Sty 052021
 

Dziś będzie trochę anegdotycznie, a trochę nie. W moim starym domu, który dziś jest jak nowy, był stół kuchenny, a w stole tym była szuflada. Wrzucałem tam kasztany każdej jesieni, obiecując sobie, że będą z nich robił śmieszne ludziki. Za miesiąc lub dwa, jak sobie o nich przypomniałem, wyrzucałem je precz, ponieważ były zeschnięte i brzydkie. W szufladzie tej, pod warstwą kasztanów, nie wiedzieć czemu tam akurat, a nie na półce, leżała książka. Nigdy jej nie przeczytałem, choć miałem wielką ochotę. Obwoluta była bardzo atrakcyjna, a w środku były ilustracje. Książka nie była gruba i mogłem ją przeczytać w jeden wieczór. Za każdym razem, kiedy zaczynałem, coś mnie jednak od niej odrzucało. Nie wiem co i nie wiem dlaczego. Może się dowiem, jak tu przyjdzie pocztą, bo zamówiłem egzemplarz na allegro. Ta domowa gdzieś przepadła. Nie wiem nawet kiedy. Po prostu pewnego dnia zniknęła z szuflady w kuchennym stole i więcej się nie pokazała. Było to dzieło Zofii Kossak zatytułowane Puszkarz Orbano. Kiedy dziś o nim myślę, wydaje mi się, że mimo adaptacji z przeznaczeniem dla nieletniego czytelnika, książka ta była zbyt poważna, żeby mogło się nią zainteresować dziecko. Postać zaś tytułowego bohatera, była i jest nadal postacią, z którą autorzy tacy jak Zofia Kossak, przy całej jej sprawności, nie mogli sobie poradzić. Od kiedy przeczytałem książkę Stevena Runcimana Upadek Konstantynopola, myślę bez przerwy o tym człowieku. Przypomniałem sobie książkę z szuflady i przeszukiwałem docenta wiki. Wyszło to słabo. Pomógł mi dopiero nieoceniony georgius. Możemy więc coś nie coś powiedzieć o puszkarzu Orbano, który w źródłach występuje jako Węgier. Kim był w rzeczywistości nie wiadomo. Człowiek ten zjawił się pewnego dnia w Konstantynopolu, mieście, skazanym na zagładę i dostał się przed oblicze cesarza Konstantyna XI. To już jest nieprawdopodobne, bo żeby się tam dostać, trzeba było mieć uwierzytelnienia poważne, pochodzące na przykład z kancelarii królewskiej w Toledo. Przybyły z Dacji inżynier, którego opisują jako człowieka znikąd, nie mającego żadnego oparcia w mieście, staje przed obliczem basileusa i przedstawia mu swoją ofertę. Mówi tak – wielka armata, która rozwala wszystko, za tyle, a tyle pieniędzy. Do tego plac z magazynami i warsztatami, zespół ludzi i przystępujemy do pracy. Możemy ulać nawet dwie takie armaty. Jak przyjdą Turcy, a przyjdą na pewno, dwie salwy z dwóch stron, jedna od morza, druga od lądu osadzą ich na miejscu. Nie zobaczą nawet murów, a kula z nich wystrzelona i tak ich dosięgnie. Zapadło kłopotliwe milczenie. Cesarz rozejrzał się wokół, popatrzył na swoich doradców i rozłożył ręce w geście wyrażającym bezradność.

– Nie mam kasy kierowniku – powiedział cicho.

Orban się zdziwił

– Jak to nie masz kasy? Skarbce kościołów są pełne, wszędzie przelewa się złoto, pensje są wypłacane, żołnierze stoją na murach, flota krąży po zatoce. Są wreszcie Wenecjanie i Genueńczycy, niech ci pożyczą…

Cesarz uśmiechnął się smutno. Nie chciał już nic mówić, bo Orban wyglądał na naiwnego entuzjastę, który nie rozumie sytuacji. Wenecjanie i Genueńczycy nie znaleźli się w mieście po to, by go bronić, ale po to, by kontrolować upadek. Niektórzy tylko, tacy jak Giustiniani, zostali wprowadzeni w błąd przez patrycjaty i gotowi byli walczyć na murach wraz ze swoimi żołnierzami, do samej śmierci, w obronie miasta.

– Bez tej armaty się nie utrzymacie – wyraził swoje zdziwienie i niedowierzanie puszkarz zwany Orbano.

– No cóż – cesarz znów się uśmiechnął – będziemy próbować.

