wrz 192026
 

Nie wiem czy już zauważyliście, ale polskim kandydatem do Oskara został w tym roku film „Ojczyzna”. Nie wiedziałem co to, ale już wiem. Otóż jest to filmowa opowieść o Tomaszu Mannie i jego córce, którzy przemierzają powojenne Niemcy. W uzasadnieniu napisano, że film ten jest niepokojąco aktualny. Na iksie zaś rozgorzała dyskusja o jego walorach artystycznych. Nie wiadomo co powiedzieć. Ludzie, wy jesteście ślepi? Nominowano do najważniejszej nagrody filmowej obraz opowiadający o Niemcach i ich rozterkach, prawdopodobnie porównujący życie w strefie amerykańskiej i sowieckiej, co już jest przejawem chamskiej, komunistycznej propagandy, zrobiono to za polskie pieniądze i wypchnięto na najważniejszy filmowy konkurs na świecie. Tymczasem trwa w sieci dyskusja o walorach artystycznych filmu. To co zwykle nazywamy walorami artystycznymi filmu, to po prostu jego intencja, którą próbuje się ukryć za takimi gawędami. Żadne walory artystyczne nie istnieją w oderwaniu od intencji. I przekonali się o tym różni smakosze kina, z wielkim nieraz talentem, tacy jak Wojciech Jerzy Has. Nawet najpiękniejszy obraz nikogo nie wzruszy jeśli nie będzie w nim zrozumiałej intencji. Ta zaś musi mieć charakter propagandowy. Bo film to propaganda. Nie rozrywka bynajmniej. Has nakręcił film, w którym widać najbardziej malarsko przedstawioną egzekucję, jaką w ogóle próbowano zobrazować w całej sztuce. Nikt o tym nie pamięta. Dziś scena ta jest powtarzana we różnych rosyjskich filmach, bez powołania się na autora. Obejrzałem to przypadkiem na YT. To oczywisty i bardzo wyrazisty cytat. Gdyby był w tekście należałoby dodać do niego przypis i wyjaśnienie, ale jest w filmie, więc można ów cytat po prostu sobie ukraść. I dodać do niego swoją intencję. To właśnie zrobili rosyjscy filmowcy. I teraz owa scena malarskiej egzekucji jest już ich. Filmu Hasa bowiem nikt nie ogląda. Najtrudniej zaś ocenić i zauważyć w ogóle to, co stoi jak byk przed naszymi oczami.

Polskie kino pracuje na rzecz polityki niemieckiej i polscy, albo podający się za polskich filmowcy, mają tu określone zadania. Nie wierzycie chyba, że ta międzynarodowa produkcja, sfinansowana Bóg jeden wie za pomocą jakich sposobów, przy której zatrudniono ponad trzystu Polaków, ma coś wspólnego z Polską? I powstała, albowiem pan reżyser fascynował się twórczością i postacią Tomasza Manna. A także ponieważ chciał uwrażliwić widza na różne polityczne problemy. Nie, jeśli w ogóle w jakimś filmie pojawia się polityka, mamy pewność, że jest to film propagandowy. I ten film też taki jest. Mogę się założyć już dziś, że na pewno dostanie on jedną przynajmniej statuetkę. Jego wymowa zaś będzie w oczywisty sposób prorosyjska. Zostanie to przez krytyków określone jako „nieoczywistość”.

