Maj 172010
 

Każdy region ma swój dom wariatów. Mazowsze ma Tworki, Lubelskie Abramowice, dawne Zamojskie Radecznicę, a Lubuskie Cibórz. Miejsca te, choć otacza je nimb cierpienia służą zwykle okolicznej ludności, jako punkt odniesienia dla niesmacznych i wulgarnych żartów. Oto kiedy ktoś chce zdyskwalifikować czyjeś przedsięwzięcie woła głośno – To Tworki, to kochany są Tworki! I już wszystko jasne. Nie liczy się to, że w Tworkach jest piękny i zabytkowych zespół budynków szpitalnych, że jest tam wielki park i okolica wcale przyjemna. Liczy się tylko to, że leczą tam ludzi psychicznie chorych. Nie inaczej jest z tymi lubelskimi Abramowicami.
Mój kolega kiedyś próbował się zabrać tak zwaną okazją wprost z południowej wylotówki miasta Lublina, czyli sprzed bramy szpitala i sanatorium dla nerwowo i psychicznie chorych w tym mieście. Stał sobie tam, a było śliczne lato, patrzył na snujących się po parku pacjentów w pidżamach i szlafrokach i myślał. Nic się nie działo, bo okazje nie nadjeżdżały, a on gapił się na tych ludzi i gapił. Pacjenci, których rozwydrzona i wulgarna młodzież, (do której i ja się w owych czasach zaliczałem), nazywa czubami, łazili w tę i nazad wpatrzeni każdy w swoją manię lub obsesję, kiwali głowami, machali rękami i byli dyskretnie obserwowani przez pielęgniarzy ukrytych w budynku. Pielęgniarze ci, których zwykle nazywa się – nie wiedzieć czemu – gestapo, mieli w pamięci wyczyny wszystkich swoich podopiecznych i pilnie baczyli, by żaden z nich nie powtórzył swoich najlepszych występów w czasie ich dyżuru. Mój kolega patrzył na to wszystko i patrzył. I nagle stało się coś tak dziwnego i niesamowitego, że nie sposób tego zrozumieć człowiekowi, który nigdy w takim szpitalu nie był. Wyciągnął ten mój kolega z kieszeni paczkę papierosów, wyjął jednego papierosa i wetknął go sobie do ust. Kiedy macał kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki szaleńcy snujący się po parku zamarli, tak jakby ktoś im wydał komendę. Kiedy zaś mój kolega (pozdrawiam cię Rajmund) znalazł wreszcie tę zapalniczkę i zapalił nią papierosa wariaci ruszyli w jego kierunku ławą. Nieważne na co który tam cierpiał, nie istotne czy był Sierotką Marysią, Apostołem Piotrem czy zwykłym wykolejeńcem co ukrywa się w głupiejewie, bo zabił matkę i musi mieć żółte papiery, żeby nie siedzieć. Nic nie było ważne. Istotny był tylko ten malutki, zloty płomyczek zapałki i koniec papierosa, który wkrótce zajarzył się pomarańczowym blaskiem. Widząc reakcję szaleńców mój kolega cofnął się, ale nie uciekł, choć było się czego przestraszyć. Oto kilkunastu mężczyzn w różnym wieku biegnie wołając coś i powiewając połami szlafroków w jego kierunku. Za nimi, w dużej odległości majaczą sylwetki pielęgniarzy zwanych gestapo. Widać ich, ale nie ma najmniejszych szans by dobiegli do swoich podopiecznych zanim ci dopadną mojego kolegi. Całe szczęście pomiędzy nim a nimi była wysoka kuta brama, na której wariaci zawiśli niczym dziwaczne entomologiczne okazy, schwytane przez naukowca-olbrzyma. Po chwili na całej ulicy dały się słyszeć żałośliwe męskie glosy – giewoncika, giewoncika mi dej….giewoncika, giewoncka mi dej…Wołali tak wszyscy, choć były to już czasy kiedy od dawna w kioskach i sklepach nie sprzedawano papierosów „Giewont”. Miał ów fakt swoją tragiczną wymowę, świadczył bowiem o tym, że wariaci siedzą w tych Abramowiczach już długo i pewnie nie wyjdą z nich nigdy.

