Lis 012019
 

Propaganda karmi się popkulturą, a ta ma pewną określoną „pojemność”. Żeby dołożyć cokolwiek do popkultury potrzebne są mnogie znajomości, pozwolenia i budżety, albowiem obecność w niej autora czy treści gwarantuje, przynajmniej w teorii, zyski z masowej publikacji. W naszych okolicznościach ten mechanizm jest powoli unieważniany. Wszystko przez to, że ilość memów, jakości, rzekomych jakości, treści w ogóle, które mogłyby podnieść sprzedaż, lub choćby tylko wzbudzić zainteresowanie, jest mocno ograniczona, a wprowadzanie jakichś nowych nie jest możliwe, bo rynek strzeżony jest przez tych, którzy już na nim zarabiają.

Zanim przejdziemy do omówienia konkretnych przypadków zajmijmy się segmentacją. W zasadzie w polskiej popkulturze literackiej, a wliczam to także filmy i scenariusze do nich, wszak wszystko oparte jest tam na słowie, istnieją dwa segmenty: fikcja i rzekoma prawda dobijająca się o uznanie specjalistów. Mam tu na myśli tak zwane produkcje historyczne, które także są fikcją, ale potrzebują jakiegoś uzasadnienia, żeby w ogóle zwrócić na siebie uwagę. Uzasadniający ich istnienie specjaliści to ludzie wynajęci i opłaceni, a nie szczerzy entuzjaści, jak się może niektórym wydawać.

Jeśli idzie o segment fikcyjny to rządzą w nim Bonda i Mróz, a także ich naśladowcy, bo wszystko w ich prozie jest fikcyjne, od perypetii głównego bohatera zaczynając na zjawiskach przyrody kończąc. Te ostatnie występują tylko na kartach ich książek i nigdzie indziej. Bonda i Mróz bowiem, a także ich wydawcy, nie uważają za stosowne, nawiązania kontaktu z rzeczywistością. To jest dobry pomysł sprzedażowy, albowiem większość ludzi żyje, nie zauważając drobiazgów takich jak wschody i zachody słońca, za to skupiając się mocno na przeżywaniu własnych emocji, związanych z codziennymi wyborami – śledź, czy ogórek małosolny? Wybory te pochłaniają całą ich energię i nie starcza jej potem na to, by zastanowić się o czym tak naprawdę pisze Mroza z Bondem, czy też Mróz z Bondą, bo to już, w rzeczy samej, nie ważne. Gwarantem istnienia tego segmentu rynku jest wiara biednych idiotów w to, że można zrobić to samo co wymienieni i zarobić kupę forsy, bo przecież im się udało, a są nikim. Nie można. Nic nie rozumiecie. Oni mogą wszystko, nawet jeśli okaże się, że na widok Chyłki publiczność już tylko pluje w ekran swojej piekielnie drogiej plazmy.

Jak sytuacja wygląda w tej części, która dotyczy historii? Jeszcze gorzej, bo tam eksploatuje się już tylko zgrane do imentu formaty. Magda Ogórek bawi się w Pana Samochodzika, a inni szukają z obłędem w oczach czegoś, co można by określić wyrazem „skandal”, albowiem wiedzą, że nic innego się nie sprzeda. Oni nie mają pojęcia o sprzedaży i w naszym interesie leży, by nie mieli tego pojęcia jak najdłużej. Jechałem ostatnio metrem, a tam, na chama jak zwykle, reklamowali książkę niejakiego Severskiego. To jest coś absolutnie przygnębiającego, ten facet. Trzeba się zastanowić, czy to tak już będzie, że wszyscy emerytowani stójkowi przejdą do empiku i będą epatować młodzież płci żeńskiej nowym garniturem zębów, czy też może ich byli zwierzchnicy wytłumaczą im jednak, żeby pojechali z Wałęsą na ryby, jak kiedyś. Liczę na to drugie.

