Mar 022014
 

Pewnie myślicie, że oszalałem, bo tu się gotuje na Ukrainie, a ja się pluskam w zimnym morzu i zasuwam jakieś kawałki o sprawach dawno przebrzmiałych. No to sobie tak myślcie, ale ja wiem swoje. Nie mogę już czytać tych wszystkich wynurzeń, tych spostrzeżeń pogłębionych o znajomość z komentatorami z amerykańskich gazet, tych porównań z drugą wojną światową i zapewnień, że oto nadchodzi trzecia. Dobrze pamiętam jak Obama parę lat temu coś tam podpisał z Putinem 17 września, dziś już nikt nie pamięta co to było, ale wtedy wszyscy byli pewni, że wojna jest za progiem, a Terlikowski to nawet wstawił u siebie na blogu stosowny do okoliczności wiersz Herberta i gotów był iść sam naprzeciwko wrogich kolumn, żeby obezwładnić je swoim chrześcijańskim miłosierdziem.
Dziś mamy to samo. Igor Janke widzi w obecnej sytuacji jakieś podobieństwa do traktatu monachijskiego, jakieś świry bredzą o pojeniu koni w oceanie atlantyckim, a większość blogosfery stoi i czeka na moment kiedy będzie mogła rozedrzeć szaty i powiedzieć – a nie mówiliśmy! Wszyscy chcą być prorokami, a Wszołek wręcz zaczyna tekst od tego, że on tam kiedyś coś pisał i teraz właśnie wyszło, że ma rację. Ciekawe czy sobie to dziennikarz Wszołek w CV wpisze, jak już go wyrzucą z patriotycznych mediów, kiedy się zestarzeje i przestanie pełnić swoją funkcję istotną.
Posłuchajcie lepiej jak było w Irlandii, uważam, że warto. Trwa oto powstanie wielkanocne roku 1916 polegające na tym, że dwie formacje irlandzkich bojowników zajęły ważne punkty w mieście i bronią się w oczekiwaniu na niemiecki desant albo wybuch powstania na prowincji. Ani jedno, ani drugie nie następuje. Okoliczności tych zaniechań nie są do końca znane, poza jedną, tą mianowicie, że niemiecki statek z karabinami na darmo oczekiwał przy brzegu Irlandii. Nikt nie zgłosił się po karabiny, a wynikało to wprost z faktu, że łączność pomiędzy Dublinem a Berlinem odbywała się przez Nowy Jork. Dlaczego Niemcy nie wyruszyli na swoich okrętach ku brzegom Irlandii, nie wiadomo. Zwłaszcza, że po upadku powstania rozegrała się tak zwana bitwa jutlandzka, w której cesarska flota nieźle przetrzepała tyłek flocie królewskiej.
Powstanie wielkanocne trwało tydzień i prócz normalnych okropieństw wojny odznaczało się tym, że obydwie strony wyjąwszy kilku wariatów zachowywały się z niezwykłą dżentelmenerią. Oczywiście, domy się paliły, cywile ginęli, rabowano sklepy, bo większość dublińczyków nie rozumiała o co chodzi z tym całym powstaniem, ale żołnierze traktowali się niezwykle łagodnie jak na warunki wojenne. Nikt nie zabijał jeńców, poza jednym brytyjskim oficerem, który po wojnie dostał żółte papiery i pojechał do Kanady hodować bydło. Po sześciu czy siedmiu dniach powstanie skapitulowało, bo artyleria podpaliła pocztę główną, gdzie mieścił się sztab insurekcyjny. Dowódca całej imprezy Patrick Pearse wiedząc, że giną cywile zdecydował się na bezwarunkową kapitulację. Nie oznaczało to wcale, że nie było w mieście innych punktów oporu, one były, a w dwóch najważniejszych bronili się ludzie, których nazwiska warto zapamiętać: Eamon de Valera, Michael Collins i Konstancja Markiewicz. Wszyscy oni dostali polecenie złożenia broni i polecenie to wykonali. Dowódcą sił brytyjskich w Dublinie był wówczas generał Maxwell. Miał on pełnię władzy w mieście i w całej Irlandii i z władzy tej skorzystał natychmiast. Wszyscy przywódcy powstania zostali skazani na śmierć. No, prawie wszyscy… Rozstrzelani zostali Pearse, Clark, Connolly. De Valera, Collins i Markiewicz przeżyli. Collins przeżył ponieważ nie uznano go za prowodyra, a de Valera ponieważ był obywatelem amerykańskim, prezydent Wilson zadzwonił zaś szybciutko do premiera Wielkiej Brytanii i w słowach niezwykle delikatnych wyjaśnił mu, że nie powinien robić głupstw. Konstancje Markiewicz ułaskawił sam Maxwell, ze względu na płeć. Bał się też pewnie trochę opinii publicznej, bo już po rozstrzelaniu Pearsa i Clarka zaczęto nazywać go na mieście rzeźnikiem. Jeszcze jeden z przywódców powstania miał przeżyć, ale okoliczności mu nie sprzyjały. Chodzi o Jamesa Connoly, był on jednym z przywódców frakcji komunistycznej w tym powstaniu i w całym ruchu secesyjnym, zmierzającym do uwolnienia Irlandii. Maxwell chciał go rozstrzelać, ale…uwaga, uwaga….w jego sprawie postanowił interweniować sam premier Zjednoczonego Królestwa. To ważne, bo premier nie interweniował w sprawie Pearsa i Clarka, poety i fantasty, dwóch wielbicieli dawnej Irlandii, dwóch marzycieli, ludzi z pewnością szczerych i oddanych sprawie, choć, jeśli zaczniemy analizować sytuację, po prostu zagubionych. Premier Wielkiej Brytanii interweniuje w sprawie szczerego komunisty, jednego z przywódców związku transportowców Jima Connolly. Gdzieś jedzie, ale nie wiadomo gdzie, z kimś rozmawia, ale nie wiadomo z kim i w końcu podejmuje decyzję, że nie, że Connolly nie może zostać rozstrzelany. No, ale nie po to wojskowi sprawują władzę, żeby się ociągać z wykonywaniem planu. Maxwell rozstrzelał Jamesa Connolly jako ostatniego z przywódców powstania.
Jak pamiętamy w Irlandii były dwie organizacje paramilitarne zmierzające do uwolnienia wyspy, Armia Obywatelska i komuniści. Ta pierwsza otrzymywała pieniądze od irlandzkich organizacji w Ameryce, czyli od CIA po prostu oraz jakichś gangów, a ta druga od Rotszylda. Nie wiemy dokładnie jak to było z tym powstaniem i z czyjego polecenia się ono rozpoczęło. Prawdopodobnie była to decyzja Pearsa, Clarka i kilku innych, nie inspirowana z zewnątrz. Dlatego nikt nie kiwnął palcem, kiedy ich rozstrzeliwano. Stali się już niepotrzebni i mogli iść na stos. Co innego Connolly, on miał za sobą związki zawodowe i pewnie dużo wiedział, no i jemu, jak podaje Grzegorz Swoboda płacił Rotszyld. Trzeba było chłopa ratować. No, ale armia to armia i ma swoje procedury, a Maxwell służył wcześniej w Sudanie i zyskał tam sobie miano człowieka stanowczego. W Irlandii zaś zachowywał się, we własnej opinii, z niespotykaną łagodnością.
