marzec 082021
 

Pewnie nikt tego nie zauważył, ale sądzę, że głównym i zaplanowanym celem akcji mee too, było obniżenie progu wrażliwości na obyczajowe skandale. Konsekwencją zaś wyjęcie spod moralnego pręgierza zachowań naprawdę skandalicznych i zapewnienie im akceptacji. Oczywiście przekonanie tych wszystkich wariatek, że to właśnie osiągnęły, nie uda się z pewnością, bo każda z nich miała swoje pięć minut sławy, za które dałaby się pokroić. Teraz zaś, w doborowym towarzystwie, wszystkie mogą wymieniać się co ciekawszymi szczegółami swoich dziecięcych traum i zaśmiewać się do łez. Kiedy zaś przyjdzie do nich jakaś ofiara losu, którą spotkało nieszczęście, skuszona tą niezwykłą atmosferą swobody w mówieniu o sprawach naprawdę bolesnych, wszystkie one popatrzą na nią z niesmakiem i powiedzą: a co ty dziecko możesz wiedzieć o życiu? Mnie wujas wsadzał widelec między nogi. Przebijesz to czymś? I wrócą do swoich pogawędek. W ten przykry sposób bowiem manifestuje się sukces tych kobiet w ich odwiecznej walce z mężczyznami o dominację towarzyską. Inna bowiem nie wchodzi w grę. Dlatego właśnie żadne polemiki z tymi istotami nie mają sensu, każda bowiem nakręca tylko koniunkturę na coraz bardziej odjechane emocje. Każdy zaś, kto próbuje coś wyjaśnić traktowany jest jak potencjalny nabywca w sklepie z artykułami sado-maso. Obsługa rzuca się na niego, licząc, że to właśnie tej, a nie innej sprzedawczyni podniesie on dziś dzienny utarg. Dlaczego więc ja o tym wszystkim piszę akurat dzisiaj, w dzień kobiet? To przypadek. Wczoraj bowiem wszedłem, całkiem dla siebie niespodziewanie, na stronę taką oto: http://www.sm.uw.edu.pl/course/r/

Jest to strona szkoły mistrzów pisania, którą otworzono na Uniwersytecie Warszawskim. Instytucja państwowa, utrzymywana za państwowe pieniądze. Mógłbym na to nie zwracać uwagi, przecież już tyle razy pisaliśmy o podobnych patologiach. Mógłby to wyśmiać w jakiś inny sposób, ale przyszło mi do głowy, że to musi mieć związek z akcją mee too. Sądzę, że nikłe sukcesy towarzyskie, jakie osiągnęło środowisko w związku z tym przedsięwzięciem skłoniło kilka osób to stworzenia organu, który będzie drukował wynurzenia różnych wariatek i w ten sposób podnosił samoocenę całej, sporej przecież grupie. Obejrzałem tę stronę dość dokładnie i przyszło mi do głowy, że nawet jeśli taki pomysł zaistniał, a jestem przekonany, że tak było, to zaraz zastąpił go inny. Wobec szczupłości budżetu, postanowiono, że drukowanie wynurzeń pozostanie w sferze mocno zawoalowanych deklaracji, a forsę się podzieli między siebie. I tak środowisko mistrzów wydrukowało tom opowiadań jednego z wykładowców szkoły, a także zasiliło, wydawany w ramach projektu periodyk Tekstualia, opowiadaniami jakichś nieznanych osób. Periodykiem tym kieruje inna wykładowczyni szkoląca mistrzów pióra. I na tym sukcesy szkoły się kończą. Popatrzyłem na to i pomyślałem o swojej głupocie. Od 2013 roku wydawałem kwartalnik i jeszcze coś tam płaciłem ludziom, którzy przy nim pracowali. Nie biorąc na to żadnych zapomóg. Jakim trzeba być kretynem, żeby się tak zachowywać? To zupełnie jak Rzecki w Lalce, który obiecał Szlangbaumowi udekorowanie wystawy za darmo, a tamten postawił na straży subiekta Gutmorgena, żeby Rzecki czasem czegoś nie ukradł. Poważni i rozsądni ludzie zakładają pismo za pieniądze uczelni, a potem koszą od autorów kasę za rzekome studia w rzekomej szkole, która ich utrzymuje. W ramach nagrody i rekompensaty za wpłacone pieniądze, dostają możliwość publikacji – w drodze konkursowej – swoich produkcji w kwartalniku, do którego nikt nigdy nie zajrzy. Nawet ci, co go wydają. To jest mistrzostwo świata.

