lis 242021
 

Dawno, dawno temu, w technikum leśnym, w Biłgoraju, siedzieliśmy sobie na lekcji hodowli lasu, a prowadzący ją, świętej już dziś pamięci, pan Władysław Tokarz, wyzwał niektórych z nas do tablicy. Był to człowiek bardzo pryncypialny i surowy, miał do tego charakterystyczny wygląd, który pozwoliłby mu zapewne zrobić karierę w filmie, ale on raczej nie myślał o takich głupstwach. Baliśmy się pana Władysława i podziwialiśmy go jednocześnie. Był człowiekiem zasad, ale jednocześnie błądził, co zaraz wykażę. To się często zdarza ludziom pryncypialnym, przez okoliczności pozbawionym właściwej optyki w spojrzeniu na sprawy istotne i ważne. Był pan Władysław przewodniczącym POP, ale nie miał w sobie nic z partyjnego zupaka. Już prędzej z surowego ojca jezuity. Właśnie wezwał do tablicy kolegę Ziemowita, który drżącym z emocji głosem opowiadał o morfologii gleb czy czymś równie pasjonującym. Tak było u Władka zawsze, wszystkim, nawet po latach zajęć z nim, głos drżał z emocji, kiedy odpowiadali. Ziemowit mówił, głos mu drżał, a Władek słuchał, jak zwykle pochyliwszy głowę nad biurkiem, siedząc w pozycji pająka gotowego do ataku. Kiwał głową z akceptacją, co trochę uspokoiło Ziemowita i nabrał on tak zwanego wiatru w żagle. Zaczął mówić śmielej nieco i głośniej, a do tego wykonał nawet, pewnie niespodziewanie dla siebie samego, kilka gestów dłonią, chcąc podkreślić swoją znajomość tematu. I nagle stało się coś dziwnego. Pan Władysław podniósł głowę, popatrzył na nas swoimi stalowymi oczami bazyliszka, który niszczy wszystko wokół samym tylko spojrzeniem i zaryczał.

– YYYYYYYYYYYYYYYYYY. Niedługo ich ekskrementy w próbówkach będziecie nosić na szyi!!!!!!!! Gnoje, świnie, gówniarze……!!!!!! Żadnego szacunku, żadnego…..!!!!!

Zamarliśmy, a kolega Ziemowit przykleił się wręcz do drzwi klasy, które były za nim. Przez całe pomieszczenie przeszedł lodowaty podmuch. Nie wiedzieliśmy o kogo chodzi i dlaczego niby mielibyśmy nosić na szyi czyjeś ekskrementy w próbówce. Rzeczywiście, niektórych z nas stać było na wiele, ale czy akurat na taką ekstrawagancję? Raczej należało w to wątpić.

– Borysewicz!!! – zaryczał Władek – Borysewicz!!!!!, chodzi mi o Borysewicza!!!!

Oprzytomnieliśmy, a kolega Ziemowit odkleił się od drzwi w jednej sekundzie. Nie wiedział jednak co zrobić, albowiem nikt w ogóle nie przypuszczał, że ktoś taki jak Borysewicz może zaprzątać stalowy umysł pana Władysława. A jednak…

Minęła sekunda, może dwie, długie jak wieczność. Władek podniósł głowę i patrząc już spokojnie na Ziemowita, powiedział – dziękuję, bardzo dobry. Zrobił to jak zwykle z zaciśniętymi maksymalnie szczękami. Była to jego charakterystyczna cecha, która ułatwiała nam naśladowanie go. Czyniliśmy to często, drwiąc przy tym bardziej z siebie niż z niego, albowiem co do jednego wszyscy byli zgodni – lepiej było nie szydzić z Władka.

