paź 112022
 

O uwagę, bardzo wytężoną proszę przede wszystkim mieszkańców Wrocławia. Oto wczoraj otworzyłem sobie, nie na chybił trafił bynajmniej, ale w miejscach uprzednio odnalezionych i zaznaczonych, wspomnienia uwielbianego przez wielu Hugona Steinhausa. Wierzcie mi, że nie miałem złych zamiarów, nie prowadził mnie żaden wewnętrzny przymus, a serce moje było spokojne i przepełnione pragnieniem, by nowy numer nawigatora, który przygotowuję przybrał wreszcie realne kształty. Ręka omsknęła mi się trochę i znalazłem się na stronie 491. A kiedy już się tam znalazłem, zamarłem…

Hugo Steinhaus, który był człowiekiem bardzo dziwnym, co wynika wprost z jego zapisków, osobą nie rozumiejącą spraw najprostszych, a jednocześnie rozstrzygającą problemy, które dla przeciętnego obywatela pozostają nie do ogarnięcia, popisuje się miejscami niesamowitą wprost naiwnością. Można by ją złożyć na karb owych braków w strukturze emocji, które powodują, że Steinhaus toleruje artystów, ale nie rozumie ni cholery co oni robią i w jakim celu to czynią. Widzimy jednak miejscami, że profesor jest jednak osobą dbającą o pozory i potrafiącą zbudować przekonywującą i całkowicie przy tym fałszywą interpretację zjawisk. Są jednak takie chwile, kiedy nawet on nie daje rady i podnosi ręce do góry, a przynajmniej tak to wygląda. A mógłby milczeć.

Sprawa, którą chce opisać zajmuje we wspomnieniach Steihausa ledwie pół stronicy i wraca on do niej w swoich zapiskach jeszcze dwa razy. Dwa razy także porównuje ją do sprawy zabójstwa Kennedy’ego, a konkretnie do metod działania policji w USA i komunistycznej Polsce, wskazując na precyzję i jakość metod amerykańskich oraz całkowite zabagnienie tych kwestii w aparacie śledczym polskim. Od razu widać, że profesor był entuzjastą i małe miał pojęcie, nie tylko o malarzach i ich rzeczywistej misji, ale także o sposobach, jakimi prowadzi się śledztwa tak poważne jak to, którego bohaterami byli Oswald i Ruby.

Sprawa profesora Garbińskiego, lekarza – zakładam, że chodzi o Tadeusza Wojciecha Garbińskiego https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Garbi%C5%84ski

zaczęła się w roku 1963. W nocy – tak pisze Steinhaus – wezwano do jego domu milicję. Ta zaś będąc już na miejscu stwierdziła, że na schodach leży trup żony profesora, która spadła z wysokich, kamiennych schodów. Autor wspomnień – Hugo Steinhaus – pisze, że sprawa rokowała słabo i wyjaśnić jej nie dało się od samego w zasadzie początku. Zwłoki kobiety były przesunięte, nie zachowano zasad medycyny sądowej, a przez to uniemożliwiono już na samym początku wskazanie sprawcy. Jak to jednak bywa z milicją w kraju komunistycznym, sprawca został jednak wytypowany – aresztowano samego profesora Garbińskiego. Ten zaś próbował popełnić samobójstwo w celi i to aż dwa razy. Zanim to nastąpiło, koledzy lekarze z zakładu medycyny sądowej odmówili oględzin zwłok, tłumacząc się bliską relacją z profesorem. Sam Garbiński zaś został aresztowany kilka miesięcy później.

Skąd nasz dobry profesor wie o tym wszystkim? Nie z gazet bynajmniej, bo te milczały jak zaklęte i z tego właśnie milczenia Steinhaus czyni im zarzut. Chodzi mu o to, że w Polsce nie jest jak w Ameryce, gdzie policja pracuje pełną parą, a prasa opisuje jak należy postępy w śledztwie. Narzeka też Hugo Steinhaus, że komunistyczna prasa wskazuje iż nie dość dobrze prowadzą te śledztwa w Ameryce, a sama nie potrafi wyjaśnić sprawy Garbińskiego. O całej sprawie zaś informuje nas na podstawie szeptanki, która lotem błyskawicy rozchodziła się po całym Wrocławiu.

