marzec 292021
 

Ktoś zwrócił wczoraj uwagę na to, że polscy autorzy i publicyści mało miejsca i uwagi poświęcają sprawom południowo-amerykańskim. Nawet Gombrowicz się w tej kwestii nie za bardzo popisał i w zasadzie nic sensownego o Argentynie nie zostawił. Poza jakimiś fragmentami Dziennika, z których nie da się wyciągnąć zbyt daleko idących wniosków.

Zanim dorzucę tu swoje trzy grosze na temat hipotetycznych przyczyn tego stanu rzeczy, powiem tylko, że Polacy piszący o Południowej Ameryce kierują się dziwnym sentymentem. To znaczy, tak to wygląda kiedy się czyta Czarnyszewicza, czy nawet tego głupiego Gombrowicza. Oni są ciągle w Polsce, a Argentyna nie interesuje ich w najmniejszym stopniu.

Kraj i stosunki są tam niezwykle skomplikowane i być może nikt z naszych nie jest w stanie ich poprawnie odczytać. No, ale niektórzy próbują. Na przykład Michał Radoryski. Ja wiem, że Michał napisał jedną książkę, która jest żartem i drugą, która w zamyśla miała być kryminałem, a stała się polemiką ze współczesnymi nam stosunkami międzyludzkimi, które zamieniają się, z relacji osobistych, w serię komunikatów propagandowych, ale przynajmniej próbował w sposób interesujący łączyć różne wątki. No i wskazał przy tym na kierunek argentyński. Zrobił to rzecz jasna po swojemu, inaczej niż to czynią wszyscy, którzy albo lamentują nad losem sprzedanych do burdelu dziewczyn, albo ekscytują się nowymi możliwościami, jakie otwierały się przed emigrantami. Choć przecież dobrze wiedzą, że nic takiego nie miało miejsca. Wystarczy zajrzeć do Czarnyszewicza i przekonać się, jak wyglądało życie emigrantów, które było de facto sprzedane koncernom za psi grosz, przez urzędników krajowych, zrzeszonych w niejawnych jakichś kartelach. Szczytem wszystkiego i dobrą ilustracją dla tej patologii, był opis w książce Czarnyszewicza Listy pasierbów, gdzie urzędnik konsularny, za pieniądze państwowe wygłasza do masy przybyłych na nowy kontynent imigrantów pogadankę o kulturze starożytnego Egiptu. Część z tych imigrantów, to wypędzeni przez sowiecką agenturę i biedę urzędnicy i funkcjonariusze, tacy jak Czarnyszewicz. Jednym zaś dla nich oparciem są lokalne organizacje, działające w ramach wolontariatu, bez budżetu zupełnie. Na państwo bowiem nie ma co liczyć.

Michał Radodyski zaś wplótł w swoją powieść o komisarzu Zdanowiczu, wątki dotyczące niemieckiej diaspory, żyjącej w Argentynie. O jej sile i znaczeniu świadczyć może, całkiem w Polsce nieznany epizod zwany wojną prasową pomiędzy dwoma niemieckojęzycznymi periodykami wychodzącymi w Argentynie – Deutsche La Plata Zeitung i Argentinisches Tageblatt. Dlaczego to jest ważne? Wybitniejsi ode mnie i od Michała autorzy piszą czasem, że w jakimś zjawisku, niczym w soczewce, odbija się rzeczywistość świata tego. I tak przed I wojną jeszcze, w Argentynie narastać zaczął konflikt pomiędzy La Platą, a Argentinisches Tageblatt. Był to na pozór konflikt o ogłoszenia drobne i modułowe, pochodzące od coraz bardziej wpływowych niemieckojęzycznych biznesmenów. A także od zwykłych ludzi, pochodzących z Niemiec, a tych w Argentynie przybywało każdego roku. Przypominał on żywo walkę Gazety Wyborczej z całą resztą codziennych periodyków wychodzących w Polsce, po roku 1990. Była to także, na pozór walka o rynek ogłoszeń, a w rzeczywistości walką o dominację polityczną i propagandową. Zjawisko, w którym uczestniczyło wielu ludzi, ale jakoś nie budzące dziś zainteresowania. Ktoś tam od czasu do czasu bąknie, że Michnik dogadał się z Komarem, na okoliczność zamknięcia Sztandaru Młodych i Gazownia przez to miała lepszy start. To był jednak tylko początek. Gazeta Wyborcza przez wiele lat dominowała na rynku ogłoszeń i przejęła wszystkie ogłoszenia spółek skarbu państwa. Stan ten zmienił tak naprawdę dopiero Internet, ale to nie osłabiło pozycji tej gazety wcale. Dziś dopiero pozycja ta się sypie naprawdę, ale jak się to wszystko skończy nikt nie wie.