Inżynier pokręcił głową i wyszedł nie ukłoniwszy się nawet. Jego ludzie, wyglądający jak banda karpackich rozbójników czekali na niego w jednej z portowych tawern.

– I co? – zapytał najwyższy z nich

– Jajco – zgrzytnął Orban – nie przyjęli oferty

– Oj -wej – zawołał niższy wyrażając tym samym zdziwienie – musimy negocjować z sułtanem!

– Myślałem, że da się tego uniknąć – jeszcze raz zazgrzytał zębami Orban.

W tym miejscu przerwijmy tę fascynującą wizję i zastanówmy się, po co rzeczywiście puszkarz Orbano zjawił się przed obliczem Konstantyna Paleologa? Mam wrażenie, i nie opuszcza mnie ono od przedwczoraj, że przybył tam, by dokładnie rozpoznać okoliczności i przekonać się naocznie, czy warto jeszcze inwestować w Konstantynopol. Musiał zjawić się z jakimś projektem naprawdę dużej skali i dużej wagi, albowiem inaczej jego misja byłaby bezowocna. Był świadom, że w Konstantynopolu jest dość pieniędzy, żeby mu zapłacić i dość brązu by ulać zeń armatę potwora, która zdewastowałaby najpierw sułtańską flotę, a potem armię. Chciał dowiedzieć się, czy jest tam także wola obrony i czy decyzje należą do cesarza. Przekonał się, że jest inaczej i kiedy tylko wyszedł za mury, jak chce legenda, skierował swojego konia wprost do obozu sułtana. Mehmet przyjął go ciepło, tak, jakby już na niego czekał. Być może Orban był już wcześniej w sułtańskim namiocie, w drodze do Konstantynopola, a cała jego wycieczka była tylko pewną demonstracją, która miała ujawnić bezradność cesarskiej władzy. Teraz wrócił. Dostał wszystko co chciał i wykonał swój życiowy projekt, a także kilka mniejszych. Odlał z brązu ośmiometrową armatę, która rozwalała najgrubsze mury. Kilkadziesiąt par wołów ciągnęło ją pod mury Carogrodu, a dwustu janczarów szło obok niej, po stu z każdej strony, żeby nie zwaliła się z platformy, na której ją wieziono. Armata była mocno nieporęczna i trudno ją było przestawiać z miejsca na miejsce. Poza tym, mogła oddawać tylko do siedmiu strzałów dziennie. Nie odegrała też przesadnie znaczącej roli w zdobyciu miasta, ale wywołała efekt propagandowy. Morale obrońców zostało znacznie nadwątlone. Miasto padło, jak pamiętamy przez gapiostwo i nieostrożność, jednego z obrońców, który zapomniał zamknąć ukrytej w murze furtki.

Po zakończeniu walk w Konstantynopolu ślad po puszkarzu Orbanie znika, nie wiadomo co się z nim stało i gdzie skierował swoje kroki.

Zostawmy go swojemu losowi i przenieśmy się teraz do czasów nam bliższych. Wszyscy chyba pamiętają anegdotę, kolportowaną przez brytyjską propagandę, o tym, jak to przed Napoleonem zjawił się wynalazca Robert Fulton i zaproponował mu zbudowanie parowców służących do inwazji na Anglię. Fulton przybył z Anglii właśnie, a był Amerykaninem, który prócz silników parowych interesował się także kanałami i transportem wodnym w ogóle. Bonaparte miał mu odpowiedzieć, że para interesuje go tylko jako efekt gotowania frykasów w kuchni. I to miał być jeden z powodów, dla których inwazja nie doszła do skutku, a Napoleon przegrał. Wszystko pięknie, tylko, że historia ta, jest jeszcze mniej prawdziwa niż przygody puszkarza Orbano. Fulton bowiem zbudował dla Bonapartego niewielki okręt podwodny, który był wypróbowywany na Sekwanie, zatonął, ale kilka mil przepłynął. Sytuacje tu opisane wydają mi się częścią tej samej praktyki politycznej, o której mało się generalnie wspomina. Myślę, że podobnych sytuacji można by znaleźć więcej i wskazać je jako polityczną prawidłowość. Oto na dworze mocarza lub byłego mocarza zjawia się człowiek posiadający wiedzę technologiczną. Jego misja nie polega w istocie na tym, by pomóc mocarzowi lub upadającemu mocarzowi, ale na tym, by zorientować się czy gotów on jest i na jakich warunkach zmienić bank, który go finansuje, a także czy w zamian za życie gotów jest rozwijać nowe technologie i brać na to kredyty.

