Lut 232020
 

Niebawem znajdzie się w naszym sklepie pierwszy tom nowej serii autorstwa Michała Radoryskiego, zatytułowanej Zbigniew Nienacki kontra….Ten to nosi tytuł „Zbigniew Nienacki vs Charles Dickens”. Jak nazywają się pozostałe, które Michał przygotowuje, można przeczytać na skrzydełku okładki, króra jest już wystawiona w naszym sklepie. 

Zamieszczam tu jeszcze recenzję, którą napisałem sam, po przeczytaniu książki Michała i pierwszy jej rozdział, żebyście mogli zapoznać się ze style tej niezwykłej powieści. 

Oto recenzja

Urok konwencji zapomnianych

Wydawać by się mogło, że na formułę znaną jako „rozmowy zmarłych” nie ma już w polskiej i światowej literaturze miejsca. Współczesna powieść zdominowana przez pseudopsychologiczne opisy i nachalną fizjologię wyklucza bowiem korzystanie ze starych, zapomnianych konwencji. Czy to jednak oznacza, że muszą one odejść na zawsze? Oczywiście nie. Książka Michała Radoryskiego jest tego żywym dowodem. Na jej kartach zmarli, w dodatku zmarli dobrze przez polskiego czytelnika rozpoznawani, gawędzą ze sobą o sprawach ważnych i mniej ważnych, wchodzą w osobiste relacje i kłócą się o głupstwa i imponderabilia. Wszystko to rozgrywa się w okolicznościach jednocześnie fantastycznych i realnych. Nikt bowiem nie będzie odmawiał realności takim obiektom jak National Gallery w Londynie czy muzeum d’Orsay w Paryżu.

Osią tej opowieści jest pewna demaskacja. Dotyczy ona wątków i postaci z książek dobrze wszystkim znanego Zbigniewa Nienackiego. Oto jej główny bohater – Nienacki właśnie, pozbawiony jednakowoż cech, które przypisywał sam sobie w wywiadach i gawędach – budzi się w swoim domu w Jerzwałdzie nawiedzany przez duchy wielkich muzeów. Te zaś sprowadza do niego nie kto inny jak Karol Dickens, autor najsłynniejszej powieści o duchach, które prostują życie grzesznikowi, czyli „Opowieści wigilijnej”.

Pomysł w swojej istocie szalony został przez Radoryskiego wykonany brawurowo i perfekcyjnie. Nie ma tu ani jednego potknięcia i ani jednego żartu, który nie posiadałby drugiego dna.

Prócz zmarłych, duchów i upiorów występują w tej powieści także popularni aktorzy oraz całkiem fikcyjne postaci ze znanych nam książek i filmów, którym Radoryski nadaje nowe cechy i umieszcza je w zaskakujących i niesamowitych kontekstach.

Powieść jest szyderczą polemiką. Nie tylko z prozą Nienackiego, ale także z dziełami takimi jak „Mistrz i Małgorzata” czy „Rękopis znaleziony w Saragossie”. To pierwsza od wielu lat tak dynamiczna, ciekawa, zabawna  i nowatorska książka na polskim rynku.

Gabriel Maciejewski

Zbigniew Nienacki contra Charles Dickens

Rozdział I. W którym widzimy, jak ciężko zasypiają reżimowi pisarze tuż przed wigilią. W chwili takiej w dodatku, która – mimo iż popierany przez nich reżim zwyciężył – nie daje nadziei na przyszłość.