Severski, jak wiadomo, to sławny szpieg, który postanowił dnia pewnego opowiedzieć o swoim szpiegowaniu i o tym, jak fantastyczne więzi łączyły go z innymi szpiegami. Wysmażył, w sam raz dla Empiku, serię takich gniotów o męskich przygodach w walce. Leży to wszędzie. Okazało się jednak, że rynek, jak to się malowniczo mówi „nie żre”. Żeby pozostać na rynku popkultury literackiej Severski musiał więc poszukać jakiegoś charyzmatu, który poniesie go niczym fala surfera. I znalazł. Napisał książkę o Krystynie Skarbek! Wciórności!? Naprawdę? Cóż za oryginalny i świeży pomysł! O Krystynie Skarbek….!!! Oczywiście, Severskiemu wolno więcej niż innym, bo on został na rynek wstawiony w uznaniu zasług i jego książki nie podlegają ocenie, takiej jaka jest udziałem innych autorów. Kłopot w tym, że żadne książki obecne na omawianym tu rynku nie podlegają takiej ocenie, bo ich funkcja jest inna niż sądzą czytelnicy. Już o tym pisałem sto razy, ale powtórzmy – literatura pop to propaganda przede wszystkim, to sposób na przewalanie budżetów, na utrzymywanie „zasłużonych” autorów przy pieniądzach i na setkę jeszcze innych okoliczności, z których nie zdajemy sobie sprawy. Czytelnikom zaś zdaje się, że to jest obszar, gdzie szlachetni pisarze walczą o palmę pierwszeństwa w jakości tekstu, jakości suspensu i popularności u czytelników. Czyście ludzie wszyscy pogłupieli?! Taki Krajewski nie ma nawet pojęcia co to jest suspens, choć bez przerwy o tym gada. Gdyby miał nie podchodziłby do książek Mroza z obawy, żeby się czymś nie zarazić, albo nie zastygnąć bez ruchu na wieczność. No, a on je omawia i nie czuje zagrożenia.

Byłem wczoraj w Empiku, tu w Grodzisku i zauważyłem, że to zjawisko – gwałtowne poszukiwanie chryzmatu, który uwiarygodni autora jest powszechne. Oto Orliński, który jest podręcznikowym przykładem braku wyobraźni autorskiej, wzmożonych aspiracji, nieumiejętności prezentowania treści i wszystkiego na widok czego czytelnik dostaje nudności, napisał biografię faceta, który wynalazł internet. Ktoś tam inny zrobił coś podobnego, ale najlepszy był i tak Norman Davies, który wyharatał księgę grubszą niż to za co Tokarczuk dostała Nobla i nazwał to „O sobie”. Autor sam jest swoim własnym charyzmatem, a nam pozostaje już tylko czekać aż Mróz z Bondą dostaną rozkaz, by napisać jedno o drugim i żenić to z ręki przed dużymi Empikami. I rzecz znajdzie odzew w postaci zaangażowanych recenzji w sieci, ludzie bowiem uwielbiają kiedy się ich traktuje poważnie i mogą oceniać samodzielnie dokonania swoich ulubionych autorów.

Czy to znaczy, że wszyscy w Polsce oszaleli i nikt już nie myśli normalnie, ani nie próbuje zrobić czegoś naprawdę dobrego? Moim zdaniem tak właśnie jest, nawet jeśli próbuje to natychmiast wpada w pułapkę własnej pychy i daje dowód, że nie rozumie czym jest rynek książki i odbywające się na nim gierki. Poza tym, krępują go aspiracje i pozycja towarzyska, a także to co jest najgorsze i najgroźniejsze – przemożna chęć zwracania na siebie uwagi.

