lis 202022
 

Jakoś tak mnie naszło przy niedzieli, bo przypomniałem sobie, że dawniej, w czasach kiedy byłem dzieckiem i człowiekiem młodym, wrażliwość w obrazach ruchomych przewijających się przed moimi oczami, a także w książkach i publikacjach prasowych, kolportowana była dyskretnie. Pierwsze bowiem miejsce wśród treści tam zawartych zajmował obowiązek. Nie mówcie mi, że tak nie było, bo było. Dopiero po odfajkowaniu tego, co uważane było za obowiązek, bohaterowie kreskówek i filmów fabularnych mogli zająć się przyjemnościami i ujawnić swoją ludzką wrażliwość, która była – dla widza –  wisienką na torcie. Na tym polegała wychowawcza rola produkcji filmowych. Wyróżniały się w ich masie produkcje radzieckie, albowiem tam wrażliwość zawsze była dewastowana przez obowiązek. I nawet jeśli już, już, wydawało się, że główny bohater będzie mógł usiąść gdzieś na skarpie i zapalić papierosa, a także wymienić kilka słów z piękną dziewczyną, do której się miło uśmiechnie, granat urywał mu głowę, a w najlepszym razie zdychał jego ulubiony pies. Nienawidziłem tego szczerze i uczucie to zostało ze mną do dziś. Jak każdy, chciałem się czuć szczęśliwy, spełniony i mieć niewzruszone przekonanie, że oto jestem na tym miejscu, na którym powinienem być. Zachowanie proporcji pomiędzy obowiązkiem, a dyskretną wrażliwością było jednym z najważniejszych technologicznych postulatów twórczości filmowej. Od dawna już nic z tego nie zostało. Okazało się bowiem, że widzowie reagują na wrażliwość, a obowiązek ich nudzi. Wiązało się to z tym, że w krajach rozwiniętych większość obowiązków obywateli przejęło państwo, pozostawiając tym obywatelom wyłącznie wrażliwość. Więcej, państwo to zaczęło apelować w swoich komunikatach wyłącznie do wrażliwości. Nic innego się nie liczyło. To samo czyniły wielkie koncerny sprzedające różne towary. Okazało się bowiem, co jeszcze w latach siedemdziesiątych nie było takie oczywiste, że uwrażliwienie zwiększa sprzedaż. Ludzie reagują na coś kojarzącego się z wrażliwością życzliwie i chętniej wyciągają portfele. Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych najlepszą reklamą w telewizji polskiej okazała się reklama płynu Coccolino, której bohaterem był sympatyczny miś. Gdyby tę reklamę wyprodukowano w ZSRR, ani chybi, na sam koniec, granat rozerwałbym misia na strzępy, a pani reklamująca pralkę zrobiłaby z niego gustowne szmatki do wycierania parapetów. Tak się jednak nie stało i miś się tylko do nas uśmiechał. Apelował do wrażliwości po prostu.

Bardzo szybko jednak okazało się, że oddzielona od obowiązku wrażliwość to po prostu jakiś tam zlepek emocji, który znajduje się całkowicie poza kontrolą indywidualną. Gdyby było inaczej nic by się nie dało sprzedać apelując do wrażliwości. Skoro zaś ujawniła się taka właściwość, można było rozpocząć opracowanie technologii zwiększania wrażliwości, kontrolowania jej i profilowania dla potrzeb różnych, zhierarchizowanych grup. Tam wrażliwość połączona została nie z obowiązkiem bynajmniej, ale ze ślepą lojalnością wobec grupy. Dziś żyjemy w czasach kiedy wrażliwość jest już tylko narzędziem wykluczenia. Jej funkcja sprzedażowa znajduje się w zaniku, a ona służy tylko do wskazywania ludzi niewrażliwych. Pierwszą ofiarą tego systemu padła ironia, o czym już tu kiedyś pisałem. Nie można ironizować, bo człowiek naraża się na zarzut bycia niewrażliwym. Usłyszałem ostatnio, że w roku 2021 czy 2020, młodzieżowym słowem roku miał został wyraz Julka. Wszystkie Julki jednak najeżyły się, niczym dawniej jakieś, pardon, ku..y, broniące powagi swojego zawodu i swoich wewnętrznych hierarchii i wyraz ten nie został młodzieżowym słowem roku. To świadczy o tym, że wrażliwość, zredukowana została tylko do wykluczenia i przysługuje niektórym jedynie grupom. Jeśli ktoś próbują przypisać wszystkim ludziom żyjącym na ziemi i na bazie wrażliwości sprzęgniętej z obowiązkiem budować jakąś komunikację ten zostanie ogłoszonym najgorszym wrogiem. Zmieniła się bowiem technologia sztuk wizualnych i literatury. Nie znaczy to oczywiście, że była ona wcześniej, za każdym razem, uczciwa wobec odbiorcy. Była uczciwa czasem. Nigdy jednak z nieuczciwości i dewastacji nie czyniono waloru, może z wyjątkiem malarstwa. Teraz zaś mamy sytuację, że z nieuczciwości i dewastacji czyni się przymus. Nikt już nie wmawia nikomu, że fatalne produkcje to jest jakaś jakość, tylko trzeba być wrażliwym o wiele bardziej niż dawniej, żeby je zrozumieć. To już jest przeszłość. Dziś wrażliwość dystrybuuje się pod przymusem.