Tuż przed wigilią roku 1981 sławny na całą Polskę pisarz książek dla młodzieży, Zbigniew Nienacki, położył się zmęczony do łóżka. Był sam w swoim wielkim domu w Jerzwałdzie na pojezierzu Iławskim, w domu, którego zazdrościli mu literaci z Łodzi i Warszawy. Dom ten nabył przed laty, żeby – jak sam opowiadał – uciec od życia wielkomiejskiego. Prawdę mówiąc, Nienacki nie miał w całym swoim pełnym niezwykłych przygód życiu najmniejszej szansy na to, by poznać to wielkomiejskie, przed którym rzekomo uciekał. Mieszkał po prostu w Łodzi, pracował w redakcji, a to, przed czym uciekał, można by nazwać lękiem przed partyjnymi i koleżeńskimi intrygami oraz całkowitą niemożnością ułożenia sobie stosunków z poślubioną kobietą. Formuła, której używał – życie wielkomiejskie – służyła raczej za wytrych ułatwiający tłumaczenie ludziom nierozumiejącym złożoności sytuacji – fakt zamieszkania w wielkim, nieogrzewanym i pozbawionym prądu domiszczu. Zimą roku 1981 dom był już, rzecz jasna, ogrzany, świeciły wszystkie żarówki, a Zbigniew Nienacki i kobieta, z którą zamieszkał, nie musieli już, na wyprzódki, biegać do stojącej w podwórzu drewnianej sławojki. Teraz jednak tej kobiety nie było, Nienacki był sam i w zasadzie powinien przygotowywać się do wigilii. Nie czynił tego jednak. Miał pięćdziesiąt dwa lata, wystarczająco dużo, żeby dwa razy na dzień myśleć o znajdującym się w Iławie zakładzie pogrzebowym i oferowanych przez jego właściciela cenach za pochówek. Wystarczająco dużo też, by móc popatrzeć w przeszłość i dokonać jakiegoś podsumowania swojej twórczości, która – o czym jeszcze wcale nie wiedział – trzymała się na rynku dzięki dwóm siłom – poparciu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i dziecięcej wierze czytelników w to, że przygody głównego bohatera tych książek są jeśli nie autentyczne w całości, to przynajmniej bliskie autentycznym przeżyciom autora. O ile ta pierwsza siła była jak najbardziej realna i dzięki niej mógł Nienacki umieszczać  w księgarniach w zasadzie wszystko, co chciał, o tyle ta druga wydawała mu się kaprysem tylko, który łatwo można unieważnić. Przyszłość pokazała, że było dokładnie na odwrót – serca wiernych czytelników mogą utrzymać na dobrej sprzedażowej pozycji nawet najbardziej skompromitowanego bohatera, a organizacje, nawet tak potężne i groźne jak PZPR, erodują w końcu i rozpadają się w proch. Tego jednak Nienacki w roku 1981 nie wiedział i wiązał swoją przyszłość z treściami i tematyką bardzo od przygód muzealnika-detektywa, znanego jako Pan Samochodzik, odległymi. W jego głowie bowiem kiełkował już inny rodzaj narracji, inni bohaterowie, w sam raz przykrojeni do wyobraźni starzejącego się i wciąż niespełnionego pisarza. Tamtej zimy myślał Nienacki o napisaniu powieści skandalizującej. I myśli tej nie porzucił nawet wtedy, kiedy słyszał dzwony w kościele jerzwałdzkim i kiedy widział w swoim czarno-białym telewizorze świąteczne dekoracje, za plecami odzianych w mundury spikerów siedzących w studio przy Woronicza w Warszawie. Myśl o napisaniu powieści skandalizującej, która – o tym wiedział na pewno – zyska aprobatę, jeśli nie aplauz władz, nie opuszczała go ani na moment. Był jeden problem – Nienacki miał za sobą kilka nieudanych prób powieściowych przeznaczonych dla dorosłych i dobrze pamiętał, jak te jego produkcje przywitała krytyka. Zostały ocenione bardzo źle, a jego samego sklasyfikowano jako pisarza dla dzieci. Był przekonany, że został wygryziony z rynku przez konkurencję. Nie miał jednak na to wpływu. Komuniści nie byli organizacją jednolitą. Trwały walki frakcyjne i przez lata całe on – Zbigniew Nienacki – należał do frakcji, która była w mniejszości, a na pewno była w mniejszości, jeśli idzie o propagandę drukowaną. Myśl ta nie uspokajała jednak wcale Nienackiego i nie gasiła ognia jego obsesji.  