Jak się pewnie już domyśliliście, chodziło o sławny występ Borysewicza, w czasie którego obnażył się on od pasa w dół, a wszystko to uczynił na koncercie dla dzieci. Rzecz miała miejsce we Wrocławiu. Musimy teraz wyjaśnić dwie kwestie. Pierwsza – gdyby jakichś młodzieńców w tamtym czasie zapytać co takiego robi Borysewicz poprzez swoją aktywność na scenie, nie tylko tą striptizerską, część nie odpowiedziałaby na to pytanie w ogóle, robiąc przy tym głupie miny. Część jednak, śmiało i bez żadnych obaw powiedziałaby, że Borysewicz walczy z systemem. Dlaczego pan Władysław, choć był człowiekiem pryncypialnym, błądził w swoich ocenach? Ponieważ nie rozumiał, że Borysewicz jest częścią systemu. Myślał, biedny, że to on nią jest i ze swojej pozycji nauczyciela w prowincjonalnym technikum, może ten system poprawiać. Nie rozumiał, że to tacy, jak on, pryncypialni członkowie PZPR są temu systemowi wrodzy, albowiem system miał inne zadania niż im się zdawało. Nie wychowywał i nie uczył, co było przez jego strażników deklarowane bez przerwy we wszystkich mediach i na publicznych mitingach. System deprawował, a była to jego główna funkcja. Musiała być ona jednak ukryta, żeby deprawacja była skuteczna. Borysewicz zaś był po prostu chroniony i za ten pokaz nie spotkało go nic złego. A przypominam, że były lata osiemdziesiąte. Był bowiem Jan Borysewicz członkiem państwowej, objazdowej trupy aktorskiej, która – poprzez swoje pokazy – wypełniała zadania systemu. I swoim występem udowodnił, że dobre i bezkompromisowe aktorstwo, jest czynnikiem w propagandzie przemożnym.

Nie wiem, czy w tamtych czasach ktoś występował w obronie Borysewicza powołując się na wolność słowa i swobodę wypowiedzi artysty, ale nie zdziwiłbym się wcale. Dziś mamy z tym do czynienia nagminnie. Tym bardziej im silniej wszystkie sztuki wizualne zaczynają przypominać teatr. Ten zaś może mieć różne bardzo formuły. I niekoniecznie muszą w nim występować zawodowi aktorzy, wystarczy, bowiem – tacy już są ludzie – by komuś, kto ma niezbyt dokładnie ustawioną życiową busolę, coś zasugerować. Reszta zrobi się sama.

Oto od wczoraj cały internet szydzi z nagrania, które pokazano w TVN. Oto link https://twitter.com/BlackMcSnow/status/1463047037310676993?t=y47I99n7JwRAMfxYeLSTcw&s=19

Jak widzimy do odegrania tego przedstawienia nie był potrzebny zawodowiec, wystarczyło tylko trochę dostymulować emocje, a potem już było z górki. Powiem Wam, że jako autor, znany ze skłonności do koloryzowania, nigdy bym nie wymyślił takiej historii, a o tym, żeby ją odegrać w sposób tak przekonujący można zapomnieć. To jest talent samorodny, który – czego wszyscy zdają się nie widzieć – demaskuje aktorstwo jako sferę wolności. To jest tylko i wyłącznie ciężka niewola, co widać tutaj gołym okiem. Niewola i ciągłe niezaspokojenie, głód emocji tak straszliwy, że trzeba go pewnie zapijać wódką, leczyć jakimś ziołem, albo innymi aktywnościami pozwalającymi zapomnieć. Jest to jednak także coś, co zwraca powszechną uwagę i przez to właśnie nadaje się do wmontowywania w schematy propagandowe i narracyjne. Od początku do końca będące samym tylko kłamstwem. Można zapytać co takiego ocenia się w aktorstwie, no i w teatrze w ogóle? W mojej ocenie dwie rzeczy – stopień uprawdopodobnienia bardzo bezczelnych kłamstw, co można robić za pomocą zawodowców, albo amatorów. Przykładem dawniejszym jest Borysewicz, a nowszym ta pani, ponoć nauczycielka z Hajnówki. Drugą podlegającą ocenie i wyróżniającą teatr spośród innych sztuk kwestią są jego możliwości interpretacyjne. To znaczy zdolność do oderwania osób i wypadków od ich rzeczywistego kontekstu. No i nadaniem im nowego. Borysewicz walczył z systemem, a ta pani chce tylko, żeby ten biedak do niej wrócił, bo mogłaby wtedy pomagać mu już stale.

