kwiecień 232020
 

Kiedy w jednym z tekstów pojawiło się nazwisko Yoko Ono, pewien czytelnik podesłał mi krótki biogram tej pani. To jest doprawdy niezwykłe, jak przymus kulturowy zaburza percepcję i jakim skutecznym narzędziem dyscypliny ciągle pozostaje. Oto, proszę wycieczki, pradziadek najbardziej rozpoznawalnej i najbardziej zbuntowanej artystki XX wieku

https://pl.qwe.wiki/wiki/Yasuda_Zenjir%C5%8D

Zanim przejdę do omawiania szczegółów koligacji rodzinnych, zwrócę uwagę na jeden aspekt, który trzydzieści lat temu wydawał się oczywisty, a dziś – poprzez fakt, że ludzie zapominają różne drobiazgi – już taki oczywisty nie jest. Kiedy kolega Mirek remontował mój dom w Dęblinie, ściągnął sobie ze strychu stos starych gazet. W tym kilka egzemplarzy tygodnika „Razem’. Poukładał to na podłodze w trakcie malowania. Na parapecie do dziś leży nie sprzątnięty kawałek tego tygodnika, a ja nie mam serca się go pozbyć. Oto na jednej stronie jest kawał artykułu poświęcony czystej i nieskalanej miłości Yoko i Johna, opatrzony ich zdjęciem, a na drugiej historia życia i niedoli towarzysza Bieruta. I nie ma w tym żadnego dysonansu gdyby ktoś się pytał. Z tymi gazetami kłopot jest taki, że one ulegają degradacji. Za 300 lat znikną i nikt nie będzie stawiał już kłopotliwych pytań. Yoko będzie zbuntowaną artystką, która uwolniła młodego angielskiego muzyka od kulturowych przesądów. Gdyby reportaże i biografie pisano na kamiennych tablicach, albo na glinie, po 1000 latach mógłby wykopać je jakichś dociekliwy archeolog, wyzbyty przesądów i skojarzyć conieco.

– Ale jako to panie profesorze wyzwolona artystka? – zapytałby swojego promotora – mamy dwa fragmenty kamienia znalezionego w miasteczku Iwangorod nad Wisłą. Na jednej stronie jest o niej, a na drugiej o tym komunistycznym rzeźniku, co to wszyscy go dziś potępiamy.

– To z pewnością wybryk wykonawcy tego artefaktu – powie stary profesor i uśmiechnie się złowieszczo patrząc uważnie w oczy asystenta – taki, rozumie pan, panie kolego kamienny apokryf.

– Ale jako to? – zacznie się dopytywać tamten idiota – siedział trzy lata i wykuwał tekst dla żartu?

– Wiele jeszcze przed panem – odpowie mu bardziej doświadczony naukowiec.

Takie rzeczy oczywiście nigdy nie nastąpią, bo wszystkie egzemplarze tygodnika „Razem” zostaną do tego czasu przeżute i strawione przez robaki. Historia i jej interpretacje zajaśnieją więc innym blaskiem. My zaś, póki co grzebmy w śmieciach.

To co działo się na świecie w końcu XIX wieku i początkach wieku XX ma pewne cechy wspólne we wszystkich punktach globu. Rewolucja zaś kulturalna, której efektem było wystąpienie Yoko przebiegała w następujący sposób – rodziny bankierskie łączyły się ze zubożałą szlachtą i arystokracją. I tak, wspomniano tu ostatnio Kościelskiego z Miłosławia ożenionego z Blochówną i Weysennhoffa, który też się z Blochówną ożenił, a potem rozwiódł. Wcześniej zaś omawialiśmy postawę Jana Skotnickiego i jego udział w rozwoju kulturalnym kraju, poprzez szczęśliwy ożenek z córką Grohmana, który stworzył cały ruch plastyczno-ideologiczny w Zakopanem i za to płacił. Nie inaczej było w Japonii. Różnica w tym, że tam i bankierzy i szlachta pochodzili z tego samego, choć silnie rozwarstwionego narodu. U nas zaś postęp wykuwał się poprzez małżeństwa mieszane – polsko-żydowskie. Polacy dawali krew i rasę, a Żydzi kasę. Misją Polaków było także emocjonalne uwierzytelnienie przyszłej produkcji sprzedawanej na rynkach światowych. Kłopot polegał na tym, że Bloch i Grohman nie mieli chyba za dobrych informacji, jeśli idzie o polityczne koniunktury, a może też ich zaplecze okazało się za słabe. Sądzę także, że nie rozumieli do końca, jaka jest rzeczywista misja sztuki. Co innego Japończycy. Tam wszystko było jasne od początku i dobrze zaplanowane. Pan Ono, ojciec Yoko był zubożałym szlachcicem, który miał ambicje artystyczne, ale porzucił je dla dyrektorowania w Banku. Bank ten miał filie w Ameryce. Jego córka miała zostać wybitną pianistką, ale to się niestety nie udało. Dodam jeszcze tylko, że cała rodzina Yasuda i Ono to było finansowe zaplecze epoki i dynastii Meiji. Sam szczyt aspiracji, o których przeciętny Japończyk nie mógł nawet marzyć.