Obsesja ta wynikała zaś nie tylko z kompulsywnej natury. Nie tylko z  jego chęci  ciągłego udowadniania sobie i innym, że się do czegoś nadaje. Nie tylko z łapczywości na niewieście wdzięki, która za każdym razem podnosiła mu samoocenę znacznie wyżej niż kolejne wydania książek, ale także z prostego faktu, jakim był upływ czasu. Nienacki czuł się może nie staro, ale widział, że  konieczne jest jakieś zabezpieczenie na przyszłość. Emerytura, tantiemy, honoraria, to wszystko miało znaczenie, ale wiedział przecież, że nie może w nieskończoność ciągnąć serii o Panu Samochodziku, bo oszaleje. W skrytości ducha nienawidził swojego bohatera, poczciwego safanduły, który co prawda zawsze zwyciężał na koniec, ale pomagał mu w tym samochód i jakieś, nieistotne wcale dla całej gawędy, dzieci. Dzieci Nienacki nie lubił. Miał jednego syna, a i tego zostawił w Łodzi. Postaci dziecięce zaś umieszczał w książkach, bo taki był przymus i wymogi rynku. Nie ma książek dla dzieci bez dzieci. Problem w tym, że dzieci w książkach Nienackiego były całkowicie nieautentyczne. Miały nieautentyczne przezwiska, nieautentyczne rekwizyty, zachowywały się sztucznie i w zasadzie nikt z młodocianych odbiorców prozy Nienackiego się z nimi nie utożsamiał. Wszystkie zainteresowane jego książkami dzieci chciały być tylko i wyłącznie Panem Samochodzikiem. Nikt z dziecięcych czytelników nie pamiętał nawet, kim byli Wilhelm Tell, Sokole Oko i Wiewiórka. I nikogo te postaci nie interesowały. Może gdyby Nienacki był homoseksualistą pedofilem, tchnąłby w nie więcej życia, niestety był heteroseksualnym mężczyzną nie mającym serca dla dzieci. I gdyby nie to, że w najlepszym nakręconym według jego prozy serialu zatytułowanym „Pan Samochodzik i templariusze” w rolę jednego z chłopców wcielił się Romek Mosior, a głównego bohatera zagrał Staszek Mikulski, nikt nie pamiętałby, że w tych książkach występowały jakieś dzieci. ­­– Ach ten Staszek – pomyślał z zazdrością Nienacki i zacisnął zęby. Stanisław Mikulski powszechnie uchodził za najprzystojniejszego aktora w polskim kinie, był na dodatek zaprzyjaźniony ze wszystkimi możliwymi służbowymi pionami komunistycznego państwa, a byli nawet tacy, którzy twierdzili, że pochodzący jak Nienacki z Łodzi Mikulski pomagał w zwalczaniu zbrojnego podziemia po wojnie. Nienacki zdawał sobie sprawę, że dla takiego Mikulskiego nie jest żadną konkurencją, a chodziło mu oczywiście o konkurencję u kobiet, z faktu więc, że to Staszek, jak go nazywał, zagrał Pana Samochodzika, był raczej zadowolony. Była to jednak radość powierzchowna, w skrytości ducha bowiem marzył Nienacki o tym, by samemu wystąpić w filmie, samemu zagrać Pana Samochodzika, bez tego cholernego Stacha i bez tych wstrętnych bachorów. Tylko on – Zbigniew Nienacki – pisarz, dramaturg, aktor wreszcie i piękna, całkowicie mu przy tym oddana Ewa Szykulska. Były to marzenia nieziszczalne. Nie wiadomo było nawet, czy Ewa Szykulska grająca w serialu piękną Karen Petersen kojarzy w ogóle, kto to jest Nienacki. Do pewników zaś można zaliczyć sugestię, że ujrzawszy Zbigniewa w całej okazałości, odwróciłaby się na pięcie i pobiegła za Mikulskim. Ten zaś, z kolei, jak szeptano po kątach posterunków Milicji Obywatelskiej, resortowych kawiarniach, garnizonach i teatrach robotniczych, był przez całe życie wierny jednej żonie. To Nienackiego zawsze zastanawiało. Nie dociekał on jednak zbyt intensywnie, dlaczego Stach prowadzi takie, a nie inne życie, albowiem obawiał się go trochę, jego i jego kontaktów.