Taki pomysł. Co wy na to?

  23 komentarze do “Zapytanie ofertowe do upadających mocarstw”

  1. Dzień dobry. Istotnie, chyba każdy większy upadek zaczyna się od „propozycji nie do odrzucenia”. Podobno chiński cesarz nie był zainteresowany machiną latającą i Mongołowie wkrótce zrobili swoje… Inną sprawą jest późniejsze opisywanie takich spotkań, które się odbyły albo i nie, co to komu szkodzi?

  2. No, ale niektóre są udokumentowane dość dobrze

  3. No właśnie, ja sobie cenię takie rozwiewanie mitów, z powołaniem się na źródła i powiedzenie jasno o wyraźnie „bujda!” – kiedy trzeba. Inaczej będzie jak z tymi polskimi obozami, co to je w Reichu budowaliśmy…

  4. Coraz trudniej mówić – bujda, skoro belwederscy profesorowie katolickich uczelni piszą powieści o przygodach Józi w burdelu. I są wystawiani jako reprezentacja intelektualnych mocy narodu

  5. Jeden z moich szefów, którego nie lubiłem ale musiałem cenić, mawiał; „On jest wybitnym profesorem. Sam mi to powiedział”.

  6. Widzę że w przełom 2020/2021 wrzuca pan świetne teksty. Podziwiam, tym bardziej że ma pan przejścia. Mnie problemy demobilizuja od pracy intelektualnej. W marcu zanim pozbierałem się z tego szumu medialnego musialo trochę minąć. A i teraz jak patrzę na Polaków to mi się przypominają najostrzejsze słowa krytyki Norwida, Mickiewicza czy Piłsudskiego. W konsekwencji trudno mi wejść w tematykę jakiejś książki historycznej. Muszę się przełamywać.

    A pana widzę problemy mobilizują. Ma pan jakieś sposoby?

  7. Profesor jest może i prawdziwy, ale widocznie dostał lepszą ofertę. A u nas nie ma woli walki. Została nam Józia, a druga strona ma herosa. Każdy ma, co lubi.

  8. Przy okazji: pragnę podziękować za I tom Baśń jak niedźwiedź.

    Wczoraj skończyłem.

    Gdzie, poza Pańską księgarnią jest sprzedawany, bo chciałbym powrzucać przychylne recenzje?

  9. jest wola walki, ale o miejsce w kolejce do szczepionki i to bez względu na wyznanie i przynależność polityczną.

  10. Bohater tekstu Coryllusa nie załapał się do Rady Doskonałości Naukowej, a bohater od szczepionek i owszem. Tym to śmieszniejsze. Ulubiona aktorka Wajdy, kręci aż miło posłuchać… i robi się cudacznie. Biją się o szczepionki, o których napisano, że je dopuszczono, bo sytuacja jest dramatyczna. To wygląda na test na inteligencję.

  11. Niech pan da spokój, recenzje niczego nie sprzedają. To są głupstwa.

  12. kula armatnia wycelowana w słup podtrzymujący strop  letniego refektarza w Malborku

    Car puszka który od razu był wadliwie skonstruowany i nigdy nie wystrzelił

    kula armatnia która zabiła młodego Wiśniowieckiego podczas ceremonii powitalnej u Albrechta H

    no i pewnie sto innych wystrzałów które coś, gdzieś, komuś uratowały podsumowując  zapytanie ofertowe albo ratując od niego …

  13. Może chodziło o sprawdzenie, czy Cesarz nie ma gdzieś jeszcze ukrytych, nie podlegających kontroli „zaskórniaków”, których mógłby użyć w jakimś niecnym celu ? 🙂

  14. Świetny pomysł. Umaiajmy więc FED na lunch, a Ludowy Bank Chin na herbatkę.