Żeby nie strzępić języka po próżnicy posłużę się teraz cytatem

Pierwsze cztery lata życia Yoko spędziła z rodzicami w Ameryce, gdzie jej ojciec był dyrektorem japońskiego banku. Po powrocie do Japonii uczyła się w elitarnej szkole chrześcijańskiej, a potem w szkole Gakushum, do której chodziły dzieci cesarza Hirohito, między innymi obecny cesarz Akihito. Była pierwszą studentką, która dostała się na kurs filozofii w Gakushum (w 1952 r.). Po wojnie i upadku systemu totalitarnego w Japonii, kiedy zapanowało tam intelektualne ożywienie, a pacyfizm wypierał ultranacjonalizm, Yoko fascynowała się marksizmem i egzystencjalizmem. Czytała i Marksa, i Gide’a, i Hegla, i Dostojewskiego, i Sartre’a, i Czechowa, i Heideggera, i Tołstoja. Kształtowały się jej lewicowe i antywojenne poglądy. „To, co mi dało wtedy siłę, to odcięcie się od japońskiej pseudowyrafinowanej burżuazyjnej przeszłości mojej rodziny i Japonii. Wyrosłam na osobę wolną i myślącą”.

Nie będziemy śledzić całego życiorysu Yoko, wskażę tylko na pewne istotne jego momenty. Pierwszy to poznanie Lennona i związek z nim, który pociągnął za sobą falę oskarżeń o rozbicie zespołu The Beatles. Cóż to oznacza w praktyce? Przejęcie większej części emocji związanych a aktywnością tego zespołu, zagospodarowanie ich i pchnięcie w wyznaczonym przez kogoś kierunku. Jak wiemy po poznaniu Yoko Lennon odleciał w kierunku pacyfizmu. Był na tyle rozpoznawalną marką, że trudno było sobie wyobrazić iż polityczne mafie zostawią go w spokoju. Nie można było jednak zostawić go z kolegami, którzy coś tam sobie brzdąkali na gitarach i opowiadali i trendach, brzmieniach i stylach. To były i są nadal sprawy trzeciorzędne. Najistotniejsze są deklaracje polityczne artystów. Ich warsztat nie ma przy tym żadnego znaczenia, bo elektroniczne media i całe piramidy krytyków ideologów wykreują na wielkość nawet zdychającego, wściekłego psa, a co dopiero prawnuczkę pana Yasudy i jej kochanka.