Czasem przychodzą mi do głowy myśli okropne, takie, że lepiej chyba jak państwo polskie nie istnieje, bo wtedy przynajmniej Polacy robią coś naprawdę i zostaje po nich jakiś ślad. Jeśli zaś mają państwo, zaczynają uprawiać jumę, w najróżniejszych nieraz bardzo wyrafinowanych formach i ukrywać ją a to pod ekologią, a to pod patriotyzmem, a to pod szkołą mistrzów. I nie ma siły, żeby to zmienić, albowiem, jak coś jest za darmo, to należy się po to ustawić. Do ustawienia się zaś nic, poza dupą we właściwym miejscu nie jest człowiekowi potrzebne. Środek ciężkości jest najważniejszy.

Zainteresowałem się tą stroną także z tego powodu, że jeden z wykładowców, aktor Ferenc, którego nie widziałem nigdy w żadnej produkcji ani filmowej, ani telewizyjnej napisał tam zdanie:

W Szkole Mistrzów spróbujemy wyjaśnić, w jaki sposób aktor rozbiera cebulę tekstu, jak odsłania jego warstwy, jak tłumaczy słowo pisane na słowo mówione.

Aktor rozbiera cebulę tekstu….? To jest metafora fantastyczna zupełnie i bardzo adekwatna do sytuacji. Kiedy się już bowiem cebulę całkiem rozbierze, zostaje nicość. Nie ma tam nic w środku tej cebuli, perły i klejnoty są w innych organizmach o budowie warstwowej, a cebulę można sobie co najwyżej posiekać i usmażyć na patelni. A jak ktoś nie jest wegetarianinem, może do niej dorzucić wątróbkę. Nie inaczej jest z tymi tekstami ze szkoły mistrzów.

Nie ma się co natrząsać z mistrzów i wskazywać im, że ich droga, to jawne oszukiwanie kursantów, którzy po tej całej szkole nie dostaną tak naprawdę niczego. To nie ma sensu, albowiem wszyscy o tym doskonale wiedzą i, jak mniemam, na kursach pojawiają się ludzie, którzy zostali tam skierowani przez inne instytucje państwowe, po to, by coś tam sobie dopisać w CV i poprawić stanowisko w hierarchii. Znaczenia to żadnego nie ma, ale stymuluje system przepływu państwowego grosza. Nie udało mi się niestety znaleźć informacji ile kosztuje kurs w szkole mistrzów. Chciałem za to pokazać jak wygląda okładka jednej z dwóch, póki co, wydanych przez szkołę książek. O tak: http://www.sm.uw.edu.pl/sukcesy-absolwentow/

Nazwanie tego szajsem, to jest wręcz komplement i obelga dla szajsu jednocześnie. Można by to nazwać nawet anty systemowym happeningiem, gdyby nie fakt, że system to finansuje. No, ale czy ktoś pamięta jeszcze jakieś anty systemowe działania, które nie byłyby finansowane z systemowego budżetu? Przypominam, że żyjemy w kraju, w którym z całym spokojem, a nawet pewnym podziwem i zazdrością, można oznajmić publicznie, oczywiście po odpowiednim ściszeniu głosu, że służby specjalne załatwiły Sumlińskiemu sprzedaż jego książek w Biedronce. To jest coś niesamowitego. Ja, usiłując ratować jakoś powagę misji służb na rynku książki, bo chcę wierzyć, że na innych obszarach wygląda ona jednak inaczej, zapisałbym to zdanie tak: służby specjalnie załatwiły Sumlińskiemu sprzedaż w Biedronce. Zrobiły to zaś po to, by się Sumliński wreszcie od nich odpieprzył, kupił sobie w tej Biedronce flaszkę i ogórki i poszedł konsumować swój wydawniczy sukces, gdzieś za garaże.

Konkluzja będzie smutna niestety. Nikt nie oczekuje, że cokolwiek będzie zrobione naprawdę. Dlatego my tutaj nie osiągniemy nigdy niczego, poza frajdą dobrej zabawy we własnym towarzystwie. Marną pociechą jest to, że oni także niczego nie osiągną. Forsa zaś, którą ciągną z budżetu nijak się ma do możliwości zarabiania na w miarę normalnym rynku książki. No, ale mistrzowie o tym nie wiedzą, a nawet gdyby się dowiedzieli to i tak nigdy nie dopuszczą, by taki rynek powstał, bo wtedy ich na nim nie będzie. Nikt tam bowiem nie wyda ani złotówki na produkcję pana od cebuli czy tego drugiego człowieka sukcesu.