Jak wszyscy zauważyli umieściłem tu wczoraj wywiad z Radosławem Sikorą, który spotkał się z ciepłym i dobrym przyjęciem. Pojawiły się komentarze, niektóre sympatyczne inne zagadkowe, także na fejsbuku. Wiedziony ciekawością kliknąłem w profil jednego z komentatorów, Pana Michała Chlipały. Znalazłem się nagle, w obcym, ale ciekawym świecie rekonstruktorów historii. Przeglądając po kolei to, co tam było, doszedłem do wniosków zaskakujących ale smutnych. Otóż rekonstruktorzy historii, przez sam fakt tylko swojego zaangażowania w rekonstrukcję, roszczą sobie prawa do oceny rynku popkultury literackiej, a konkretnie tego jego fragmentu, który historii dotyczy. Pan Chlipała napisał nawet taką sążnistą recenzję książki Majewskiego, która dotyczy jakichś kryminalnych spraw z Krakowa, chyba międzywojennego. Nie chce mi się teraz tego szukać, ale chodzi z grubsza o to iż pan Chlipała biada nad niewykorzystanymi możliwościami, które tak znakomity autor i scenarzysta jak Majewski miał, ale zdewastował je niestety i zamienił w papkę. To jest, w mojej ocenie coś niezwykłego. Mam na myśli tę recenzję, postawę czytelników treści publikowanych przez Pana Chlipałę, którzy ekscytują się mocno niedociągnięciami prozy Majewskiego. Proszę Państwa, to tak właśnie ma być. Nic nie rozumiecie. Jeśli wydaje Wam się, że rynek pop literatury będzie brał pod uwagę wasze, ciężko wypracowane, zdobyte w trudzie charyzmaty, to się głęboko mylicie. Ten rynek może Was co najwyżej wykorzystać, zemleć, a następnie wypluć, wyznaczyć na wasze miejsce jakichś mniej kłopotliwych i tańszych stójkowych, którzy mają jakieś zasługi w strefie przez Was nie dostrzegalnej i tyle. Jeśli więc bawicie się w te rekonstrukcje musicie to robić bez nadziei na sukces i w połączeniu z publikacjami i dystrybucją, która ominie takie pułapki. Jeśli sądzicie, że Wasze zaangażowanie daje Wam prawo do decydowania o czymkolwiek to jesteście w błędzie. Decydować możecie dopiero wtedy kiedy stworzycie i będziecie kontrolować kanały dystrybucji treści, które produkujecie. No, ale tu – jestem głęboko przekonany – spotka rekonstruktorów klęska. Przede wszystkim dlatego, że oni na tym rekonstrukcyjnym polu kompensują sobie jakieś deficyty ze świata rzeczywistego, a poza tym, w swojej naiwnej wierze sądzili, że wystarczy pieczołowitość i dokładność, żeby osiągnąć sukces. Nie wystarczy. Najważniejsze zaś jest to w jaki sposób sukces jest definiowany. To jest prawdziwa katastrofa – rekonstruktorzy definiują sukces jako zwrócenie na siebie uwagi jak największej ilości ludzi. Komunikacja z tymi ludźmi, w mojej ocenie, a mogę się mylić, odbywa się na zasadach nie do zaakceptowania. To znaczy mądry pan przemawia do głupiej publiczności. Tego, na przykład, nie ma i nigdy nie będzie na naszych konferencjach. Kiedy publiczność nie rozumie, albo z przekory udaje, że nie rozumie, bo to się często zdarza, mądry pan obraża się, albo przechodzi na ironiczny slang specjalistów, którym porozumiewa się z innymi mądrymi panami. Ja nie będę nigdy rekonstruktorem i los rekonstruktorów nie leży mi specjalnie na sercu, ale skoro jeden z nich się odezwał uważam, że warto coś o tym fenomenie napisać. Rynek rekonstrukcji pewnością będzie żył dalej, ale – tak jak powiedziałem – po podmianie kłopotliwych mądrych panów, na mniej kłopotliwych. Wtedy też okaże się ile kasy można z tego wycisnąć po przepuszczeniu niektórych publikacji przez empiki. Nie ma bowiem istotnego powodu, dla którego publikacje specjalistów od rekonstrukcji nie mogłyby się znaleźć w sieciach. Kwestia, kto i na jakich zasadach wyda pozwolenie. Ono może nie być nawet obłożone jakimiś specjalnymi warunkami. Wystarczy 60 czy 70 proc. ceny egzemplarza i już. Nie trzeba nawet znać jakichś sławnych szpiegów. No, ale wtedy autorzy będą się musieli zastanowić nad zyskiem, który będzie zerowy w porównaniu z nakładem włożonej w dzieło pracy. Pozostaje więc marudzenie, pisanie recenzji i nadzieja, że to wszystko, te kryminały, suspensy, literatura pop i autorzy parający się tym oszustwem, chcą jednak dobrze dla czytelnika i marzą jedynie o tym, by dostarczyć mu uczciwej rozrywki. Z taką myślą, ci wszyscy zaangażowani przecież i coś tam rozumiejący ludzie, zrezygnują ze swoich pasji i wrócą za biurka. My zaś zostaniemy tu gdzie jesteśmy.

  18 komentarzy do “W poszukiwaniu charyzmatów”

  1. Kryzys, który nadejdzie, będzie spowodowany działalnością systemu, a jedyną zasadą będą racje ekonomiczne (żołądek, pięść, spółkowanie). Ponieważ w ekonomii najlepsi są Żydzi, więc jasne jest, że oni utworzą globalne królestwo. Remedium na to zagrożenie jest tworzenie organizacji, począwszy od dobrych relacji rodzinnych oraz konstruowanie i pielęgnowanie własnej, skutecznej ideologii, niczym mozolne kucie samurajskiego miecza. Zadaniem Empiku jest uniemożliwienie tworzenia dobrych, skutecznych ideologii poprzez zalewanie nas tandetą i podkreślanie, że wszystko już było (o! powiedzą na widok rozsądnie myślącego człowieka – jeszcze jeden oszołom!) Każdy, kto wykonuje dobrze tę rolę, ma szansę na uzyskanie zlecenia od administratorów systemu.