Kolejny moment – John opiekował się ich wspólnym dzieckiem, a Yoko inwestowała jego pieniądze – skutecznie. No, jeśli zbuntowana artystka inwestuje pieniądze, które zarobił na stworzonej w GB koniunkturze jej partner szarpidrut, to sprawa jest bardzo poważna. Oznacza bowiem, że działalność artystów nie posiadających żadnych poza pluciem na podłogę umiejętności, za to składających wiele gorących deklaracji dotyczących szczęścia ludzkości, jest ściśle skorelowana z inwestycjami wielkich banków. Można zaryzykować, że koniunktury na rynku sztuki są dla tych banków jakimś zabezpieczeniem. Ja nie mogę opisać dokładnie jaki jest charakter tego zabezpieczenia, nie znam się bowiem ani na bankowości, ani na ekonomii, ale przypuszczam, że tworzone na jabłkach za 500 funciaków piramidy finansowe nie raz ratowały z opresji zarządy wielkich domów bankowych. Sądzę też, że od pewnego momentu, (i nie chcę tu już powracać do malarstwa III Republiki), niech to będzie epoka Meiji, kiedy produkowano i kolportowano te fantastyczne drzeworyty ze scenami triumfu cesarstwa i jego żołnierzy oraz polityków, związek pomiędzy rewolucjami w sztuce, a polityką banków jest ścisły i nierozerwalny. Jak na tym tle wyglądają nie rozumiejący niczego naśladowcy „wybitnych artystów” mieszkający w Europie Środkowej i próbujący robić tu jakieś artystyczne rewolucje, nie chce mi się nawet pisać. Nie potrafię bowiem napisać zdania składającego się z samych nieprzyzwoitych wyrazów.

Jeśli ktoś ma ochotę może, po raz kolejny, podjąć śledztwo w sprawie śmierci Lennona, która z pewnością nie była przypadkowa. Ktoś mógł dojść do wniosku, że osoba tak poważna, jak Yoko, reprezentująca tak głęboką i starą tradycję, nie może pokazywać się, w dodatku nago, w towarzystwie jakiegoś przybłędy, który nie wywodził się nawet z klasy średniej. To było i sądzę, że jest nadal, nie do pomyślenia, w pewnych, wpływowych kręgach. Być może też związek Yoko i Johna zaczął przeszkadzać inwestorom, którzy wiązali z aktywnością pani Ono plany bardzo poważne.

Jak ja to teraz połączę z Magdaleną Samozwaniec? To proste. Zrobię to z wdziękiem prestidigitatora. Wolny świat musi mieć swoich idoli, którzy odcinając się od tradycji, będą jednocześnie po cichu ją kultywować, spełniając przy tym wszystkie polecenia ludzi tworzących rzeczywistość finansową globu. Analogicznie świat niewolniczy, stworzony przez tych samych ludzi, musi mieć swoich artystów, którzy odcinając się od tradycji, będą ją po cichu kultywować, spełniając jednocześnie wszystkie zachcianki władzy.

Mam przed sobą książkę Magdaleny Samozwaniec, córki Wojciecha Kossaka, która nosi tytuł „Błękitna krew”. W podtytule zaś czytamy, że jest to powieść satyryczna. Przeczytałem dwa rozdziały i mogę powiedzieć tyle, że to jest gorsze niż „Worek judaszów” Nienackiego. Tego się nie da po prostu opisać. Oczywiście w wiki możecie przeczytać, że pani Samozwaniec napisała paszkwil na rodzinę Tarnowskich, u której się ukrywała w czasie wojny. Tyle, że to nie jest paszkwil. To jest bieda z nędzą. Być może pani Magda była osobą tak silnie uzależnioną od hazardu i alkoholu, że nie miała po prostu władzy nad sobą i przyjęła propozycję złożoną jej przez ludzi towarzysza Bieruta, otwierając sobie tym samym drogę do wygodnego i ciekawego życia. Dla wielu ludzi, którzy pamiętają jej książki, spektakle reżyserowane na ich podstawie, pani Samozwaniec może jawić się jako uosobienie wesołego przedwojennego życia warstwy ziemiańskiej. To jednak nie jest prawda, ani nawet półprawda. To jest kreacja aparatu bezpieczeństwa. No i samej Magdaleny Samozwaniec, która opisuje swoich dobroczyńców, ledwie wiążących w czasie okupacji koniec z końcem, drżących o życie bez przerwy, jako bandę niczego nie rozumiejących bałwanów. Wśród nich wyróżniają się oczywiście kobiety – wariatki, dewotki, albo zdrajczynie. Mężczyźni są, z wyjątkiem dwóch, którzy rozumieją, że nadchodzą nowe czasy, politycznymi bankrutami albo dziećmi w długich spodniach. Pani Magda wkłada im w usta jakieś patetyczne formuły, demaskowane zaraz jako hipokryzja albo szydzi z naiwności, która każe im wierzyć, że Polskę wyzwoli armia amerykańska. Jeden z „pozytywnych” bohaterów pyta jednego z „negatywnych” o jego plany po wojnie. Ten zaś mówi, że wyjdzie za granicę. Na co rozmówca – a skąd pan wie, że dostanie pan pozwolenie na wyjazd za granicę? To jest naprawdę niezwykłe. Szczególnie mocno piętnuje pani Samozwaniec zamiłowanie do hazardu, które spowodowało, że ojciec rodziny, przegrał większość pieniędzy, a potem uciekł do Londynu. To jest coś niesamowitego, bo sama pani Samozwaniec znana była w PRL z zamiłowania do gier. Nie jest moim celem wskazywanie na różne szajby autorki, które tak bardzo imponowały ludziom przed wojną i po wojnie, chcę tylko zauważyć, że w wiki nie ma już opisu powieści satyrycznej „Błękitna krew”, choć niedawno się tam znajdował. Burzył jednak cały obraz fantastycznej, wesołej, rozrywkowej i kochającej ludzi pani Madzi. Podobnie jak zarośnięty Lennon w powyciąganym swetrze zaczął w pewnym momencie przeszkadzać wybitnej japońskiej artystce Yoko Ono.