Aresztowany prof. Garbiński, najwidoczniej nie poczuwał się do winy i niczego się nie spodziewał, albowiem nie próbował ukrywać się czy uciekać, a zapewne miał takie możliwości. W celi zaś dwa razy próbował popełnić samobójstwo, ale mu to uniemożliwiono. Steinhaus pisze o tym zadziwiająco chłodno, tak jakby miał jakieś osobiste anse do Garbińskiego. No, a chodziło przecież o rodzinną i osobistą tragedię znanego w mieście lekarza. Ze środowiskiem medyków zaś prof. Steinhaus przyjaźnił się w zasadzie od zawsze, czyli od czasów swoich lwowskich i krakowskich.

I tu dochodzimy do sprawy najważniejszej. Pisze nam Steinhaus, że Garbiński miał nieposzlakowaną opinię, którą głośno wyrażali jego koledzy, pielęgniarki w szpitalu i studenci. Jednak prokurator stawiał mu coraz cięższe zarzuty. Pojawił się zarzut zamordowania pierwszej żony, a także zarzut zamordowania dr Kohna i jego żony, którzy, jak pisze Steinhaus, znali tajemnicę Garbińskiego. A jakaż to była tajemnica? Na mieście gadali, że Garbiński był w NSZ! I to potem skrzętnie ukrywał, ale ludzie wiedzą przecież swoje. Mało tego, miasto mówiło, że Garbiński był w obozie koncentracyjnym i tam „odziedziczył” po zmarłym więźniu nazwisko i dyplom lekarski! Potem zaś o mało nie wybrano go rektorem akademii medycznej, ale Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego zaprotestowało. Steinhaus powtarza to wszystko, a my widzimy przed oczami duszy, jak na jego bladej zwykle twarzy pojawiają się rumieńce.

Myślę, że powinniśmy się spodziewać następującego rozwoju wypadków – przynajmniej trzech autorów pokroju Sławomira Kopera, po opublikowaniu tego tekstu, włączy ten wątek – odkryty przez nich osobiście w przypadkowo otwartych wspomnieniach Steinhausa – do swoich pitavali, opisujących najciekawsze sprawy kryminalne Polski Ludowej. Bo jeszcze tam Garbińskiego nie ma. Czekajmy na to z niecierpliwością.

My zaś musimy zadać pytanie – kto uszył profesorowi Garbińskiemu takie buty i dlaczego Hugo Steinhaus był tak straszliwym oportunistą. Bo o głupotę go przecież nie podejrzewamy. Aha i jeszcze jedno – kto był wówczas ministrem szkolnictwa wyższego? Zacznijmy do tego ostatniego pytania. Oto odpowiedź

https://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_Gola%C5%84ski

Jak widzimy prowadzi nas ona od razu do kolejnej kwestii – czy pan ten był komunistycznym agentem w strukturze AK? Bo nie można było chyba należeć do „życiowców” jak Kołakowski Leszek, a potem stać się żołnierzem Armii Krajowej? Sam nie wiem…W każdym razie to z kierowanego przezeń ministerstwa wyszła decyzja, by utrącić Garbińskiego ingerując w ten sposób w autonomię wyższej uczelni. Steinhaus, wybitny matematyczny umysł, nie kojarzy jednak tych faktów w ten sposób. On je kojarzy inaczej i tu dochodzimy do pierwszej, postawionej wyżej kwestii. Jeśli Garbiński nie został wybrany na rektora akademii po profesorze Bogusławie Bobrańskim, który piastował tę funkcję do roku 1962, a został tym rektorem prof. Aleksander Kleczeński, to chyba można zaryzykować sugestię, że miał on poparcie ministra szkolnictwa wyższego? Nie mieszajmy jednak do tej sprawy szacownych, wrocławskich medyków, bo to jest, moim zdaniem, trop fałszywy. O wiele istotniejsze jest to, co się stało z willą profesora Garbińskiego, tą w której były kamienne schody, gdzie druga żona profesora zakończyła swoje życie. Ja tego nie wiem, być może mieszkańcy Wrocławia będą wiedzieli. Nie wiem też gdzie stoi ta willa i czy czasem jej nie rozebrano. Intuicja podpowiada mi bowiem, że sprawa ta prowadzi wprost do wydziału ksiąg wieczystych miejscowego sądu.