– Eros i Thanatos – pomyślał Nienacki, sam siebie zaskakując – te dwie siły rządzą moim życiem. Po czym uznawszy myślę tę za wielce oryginalną, zaczął szykować się do snu. Do wigilii pozostało jeszcze kilka dni, a grudzień w roku 1981 w niczym nie przypominał tych grudni, które znamy dzisiaj. Był ciemny, wietrzny i lodowaty, ani jedno światełko nie paliło się jeszcze na ogrodowych choinkach w całym Jerzwałdzie i ani jedna wystawa sklepowa nie mogła w żadnym szczególe zdradzić, że oto nadchodzą święta. Ciemność, zimno i wicher znad jeziora – tym charakteryzował się grudniowy wieczór w roku 1981, kiedy to generał Jaruzelski wprowadził w całej Polsce stan wojenny.

– Warchoły – pomyślał Nienacki, gładko przechodząc od dręczących go myśli o śmierci i przemijaniu ku sprawom bardziej doczesnym, choć o śmierć także zahaczającym – dobrze im tak. Miał oczywiście na myśli tak zwaną opozycję: Wałęsę, Michnika, ludzi Solidarności i wszystko w ogóle co było z tym związane. Wszystko, co – był o tym święcie przekonany i na dodatek miał słuszność – mogło zagrozić jego pozycji uznanego przez państwo autora.

– Przymanowski ma rację – mruknął do siebie – powinni ich wszystkich powywieszać. W tym momencie spojrzał w okno i – o zgrozo – w szybie odbijającej ciemność tylko i blaski domowych świateł przeglądające się w błocie podwórza ujrzał twarz towarzysza Przymanowskiego, autora poczytnej i z sukcesem sfilmowanej powieści „Czterej pancerni i pies”. Potrząsnął głową, przetarł okulary najpierw, potem oczy, żeby upewnić się, że miał halucynacje. Widmo jednak nie znikało. Najwyraźniej był to towarzysz Przymanowski, który – podobnie jak Nienacki nosił okulary i też, niemal w tym samym momencie, postanowił je przetrzeć wielką kraciastą chustką wyciągniętą z kieszeni munduru.

– Ha – huknął Nienacki (można by napisać, że huknął znienacka, gdyby nie było to tak okropnie pretensjonalne) – to telewizor. Tak właśnie, telewizor dał mu nadzieję, podobnie jak dawał ją wielu związanym z reżimem komunistycznym ludziom, którzy poza odbiornikami telewizyjnymi nie widzieli już żadnej nadziei. Z tyłu na pewno, nie mogło być przecież inaczej, stał telewizor, właśnie pokazywali w nim towarzysza pułkownika Przymanowskiego i on się odbijał w oknie wychodzącym na podwórze. Nienacki, który lubił myśleć o sobie jak o człowieku czynu, odwrócił się gwałtownie i zamarł. Telewizor był wyłączony. W kineskopie za to, ciemnym i głuchym, odbijała się szyba okna wychodzącego na podwórze, a w niej zamazana trochę przez to ciągłe odbijanie się w czymś twarz Janusza Przymanowskiego.

