Lut 222020
 

Nie wiem czy to jeszcze funkcjonuje, ale kiedyś gazownia wręczała nagrody w postaci desek surfingowych. Była to tak zwana wdecha, czyli coś, co nie służy do niczego, a jest jedynie symbolem ogólnie rozumianej fajności, czyli wdechowości. Wdechowość stała się w pewnym momencie najważniejszą jakością na rynku, także w tych zakresach, w których operują niektóre religie monoteistyczne. Nie mówię tu o judaizmie i islamie, bo trudno wyobrazić sobie jakieś wdechowe zawody z udziałem duchownych tych wyznań, ale już chrześcijanie i buddyści są bardzo wdechowi.

Wdecha była oszustwem od początku do końca, ponieważ człowiek nią nagrodzony nie dostawał żadnych forów na rynku, nie mógł poczuć się lepiej przez dłuższy czas i nie był uważany za osobę wyjątkową, musiał taszczyć do domu ciężki i niepotrzebny przedmiot, a wcześniej wziąć udział w nudnej imprezie. Wdecha służyła więc nie do tego, by kogoś nagrodzić, ale do tego, by utrzymać pewien trend na rynku. I on jest obecny do dziś. Ja naprawdę przestałbym już pisać o Szustaku, ale wczoraj pokazali w telewizji zespół ministrantów, którzy nagrywają płyty i śpiewają różne przeboje. A wszystko na luzie i bez napięć. Śpiewają oczywiście o sobie i o swojej posłudze przy ołtarzu. W mojej ocenie wysłuchanie fragmentów tych śpiewów było bardzo krępujące, ale sami ministranci, ich proboszcz, a także jacyś wierni, są przekonani, że to pomoże przyciągnąć młodzież do Kościoła.

Nie wiem jak to wyraźnie wytłumaczyć, ale najlepiej będzie chyba wprost – to jest degradacja. Jeśli młodzież zaczyna robić w Kościele coś, co ma przyciągnąć tam innych młodych ludzi, a jest coś z istoty nudnego i żenującego, to trzeba się zastanowić skąd się bierze przymus wykonywania tych czynności? Z rynku. Oni widzą, że jest jakiś rynek i uważają, że jeśli będą naśladować obecne tam produkty, to zwrócą na siebie uwagę. Nie wiem ile razy pisałem tutaj o kulcie cargo, ale widać za mało. Rap został wylansowany, żeby uspokoić trochę murzyńskie dzielnice i pozwolić zarobić czarnym gangsterom na czymś innym niż narkotyki. Naśladowanie rapu, tylko z odwróconym wektorem, nie ma sensu. Oczywiście, trudno przekonać ludzi, by zaprzestali naśladowania, bo to jest naturalny odruch, a poza tym rynek sam tych ludzi nakręca, bo w ten sposób produkty, które zostały  tam wstawione z intencją opisaną powyżej, mają darmową promocję. No, ale napisane jest – bądźcie łagodni jak gołębie i przebiegli jak węże, a nie – powtórzę – bądźcie łagodni jak gołębie i głupi jak gołębie. To zaś jest kolejny przykład wdechowości chrześcijańskiej znamionującej głupotę. Oczywiście, proboszcz powie – gdybym im zabronił rapować, nie przyszliby do kościoła. Okay, niech rapują, ale niech nikt nie wmawia ludziom, że to jest jakaś duchowość. To jest wdechowość. Podobnie wdechowi są buddyści i krisznowcy, którzy muszą się lansować na muzyce i mają swoje segmenty rynkowe, w które, prócz dźwięków, ładuje się gliniane naczynia, dzwonki, i dziwnie pomalowane ubrania, mające udawać produkty wysokiej jakości. To jest sprzedaż emocji, podobna do tej, jaką uprawiają oszuści matrymonialni, tyle, że na mniejszą skalę.

Ktoś tu wczoraj czy przedwczoraj wrzucił komentarz treści mniej więcej takiej – Kościół musi trafiać do tych młodych i pogubionych, którzy żyją tylko dniem dzisiejszym i poszatkowanym przekazem medialnym, nie mając pojęcia o duchowości. Ja bardzo przepraszam, ale jeśli mówimy o duchowości, to ja rozumiem, że nie mamy na myśli jakiejś aranżacji słowno-muzycznej, ale w najgorszym razie kształtującą człowieka komunikację, a w najlepszym realnie istniejący świat nadzmysłowy. Musimy więc się na coś zdecydować, to znaczy, albo reklamujemy świętych obcowanie, albo reklamujemy wzloty i upadki tego czy innego zakonnika, który będzie wzorem do naśladowania.

Czy ktoś się kiedyś poważnie zastanowił dlaczego islam i judaizm nie przeżywają kryzysu powołań? Nie sądzę. Jedyna odpowiedź, która przychodzi ludziom do głowy, to polityka. Oto ciemne bankierskie siły, a także tajne służby inwestują w wymienione monoteistyczne religie zapewniając im stały dopływ młodych, zaangażowanych adeptów, którzy stają się później kapłanami. To pewnie jest prawda, ale z całą pewnością nie cała prawda.

