Cze 082011
 

Tekst ten jest fragmentem książki „Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie”

Żywy jest u nas w Polsce zwyczaj traktowania poważnie pisarzy infantylnych, kokietów, frustratów i propagandystów oraz dezawuowania pisarzy poważnych, opowiadających o sprawach dla Polaków kluczowych i najważniejszych. Do tych pierwszych zaliczam Witolda Gombrowicza a do drugich Marię Rodziewiczównę. Wynika to wprost z dziecinnej chęci odwrócenia działań losu i zaklęcia go za pomocą formuł z dziedziny estetyki i teorii literatury. Wynika to głupawej wiary w to, że literaturę da się oderwać od języka, od historii kraju i ludzi w nim mieszkających. Nie da się, a to z tego powodu, że po polsku można pisać jedynie dla Polaków. Polacy zaś są jacy są i zmienić się ich póki co nie udało, choć różni próbowali. Dobra literatura, jeśli zastosujemy to obłąkane kryterium, to taka która wpisuje się w światowe trendy i nurty. Kłopot jednak w tym, że żadnych nurtów i trendów nie ma, są tylko doraźnie produkowane artykuły w prasie, które potem urastają do rangi przełomów, programów i polemik.

Jak kiedyś dziennikarze przyszli do Picassa, żeby im opowiedział o kubizmie to wywalił wszystkich za drzwi krzycząc, że on o żadnym kubizmie nic nie słyszał i żeby szli do diabła. Dobrze to także przećwiczył na własnej skórze Witold Gombrowicz kiedy założył się z Jeleńskim, że da popis surrealizmu w paryskiej restauracji w czasie awangardowej dyskusji o sztuce jakimiś mędrkami z samego paryskiego Olimpu. Jak powiedział tak zrobił. Przy tych wszystkich beszamelach sobie siedzieli, kiedy panicz Witold wstał i jakby nigdy nic zaczął zdejmować spodnie. Tak w ramach artystycznego happeningu. I co? I nic, faceci z nim siedzący nawet nie zwrócili na to uwagi, ich burżujskie wychowania kazało im nie widzieć tego wspaniałego przedstawienia. Siedzieli i spokojnie rozmawiali o tym co było na stole. Prowokacja się nie udała. Utrudniło to wielce życie Witoldowi Gombrowiczowi w Paryżu, bo uznano go za kabotyna, który niczego nie rozumie i bawi się tylko miast – jak oni – oszukiwać i brać za to pieniądze.

W Polsce oczywiście byłoby to samo, Gombrowicz zdejmujący spodnie w restauracji wzbudziłby niesmak Artura Sandauera i zainteresowanie milicji, zaś wielbiący go studenci musieliby zweryfikować swoje o nim opinie, bo oczekiwali wszak poważnego pisarza, a nie błazna. Całe szczęście Gombrowicz nie żyje już od 41 lat i można go wielbić bez strachu, że się gdzieś nagle pojawi bez gaci.

Maria Rodziewiczówna zaś jest pisarką całkowicie zapomnianą, jej książek nikt nie wydaje już od kilku lat, warto je więc gromadzić, bo może przyjść taki moment, że za całą ochronę przez złem zostanie nam tylko ona i książeczka do nabożeństwa. Niedługo zaś jakieś cwaniaki zaczną wykupywać jej książki z bibliotek i lub odbierać je za darmo by nie zawalały miejsca na półkach przeznaczonych pod harlequiny. Potem sprzedadzą je w skupie makulatury, a pieniążki przepiją. Nie ma tutaj miejsca na to, bym przypominał cały życiorys Marii Rodziewiczówny, powiem tylko, że ta święta kobieta przeżyła klęskę wszystkich swoich marzeń, widziała zaprzepaszczenie całej wielowiekowej pracy swoich przodków i triumf wrogów. Kiedy umierała na folwarku pod Skierniewicami, cudem ocalona z płonącej Warszawy, nie przypuszczała zapewne, że Polska, taka jaką znała, Polska szlachecka, katolicka i tradycyjna ma przed sobą jakąś przyszłość. Myślę, że Maria Rodziewiczówna umarła z poczuciem klęski totalnej.