Jeśli zaś chodzi o kolportowane przez SB i milicję pomówienia, którymi ekscytuje się Steinhaus, to raczej można mieć pewność, że w niemieckim obozie koncentracyjnym nikt nie przechowywał swojego dyplomu profesorskiego, tak jak można mieć pewność, że oszust na takim stanowisku, jak to, które piastował Garbiński, zostałby natychmiast zdemaskowany. No, ale Steinhaus nie przyjmuje tego do wiadomości. Trochę gorzej jest z tym zarzutem o zamordowanie dr Kohna i jego żony, nie udało mi się bowiem stwierdzić kim oni byli. Zarzut jednak, że Kohn wiedział o podmianie dokonanej w konclagrze i szantażował tym Garbińskiego wydaje mi się, cokolwiek naciągany. Bo jeśli tak, to cóż mogło być przedmiotem szantażu jeśli nie ta willa? No, ale to wszystko się przecież nie trzyma kupy. Kto więc naprawdę zabił dr Kohna i jego żonę? Myślę, że Steinhaus doskonale o tym wiedział, ale nie raczył nas poinformować. Z ulgą jedynie zawiadomił nas na stronie 497, że Garbińskiemu udało się w końcu popełnić to samobójstw w celi i zmarł szczęśliwie dla niektórych mieszkańców Wrocławia 13 lipca 1964 roku.

Zachęcam oczywiście do dyskusji i wskazywania tropów. Musimy jakoś ułatwić pracę naszym znakomitym autorom zajmującym się badaniem i analizowaniem różnych, prawda, ciekawostek historycznych.

  12 komentarzy do “Willa profesora Garbińskiego”

  1. w latach 90- tych tez rozpowiadano informacje o podmianie dyplomów prof Zofii Kuratowskiej, ale myślałam, że może to zmyślone , bo pochodząc z rodziny profesorskiej chyba nie musiała  łamać procedur , szczeble nauczania mogła zwyczajnie pokonać w regulaminowym trybie

    komuś takie ploty były potrzebna

    teraz zajrzałam do wiki i … pani prof zmarła w Pretorii …. no nie wiem czy podczas naukowego pobytu czy urlopu

  2. Prof. Garbińskiego aresztowano jeszcze przed epidemią? Bo z tą wrocławską ospą też są podobno jakieś niejasności. Andrzej Ziemiański napisał powieść sensacyjną „Żołnierze grzechu” (jesli dobrze pamiętam tytuł), gdzie jednym z wątków fabularnych są mordowani we Wrocławiu lekarze – w czasie epidemii i po niej. Ale myślałem, że to fantazja literacka…

  3. Epidemia była dęta, ale nie wiadomo po co nadęta

  4. No tak, epidemia wybuchła latem i żonę Garbińskiego znaleziono martwą w lipcu tego samego roku. On został aresztowany kilka miesięcy później, nie wiadomo dokładnie kiedy

  5. @Coryllus: To tylko „koincydencja czasowa”.

  6. fabuła filmu związana ze śmiercią po -spadnięciu- ze schodów /Peter OToole/, jest pokazana od strony dochodzeniowej w filmie Rezydencja /czeski film w angielskich klimatach/ kilka razy go oglądałam ze względu na guwernantkę, którą gra Gabrielle Anwar – ta dziewczyna która tańczy tango z A. Pacino w filmie Zapach Kobiety.

    przy analizie  spadania ze schodów można nagromadzić od domowników bardzo dużo plotek, domysłów, koincydencji itp

  7. Dzień dobry. Cóż, ja nie znam tej historii, więc jej nie skomentuję, sam jestem ciekaw jak to było. Co zaś do samego Steinhausa, to mam do niego stosunek taki sam jak do niejakiego Tadeusza Kościuszki. W każdym mieście za komuny musiała być ulica Kościuszki, który był dyżurnym bohaterem w PRL. Podobnie Steinhaus – który „wielkim matematykiem był”.. A skoro tak, to musiał mieć swoje za uszami.

  8. czyli jak jakobin z matematykiem  byli chwaleni w PRL

  9. wczoraj na cda flm Rezydencja nosił tytuł Posiadłość  – no nie ma w życiu niczego stałego

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.