  15. była jakaś kiedy audycja w radio o obwarowaniach Warszawy budowanych z podatków ściąganych od mieszkańców stolicy czyli omawiano tzw Forty.

    fortyfikacje takie były już absolutnie przestarzałym pomysłem, ale drenowały kieszenie mieszkańców stolicy, tzw zachód  budował linie kolejowe, strategie militarne myślały o szybkim przerzucie wojska z jednego odcinka frontowego na drugi (w razie wojny), a Rosja budowała twierdze (Forty)

    wyglądało to na jakiś taki element sabotujący nowoczesną strategie wojskową, podobnie jak z Cuszimą, decyzja cara (kto podpowiedział ?)  o wysłaniu floty bałtyckiej dookoła Afryki w celu zniszczenia floty japońskiej przecież od razu była wystawiona na zniszczenie liczba marynarzy, tony węgla, tony jedzenia , ile czasu w drodze , w stresie przed bitwami które przyjdzie stoczyć … cała ta „impreza” to już było dobijanie,

    no i w podobie Polska, gdy zobowiązaliśmy się nie oddać ani guzika

  16. No właśnie nie wiadomo kto go wysłał i czy chodziło o te zaskórniaki, czy o budowę bombardy , czy o ustalanie płynności finansowej władcy, czy o  rzeczy inne…

  17. Po niepowodzeniach, przypominamy sobie, ile to mieliśmy ofert z których nie skorzystaliśmy a dzięki którym uniknęli byśmy niemiłej sytuacji.Tak nam się wydaje.

    Podobnie z tym Orbanem. Taniej byłoby go powiesić i paru innych puszkarzy i furtkarzy  i sukces gwarantowany.

  18. „W kwietniowym błocie działo Urbana zdolne było wystrzelić pociski ważące 540 kg na odległość 1,5 km nie więcej niż siedem razy dziennie. Jedną z bombard ustawiono naprzeciwko pałacu cesarskiego, a drugą przed bramą św. Romana. Mimo swej niskiej celności, broń ta czyniła ogromne zniszczenia w murach Konstantynopola.” i gdzie indziej „Prawdziwa zmiana nastąpiła w latach 1420–1430. Artyleria uległa wzmocnieniu i mogła już z powodzeniem kruszyć mury zamkowe. Zarówno Anglicy, jak i Francuzi poczynili znaczne postępy w rozwoju artylerii, a w rezultacie tradycyjna przewaga, jaką dawał obleganym mur, straciła swe znaczenie. Lufy dział zostały wydłużone, a receptura produkcji prochu tak ulepszona, że stał się trzykrotnie silniejszy niż uprzednio. (…) Turcy sprowadzili pod mury Konstantynopola 69 dział w 15 bateriach. Bombardowanie trwało 45 dni, a działa wystrzeliły 19 320 pocisków.”    A zatem każde działo statystycznie wystrzeliło 19320:67 = 289 co daje statystycznie 6,5 strzału na dzień.  A zatem średnia szybkostrzelność dostępnych dział w niczym nie odbiegała od szybkostrzelności orbanowej Bazyliki. Trzeba także pamiętać, że średniowieczna artyleria  w czasie oblężenia Konstantynopola co prawda nadawała się już do burzenia murów (wcześniej co najwyżej dachów) to jednak problemami pozostawały nadal szybkostrzelność, celność no i zasięg. Co innego trafianie poruszającymi się parabolicznie kulami w było nie było statyczny ogromny cel jaki jest mur, a co innego w statek czy inny poruszający się nawet najwolniej cel. Potężna armia Sułtana dysponowała wprawdzie najpotężniejszymi ówcześnie  działami, które jednakowoż  wewnątrz bronionego miasta byłyby w zasadzie bezużyteczne, a idąc dalej ogromy wydatek jakim byłoby niewątpliwie odlanie w Konstantynopolu dwóch landar, byłby raczej przejawem cesarskiej ekstrawagancji. 

  19. Czyli przekret ze szczepionkami to albo z nami albo przeciwko nam?

  20. Panie Gabrielu,

    Czy mógłby Pan w miarę wolnego czasu zrobić wpis o tej ukrytej furtce podczas oblężenia Konstantynopola.

  21. Fajny tekst, ale po prawdzie nie rozumiem, jak armata wystrzeliwująca 7 kamiennych kul na dobę i b. szkicową celnością, miałaby zrobić wielką krzywdę armii w polu, albo nawet flocie na morzu. Mury miasta to co innego, i np. przewaga pierwszych armat nad artylerią bezprochową polegała właśnie na tym, że mogły po wzgl. płaskim torze trafiać (po wstrzelaniu się) w mniej więcej to samo miejsce (początkowo, z tego co wiem, były to bramy, potem zmodyfikowano fortyfikacje i było już nieco trudniej). Te wczesne działa były niemal tak samo zresztą niebezpieczne dla obsługi, jak dla wroga – no bo np. jak zginął w 7 lat po zdobyciu konstantynopola król Szkocji Jakub II?

    Gdyby więc Orban dostał zamówienie od Cesarza, żadni Osmanie mogliby nie być potrzebni! 😉

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.