Klęską było dla niej odzyskanie niepodległości w 1918 roku, bo niepodległość ta budowana była przez dziesięć z górą lat kosztem klasy, z której się wywodziła. Klasy, która ocaliła Polskę i tradycję w swoich domach i w swoich sercach. Nowa Polska, kraj socjalistów i endeków rościła sobie prawo do tego sukcesu. Grabski z Daszyńskim uważali za pełnoprawnych obywateli nowej Polski tych jedynie, którzy mogli stać się klientami nowej klasy urzędniczej, bez względu na narodowość, wyznanie i zasługi. W czasie kiedy odbierano herby i parcelowano majątki pod osadnictwo wojskowe nie zapewniając osadnikom nic prócz nędznego kredytu, Maria Rodziewiczówa z własnych, wyszarpywanych ziemi ciężką pracą pieniędzy budowała świetlice wiejskie, odbudowywała żydowski heder i pomagała prawosławnym chłopom. Ci sami chłopi spluwali potem za nią, kiedy odwróciła się plecami, bo była wszak dziedziczką i panią. Tak samo zachowywali się polscy urzędnicy, którym zdawało się, że polityka i historia stanęły w miejscu i teraz będzie już sprawiedliwie i pięknie, jeśli tylko uda się im rozprawić z tymi anachronicznymi i niedzisiejszymi ziemianami. Przez połowę życia II Rzeczpospolitej państwo zajmowało się systematycznym ograbianiem swoich najwierniejszych i najlepszych obywateli, kokietując jednocześnie tych wszystkich, którzy z tego państwa czerpali niezasłużone zyski lub wręcz je zwalczali dążąc do oderwania kresów od Polski.

Maria Rodziewiczówna pisała o tym książki, pisała także książki o pracy i ziemi. Czyli dwóch najważniejszych dla niej sprawach. My jednak nie czytamy dziś jej książek, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że są anachroniczne, napisane słabo i bez polotu. Tak jakby Żeromski – czołowy społecznik – w rzeczywistości oszust i hochsztapler literacki – pisał z polotem. Myślę, że komuna tak łatwo poradziła sobie z Polską i Polakami po II wojnie światowej, bo połowę roboty odwaliły za nią przedwojenne rządy, które zajmowały się wydawaniem setek kilogramów ustaw przez zamachem majowym. Ustaw wymierzonych w klasę posiadającą, która w każdym innym kraju i systemie byłaby chroniona i wspomagana.

Po II wojnie i w czasie okupacji niemieckiej także, nie było tak naprawdę komu się postawić, nie było nikogo kto mógłby mieć jeszcze jakieś wpływy wśród ludzi i byłby naturalnym, znanym i szanowanym przywódcą, lokalnym liderem. Przypomnę tylko, że syn ministra Grabskiego napisał po wojnie księgę pod tytułem „300 miast wróciło do Polski”. Mój Boże! 300 miast! A ile odpadło?

Proza Marii Rodziewiczówny jest prozą poważną, to znaczy taką, która opowiada o rzeczach dla człowieka i jego życia najważniejszych, o podstawach bytu. Jest to proza, która nie kłamie i po jej przeczytaniu nie poczujemy się jak idioci zaopatrzeni w zestaw szkolnych mądrości, których wysłano w wielki świat, gdzie nikt tych mądrości nie szanuje i nie zna, bo ludzie robią tam tylko biznes. Do tego zaś sprowadza się to co dziś uważane jest za naszą tradycję. Zresztą, niedługo już tego. Niedługo ktoś się połapie, że czytanie książek jest w ogóle niepotrzebne i można z nich zrezygnować, żeby dzieciom w głowie nie mącić.