– Ki diabeł? – wyszeptał Nienacki i w tym samym momencie usłyszał, jak jakiś twardy i kanciasty przedmiot spada z dużej wysokości i wali wprost w podłogę sieni, którą dziś, w nowoczesnym budownictwie jednorodzinnym nazywamy wiatrołapem, a czasem werandą.

– Uspokójcie się towarzyszu Nienacki – powiedział Przymanowski z telewizora – uspokójcie się i posłuchajcie.

Nienacki krzyknął i odwrócił się do okna. Potem zamarł.

– No tak – rzekł Przymanowski na szybie – teraz dużo lepiej, prawda? Widzicie mnie lepiej, kochany autorze, nieprawdaż?

Nienacki znów krzyknął, ale głos zamarł mu w gardle.

– Niedobrze, że tak ciągle krzyczycie, towarzyszu – ciągnął Przymanowski lub to, co za Przymanowskiego brał Nienacki, autor poczytnych książek dla młodzieży – niedobrze, bo to wam źle robi na płuca.

Zbigniew Nienacki poczuł jak strużki potu powoli ściekają mu po plecach. Wolno odwrócił się ku kineskopowi telewizora Topaz, który dawno temu kupił okazyjnie poprzez znajomości w jednym z łódzkich domów towarowych.

– Oj, niedobrze z wami – ciągnęło widmo towarzysza pułkownika Janusza Przymanowskiego – ciągle się wiercicie. Powiedziałem przecież, że lepiej wam będzie oglądać mnie w szybie niż w kineskopie. Podwójne odbicie zamazuje obraz, dodaje doń niepotrzebne, fałszujące rzeczywistość szczegóły, a Wam się jeszcze może zdawać, że oglądacie jakiś siedemnastowieczny niderlandzki obraz pełen iluzji i aluzji… nieprawdaż? Lubicie obrazy, co towarzyszu? Znacie się na tym trochę? Uznawszy odpowiedź za zbędną, Przymanowski, który ukazał się Nienackiemu na szybie, poskrobał się po głowie i jeszcze raz przetarł okulary.

Nienacki stał jak skamieniały i ani myślał przyznawać się do tego, że nie ma pojęcia o malarstwie, sztuka go nudzi i choć czasem próbuje coś malować, nigdy nie wyszedł poza szkice pejzaży, które w myślach porównywał do malarstwa impresjonistycznego.

– Tak, towarzyszu Nienacki – rzekło widmo na szybie – nie wiem, czy się domyślacie, po co się tu pojawiłem i dlaczego akurat w takiej a nie innej postaci?

Nienacki drgnął, czując, że od jego odpowiedzi na to dziwne pytanie zależy bardzo wiele.

– Ale wy przecież żyjecie, towarzyszu Przymanowski – zaczął asekuracyjnie Nienacki – mieszkacie w Warszawie, w ładnym mieszkaniu, opowiadał mi o nim jeden poeta…

– Oczywiście, że żyję – przerwało mu widmo – ale to nie ma nic do rzeczy, odpowiadajcie na pytania do ciężkiej cholery!

Obraz na szybie zamazał się lekko i twarz towarzysza Janusza wykrzywiła się tak, że zupełnie przestała przypominać siebie. Kogoś jednak ciągle przypominała.

Nienacki przysunął się bliżej i zamarł…

– Poznajecie już, co? – zapytało widmo – kojarzycie, prawda? – głos stawał się coraz bardziej szyderczy i jakiś taki jedwabisty, nie pasujący całkiem do szorstkiego, żołnierskiego i budzącego zaufanie głosu pułkownika Przymanowskiego.

– Eeeee… – zaczął Nienacki, ale nie skończył. Widmo skończyło za niego.

– Pamiętacie przecież Frombork – wysyczało – pamiętacie, prawda?