Podsumujmy – Polska wysyła do Los Angeles film o niemieckim pisarzu, który Polski i Polaków w ogóle nie zauważał. My zaś będziemy teraz przekonywani przez pół roku, że krytyka tego filmu to przejaw braku wrażliwości i obskurantyzmu. Czyli jak zwykle. Bo nie rozumiemy, że poza naszą siermiężną prowincją istnieje jeszcze świat wartości i jakości wyższych, a nam niedostępnych. Skoro już to sobie uświadomiliśmy powtórzmy – polska kinematografia pracuje dla Niemców. Czy któryś z polskich polityków to w ogóle rozumie? Nie, albowiem ludzie ci, całkowicie przecież zdeprawowani wierzą, że w istnienie świata artystycznego i pozwalają, by budżetowe pieniądze przeznaczane były na produkcje natury propagandowej, lekko tylko przypudrowane dyrdymałami o wartości artystycznej. Wszelkie estetyczne oceny i histerie służą jedynie zamaskowaniu intencji dzieła. Sposób zaś jego konsumpcji wyklucza polemikę z tą intencją. Dlatego właśnie kino jest najważniejszą ze sztuk. Jeśli wychodzimy z kina, z masą ogłupiałych widzów i mamy inne zdanie niż oni, raczej milczymy. A jeśli zaczynamy coś mówić, słyszymy w odpowiedzi – przestań się wygłupiać, przecież to tylko film. W ten sam sposób mówią politycy. To jest wyraz głębokiego niezrozumienia okoliczności. Widz ma wierzyć, że cały olbrzymi przemysł filmowy, pracujący cały czas na pełnych obrotach, z zaangażowaniem wielkich budżetów, a także ludzi uważanych za wybrańców losu, kręci się tylko po to, żeby pani Kazia mogła się rozerwać w sobotni wieczór płacąc za bilet do kina. To jest nieprawda. Nie możecie myśleć w taki sposób.

W sieci pojawiają się już dyskusje o tym filmie, oczywiście nagrane w konwencji czarno-białej, jak sam film, albowiem czarno-białego filmu nikt nie ośmieli się skrytykować, albowiem to jest jeden z wyznaczników prawdziwej sztuki. Treść tych spotów promocyjnych jest taka właśnie, jak mówię – autor patrzy na swoich bohaterów z czułością, bo są niedoskonali. Tę frazę słychać zawsze przy promocji każdego propagandowego gówna.

Porzućmy na chwilę świat filmu i przenieśmy się do innego segmentu na rynku sztuki. W mojej ocenie wiek XIX miał tylko jednego malarza z prawdziwego zdarzenia. Był nim Edgar Degas. I widzieć to musi każdy, kto był kiedykolwiek w National Gallery w Londynie, gdzie mógł porównać jego dzieła z innymi obrazami z epoki. Degas sklasyfikowany został, przez propagandę III Republiki zwaną dla niepoznaki prasą, jako impresjonista. Choć nigdy nie pracował w plenerze. Ustawiał na parapecie okna swojej pracowni drewniane figurki w różnych pozach i je potem malował. Kiedy był już bardzo stary powiedział – sztuka nie istnieje, wszyscy widzimy tak samo.

Trochę się pomylił. Sztuka istnieje, ale nie istnieje w oderwaniu od intencji. Tę zaś bardzo łatwo zamienić na pretensje. I na tym właśnie bazuje propaganda. Pretensje polityków i zwykłych ludzi do znawstwa są paliwem dla propagandy, schowanej za nieszczerą intencją.

Pretensjonalność kobiet zaś jest czymś absolutnie najgorszym.

No to teraz zastanówcie się jakie intencje może mieć reżyser Pawlikowski, który otrzymał już raz Oskara za film „Ida”. Także czarno-biały i także posiadający wysokie walory artystyczne. Bo jak się zakonnicę w czarnym habicie sfotografuje na tle zaśnieżonego pola, to musi być prawdziwa sztuka.

Łatwo ją rozszyfrować – Polska będzie w przyszłym roku reprezentować na gali Oskarów interesy Niemiec, zostanie tam powtórzony ten sam manewr, który oglądaliśmy w przypadku filmu „Ida”, tyle że zamiast cierpień Żydów, będziemy mieli nieoczywiste cierpienia Niemców.

Jednocześnie najważniejsze teksty polskiej kultury: „Lalka”, „Noce i dnie”, a w perspektywie także inne, zostaną zdewastowanie i zniszczone. W imię sztuki oczywiście, co już się dzieje przed naszymi oczami. My jednak tego nie widzimy, bo konsumpcja dzieła filmowego wyklucza polemikę. I ten kto pierwszy wyskoczy z bełkotem o wartościach artystycznych zawsze będzie miał rację w oczach tłumu.

Nie wierzę, że te dwie kwestie nie są ze sobą sprzęgnięte i że tego nie zaplanowano. Tak się może wydawać pretensjonalnym kobietom, aspirującym do znawstwa spraw i zagadnień, których nie rozumieją w sposób oczywisty. Ludzie propagandy dobrze wiedzą co robią. I znają każdy ruch ludzkiej myśli, wiedzą też jak ten ruchy ograniczać i jak nimi kierować. Do osób będących już w pewnym wieku powinno to dotrzeć. Niestety nie dociera.