Rodziewiczówna budzi niechęć także z innego powodu. Ona uprawia jeden właściwie wielki temat – opowiada o relacjach człowieka z jego własnością. I to własnością nie byle jaką, własnością która została odziedziczona, która ma wszystkie atrybuty świętości i jest bardzo wymagająca. A co może obchodzić wymagająca własność jakąś gromadę gołodupców i złodziei? Nic proszę Państwa. Nic, zupełnie. Opowieści takie mogą jedynie przeszkadzać i mącić kładziony do głów obraz dziejów jako triumfującego postępu, który walczy z reakcją i wstecznictwem. Czyni to zaś za pomocą skrytobójców, o których się milczy i awangardowych artystów, o których mówi się bardzo wiele.

Cała właściwie lansowana mocno literatura zajmuje się wyłącznie odwracaniem uwagi od tego – najważniejszego w mojej ocenie tematu – od człowieka i jego własności. Zamiast tego mamy Dostojewskiego, który ma jakieś stosunki z samym sobą, albo z nieletnimi, mamy jakichś durniów co wadzą się z Bogiem, bo to się szalenie podoba tym, co stoją na czele sił postępu i oświecenia. Nie mamy tylko nic o tym co dla każdego indywidualnie i dla wszystkich razem jest najważniejsze – o posiadaniu i obowiązkach zeń wynikających.

O tym mówić nie można, a jak ktoś próbuje to znaczy, że jest słabym pisarzem, złym artystą, niedobrym człowiekiem i w ogóle nie zasługuje na to by młodzież się nim zajmowała. Wychowanie zaś młodzieży to drugi ważny temat w prozie Rodziewiczównej. I to także zadecydowało o jej przemilczaniu i zapomnieniu. Cóż ona tam bowiem pisze? Cóż robią ci młodzi ludzie w jej książkach? Otóż oni podejmują się zadań, które dziś byłby udziałem jakichś mocno doświadczonych specjalistów po amerykańskich uniwersytetach, ekonomistów, wojskowych logistyków i handlowców po najbardziej renomowanych szkołach MBA. I robią to jedynie w oparciu o doświadczenie, wyniesioną z domu tradycję, wdrożoną od dzieciństwa dyscyplinę pracy i siłę. Tak właśnie – siłę. Wszystko bowiem co tam jest w tych książkach ma w sobie siłę. I to także musi być niesłychanie denerwujące dla propagatorów infantylnej słabości i awangard wszelakich. I niech mi nikt nie mówi, że to co piszę to wymysły. Miast Rodziewiczównej mamy dziś Tokarczuk, kompletną grafomankę, która nie pisze książek o ziemi, tradycji, pracy i sile. Jej książki noszą tytuły sugerujące coś zgoła innego – „Bieguni”, „Podróż ludzi księgi” i są od początku do końca jednym wielkim zaprzeczeniem tego wszystkiego o czym pisała i czym żyła Rodziewiczówna.

Nie zawrócimy Wisły kijem i nie uratujemy już nic z tej pięknej twórczości, nie ma się co łudzić. Nie dajmy się jednak chociaż wpuszczać w takie gęste maliny jak te sadzone przez Tokarczukową, nie dajmy sobie wmówić, że człowiek może żyć w powietrzu i powietrzem. To ponure złudzenie.

  24 komentarze do “Czego nas uczy Maria Rodziewiczówna”

  1. Uwielbiam „Czahary” i miały niewątpliwy wpływ na mnie obecną.

  2. Witam i pozdrawiam.
    Ciekawe jest to o czym Pan pisze. Moja mama rocznik 35 ma dużą kolekcję M.Rodziewiczówny i bardzo ją zachwala. A ja baran nie czytałem żadnej. Muszę to nadrobić.
    Pozdrawiam Krzysztofp.

  3. Niewiele czytałam Rodziewiczówny ale powyższy tekst to sama kwintesencja. Budujące jest ,że nie da się tak łatwo „zabić” ludzi z ich prawdziwym światem a nie światem TV

  4. Kocham Marię Rodziewiczówną od szkoły średniej. Była dla mnie wzorem patriotyzmu i nauczycielką wszystkich kobiecych cnót. Szkoda, że dzisiaj jest prawie zapomniana!