    W momencie kryzysu różne pozornie absurdalne kompetencje (np. umiejętność władania średniowieczną bronią) okażą się bardzo użyteczne, ale jeszcze nie czas…

  2. Nie  widzę powodu ,żeby poważne  publikacje  albo prawdomówne miały trafić do empiku . Większość polecanych pozycji okazuje się oszustwem albo znaną już dawno przerobioną sprawą i podaną z ciasteczkiem i kawusią .Nie rozumiem też czemu wyrobiony czytelnik miałby gonić za aktualnościami empikowymi .Przecież to dopiero co szklarnia dla niedojrzałych warzyw albo respirator podtrzymujący życie jakiegoś zewłoku pseudointelektualnego . Wolałbym ,żeby pozycje Radosława Sikory nie  znalazły się w tym papierniczym sklepie w sąsiedztwie z Leszkiem Kołakowskim , Zygmuntem Baumanem czy nawet Olgą Tokarczuk .To nie  jest  miejsce dla autorów  poważnych ,nawet jeśli publikacje są tylko popularyzacją pozbawioną cech ścisłej  naukowości .

    Nie  chodzę do empiku od ładnych kilku lat . Pamiętam jak dwadzieścia lat temu dla studentów  polonistyki w Łodzi to było połączenie papierniczego z pseudo kawiarnią o obsłudze typowej dla  hipermarketu . Żadnego wrażenia księgarni tylko taki ni pies ni wydra .

    Te charyzmaty empiku to przerost formy nad  treścią nie wychodzącą poza gazetowe treści .

    Całe  szczęście ,że ten blog na bieżąco  publikuje treści związane z rynkiem i wartościami pojawiającymi się na nim . Inaczej wszystkie te grzeczne publikacje ,które niczego nie wyjaśniają spuściłyby na nas  śmiercionośną nudę .Serce rośnie ,kiedy pojawiają się tematy wydawnicze bądź o charyzmatach czy talentach pisarskich .Przynajmniej człowiek wie ,że płodność pisarska to nie cukiernictwo a rynek księgarski w Polsce to nadal kraina utopii propagandowej w socjalistycznym ujęciu .Wszystko tylko istnieje dla dobicia czytelnictwa i tak ma zostać . Szukaj sobie człowieku beletrystyki jak wiatru w  polu ,bądź mądry i pisz wiersze o Twardochu i Bondzie  .

  3. Swietny wpis, Panie Gabrielu…

    … coz, osobiscie nie zamierzam juz szukac „nowych”  charyzmatow i pozostane z cala stanowczoscia przy tych, ktore do tej pory udalo mi sie  SZCZESLIWIE  odnalezc,  znaczy to, ze szerokim lukiem omijac bede, m.in.  rozne takie dete „przybytki kulturalne”  jak ten caly, zaorany juz empik.

    Wlasnie przymierzam sie do zrobienia – grubszych dla mnie – zakupow ksiazkowych w KJ. Moj sezon handlowy zbliza sie ku koncowi, wiec bede miala zdziebko wiecej czasu, a poza tym jestem po swiezej rozmowie ze znajoma,  ktora jest po prostu  ZALAMANA „oferta ksiazkowa” w empiku i nie tylko w empiku… powiedziala mi, ze to co jest na rynku to jest  SZAJS nieprawdopodobny szajs… na allegro czy w nielicznych antykwariatach tez ciezko cos ciekawego znalezc,  zwlaszcza po wzglednie przystepnej cenie.

    Dziadostwo ksiazkowe jest straszne… dlatego rzeczywiscie  zostane przy czytaniu – wylacznie – Panskiego bloga i portalu,  i w miare mozliwosci czasowych takze Panskich publikacji ksiazkowych… bo tzw. polski rynek ksiazki to  DNO  !!!

  4. Nie wiedziałam, że  to poza reżyserem Januszem Majewskim jest jeszcze jakiś pisarz ? O młodzieży krakowskiej jest film Janusza Majewskiego „Mała matura 1947” b. dobry film. Ale o defraudacjach w Krakowie i w powiązaniu z nazwiskiem Majewski pierwsze słyszę – to co to za sprawa ?