Rzecz jasna, Nienacki nie pamiętał wcale Fromborka, był tam co prawda raz, na wykopaliskach, przyglądał się pracy archeologów, ale Bogiem a prawdą to gapił się więcej na odsłonięte uda studentek i popijał trochę z milicją i innymi ormowcami. Co miał pamiętać? Jak rzygał z pomostu wprost do Zalewu Wiślanego? Musiał jednak coś odpowiedzieć, bo widmo, które ukazało się na szybie, i które znów zdążyło przemienić się w towarzysza Przymanowskiego, wpatrywało się weń uporczywie…

– Eeeee – próbował znowu i poszło mu trochę lepiej, bo próbę zakończył frazą, która ratowała nie raz i nie dwa wielu zapominalskich – jak przez mgłę – powiedział przez drżące coraz bardziej wargi.

– Posłuchajcie, towarzyszu Nienacki – głos Janusza Przymanowskiego brzmiał jak zwykle – nie mówię o tym Fromborku, gdzieście byli i nie mówię o tym, coście tam nawywijali. Mówię o waszej książce i o tym wszystkim, coście sobie na temat Fromborka uroili w tej waszej biednej głowinie… Pamiętacie?

Po tym pytaniu obraz na szybie znów się zmarszczył tak, jakby była ona z celofanu, w który owijało się kwiatki dla wychowawczyni na dzień nauczyciela albo zakończenie roku. Teraz Nienacki już wiedział, o co chodzi…

– To – zaczął się jąkać – To… To… Tojfelsbild…

– Exactly – ucieszył się Przymanowski, przemawiając przy okazji w nieznanym sobie zupełnie języku. – Pisze się Teufelsbild – dodał – ale co Was to może obchodzić, skoro i tak nie znacie języków obcych, zupełnie jak ja.

Nienacki odsunął się od okna i próbował podejść tyłem do drzwi.

– Towarzyszu Nienacki – ostrzegło go widmo – nawet o tym nie myślcie, drzwi są zastawione widłami, które tam spadły ze strychu chwilę temu tak nieszczęśliwe, że stylisko podparło klamkę. Pewnie słyszeliście hałas? Nie wyjdziecie stąd, dopóki nie skończę.

– Ale tam nie ma strychu przecież – Nienacki ożywił się, bo miał w sobie tę całą żyłkę detektywistyczną.

– Towarzyszu – pułkownik Przymanowski przesunął okulary na koniec nosa – a czy w Polsce doby obecnej są wrogowie ustroju socjalistycznego, przeciwko którym można ogłaszać stan wojenny? Zastanówcie się? Czytaliście te postulaty sierpniowe? Towarzysze radzieccy by się ich nie powstydzili. Nie rozumiecie polityki towarzyszu i nigdy jej nie rozumieliście. Nie ma strychu – Przymanowski pokręcił głową – też mi coś… I to ma być powód, dla którego widły nie mogą z niego spaść?

Nienacki przez chwilę uwierzył we własne szczęście, bo – nie wiadomo czemu – zdawać mu się zaczęło, że Przymanowski przy zsuniętych na koniec nosa okularach widzi mniej. Odwrócił się więc szybko od okna z zamiarem wybiegnięcia przez te zastawione drzwi. Ledwie to uczynił, krzyknął strasznie, albowiem zobaczył, że telewizor jest włączony, a nie ciemny jak poprzednio, postać zaś pułkownika Przymanowskiego widoczna jest niczym wykute w skale popiersie. Siedział on sobie wygodnie za biurkiem, a obok niego wisiała narodowa flaga. Wyglądał zupełnie jak towarzysz generał Wojciech Jaruzelski, kiedy w niedzielę, trzynastego grudnia, ogłaszał wprowadzenie stanu wojennego, ale nie miał tak poważnej miny. Jak to zwykle towarzysz Przymanowski uśmiechał się dobrotliwie i łagodnie… a potem głosem jak dzwon, okazało się bowiem, że telewizor nastawiony jest na cały regulator, rzekł po rosyjsku – Wot szutnik, szutnik….