  5. Milo jest przeczytac opinie Pana o tej pisarce, dla ktorej swiete byly sprawy i postawy , ktore sa obecnie bez znaczenia dla wiekszosci Polakow. Niestety swiat polskiego ziemianstwa juz nie wroci. Jego miejsce zajal motloch, ktorego przodkowie przyczynili sie po 45 roku do ostatecznego zniszczenia prawdziwej Polski.

  6. Bardzo ciekawy artykuł.Jestem uczestniczką DKK i ostatnio dyskutowaliśmy nad książką W.Kuczoka „Senność”.Mnie jednej te wypociny się nie podobały więcej było ochów i achów.Tokarczuk też nie lubię -,jej” Anna Il..”.podzieliła nasz klub na dwie części. M.Rodziewiczównę muszę poczytać .Pana „Baśń jak niedżwiedż” musi być bardzo ciekawe.Pozdrawiam

  7. Przeczytalem wszystko,co sie dalo Rodziewiczowny jeszcze w szkole podstawowej i do dzis mialem niejasne wyrzuty sumienia ,ze skusilem sie na łzawe ksiazeczki dla panienek.
    Dopiero duzo pozniej zrozumialem ,ze to przekonanie – to kolejny sukces pieriekowki.

    Jak bardzo dalismy sie zgnoic i osmieszyc-tego chyba sami jeszcze nie rozumiemy. My-Polacy.

  8. Wielkie dzięki za ten tekst. Życzę Panu i sobie przede wszystkim, żeby chciało się Panu dalej pisać.

  9. Acha. Przynajmniej dowiedziałam się o czym piszesz. Niestety jako ta z tych „którzy z tego państwa czerpali niezasłużone zyski” (czyt. przedwojennych wojskowych – skoro niezasłużone, to sobie to zapamietam i żadnej więcej walki za Polskę!) oraz ta, która uważa, że Żeromski pisał z polotem a Rodziewicz… ino pisała;) „chiba ni mo”co dalej szukać ani też się wadzić.
    Na osłodę jest chyba tylko to, że przynajmniej co do Gombrowicza się zgadzamy;)

  10. W prl starano się ośmieszyć i zdezawuować twórczość Marii Rodziewiczówny, bo to co przekazuje w swoich pismach jest grane na nutach polskości, polskości szeroko pojętej jak Rzeczpospolita nasza.
    Czytajmy M. Rodziewiczównę! Dziekuję Autorowi za Jego pracę.
    Jerzy Olejniczak

  11. Ja rownież jestem pod wrazeniem wszystkich powiesci Mari Rodziewiczownej,przeczytalam je wszystkie wielokrotnie.Nauczyły mnie patriotyzmu ,szacunku dla drugiego człowieka i siebie .Polecam je młodym osobom a szczegolnie kobietom .dla ktorych bohaterki powiesci powinny byc wzorem do nasladowania.

  12. A cóż to za brednie, że Rodziewiczówna jest niemodna i się jej nie wydaje? Autor chyba próbuje udowodnić jakąś absurdalną tezę a tymczasem np. w takim internetowym Empiku jest dostępnych od reki 14 tytułów tej autorki, w tym kilka w modnym ostatnio i meganowoczesnym formacie audiobook.

    Co do zestawienia Rodziewiczownej i Tokarczuk. Cóż to za porównanie? Każda pisała o sprawach ważnych dla jej pokolenia. Dla Tokarczuk jest to emigracja dla Rodziewiczownej ziemiański tryb życia. Zresztą i za czasów Rodziewiczownej nie pisano tylko o przywiązaniu do ziemi, tak i teraz powstaje coraz więcej książek o powrocie na wieś, lepsze, gorsze ale jednak („Rozlewiska”, „Siedlisko” itp.).