Powstańców którzy przeżyli przewieziono do Walii i zamknięto w obozie jenieckim na rok. W lipcu 1917 była amnestia i wszyscy wyszli na wolność. Po wyczynach Maxwella, jak nas pouczają historycy, sytuacja wyglądała tak, że nikt już w Irlandii nie chciał wiedzieć Brytyjczyków i walki rozpoczęły się na nowo, z tym, że ochotnicy irlandzcy byli już o niebo lepiej wyposażeni i o wiele liczniejsi. Jednym z ich przywódców był Michael Collins, późniejszy premier. Irlandia odzyskiwała niepodległość etapami i to się na niej trochę zemściło. Głównym problemem był konflikt na osi Collins – de Valera. Otóż Michael Collins był człowiekiem czynu, terrorystą po prostu, który przekonał Brytyjczyków do idei niepodległości Irlandii organizując bojówki zabijające agentów i policjantów. W książce o powstaniu wielkanocnym jest bowiem powiedziane wprost, że dominacja brytyjska nad wyspą polegała na nieustannej inwigilacji obywateli. A ja dodam od siebie, że każda dominacja na tym polega i jednym sposobem na jej zrzucenie jest po prostu pozbycie się agentów. Stąd właśnie Michael Collins budzi we mnie szczerą sympatię, jako człowiek nie dość, że praktyczny to jeszcze zdecydowany. Jak to jednak często u takich ludzi bywa dawał się on uwodzić realiom. Kiedy już jego ludzie wystrzelali wszystkich tajniaków na wyspie, kiedy sam Lloyd George trząsł się, ze strachu, że ludzie Collinsa rozwalą mu łeb, okazało się, że Ulster nie chce jednakowoż być irlandzki. No i Collins wynegocjował porozumienie z rządem GB, na mocy którego północne hrabstwa pozostaną przy królu. Zabito go oczywiście w zamachu i wybuchła wojna domowa pomiędzy Irlandczykami. Tak naprawdę jednak nie wiemy pomiędzy kim, a kim ta wojna wybuchła, bo szefem tej drugiej frakcji był wspomniany tu już Eamon de Valera obywatel amerykański, który twierdził, że jego ojciec był pochodzącym z Kuby Hiszpanem. Kiedy jednak historycy poskrobali w ten porter papy paznokciem okazało się, ze rozlazł się on natychmiast i po ojcu nie zostało śladu. Nie wiadomo kim był tata Eamona de Valery i czy w ogóle istniał.
W czasie powstania wielkanocnego de Valera zachowywał się co najmniej dziwnie. Zdarzyło się, że nie udzielił wsparcia swoim ludziom na wysuniętym posterunku, ponoć dostał rozstroju nerwowego, a w ostatnim dniu insurekcji widziano go wystrojonego w karmazynowe owijacze. Aha, jeszcze jedno, na odcinku bronionym przez Eamona de Valerę nie było kobiet, a wszędzie indziej było ich sporo, przygotowywały posiłki, opiekowały się rannymi i dodawały walczącym otuchy. Eamon przepędził kobiety ze swojego stanowiska, bo – jak pisze Grzegorz Swoboda – nie za bardzo je lubił. Jego żołnierze jedli więc przez cały czas trwania walk suchy chleb i popijali go wodą. Nie było komu gotować.
De Valera po wojnie nie godził się na oderwanie Ulsteru. No, ale w końcu zgodzić się musiał, bo był obywatelem amerykańskim. No i wyobraźcie sobie, że został dwukrotnym premierem Republiki Irlandii, potem dwa razy był prezydentem i w końcu umarł w roku 1975.
I teraz najważniejsze…ponoć do dziś w Dublinie nie ma pomnika Patricka Pearse, najważniejszego dla irlandzkiej niepodległości bohatera. Kilku z powstańców ma jakieś tabliczki na murach, a na miejscowym cmentarzu stoi wielki krzyż upamiętniający Michaela Collinsa, zawsze przykryty kwiatami. Konstancja Markiewicz leży sobie wraz z innymi w zbiorowej kwaterze, była po wojnie ministrem pracy w rządzie republiki. No a teraz zgadnijcie czyj pomnik stoi przed pocztą główną, miejscem najważniejszym dla całej wiosennej insurekcji. Pewnie myślicie, że Jima Connolly? Ale z Was naiwniacy. Przez pocztą główną w Dublinie stoi pomnik Jima Larkina, drugiego szefa komunistycznego gangu finansowanego przez Rotszylda. Nie brał on udziału w powstaniu, ani w wojnie przeciwko Brytyjczykom, ani w wojnie domowej. Miał ważne sprawy do załatwienia w Ameryce i w Australii. Ponoć zbierał tam pieniądze dla republiki. Dziś stoi na cokole i wyciąga ręce ku słońcu. No, ale co z Patrickiem Pearse, o którym uczą się dzieci w irlandzkich szkołach? Ano nic, ma jakieś muzeum, ponoć często odwiedzane, ale poczta nie jest dla niego. Tam stoi Larkin. I nie mówcie mi, że symbole nie są ważne. To jest mniej więcej tak, jakby zamiast pomnika Kuklińskiego ktoś postawił w Polsce pomnik Zbiga Brzezińskiego. W dodatku na samym środku placu defilad.
Na koniec jeszcze wisienka. Tak książka Llosy, którą Was torturowałem zginęła zdaje się na dobre. Mamy jednak nowe wieści na temat sir Rogera Casamenta, bojownika o prawa człowieka. Jak pamiętacie skazano go na śmierć, a żeby go dodatkowo upodlić opublikowano jego dziennik, w którym jak każdy wariat notował on szczegóły wszystkich swoich homoseksualnych przygód. Llosa pisze, że to przypieczętowało jego los, bo opinia publiczna koniecznie chciała go zgładzić ze względu na tę sodomię. No, ale Grzegorz Swoboda pisze nam coś innego zgoła. Oto premier Wielkiej Brytanii, ten sam, który spóźnił się z interwencją w sprawie Jamesa Connolly, kazał specjalnie opublikować dzienniki Casamenta, bo liczył na to, że uda się uznać go za wariata i ocalić. Okazało się jednak, że na sędziach opisy tych pedalskich wyczynów nie zrobiły wrażenia i uznali, że mimo tych ekstrawagancji Casament nie może być uznany za obłąkanego. Pewnie sami mieli na koncie znacznie ciekawsze wyczyny, o czym pan premier, poczciwy mąż jednej żony nie mógł wiedzieć. Casament został powieszony, a akta jego sprawy utajnione na 100 lat. Ponoć opublikowane zostaną już za dwa lata. No chyba, że przedłuży się okres utajnienia.
Mamy więc dwóch ludzi: wariata opętanego seksem jednopłciowym i komunistę. I ci ludzie właśnie według kryteriów stosowanych przez premiera GB zasługują na ocalenie, nikt inny. Ci wszyscy poeci, romantycy, wrażliwcy i badacze przeszłości muszą umrzeć. Ocaleć mają także agenci amerykańscy. Pomniki zaś w uznaniu zasług postawić trzeba nie tym co należy. Tak to się mniej więcej kręci.
Kiedy więc patrzycie na Ukrainę dziś i na te wszystkie ruchy, strzeżcie się powierzchownych interpretacji, bo łatwo możecie wyjść na idiotów. No, chyba, że uważacie iż to nie zaszkodzi Waszej pozycji w światku komentatorów czynnych w mediach społecznościowych.
Swoją drogą ciekawe komu postawią po tum wszystkim pomnik na Majdanie. Obstawiam Wiktora Juszczenkę, a Wy? Jak myślicie…?

