne. Tego bogatego burżuazyjnego konserwatystę i katolika, dalekiego od idei rewolucyjnych,  nazywano też komunardem.

    Sprawa Dreyfusa ostro podzieliła francuskie społeczeństwo, a w nim impresjonistów. Do dreyfusowców należeli:  Monet, Pissarro, Mary Cassatt, Signac, Valloton i Luc. Do antydreyfusowców m.in.: Cezanne, Degas, Renoir i Rodin.

    Cezanne,

  40. Rodzinny obiad

    Caran D’Ache (Emmanuel Poiré) „Un Diner en Famille”, le Figaro, 14 lutego 1898

  41. Cudne! „Surtout! ne parlons pas de l’affaire Dreyfus!”, „Ils en ont parlé…”

    Ostatnimi czasy takie szeptane haslo pada przed naszymi wiekszymi spotkaniami rodzinnymi „Tylko pamietajcie, zero o polityce!” Jak na razie, mezczyzni w czasie rodzinnych obiadow jeszcze sie za lby nie wzieli.

  42. W każdym razie cycek Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego urósł z miseczki C do G. Będzie z czego dokarmiać talenty i realizować wiekopomne pomysły. Ino się dopchać.

    http://m.niezalezna.pl/208898-udalo-sie-zwiekszyc-budzet-na-kulture-piotr-glinski-podsumowuje-prace-resortu-kultury

  43. Georgius i Nadzieja – u nas też tak jest na rodzinnych imprezach Głośną wymianę zdań, zaczyna  Kodziarstwo kontra dobra zmiana. Przy czym kodziarstwu ewidentnie żyje się łatwiej …. od dawna, czyli tego bronią. Ta część rodziny co jest za dobrą zmianą, pogodzona z poziomem życia, nie przywiązująca wagi do stanu posiadania. Kodziarstwo jest bezideowe, ciągle wrzeszczy o prawach do … .do wszystkiego (co dla nich wygodne)

  44. Powołano nowe instytucje np. Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami – ciekawe jaka brzmi  definicja totalitaryzmu w poszczególnych krajach, czy jest ona tożsama, czy też każdy kraj ma swoją ? Co rozumieją pod tym hasłem  Polacy a co Rosjanie, czy Niemcy  ?

  45. 100 dolarów wtedy to było BARDZO, bardzo dużo pieniędzy. Nie tylko jak za obraz. To tak na marginesie.

  46. Sprawa jest prosta jeśli w Polsce do władzy dojdą polscy patrioci to jest totalitaryzm. Jjeśli np. Niemcy przegrają wojnę i dostaną się po okupację to też jest totalitaryzm. Jeśli Niemcy są silne i panują w Polsce to jest demokracja  🙂

  47. Od emocji jest psychiatra, nie konfesjonał.

  48. Krótko i rzeczowo 🙂

  49. szczególnie do oskarżeń o sprzeniewierzenie środków lub wydanie niezgodnie z deklarowanym celem – no i sankcje, sankcje, ….

  50. To – mniejsza. Ale sedno tkwi w narzuceniu tematu, narracji, zakresu badań etc..

  51. Kolejne  KORYTO  dla sciemniaczy  sakiewiczowo-glinskich…

    … kolejnych  nierobow i darmozjadow !!!

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.