Jak poczytam coś więcej z tej „Błękitnej krwi”, z pewnością umieszczę tu jakieś uwagi. Na razie to tyle. Pewnie zastanawiacie się, co ja dziś będę sprzedawał przy tak dziwnym tekście?

To proste – memiksy. Tomek, kierując się niezwykłą zupełnie intuicją, postanowił kiedyś zilustrować historię nowoczesnego świata za pomocą metody jaką zastosowano w sławnych, japońskich drzeworytach z epoki Mejii. Mamy więc cała strony pokryte układającymi się w spójną i demaskatorską narrację grafikami, które uzupełnione są tekstem. Przysięgam, że jak to robiliśmy, a ja pisałem przecież tekst, nie myśleliśmy ani o panu Yasuda, ani o Yoko, ani tym bardziej o Lennonie i Magdalenie Samozwaniec. Dziś jakoś się to wszystko splotło.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/narodziny-swiata-w-20-obrazach-1864-1914/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/swiat-w-ciemnosciach/

  18 komentarzy do “Yoko Ono vs Magdalena Samozwaniec”

  1. Prawdziwy prestidigitator to połączył Kulczykównę z Lubomirskim. Tobie na pocieszenie zostało połączyć Magdalenę Samozwaniec z Magdaleną Ogórek ☺

  2. Yoko Ono – „Rozbiłam Beatlesów”

    Meghan Markle: „Phii… Potrzymaj mi piwo”

  3. Zaćpanie, zapicie, zarażenie i śmierć artystów było i jest skutecznym i bezpiecznym przeniesieniem praw autorskich na dobrze prosperujące oto ono.

  4. Żal by taka fortuna się zmarnowała. Yoko się tym zajęła

  5. Prozaicznie rzecz biorąc to pewnie sprawa ma się tak jak w powyższych komentarzach, ale podchodząc do sprawy z tzw romantycznego punktu widzenia, to  romans tych państwa budził zdziwienie, po pierwsze i po drugie dlatego, że bohaterka pozbawiona była tzw. „sex appilu”, na pierwszy rzut oka nie posiadała w sobie niczego co mogło przykuć uwagę mężczyzny (w dodatku sławnego) , chyba że wabikiem były  te pininedze w japońskim banczku.

    Przez nas kwitowane to było wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że chyba rzeczywiście „każda …. znajdzie swego amatora”.

  6. dobre, gdyby zrobić taki mem to cieszył by się dużą popularnością,

    no Megahan to dobry przykład że następne pokolenie jest roztropniejsze od poprzedniego .. i ambitniejsze…

  7. A na to Yoko Ono: „Może i rozbiłaś, ale ile na tym zarobisz, jak stracicie zyski z bycia członkami rodziny królewskiej?”