Zasugeruję coś innego. Struktura tych organizacji jest nieco inna niż struktura Kościoła i inne są ich relacje z wiernymi. Najważniejszym hasłem jakie lansuje dziś Kościół jest „Rodzina Bogiem silna”. To jest niestety wyraz słabości, a nie siły, bo w takich okolicznościach, jakie mamy, rodzina raz się obroni, a raz nie. Hierarchia zaś liczy wyłącznie na rodzinę i na rodzinę zwala różne rodzaje odpowiedzialności. Jeśli próbujemy rozejrzeć się za jakąś umacniającą chrześcijan organizacją, która jest czymś bardziej skomplikowanym niż rodziną, znajdujemy rzecz jasna jakieś grupy modlitewne, ale to wszystko. Ja wiem, że zaraz mi ktoś powie jak ważna jest modlitwa i że nie można jej lekceważyć. Ja to oczywiście wiem, ale na razie macie ten zespół rapujących ministrantów, a za parę lat będziecie mieli zespół rapujących ojców rodzin wielodzietnych. I też się będzie tym ojcom zdawało, że wejdą na rynek i coś tam zwojują. A wszystko razem to będzie duchowość. To jest degradacja – powtórzę. I trzeba myśleć przede wszystkim o odwróceniu tego trendu, a nie o jego pogłębianiu i rozwijaniu. Wdechowość bowiem nie ma nic wspólnego z duchowością. Kręgi zaś adoracyjne z łatwością mogą przekształcić się w kręgi adoracji wzajemnej, lub – co widać już dziś nieraz – w kręgi adoracji, jakichś grupek o ciągle wzrastających wpływach na terenie parafii.

Konkluzja jest taka – duchowość zawsze manifestowała się w sztuce. Tyle, że było to w czasach, kiedy Kościół kontrolował spory kawał rynku. Nie cały, bo to nie jest nigdy możliwe, ale dużą jego część. Dziś, ktoś tam niby coś kojarzy, że duchowość, że sztuka, że śpiew, muzyka, a może nawet jakiś obraz. To wszystko jest jednak za trudne, no i nie ma wzorów do naśladowania. Poza tym łatwość pozyskiwania przedmiotów słabej jakości powoduje, że duchowość przestała się kojarzyć z jakością, a została od niej oderwana. Ktoś to nawet wyraźnie tu napisał – jakość nie jest wartością chrześcijańską. To jest tak wdechowe stwierdzenie, że ja do dziś nie mogę ust zamknąć po jego przeczytaniu. Należą się za to autorowi dwie deski surfingowe i dożywotni zapas pasty polerskiej do glansowania szkła. Żeby wiedział, że naprawdę jest fajny. Aha i 10 zestawów kartek wielkanocnych z fundacji Malak.

  12 komentarzy do “Wdechowość chrześcijańska i buddyjska”

  1. O. Szustak jest z kościoła łagiewnickiego a O.Rydzyk z kościoła toruńskiego.
    Pierwszy jest kosmopolitą a drugi patriotą. Czy coś pokręciłem ☺
     

  2. Moja babcia, wierząca katoliczka, zawsze mówiła: „Nie stać nas na tanie rzeczy!”.
    Tego się trzymam.

  3. No deska surfingowa jest bardzo użyteczna do sportów wodnych.
    Natomiast koszulka sportowa z podpisami zawodników umieszczona w ogromnej oprawie w postaci rozłożonej (rama plus szkło) i wręczona na ewencie to jest dopiero wdechowe. Logistycznie prawie nie do opanowania.
     
     

  4. Dokladnie tak…
    … i za biedni zeby otaczac sie badziewem i tandeta – jak mawiala moja kolezanka  !!!
     

  5. deska surfingowa, musi mieć w anturażu kawałek wody, nagroda tego rodzaju niejako nakazywała wyjazd nad morze dla zapoznania się z arkanami tego sportu.
    Teraz jest modne „build a skooter” – być może  GW dokona zmiany „wdechowej dechy” na „wypasiony skooter”. Zapewne  tak,  wskaźniki spadają, a żyć trzeba  – nie ma czasu na „bekę”….     

  6. 10/10 tylko ministrantow szkoda. 

  7. Jednak jestem za id, czyli teorią inteligentnego projektu. Wić bakteryjna potrafi więcej zaprojektować niż rapujący kapłan 😛

  8.  
    >nie ma wzorów do naśladowania. Poza tym łatwość pozyskiwania przedmiotów słabej jakości powoduje, że duchowość przestała się kojarzyć z jakością, a została od niej oderwana.
    Nie ma czegoś takiego jak sztuka. Są sztukmistrze.
    „Nie ma w istocie czegoś takiego jak Sztuka. Są tylko artyści.“ —  Ernst Gombrich (1909-2001). To słowa, od których zaczyna się książka.  Ten uznany historyk sztuki nie zaryzykował nazwania swej opowieści o sztuce od jej zarania historią zapewne dlatego, że nie chciał za bardzo prowokować ebenzorków. To on zajmował się iluzją i psychologią odbioru sztuki i stwierdził, że artyści są częścią tradycji, na której się ćwiczą, by stale się udoskonalać negując swych poprzedników.
    Moja ilustracja jest próbą artystycznej interpretacji Gombricha. Gdyby ostatnia maska była moją własną fotografią nadałbym jej tytuł Wirus Zagłady. Moje 16-te 700-stronicowe luksusowe wydanie opowieści Gombricha przekartkowałem strona po stronie. Wydrukowano w Chinach, więc nie lizałem palców.

  9. Jaka tam surfingowa. To miała być deska od rolki [:)] i Warszawa w dechę.
    Wyjście ewakuacyjne. Ktoś na tym zarabia.
    🙂

  10. Nie pokręciłem! Dzięki ☺
     

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.