Co takiego więc odróżnia aktora od autora? Aktor, po zakończonym występie odbiera gażę i odchodzi w siną dal. Jeśli przeszarżował, jak swego czasu Borysewicz wzywa się go na dywan i udziela reprymendy. Jeśli aktor jest naturszczykiem, jak ta pani, pracuje tylko za możliwość dostymulowania swoich emocji. Co robi autor? On jest przyklejony do swojego dzieła na stałe. Nie oderwie się od niego choćby pękł. Jest jak kolega Ziemowit po eksplozji emocji pana Władysława, rozpłaszczony na drzwiach. Nikt się jednak tym nie przejmuje, albowiem autor niczego nie odgrywa. Przez to traci zdolności uwodzicielskie, a żeby dowiedzieć się czego on w ogóle chce, trzeba wykonać jakąś pracę – przeczytać tekst.

Co to jest wolność słowa a takim razie? To jest wolność osobista autora. Innej wolności słowa nie ma. Z chwilą kiedy zaczynamy pogardzać autorami i ekscytujemy się występami aktorów, nie ma już mowy o żadnej wolności słowa.

  6 komentarzy do “Wolność autora i wolność aktora czyli o estradowym kontekście narracji politycznych”

  1. Dzień dobry. Przypomina mi się taka przebrzmiała już dyskusja o tym, czym się różni demokracja socjalistyczna od demokracji. Nie będę rozwijał, większość pewnie pamięta. Otóż podobnie jest chyba z wolnością. Ona jest albo jej nie ma. Nadawanie jej jakichś bliższych określeń jest już jakimś jej ograniczaniem. Oczywiście tu, na ziemi, ideałów nie ma. To dotyczy także wolności. No chyba że staniemy ciasnym kołem, plecami do środka, każdy ze swoim ostrzem. Wtedy w tym kole, wewnątrz, jest nasza wolność. Każdy inny jej rodzaj jest już rodzajem kompromisu. To tak jak z tym osławionym wolnym rynkiem, którego nigdy nigdzie nie było, bo istotą rynku – zastępującego wszak rozbój – jest istnienie jakiejś władzy ten rynek chroniącej i ustanawiającej reguły – czyli ograniczenia. Ta sama władza reguluje też rynek treści, jak Pan to trafnie nazywa, z widowiskami włącznie. Skoro nie każdy może coś wystawiać kiedy mu przyjdzie ochota, to znaczy, że wystawiane jest to, co akceptuje władza. Nie ma zatem rynku treści antysystemowych. Może być tylko podziemie, a i te bywają koncesjonowane…

  2. niektórzy bronili tego Borysewicza, że niby każdy się kiedyś wygłupił upijając się u cioci na imieninach

    Zdarzają się takie imieniny, kiedyś na imieninach cioci, moja kuzynka, drinkowała,  straciła równowagę i jak to potem się mówiło -poleciała w kwiaty- tj. wpadła w zebrane w rogu pokoju wazony z kwiatami . Śmiechu było co nie miara, są trzy Joanny w rodzinie a o tej jednej mówi się z przydomkiem -Joaśka w kwiatach-

    ale co do Borysewicza to się zgadza – miał zainicjować trynd

  3. 6 dni płynął … czyżby przez kanał La Manche,

    gdzie to się działo … to przebija prozę Ernesta H. w której bohater rybak też spędził trochę czasu dryfując /chyba/ po Zatoce Meksykańskiej

  4. Ta biedna kobieta wyłowiła Golluma, ale to on,chyba, zajumał jej pierścień!

  5. „Cały internet” to padlinożercy, którzy dla patokomunikacji nie pogardzą bajaniem.

    Humbug czyli Bajanie znad rzeki Bug.

  6. Paradoks polega na tym że Jim Morrison w 1967 w Miami ponoć tez zdjął gacie na scenie i pokazał interes po czym z tej sceny został wywleczony przez policjantów i trafił na dolek, a potem oskarżony przez prokuraturę w Miami o obscene, szerzenie zgorszenia publicznego i jeszcze kilka zarzutów skazany na 6 miesięcy aresztu i grzywnę, kary nie zdążył odbyć bo zmarł w Paryżu ponoć na zawal podczas kąpieli. Dodajmy że Morrisona teoretycy spiskowi też zaliczają ruch hippisowski, w tym muzykę Doors  do elementów systemu kontroli umysłów w ramach programu CIA mk-ultra, itd. Ale u nas komuna widać też miała swoją „mind Control” poslugujaca się podobnymi narzędziami i środkami wyrazu, tyle że dwie dekady później. I nawet Borysewicz nie musiał beknac, nie mówiąc o konieczności całkowitego „odlaczenia od prądu” .

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)