  5. Wg marketingowców wszystko nadaje się na sprzedaż, to chyba rekonstrukcje też …

  6. Nie wiem czy Radosław Sikora jest w Empiku, ale wydaje książki w Znaku, więc chyba jest

  7. W SN onyx dał link do recenzji najnowszej książki Cherezińskiej, to dopiero jest dno

  8. Chodzi właśnie o Janusza Majewskiego

  9. Nie wiedziałam, że  to poza reżyserem Januszem Majewskim jest jeszcze jakiś pisarz ?

    Nie, chodzi o tego samego. Gospodarz nie napisał o jaką książkę chodzi, więc moge się tylko domyślać.  Majewski nakręcił w tym roku adaptację swojej własnej powieści kryminalnej (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4898569/czarny-mercedes).  Mimo krytyki, że to nie zbyt udane dzieła (obydwa tzn. ksiązka i film) – oceny powyżej średniej.

    Ostatnio zauważyłem, że mimo fali krytyki pisarstwa pana Mroza to i jego ksiązki mają oceny dużo powyżej średniej np. na lubimyczytac.pl. Strasznie wyrozumiali są ci nasi czytelnicy 🙂 A pisarz Mróz to istna fabryka powieści – facet ma 34 lata i napisał ponad 30 książek czyli od chwili od urodzenia pisał przynajmniej jedną rocznie (a w międzyczasie skończył jeszcze studia i chyba jakiś doktorat). Normalnie nadczłowiek, a na zdjęciu wygląda jak dziewczyna z brodą…

  10. oglądałam tylko zwiastun tego „Czarnego mercedesa”, sceneria przedwojenna, synowa reżysera tam gra, jest zrobiona na wampa i jej to pasuje, film/zwiastun jest dynamiczny czyli zapewne jako film kryminalny jest niezły. Jakoś mnie Majewski nigdy nie zawiódł, a już szczególne są te „Zaklęte rewiry”.

    Dobry reżyser.

    No i ta „Mała matura …” – moje dzieci miały żal do rzeczywistości że im się nie trafili tacy nauczyciele jacy są pokazani w tym filmie Majewskiego.

  11. oglądałam tylko zwiastun tego „Czarnego mercedesa”, sceneria przedwojenna

    Akcja dzieje się chyba w czasie okupacji.

    A  „Zaklęte rewiry” rzeczywiście świetne, ale to też adaptacja książki.

  12. Tak,  widzialam…

    … coz,  probuje ta stara czarownica Pana „nasladowac”  !!!

  13. Paryżanko kto jest starą czarownicą i naśladowczynią Coryllusa… Cherezińska ???

     

    Nie wiem, nic  o jej sposobie pisania, nic  jej nie czytałam, a w „Legionie” utknęłam na 30 stronie kilka lat temu i wrzuciłam tą książkę na pawlacz.

  14. Oczywiscie, ze ona…

    … pseudonasladowczynia… i ten kto ja prowadzi – wywnioskowalam to z recenzji, ze najbardziej to sie „napracowal”  grafik, autor okladki tego gniota Chrezinskiej, ktora jest „slawna” za sprawa debiutu z Moskiem Szewachem  !!!  Nb.  ten Lokietek troche przypomina mi wk*****nego  Zakowskiego.

    Coz, ja nie czytalam zadnej jej ksiazczyny i nie przeczytam – w moim przypadku to absolutna strata czasu.  Pewnie jestem zbyt radykalna w mojej opinii, ale uwazam, ze w zyciu trzeba byc radykalnym.

  15. Rynek książki jest jednak zaskakujący .Istnieje dzięki niejawnym organizacjom  i pozwala na publikowanie autentycznych treści .Co jest grane  ?Autor  prac o husarii w  Empiku ,czyżby ktoś go kogoś nie doceniał ,nie doczytał  ? A może Radosław Sikora  nie liczy na  zyski ,co jest  całkiem możliwe  .Po co miałby na takim rynku kalkulować jakieś profity ,można  mieć głowę do innych rzeczy i żyć z innych umiejętności i interesów .  Tak to sobie tłumaczę ,te zawiłości rynkowe .

  16. A ja już Panu wielokrotnie napisałem. Pan burczy i narzeka, ale zająć się swoją internetową sprzedażą to jest cienko. Nie miałbym problemu wydać z 200-300 AUD na te „zalegające Nawigatory”, znam wiele osób, które też by się podłączyły pod Pana księgarnię. No ale lepiej opisywać, jak to inni mają lepiej, łokieć w łokieć z nomenklaturą. Pisałem już o tym chyba rok temu, i co? Dupa ! Zero reakcji, co więcej, mój wpis „zniknął”.  Tak, że dalsze Pana opowieści o trudnościach niezależnego wydawcy będą mnie tylko rozśmieszać!

    Pozdrowienia! Zig

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.