    Ciekawe jest również to, że ta piewczyni Polski Katolickiej i Narodowej była lesbijką co ją naturalnie skreśla w oczach współczesnych „patriotów” 😉

  13. Nie proszę Pani, to jej nie skreśla jak Pani dobrze widzi, bo tekst o niej znalazł się w książce współczesnego polskiego patrioty i wygrał kilka konkursów wśród tychże patriotów organizowanych. Fakt iż Rodziewiczówna jest w Empiku niczego nie zmienia, bo jej rola poza oczywiście wyszydzonymi przez panią skłonnościami płciowymi, nadal jest niedoceniona. Najistotniejsze treści jej książek są zamilczane. Tokarczuk łaskawa Pani to pretensjonalna grafomanka, podobnie jak Pani. Nie pisuje ona bowiem o emigracji, albowiem jej nie zna. Tworzy jakieś półpoetyckie, tandetne wizje wymierzone w Kościół. Warsztat ma taki sam jak Pani, albowiem czyta jedynie recenzje i nie zwraca nawet uwagi czyich książek dotyczą. O emigracji pisała Gretkowska. I to w jednej zaledwie książczynie. Niech się jednak pani nada trzyma tej linii, którą tu tak pięknie pani wyrysowała. Pośmiejemy się trochę.

  14. Napisał Pan „jej książek nikt nie wydaje już od kilku lat”. Wskazałam, że to nieprawda. Jak najbardziej się wydaje! Wydaje się zarówno w formie tradycyjnej jak i nowoczesnej. W każdej księgarni znajdzie się jakaś powieść Rodziewiczówny. Skąd więc wziął Pan to stwierdzenie, że się nie wydaje jak się wydaje?

    Współczesnych wydawców z reguły nie stać na to aby mecenasami niechodliwej sztuki, skoro wydają Rodziewiczównę to znaczy, że to się opłaca, że Rodziewcziwna się sprzedaje, jest poczytna, ludzie ją kupują. I kupują też wartości i idee jakie autorka nam przekazuje. Nad czym więc załamywać ręce?

    Rodziewiczówna nie jest zapomniana, jest wydawana i kupowana, jest czytana i lubiana przez Polaków! zapomniany to jest … powiedzmy taki Zygmunt Kaczkowski czy Wincenty Pol, ale nie Rodziewiczówna.

  15. Proszę Pani wydawcy dziś zajmują się właściwie tylko i wyłącznie wydawaniem rzeczy niechodliwych, Rodziewiczówna jeśli jest w Empiku stanowi chlubny wyjątek.

  16. Szanowni Panstwo, a moze by tak zbalansowac wypowiedzi.

    Rodziewiczowna, jak Pan slusznie podkreslil, opisywala ziemianski tryb zycia, odpowiedzialnosc za odziedziczona tradycje.

    „Cóż robią ci młodzi ludzie w jej książkach? Otóż oni podejmują się zadań, które dziś byłby udziałem jakichś mocno doświadczonych specjalistów po amerykańskich uniwersytetach, ekonomistów, wojskowych logistyków i handlowców po najbardziej renomowanych szkołach MBA. I robią to jedynie w oparciu o doświadczenie, wyniesioną z domu tradycję, wdrożoną od dzieciństwa dyscyplinę pracy i siłę. Tak właśnie – siłę.”
    Zgoda, znakomita analiza! Przypomina mi to moja prababke, ktora bez MBA potrafila odbudowac calkowicie zrujnowany, po rewolucji bolszewickiej i wojnie 1920 roku, majatek.
    Jednoczesnie nie widze powodu, aby oburzac sie na wspomnienie, ze Rodziewiczowna miala sklonnosci lesbijskie, i nalezala do Towarzystwa Teozoficznego. I jedno i drugie trudno pogodzic z katolicyzmem. Utozsamianie ziemianstwa z katolicyzmem jest tworzeniem kolejnego mitu. Relacje te byly czesto wielce powiklane.