– To co mam robić? Powiedzcie, towarzyszu pułkowniku – wyszeptał Nienacki zbielałymi wargami, wiedział już bowiem, że przegrał, a wszystko, co dzieje się wokół niego nie jest alkoholowym zwidem, pił bowiem w owym czasie niewiele, nie jest maligną wynikłą z gorączki, ale twardą i namacalną rzeczywistością. Przekonał się o tym dokładnie sekundę później, albowiem raz jeszcze – stary niedowiarek – próbował pozbyć się Przymanowskiego, wyłączając telewizor. Widmo tylko westchnęło i pokręciło z dezaprobatą głową.

– Siadajcie, towarzyszu Nienacki, i słuchajcie, co powiem.

Nienacki usiadł i, jak wystraszeni i nieszczerzy studenci na koniec kursu, który notorycznie olewali, zamienił się w słuch.

– Widzimy, jak się męczycie towarzyszu Nienacki, widzimy, jak was dręczy ten cały Pan Samochodzik i jak rozpaczliwie próbujecie się ratować, uciekając w wątki, które mogłyby zainteresować także dorosłych.

Nienacki poczerwieniał.

– O tak – rzekło widmo – to jest bardzo wyraźnie widoczne. Nie możemy na to patrzeć.

– My to znaczy kto? – pomyślał Nienacki, bojąc się otworzyć usta. Myśl jego jednak nie była dla postaci widocznej w telewizorze Topaz żadną tajemnicą.

– My to znaczy ja i inni towarzysze – powiedział bardzo wyraźnie Przymanowski i ciągnął dalej.

– Wiemy, w jakim kierunku zmierzają wasze myśli, towarzyszu i chcielibyśmy wam pomóc. Widzimy, że brakuje wam odwagi, nie tylko tej zwyczajnej fizycznej, bo wszak musielibyście stanąć przed nowymi wyzwaniami, nowymi czytelnikami i nowymi umowami wydawniczymi. Wam brakuje także odwagi cywilnej, wy – Przymanowski uśmiechnął się krzywo – wstydzicie się rozebrać przy kobiecie i zawsze gasicie światło.

Nienacki spuścił oczy i patrzył w podłogę.

– Tej waszej kurzej klatki piersiowej się wstydzicie, tych ramionek wątłych i nóżek chudziutkich – głos Przymanowskiego stał się pieszczotliwy, wręcz przymilny i Nienacki zaniepokoił się nie na żarty. Coś w rodzaju dreszczu przeszło mu po plecach.

– No już, już… Zbyszeczek się nie niepokoi – uśmiechał się Janusz Przymanowski oficer w randze pułkownika udający w starym telewizorze generała Jaruzelskiego – to tylko takie niewinne żarty. Dlatego właśnie – głos pułkownika stwardniał – postanowiliśmy Wam pomóc.

– Ciekawe jak? – nieszczerze zainteresował się Nienacki, przewidywał bowiem same kłopoty. Określił je nawet w myślach jako cholerne kłopoty.

– Oj tam zaraz cholerne – zniecierpliwił się pułkownik Janusz – załatwimy wszystko szybko; glac plac – w tym miejscu się uśmiechnął, albowiem glac plac to było ulubione powiedzenie Jonatana Kota, głównego bohatera historyjki dla dzieci o bohaterskim komunistycznym kocie zwalczającym amerykański imperializm, którą napisał rzeczywisty Przymanowski.

– Towarzyszu Nienacki, napiszecie powieść dla dorosłych, nawet bardzo dorosłych ludzi, uczynicie to w zgodzie z własnym temperamentem i z własnymi aspiracjami, które gwałcicie notorycznie, opisując tego durnia Samochodzika i jego przygody. Przyjdzie wam to łatwo, sami zobaczycie. A potem… – tu Przymanowski wzniósł oczy ku sufitowi studia, w którym siedział, udając Jaruzelskiego, bo przecież nie ku niebu – potem czeka was już tylko kariera, zaszczyty, sława, piękne kobiety i szampan…

Nienacki zamrugał oczami zza grubych okularów.