    Przypomniał mi się żart a propos:

    Po 25 latach prawnik oddaje kancelarię synowi, ten sprawdza, że ojciec przez te lata prowadził tylko 1 sprawę. On załatwią ją w miesiąc idzie do ojca i mówi:

    – Tato, widzisz jakim jestem dobrym prawnikiem, ty się z tą sprawą 25 lat męczyłeś a ja ją w miesiąc załatwiłem.

    Na to ojciec:

    – Ale ty głupi. Ja dzięki tej sprawie i dom wybudowałem, i ciebie wykształciłem, i dobrze sobie żyliśmy, a ty przez miesiąc wszystko zepsułeś.

  8. syn, poczatkujący  adwokat nie miał wprawy, myślał że sprawa polega na załatwieniu, zainkasowaniu reszty należności  i przekazaniu dokumentacji do archiwum, a to cały sens tkwi w celebrowaniu/przeciąganiu  procedury

    a pani Meghan zdaje się planuje zarabiać we filmie, dobrze że Weinstein jest passe…

  9. To nie prestidigitator tylko postępowy ksiądz. Myli ci się cyrk z nowoczesnym kościołem

  10. Obstawiam jednak, że Yoko jest lepsza

  11. To wariatka uzależniająca ludzi od siebie, nie tak znowu odosobniony przypadek

  12. właśnie chyba na stulecie niepodległości była wystawa na Zamku Królewskim i końcowym etapem wystawy był (?) świat kawiarni XX lecia i między obrazami, fotkami ludzi znanych z tego okresu jako bywalców warszawskich kawiarń czy kabaretów wisiał ten portret M. Samozwaniec, który zamieściłeś w komentarzu.

    Ładna ta Kossakówna.

    Natomiast przypomniała mi się jej satyra na warszawiaków (tytułu nie pamiętam) , że chętnie wynajmowano pokój przy rodzinie ale raczej …  młodemu  mężczyźnie.

    Młode kobiety nie miały mniejsze szanse na wynajem pokoju przy rodzinie.

    No i coś o tym napisała Samozwaniec, bohaterka książki, chce wynająć pokój, przebiera się w modne kupione na ciuchach, męskie ubranie, oczywiście w przebraniu, wynajmuje pokój i stara się udawać młodego atrakcyjnego  dandysa, itd. Były w książce jakieś  tam różne śmieszności.  Kiedyś omawialiśmy rodzinnie tą książkę i ktoś się odezwał: wybili mężczyzn a teraz kpiny urządzają.

    Takie tam … o satyrze niewartej pamięci.

  13. MM czyli rysownictwo lubieżne

  14. Chyba Samozwaniec zerżnęła od Francuzek.

    Jeleński zaliczył Samozwaniec i Berezowską do niemal nieistniejącej w Polsce kategorii „Mulier erotica„, która kwitła we Francji od Colette, poprzez Lycie Delarue-Madrus aż po Maryse Choisy. To określenie zatarło się w pamięci potomnych, a prominentny amerykański medyk z lat 1940-tych piszący pod pseudonimem Nostradamus używał zwrotu „mulier erotica vulgaris” do opisu amerykańskich piękności, których atrakcyjność i prosty sex-appeal rujnowały je w wieku pogimnazjalnym. W każdym razie, te wymienione przez Jeleńskiego autorki francuskie, to były libertynki z odchyleniem lesbijskim. Lucie Delarue-Mardrus zyskała uznanie za książkę L’Ange et les Pervers, w której opisuje swą prawdziwą lesbijską miłość (Natalie Clifford Barney) jako hermafrodytę, która w sukni bryluje na salonach literackich, a potem w spodniach – na wieczorkach gejowskich.

  15. miały dziewuchy jakieś zlecenie na ordynarność/wulgarność, albo same z siebie … wyprodukowały taki nurt …. w to jednak wątpię, optuję za dobrze płatnym zleceniem mającym zdewastować dotychczasowe normy moralne…

  16. Lennon to był muzyczny geniusz, jakich mało. Szarpidrutem był tylko przy okazji. A na jego lewicowy skręt pod wpływem YO spuśćmy zasłonę milczenia. Let’s immagine, że to tylko muzyka…

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.