    Nie warto tworzyc idoli, czy idealizowac przeszlosci. Prawda, nawet ta trudna, zobowiazuje. Jest i wazniejsza i ciekawsza, zwlaszcza dla ludzi mlodych, ktorzy szczegolnie nie przepadaja za hipokryzja.

    Pozdrawiam, ed

  17. Dawno nie czytałem tak głupiego tekstu. A już szczytem głupoty jest akapit:

    „Cała właściwie lansowana mocno literatura zajmuje się wyłącznie odwracaniem uwagi od tego – najważniejszego w mojej ocenie tematu – od człowieka i jego własności. Zamiast tego mamy Dostojewskiego, który ma jakieś stosunki z samym sobą, albo z nieletnimi, mamy jakichś durniów co wadzą się z Bogiem, bo to się szalenie podoba tym, co stoją na czele sił postępu i oświecenia. Nie mamy tylko nic o tym co dla każdego indywidualnie i dla wszystkich razem jest najważniejsze – o posiadaniu i obowiązkach zeń wynikających”.

    Wystarczy w tym akapicie „siły postępu i oświecenia” zamienić na „siły reakcji i religianctwa” i można śmiało wstawić go do referatu „O zadaniach literatury” stalinowskiego aparatczyka. Oni też nie lubili Dostojewskiego, wadzenia się z Bogiem, a bardzo ich interesowała praca i sprawy własności. A także wychowywanie młodzieży.

    Książek Rodziewiczówny jest od przeszło pół wieku zatrzęsienie, czytały je miliony ludzi, Najostrożniej szacując z dziesięć razy tyle, ile czytało Dostojewskiego i Gombrowicza razem wziętych. Ale książki Rodziewiczówny niczego nie uczą, zwłaszcza „o człowieku i jego własności”. Nie ma się co łudzić! Ten eksperyment został już przeprowadzony! Okazało się, że miliony mogą zaczytywać się Rodziewiczówną do upadu i dalej mieć w głowie mentalny socjalizm.

    I skąd Panu się wzięło, że Maria Rodziewiczówna „jest pisarką całkowicie zapomnianą”? Na Allegro wyskoczyło mi 1300 (tysiąc trzysta) książek Rodziewiczówny. Pewnie głupi handlarze nie wiedzą, że nie ma na ten towar popytu.

    Owszem, niewiele o Rodziewiczównie się pisze. Ale o czym tu pisać? Pan też niczego nie napisał poza paroma ogólnikami nie podpartymi żadnymi odwołaniami do książek. Najżywsze kawałki Pana tekstu to te, gdzie Pan dowala innym: Gombrowiczowi, Dostojewskiemu, Żeromskiemu, Tokarczuk. Gdy to skreślić i zostanie sama Rodziewiczówna, wieje ideologiczną nudą… Jak referat o jakimś Kruczkowskim czy innym Brandysie.

  18. Ja też dawno nie czytałem aż tak głupiego tekstu. To się doprawdy rzadko zdarza, żeby ktoś wylał tyle frustracji w jednym nie najdłuższym przecież kawałku. 1300 pozycji Rodziewiczównej na allegro? Co Pan powie? I nie ma o czym mówić? A Rodziewiczówna to Kruczkowski? Pański sposób rozumowania sparaliżowałby nawet grzechotnika na pustyni Utah, może się Pan tam wybierze, będzie to z korzyścią dla nas wszystkich.

  19. Sama przedstawienie Rodziewiczówny dość ciekawe. Szkoda tylko, że w autorze tyle jadu i ataku na innych. Autor zachowuje dla siebie wyłączność na słuszny pogląd, w czym utwierdza mnie po przeczytaniu komentarzy. Jak choćby odpowiedź na krytyczny, merytoryczny komentarz: „Pański sposób rozumowania sparaliżowałby nawet grzechotnika na pustyni Utah, może się Pan tam wybierze, będzie to z korzyścią dla nas wszystkich.” Cóż jak nie mamy argumentów do polemiki, to atakujemy krytykującego.
    O ile wcześniej zastanawiałem się czy kupić tę książkę, to teraz nie mam żadnych wątpliwości, że każdy inny sposób wydania 40 zł. będzie lepszy.