– Czy aby na pewno? – nie dowierzał jeszcze ciągle temu, co słyszy.

Przymanowski uśmiechnął się kącikiem ust, spod którego coś błysnęło nieznacznie. Może złoty ząb, a może całkiem coś innego? Na przykład iskra skrzesana mocarną szczęką pułkownika…

– Obawiacie się, że nie starczy dla was szampana w ludowym państwie, co? Nie martwcie się, towarzysze radzieccy dowiozą swój, jak zabraknie francuskiego.

Nienacki wyczuł groźbę i nic nie powiedział. Milczał chwilę, a potem cicho zapytał: – Co mam podpisać?

– Ależ towarzyszu – Przymanowski wydawał się rozpromieniony – niczego nie musicie podpisywać. Musicie tylko słuchać głosu wewnętrznego.

– Głosu wewnętrznego?

– W istocie, albowiem to ja nim będę…

Widmo zdawało się rozmywać i niknąć, telewizor zaczął śnieżyć, a głos pułkownika słabł wyraźnie i był coraz mniej słyszalny…

– Ale… ale… – nić łącząca Nienackiego ze znikającym obrazem w telewizorze była już na tyle mocna, że ten zaczął lękać się, co będzie, kiedy pułkownik zniknie całkiem – ale jaki mam dać tytuł dla tej powieści?!

– Raz w roku w Skiroławkach!!! – ryknął telewizor, w którym obraz na moment stał się tak wyraźny i ostry jak w wielkiej i wklęsłej plazmie – może być?!

Nienacki skulił się w sobie. Przymanowski zaś zaczął śmiać się upiornie, po czym nagle, jak gdyby nigdy nic, a raczej jak gdyby znów zaczęto oszczędzać prąd, kineskop zrobił się czarny i zamilkł.

Nienacki siedział w ciszy i patrzył szeroko otwartymi oczami w miejsce, w którym przed chwilą widać było pułkownika Przymanowskiego. Otarł dłonią spocone czoło i już, już miał zacząć racjonalizować sobie przeszłe wypadki, które wprawiły go w stan tego przedziwnego rozedrgania, kiedy usłyszał znów głos towarzysza pułkownika.

– Byłbym zapomniał, towarzyszu – głos dobiegał wprost z czarnej, niedomytej szyby okna wychodzącego na zabłocone podwórze – musicie się strzec, albowiem nie tylko ja was odwiedzę w najbliższe dni. Musicie bardzo uważać, towarzyszu Nienacki, i nie składać nikomu żadnych obietnic ani też nikogo nie słuchać… bo różni tu będą przychodzić.

Nienacki zamarł.

– Duchy? – zapytał.

Towarzysz pułkownik uśmiechnął się. – Żadnych obietnic ani uległości – rzekł cicho. – Najlepiej zaś – dodał – byście już teraz zaczęli wymyślać postaci do waszej nowej książki dla dorosłych.

Po tych słowach widmo rozpłynęło się, a w miejscu gdzie było, pojawił się znów dobrze znany Nienackiemu zaciek, ciągle niedomyty. W tym samym momencie Zbigniew Nienacki, autor popularnych książek dla młodzieży, usłyszał delikatne pukanie do drzwi.

  6 komentarzy do “Zbigniew Nienacki vs Charles Dickens. Recenzja i rozdział I”

  1. To jest powieść dla emerytów młodszych ani Szykulska ani Skiroławki nie podniecą ☺
     

  2. Nie wiesz co to jest za powieść, więc nie gadaj głupstw

  3. Okno przed telewizorem czyli
    przenikanie światów

  4. ale psychodelia, może Worek Judaszów z ilustracjami Bereźnickiego  trza było wznowić

  5. Podoba się mnie ten format. Czytałbym.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.