Kiedyś jeszcze się łudziłem, że może w tych całych służbach zrozumieją, iż skuteczna propaganda i jej mierzalne sukcesy zależą od głębokości rynku i możliwości sprzedażowych, a to zaś z kolei oznacza, przyciągnięcie na rynek maksymalnej ilości planktonu wydawniczego i czytelniczego, a następnie stworzenie im jakichś warunków egzystencji, bo tylko dobre tło gwarantuje widowiskowy sukces. Po raz kolejny okazało się, że jestem idiotą. Tłem jest telewizja, a służbom chodzi o to, by każdy emerytowany funkcjonariusz, który czuje jakieś mrowienie w brzuchu, mógł napisać książkę o tym, jak to było fajnie, kiedy miał jeszcze erekcję. Za całą zaś promocję i zaplecze robić może Małgorzata Domagalik. I to się niestety nie zmieni.

  9 komentarzy do “W jaki sposób aktor rozbiera cebulę tekstu czyli uboczne skutki akcji mee too”

  1. kapitalne, a czy ten schemat działania o jest opatentowany, jeśli nie to natychmiast trzeba skorzystać i podwiesić się do jakichś budżetów – najlepszy jest samorządowy

    myślę że powinno być tak;

    w najbliższych wyborach samorządowych,   wpychamy znajomego/krewnego na radnego, on zasiada w komisji kultury i jako radny zapodaje do planu pracy takiej komisji właśnie taki numer jak  pisanie pamiętników przez lokalsów. tu trzeba dać uzasadnienie dobrze przygotowane bo musi być przegłosowane .

    komisja kultury organizuje to wszystko na odpłatnych posiedzeniach /oczywiście dodatkowo płatnych/ , a płatność za posiedzenia uzasadniona … no bo to przegląd  pamiętników i wybór najlepszych treści,

    kasa jest jeszcze się lokalni literaci/aktorzy  załapią i zrobią marketing swoimi nazwiskami .

    udział może wziąć każdy z lokalsów .

    finansowanie z samorządu, pisanie /bezkosztowe/, urywki/odcinki  pamiętników drukowane w lokalnej gazecie i na końcu sława i chwała

  2. Dzień dobry. Zwrócił Pan uwagę na ważną rzecz – mam na myśli to państwo polskie, które istnieje tylko po to, żeby nas skuteczniej okradać. No bo trzech cesarzy to byli jawni wrogowie, zaborcy i rozsądek nakazywał przynajmniej trzymać się za kieszeń. Co innego Niepodległa. Czyż można jej czegoś odmówić? Albo wystąpić przeciw tej jumie? Nie uchodzi. Ktoś cwany na to wpadł konsumując swoją codzienną fisz-end-czips i tak powstała ojczyzna nasza, a przynajmniej jej awatar. A je nie mogę się powstrzymać od odruchu „uczenia się od mądrzejszych”, to znaczy wrzeszczenia „Gewałt!” i analizowaniu historii lorda Boycott’a, może też jakoś do wykorzystania dla nas.

  3. „Nikt nie oczekuje, że cokolwiek będzie zrobione naprawdę” – a ja myślę, że to nieprawda. Tak właściwie, to jest dokładnie odwrotnie. 

  4. No, ale właśnie mają wprowadzić ustawę definiującą zawód artysty. To koniec. Potem ustawa definiująca zawód publicysty i epoka płatnych odnawialnych koncesji, podobnych do karty wędkarskiej, puka do drzwi.

  5. Podwieszanie się jest upokarzające i słabe

  6. Cóż – ponieważ i tak jesteśmy przetrwalnikami cywilizacji – pozostaje zatem „wzrost organiczny”, taka trawka na zboczu wulkanu licząca, że kolejna erupcja jej nie zniszczy.

    Są tacy, którzy lepiej czy gorzej funkcjonują w ten sposób, ba nawet zakładają internetową, abonamentową TV na własnych serwerach

    https://www.unauthorized.tv/

    Jak powiedział gospodarz – kluczowa jest głębokość rynku.

    Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że mamy utrzymać pozycję już nie tak długo:

    April 10, 2020

    A tu specjalnie dla Gospodarza:

    October 26, 2020

  7. No i klientów będzie sobie można w sztetlach wykupić, jak dawniej. Taka u nas tradycja biznesowa

  8. Rzecz o smutnych dziwkach (Gabriel García Márquez)

    Niedawno, 6 marca, była rocznica urodzin Márqueza więc telewizja włoska w ramach codziennego kalendarza nadała stary z nim wywiad. W polskiej wikipedii warto zwrócić uwagę na tytuł jednego z podrozdziałów: „Początki i terminowania”. Jego powieść, za którą dostał Nobla, należy stylistycznie do nurtu „realizmu magicznego”. Problem w tym, że w wywiadzie Márquez odżegnał się od realizmu magicznego, bo w jego prozie 95% to pamięć. A jeśli chodzi o magię, to po prostu Ameryka Południowa jest magiczna. Pięknie powiedziane.

    W mojej ilustracji podaję kilka przykładów tekstów o szkołach mistrzów i terminowaniu, a kończe szkołą ateńską Rafaela.

    Dzieje Kultury

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.