Po co to wszystko piszę? Po to, by dokładnie zilustrować czym był dla mnie występ ludzi kultury popierających w parku łazienkowskim Bronisława Komorowskiego. Od razu skojarzył mi się on z tą historią sprzed lat. Jak wiadomo we wszystkich skoszarowanych, męskich stadach, a nawet nie skoszarowanych, a tylko oddanych jednej idei pełno jest mężczyzn palących nałogowo papierosy. To jest nie tylko nałóg, ale także rytuał. Kiedy w takim stadzie ktoś pomyśli, że papierosów mogłoby zabraknąć ciarki chodzą mu po plecach i język się plącze. I tak właśnie wyglądał dziś i mówił Andrzej Wajda. Jakby ktoś miał mu odebrać ostatnią paczkę „Giewontów” i zamknąć w izolatce na długie tygodnie. Podobne emocje przekazał nam pan Bartoszewski i inni panowie, którzy pojawili się na tej uroczystości. Zastanawiające było jedynie to, że pielęgniarze, których zwyczajowo nazywa się gestapo trzymali się gdzieś w oddali i pozwolili swoim podopiecznym mówić co im tam ślina na język przyniosła.

Zatrzymajmy się na dłużej przy Andrzeju Wajdzie. Pan ów żyje wśród własnych projekcji, które układają się w obraz następujący; to w samotnym, pełnym antyków i pamiątek przeszłości, starym domostwie mieszka pan Andrzej z żoną Krystyną. Dom ten jest miejscem spotkań innych wartościowych i wybitnych ludzi, którzy tak jak gospodarz są miłośnikami papierosów marki „Giewont”. Jak tradycja to tradycja, prawda? Goście jednak przybywają do pana Andrzeja rzadko albowiem, by dojechać do jego czarodziejskiego domu trzeba przedzierać się przez tereny zaludnione plemionami okrutnych ludożerców, którzy żyją w blokowiskach, w wioskach pełnych nieczystych zwierząt i bezzębnych dzieci lub jakichś jeszcze gorszych miejscach. Jednym słowem dom pana Andrzeja jest wyspą wysokiej kultury w morzu barbarzyństwa. Nie zamierza jednak pan Andrzej walczyć z barbarią, o nie! On ją zamierza cywilizować wraz ze swoimi przyjaciółmi. Pomoże im w tym starzejący się kibic piłkarski, który ma do swojej dyspozycji innych zaprzyjaźnionych kibiców, oraz sam kandydat, który – o czym wspomina od czasu do czasu – lubi sobie postrzelać do zwierząt. Symbolem owej misji cywilizacyjnej będą biało-czerwone szaliki z odwróconym do góry nogami napisem „Polska”, a to dlatego, by odróżnić swoich od tych złych i dzikich, którzy mówią jednak tym samym językiem i te same barwy mają na sztandarach. Szaliki te zwolennicy cywilizacji i oświecenia mas wiązać będą sobie na twarzach, tak że widać im będzie tylko oczy. No i w cywilizowaniu pomogą oczywiście także pielęgniarze, których jak na razie skrzętnie się ukrywa, a którzy wiadomo jak są nazywani w domach wariatów.

Tak to sobie, jak wywnioskować można było z dzisiejszej wypowiedzi, ułożył w głowie pan Andrzej. No cóż…Pozostaje tylko czekać do dnia wyborów. Potem zaś będziemy słuchać, jak przez całą Polskę niesie się chór żałośliwych męskich głosów – giewoncika, giewoncika mi deeeeeej….giewoncika, giewoncika mi deeeeej….

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.