  20. Nikt pana nie przymusza do wydawania w tym sklepie czegokolwiek. Naprawdę. Może pan sobie kupić coś innego za te 40 złotych.

  21. Jestem fanką opowiadań M.Rodziewiczówny.W moich zbiorach brakuje mi opowiadanie Na wigilią Jeżeli ktoś posiada to prosiła bym o treść.Z góry dziękuje MARIA

  22. Motyw grzechotnika na pustyni Utah rewelacyjny! dr ongale to nie brak argumentów do polemiki. Czasem zwyczajnie już się nie chce ślepcowi opowiadać o kolorach. Jeśli ktoś nie rozumie Rodziewiczówny, to musi tutaj swoich wypocin umieszczać. Niech sobie pisze poematy uwielbienia na stronach poświęconych Dostojewskiemu.

  23. „Macierz” – czytałam jako nastolatka – płakałam.
    Jako młoda, samotna, mama – płakałam.
    Jako dojrzała kobieta – nadal wzruszona płaczę 🙂

    Uwielbiam twórczość Marii Rodziewiczówny !

    Wzrusza mnie i inspiruje.

  24. A ja od kilku miesięcy zaczytuję się Marią Rodziewiczówną oraz Heleną Mniszkówną. Przeczytałem prawie wszystko, brakuje mi kilku książek z serri Edipresse (i jednej i drugiej autorki) i ich szukam od tygodni w internecie (bo w księgaraniach i u wydawcy nie ma). Zaraziłem czytaniem znajomych, wszyscy po przeczytaniu są w szoku, że nie czytali!!!! bo to romanse jakieś… niestety bolszewizm (socjotechnika, propaganda), przedwojenne ale głównie powojenna wyprała mózgi wielu, skąd inąd inteligentnym i wykształconym Polakom. Coryllus ma całkowita rację w swoim tekście. Tylko, aby to zrozumieć trzeba przeczytać przynajmniej Dewajtis, Między ustami a brzegiem pucharu, Klejnot, czy Magnata, albo Mniszkównej Trylogię – ( w tamtych czasach uznawaną za lepszą od Sienkiewiczowskiej, bo aktualną – przełom wieków XIX-XX). No cóż, ci którzy mi wyjadą, żem głupi z tym bolszewizmem polecam Czerwona Mszę Bohdana Urbankowskiego, polonisty z Wrocławia, o tym jak poceci, pisarze etc zostali zaprzągnięci w utrwalanie socjalizmu w PRL… Szymborskie, Miłosze, Ważyki… I takich czytaliście w PRLU jako autorytety, i tak Wam zostało. Czasami niektórzy sięgali po detoks w postaci Herberta.. ale przez wyprane (profesjonalnie przez pogrobowców Dzierżyńskich, Trokich, Leninów) mózgi nie przeszło by czytać Rodziewiczównę. A równocześnie każdy chciałby mieć sygnet hrabiowski, chociażby z Ruskiej Budy był. Tyle, że w ’39 i 44-48 wybili, wygnali, upokorzyli całą klase wyższą średnią i wyższą, czyli tą, która stanowiła POLSKĘ w czasie zaborów, dzięki której przetrwało coś z dawnej POLSKI. I jeśli chcesz poznać rugi pruskie to przyczytaj Rodziewiczównę, jeśli carskie i syberyjskie klimaty czytaj Rodziewiczównę… A potem możesz się wypowiedzieć, przejdż detoks, tak jak ja … i wyważysz sobie pojęcie. Drogi „bolszewiku”, a autorów tego seriwsu (kimkolwiek jest coryllus) się nie czepiaj… chyba, że po przeczytaniu przynajmnije 10-15 powieści M.R.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.