Na naszej stronie www.coryllus.pl pojawił się już regulamin konkursu na komiks według „Baśni jak niedźwiedź”. No więc jest tak, mamy trzy kategorie: bitwy, kresy, święci. Do każdej kategorii przyporządkowane jest jedno opowiadanie i można sobie wybrać co się chce rysować. Czy bitwę pod Żyrzynem według opowiadania „Żyrzyn 1863”, czy historię księcia Romana Sanguszki według opowiadania „Baśń kresowa”, czy może historię św. Ignacego de Loyola według opowiadania „Trzydniowa spowiedź kochanka królowej”. Nagrody są niekiepskie, w każdej kategorii po trzy. Za pierwszą 5 tysięcy minus podatek, który w takich razach koniecznie trzeba odprowadzić, za drugą 3 tysiące minus tenże podatek, a za trzecią 2 tysiące minus wspomniany podatek. Myślę, że warto się pokusić, tym bardziej, że z autorami najlepszych prac chciałbym potem podpisać umowy na stworzenie całych albumów, według mojego scenariusza. Aha, jeszcze jedno: na konkurs nie rysujemy całej historii, ale jedynie od 4 do 6 plansz formatu A 4 w pionie. Szczegóły są już na stronie www.coryllus.pl w specjalnej zakładce „Konkurs”. Prace będzie można nadsyłać do 20 maja, a ogłoszenie wyników nastąpi 20 czerwca.
Ponieważ intensywnie zbieramy pieniądze na nagrody, które są dość poważne, umieściłem w sklepie kilka nowych tytułów, są to albumy z archiwalnymi zdjęciami, dość szczególne o tematyce raczej mało spopularyzowanej. Opisy znajdziecie przy zdjęciach okładek. Zysk z ich sprzedaży przeznaczamy w całości na nagrody konkursowe.