W filmie, czego dowodem były obrazy kręcone przez Zanussiego, za pomocą przymusowo dystrybuowanej wrażliwości, próbowano zanegować istotne narzędzia i momenty technologiczne, bez których w ogóle nie ma filmu. Ktoś, być może sam reżyser, wpadł na pomysł, że sama ciśnięta pod przymusem wrażliwość, czy też „wrażliwość” wystarczy. Dziś się opamiętał i w jego imieniu gadają operatorzy, albowiem bez operatora nie ma filmu. Produkcja bowiem to technologia, a efekty określane jako wrażliwość osiąga się za jej pomocą właśnie, a nie za pomocą deklaracji o wielkiej miłości do Jana Pawła II, wygłaszanych przez słabych i tanio wynajętych aktorów z prowincjonalnych teatrów.

Każdy rodzaj sztuki posiada swoją, nie dającą się oddzielić od dzieła, technologię. Podejmowane są próby takiego oddzielenia, a ich usprawiedliwieniem jest zawsze wrażliwość. Chodzi jednak w istocie o wywołanie uczucia sprzedażowego przymusu, co w przypadku książek wyrażane było kiedyś formułą – chcę być na bieżąco. Nie można być na bieżąco wrażliwym, można tylko na bieżąco kupować kolejne produkty z serii, wykonane z pogwałceniem zasad technologii przypisanej do określonego rodzaju sztuki. To nas prowadzi wprost do wniosku, że nasza wola, którą odczuwamy jako wewnętrzny przymus, znaczy bardzo niewiele wobec wyzwań technologicznych. Ich opanowanie zaś jest poza nią i zależy od cech, nad którymi nie panujemy. Ktoś jednak nad nimi panuje. Być może jest to Pan Bóg, zawiadujący talentem, czyli technologią tworzenia. I sprzęgający wrażliwość z obowiązkiem, stawiając go na pierwszym miejscu. Talent nie bierze się bowiem z woli, ale z cierpliwości i wyczekiwania. Filmu zaś nie da się nakręcić bez światła i kamery, choć wielu już próbowało.

Możliwe więc, że doszliśmy do końca procesu dewastacji sztuki, pod pretekstem uwrażliwiania widza. Może się jednak okazać, że ten proces wyjdzie ze sfery działalności artystycznej i przeniknie do innych dziedzin. W zasadzie już widzimy tego symptomy, ale reagujemy na nie opornie. Nie ma jednak pewności, że pewne zachowania obserwowane u pewnych ludzi nie zostaną przymusowo zadekretowane jako wrażliwość godna naśladowania, do tego za opłatą. Kiedy bowiem nie ma sztuki, zostaje goła transakcja – ja coś robię, w co ty musisz uwierzyć, ale powinieneś za to zapłacić, bo jest to wyjątkowe. Skąd wiadomo, że wyjątkowe skoro nie ma sztuki? Dawaj kasę, bo w ryja! Taki dialog potrafię sobie wyobrazić, a wielu uzna, że jest on od dawna prowadzony w życiu publicznym. Przynajmniej od momentu, kiedy Wałęsa wpiął sobie w klapę wizerunek Częstochowskiej Madonny.

  6 komentarzy do “Wrażliwość jako towar i narzędzie sprzedaży”

  1. na SN Apescornelius pisze że obejrzał film Kawalerowicza -Pociąg-  i tam wrażliwość  była delikatnie pokazana

    od montażystek wiem, że p. Lucyna /żona reżysera/ nie mogła zapłakać w kręceniu jednej ze scen a taka była konieczność /scenariusz/ wtedy reżyser walnął drzwiami przedziału w jej dłoń i …. aktorka prawdziwie się rozbeczała……

    wrażliwość filmowa miewa także takie podteksty

  2. sprzedażowy przymus ma swoje wymagania

  3. To technologia filmowa, bardzo ważna rzecz

  4. Tam nie było przymusu sprzedażowego. Jak taki przymus jest wszyscy płaczą na zawołanie. Nic bardziej nie wzrusza człowieka niż wypłata

  5. A jak ta wrażliwość nadaje się do różnych szantaży moralnych i politycznych! Palce lizać…

  6. no tak filmy w prl nie były na musiku, nie czekano na zwrot kosztów produkcji filmów , zadaniem scenariuszy było propagowanie idei zgodnych z tym co to -wicie/rozumicie-  a byt studia filmowego zapewniało  państwo

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)