Michał zaś chciał pokazać, że takie numery są pewną stałą. Wybrał do tego celu narzędzie, które także można uznać za moduł ogłoszeniowy, funkcjonujący na rynku książki, czyli powieść z wątkami kryminalnymi. Bo do tego sprowadza się istnienie i produkcja takich powieści.

W konflikcie pomiędzy La Platą, a Argentinisches Tageblatt, widać wyraźnie kilka kwestii powtarzalnych. La Plata była gazetą konserwatywną, strzegącą starego porządku. A przede wszystkim była gazetą niemiecką, albowiem właściciel był Niemcem. Dziennik, był gazetą niemieckojęzyczną, albowiem właściciel był Szwajcarem. W zasadzie La Plata, kiedy rozpoczął się konflikt, czyli około roku 1907 miała w ręku wszystkie karty, a do tego popierały ją koła rządowe w Berlinie. O mało nie zamordowała Dziennika, który jednak trzymał się dzielnie i swoje zawsze wywalczył. Dlaczego? Tego nie wie nikt, a odpowiedź, że w latach 1907-1914 było w Buenos Aires wystarczająco wielu demokratycznie i antycesarsko nastawionych Niemców, by utrzymać codzienną gazetę, wydaje się nieco naiwna.

Może podkreślę to jeszcze wyraźniej. Chodzi o to, że Adolf Hitler nie został jeszcze nawet powołany do cesarskiego wojska, a w Argentynie tlił się wewnątrzniemiecki konflikt pomiędzy zwolennikami polityki imperialnej, (aż chce się zapytać gdzie realizowanej?) a zwolennikami demokratycznych Niemiec, czyli tworu, o którym nikt na całym świecie nic, a nic nie słyszał.

Po I wojnie światowej pozycja La Platy rzecz jasna osłabła i to wcale nie dlatego, że Niemcy się zdemokratyzowały. Tageblatt zyskał – co oczywiste  – i tak to trwało do chwili, aż władzę przejęło NSDP. W tym momencie La Plata, dziarsko wkroczyła w zastawioną na siebie pułapkę. Wydawało się, że sukces jest pewny. Nikt nie zmuszał właściciela by poparł Adolfa, ani w ogóle by robił cokolwiek, co kłóciłoby się z wewnętrzną polityką Argentyny. On jednak zdecydował się na taki krok właśnie. Łatwo można się domyślić co się stało. Żydzi przestali tam umieszczać ogłoszenia, a NSDAP chciało je umieszczać, ale za darmo. Już w 1938 roku La Plata była w ruinie, ale po II wojnie dostała nową szansę, jako pismo w pełni demokratyczne.

Nie jesteśmy w stanie ocenić ile był wary rynek niemieckojęzycznych ogłoszeń w Argentynie, a także czy cesarstwo korzystało z możliwości tego rynku. Na pewno chciał korzystać zeń Hitler i jego ludzie, ale na preferencyjnych warunkach, a to znaczy, bez zrozumienia czym jest rynek prasy i rynek treści w ogóle. Państwo musi w jakiś sposób sponsorować propagandę prasową i musi to czynić w sposób dyskretny, który nie ujawni praktyk monopolistycznych, a przeciwnie wskaże na to, że poprzez działania rzeczywistego monopolisty następuje demokratyzacja stosunków społecznych.

Zaraz, zaraz – zapyta ktoś – jakie państwo? Skoro w książce Michała to jest analogia, to znaczy, że gazownia była popierana przez państwo? Na to wygląda, a można by nawet dodać, że nie przez jedno państwo. Można też dyskutować, czy Argentinisches Tageblatt, rzeczywiście reprezentował niemiecką diasporę w Argentynie, ale to już zostawiam Wam. Jest bardzo ciekawa niemiecka książka na temat tego konfliktu, która powinna być obowiązkową lekturą na wszystkich wydziałach dziennikarstwa i nauk politycznych w Polsce. No, ale zamiast tego są tam pogadanki o kulturze starożytnego Egiptu i budowie radia lampowego.