Na stronie www.coryllus.pl mamy nowe obrazy Agnieszki Słodkowskiej, ze słynnej już serii „japończyków” mamy też cztery portrety bohaterów naszego komiksu o bitwie pod Mohaczem. Można tam także kupić poradnik „100 smakołyków dla alergików” autorstwa Patrycji Wnorowskiej, żony naszego kolegi Juliusza. No i oczywiście inne książki i kwartalniki. Jeśli zaś ktoś nie lubi kupować przez internet może wybrać się do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, albo do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 33, lub do księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Nasze książki można także kupić w księgarni „Przy Agorze” mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie pod numerem 11a. No i jeszcze jedna księgarnia ma nasze książki. Księgarnia Radia Wnet, która mieści się na parterze budynku, przy ulicy Koszykowej 8.

  11 komentarzy do “Znowu o Irlandii”

  1. Ale ich koniec ten sam, co przed tysiącami lat – rozpusta, złoto i krew 😉

  2. Nie wiem , jak inni czytelnicy tekstu , ale nie mam wrażenia , że Pan oszalał . Analiza bardzo dobra , jak na brak archiwum itp … bardzo dobra ..

    Szkoda , że nie ma takiego równoległego bloga pisanego po prostu jako technik leśnictwa , czy ktoś taki , o tych sowach i innych latających 🙂

  3. Pod koniec lat 90 – tych radni Warszawy obiecywali że plac defilad przyjmie nazwę Plac Rotmistrza Pileckiego, ale chyba projke tupadł kiedy wybory wygrał w 2001 r Leszek Miller. Plac Defilad jest do dzisiaj a rotmistrzowi dali ulicę na Ursynowie – nie wiem czy nie jest to tzw przelotowa ulica bez domów wobec czego nazwa ulicy nie pojawia się w korespondencji.