Mamy do czynienia z bardzo podstępną ofensywą propagandową, której celem jest zdewastowanie kultury słowa w Polsce. To można uczynić tylko za pomocą ekranizacji, albowiem jeden obraz wart jest tysiąca słów.

W Polsce zaś nikt nie pamięta o rzeczy najważniejszej – liczy się tylko dzieło, nie opinia. Jeśli nie macie swoich dzieł, które mogą konkurować z innymi, jesteście nikim – mierzwą i bydłem. I to chce Wam powiedzieć pan reżyser Pawlikowski poprzez swoje subtelne obrazy.

Niestety wobec takiej świadomości tych spraw jaką dziś mamy, nie ma szans byśmy się przed tym obronili. Jesteśmy podzieleni i rozgrywani od wewnątrz, a propagandyści potrafią stworzyć wśród nas hierarchię całkowicie od nich zależne, stawiając na ich szczycie różnych osiołków dyrygujących tłumem. Nawet jak nam coś zaświta w głowie, nie potrafimy nic zrobić. Nawet odciąć się od tego tych trucizn nie potrafimy. Bo nie będzie się do kogo odezwać.

No nic, miłej soboty życzę. Pamiętajcie o naszych książkach.

Przypominam, że 17 października w Domu Technika przy ul. Czackiego 3/5 w Warszawie odbędzie się spotkanie czytelników tego bloga i czytelników książek „Kliniki Języka”. Temat spotkania jeszcze nie został wskazany, ale nastąpi to niebawem. Do końca września muszę zapłacić zaliczkę za salę. Mieści się w niej 40 osób, więcej nie wejdzie. Na razie zapisało się 6. Jeśli nie zbierzemy odpowiedniej ilości odwołam wieczorek. Przypominam też, że nie wchodzą nań ludzie z ulicy, bo będziemy tam rozprawiać o nader subtelnych kwestiach dotyczących sztuki i polityki. Trzeba się zapisać podając imię i nazwisko. Zgłoszenia przyjmuję pod adresem coryllusavellana@wp.pl

Zbieramy, tak, jak poprzednio, w maju, co łaska na wynajem sali.

Mamy w sklepie dwa nowe tytuły

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zywot-sw-jozafata-kuncewicza-opowiedziany-na-tle-historii-kosciola-ruskiego/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/bohun/

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  4 komentarze do “Najtrudniej zobaczyć to, co stoi na wprost”

  1. Nie, no są i polscy „wielcy”. Na festiwalu w Gdyni będzie film o małżeństwie Kuroniów – zapewne z kultowym termosem? I Janda jako Violetta Willas. Będzie w zamyśleniu czesać tę ogromną perukę i w efekcie wstąpi na chwilę do klasztoru?

    Niemcy być może czeka jesień średniowiecza. Fabryki Volkswagena zwalniają pracowników w stopniu nigdy nie widzianym. Jedną z nich wykupiła nowiutka spółka Izraelska i będą tam produkować broń. Chciał się temu sprzeciwić udziałowiec katarski, ale za mało ma udziałów. Dla równowagi Emiraty podpisały umowę o budowie w Niemczech centrów AI, data center i coś tam coś tam. Ciekawe skąd tam wezmą energię i wodę? Czyżby zamierzali ograniczyć dostęp obywatelom?

  2. Zapomniałem o tym Kuroniu. O polityce w ogóle nie chce mi się myśleć, bo wszyscy o tym piszą

  3. No widzisz, dlatego przypominają -;)).

    Świat się przemebluje i decydują o tym poważni ludzie co nigdy nie zapominają.

    Np Saudowie są w tej chwili pchani pod walec. Nie wystarcza chyba już opłacanie się Amerykanom za WTC. Zostaną ograbieni i lud ich zrzuci.

    Mam nadzieję że na ten okres znajdziemy gdzieś źródło zakupu ropy.

  4. Chyba tym razem mamy gniota. Pan recenzent musiał się posługiwać misą tybetańską i miedzianym kubkiem podróżnym, a gdyby nie pomogło, okrasił to jeszcze wyznaniami miłosnymi.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)