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/komisarz-zdanowicz-i-ponczochy-guwernantek-juz-wkrotce/

  12 komentarzy do “Wątki południowoamerykańskie w prozie Michała Radoryskiego”

  1. Dzień dobry. To ciekawa historia, choć robi wrażenie bardzo niepełnej. Dla mnie wszystko co się dzieje w Ameryce Łacińskiej po wypędzeniu Hiszpanów to robota jakiejś quasi-masonerii, która zainstalowana tam przez Koronę robi kiedy trzeba co ta jej każe. Dlatego pomijanie „wątku argentyńskiego” może prowadzić do jakże mylnego poglądu, że to Niemcy wskutek własnej swarliwości i nieumiejętności dogadania się zniszczyli swój kraj. O kim to jeszcze tak się mówi..?

  2. Ta Korona to wprawiła mnie w stan osłupienia, kiedy na SN ze 2 lata temu pojawiły się teksty o Polakach z Ameryki Południowej i był reportażyk z ciudad w którym mieszkali raczej tylko  Polacy i jeden z nich opowiadał, że w 1944 roku pod karą rozstrzelania , Korona  zmobilizowała młodzież męską i popłynęli na front niemiecki kierunek … Monte Cassino.

    po wojnie Polacy z ciudad dowiedzieli się że w Italii, też byli Polacy od Andersa.

    czyli tak jak to lapidarnie ująłeś jest jakaś instytucja dla  której  Korona robi kiedy trzeba to co ta jej karze…

  3. – Gospodarz zaraz będzie pokpiwał, że wszędzie wietrzę jakichś masonów, ale – jako że statystyka rządzi – bezpiecznie można 80% takich przypadków zrzucić na nich.

  4. Oczywiście, że niepełnej, ale ja nie mam czasu na głębsze studia

  5. Neorenesans w Italii i Argentynie (obserwacje własne) oraz Niemcy do Patagonii (obserwacje zaczerpnięte)

    Pokrewne dusze

  6. było na SN, chyba w 2018 roku,  kilka reportaży z Ameryki południowej, o piłkarzach mających polskie korzenie, o pewnym Ciudad gdzie właściwie wszyscy poza włoskimi żonami  mówili po polsku i wieczorem śpiewali polskie piosenki. było to bardzo wzruszające, ale nie pamiętam blogera

  7. Myślę że wyborcza jest potrzebna obecnej ekipie do biegunowania przekazu. Jak by nie była potrzebna to można ją zdusic bardzo szybko. Z kim „prawicowy” PiS by polemizował. A wiadomości nie zaczynały by co drugiego newsa ”  a w wyborczej napisali”

  8. „A wiadomości nie zaczynały by co drugiego newsa ”  a w wyborczej napisali” – To jest tzw. rytualne obrzydzanie. GW włączyła jazdę bez trzrymanki, za chwilę będzie bum… takie ostateczne. 

  9. Jeszcze parę drobiazgów z argentyńskiego dziennika

    6 marca 1942. Pomimo argentyńskich przepisów stanu wyjątkowego, które zakazywały mówienia źle o kimkolwiek, ojciec, Adolf Borstendoerfer z Asuncion w Paragwaju, umieścił w Argentinisches Tageblatt w czarnej obwódce tekst składający hołd swojemu jedynemu synowi Johanowi Wolfgangowi Borstendoerfer, lat 22. który został zabity 27 sierpnia [chyba ojciec dopiero się dowiedział]:

    „Jego dary intelektualne i moralne były bardzo obiecujące. Fakt,że nie zostały zrealizowane, wynika z winy człowieka imieniem Adolf Hitler, który zamordował mojego syna. Podobnie jak setki tysięcy innych, został zmuszony wbrew swojej woli do walki, której w swoim czystym sercu nigdy nie mógł pochwalić. Nie potępiam rosyjskiego lotnika, który spełniając swój obowiązek, zrzucił bombę, która zabiła mojego biednego syna”.

    W 1947 roku Argentinisches Tageblat opisuje czarno-czerwono-złotą flagę Niemiec i jej historię. Barwy do ilustracji dodałem wg własnej fantazji.

  10. > Przypominał on żywo walkę Gazety Wyborczej …

    W roku 1902 redakcja Argentinisches Tageblatt przyznała redaktorowi naczelnemu Moritzowi Alemannowi doktorat, dając kolegom z całego świata skróconą procedurę pokonania przeszkody zewnętrznej równości społecznej. Dyplom Collegen Alemann mówi: My niniejszym, na mocy naszego urzędu i nieodłącznego zrozumienia wszystkich kwestii dotyczących ludzkości, przyznajemy naszemu redaktorowi naczelnemu itp. dyplom doktora dziennikarstwa z prawem do nazywania go od teraz Dr. lit. et hum.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.