  4. Jeszcze mi się przypomniało, że gdzieś był ukrywany (w zagrodzie pod słomą – o ile dobrze pamiętam) pomnik Paderewskiego no i kiedy ten pomnik znaleziono, śmiano z wypowiedzi w.Gomółki, który gdzieś tam, przy tej okazji miał wrzeszczeć; „ten stary endek nie będzie w Warszawie na fotelu siedział’
    No ale jednak siedzi.

  5. Reżyser zaprotestował przeciwko wniesieniu Julii Tymoszenko na noszach na Majdan. Jako stary komuch obawiał się konotacji chrześcijańskich w momencie gdyby nie daj Boże wstała z noszy, więc zadowolili się wózkiem inwalidzkim. Tu konotacje nie groziły, a przy okazji uśpili tych bardziej zdroworozsądkowych.

  6. Kilka dni temu nasz Gospodarz zwrócił moją uwagę swoim tekstem , że na salon24 pisze Jarosław Warzecha , ojciec Łukasza . W dodatku dają jego teksty na samą górę .
    Coś mnie podkusiło , żeby dziś tak od góry ,,jechać,, po tekstach , rzucając okiem na treść i na komentarze . No i padło na tegoż J. W.
    Bzdury pisze a że się nie zna to pisze w stylu ,, może bedzie żyło ale możliwe że mu sie i zdechnie ,, Tak ogólnie streszczam .
    No i jak mu taki jeden zwrócił w komentarzu uwagę na tę ,,dziwność ,, jego tekstu , zareagował cudnie …… ostrzeżeniem … czytelnicy uważajcie na takich … ja tu mądrze piszę , to się zaraz rosyjska agentura ujawnia itd itd w tym stylu .
    Muszę się powstrzymać od klikania w jego notki na przyszłość bo nie będę mu licznika nabijać…… ale to strasznie śmieszne ……
    ciekawev za co Janke’owie tak go nienawidzą , że go wystawiają na pośmiewisko …… A może liczą na rozrywkowość jego komentarzy … i klikalnośc ????

  7. Już sądziłem, że przekaz z Salon24 zaczyna się prostować jak przy notce Wszołka ( wpuszczonej w Twarzoksiążkę ) pojawiły się konotacje rosyjsko – chińskie. Ale treść to jakieś standardowe emocje, ajk na promocji w markecie.


    Moje emocje są tańsze.

  8. Zaczęłam sobie od niedawna oglądać strukturę , że tak powiem salon24 ….. nie chcę tej analizy tu robić teraz … może nasz Gospodarz popatrzy kiedyś na to towarzystwo hmmm jak na ZOO … ??? w końcu gości tam długo i ma więcej obserwacji niż ja …
    Jak to w ZOO jest kilkoro ludzi , gości w tej menażerii .
    Ten popis który tam trwa od 2/3 dni na temat Krymu , wojny , scenariusze … Sami analitycy ..
    Więc to jest wyraźniejsze , ale nawet częsć nicków … Ja wiem , ze każdy z nas coś sobie dobiera …. i nie powinno się wyśmiewac …
    ale …. lada bez korzyści …… przetłumaczyłam dość dowolnie ….
    Nie , już się nie będę pastwic …
    Będą mnie fachowcy odcinać od prądu w celu polepszenia takich tam …. Ani internetu , ani radia , Nawet się nie dowiem , że np wojna wybuchła … na salonie 🙂

  9. Zgadzam sie z Coryllusem, salon24 zostal stworzony po to zeby podkrecic kariere takim m. innymi ludziom jak Igor Janke. Poza tym portal ten ostatnio wyraznie zszedl na psy.
    Panie Gabrielu, Ukraincy nie beda nikomu pomnika stawiac bo to wszystko zgraja zlodziei. Minie kilka lat I znowy wzburzony tlum wyjdzie na majdan a paru facetow prysnie na zachod z walizkami I to bynajmniej nie pustymi.

  10. Ja obstawiam ze pomnik przypadnie ‚pieknej’ Julii Tymoszenko, wkoncu stac ja na to 🙂
    A dwoch doktorow Szewczenko zostanie profesorami w Heidelbergu..

  11. Tak, tylko fachowcy będą odcinać od prądu, internetu, telewizji i radia. Tacy certyfikowani fachowcy

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.