cze 052026
 

Jesteśmy sformatowani, przez ludzi obłąkanych, albo sprzedajnych. I to najlepiej widać kiedy czytamy olbrzymią, liczącą ponad tysiąc stron biografię Krzysztofa Szydłowieckiego dostępną na polonie. Jest to dokument ważny, ale jednocześnie straszliwy. Ważny, bo znajdują się tam ilustracje z dokumentów, które spłonęły w czasie II wojny światowej i z zaginionych listów. Straszliwy, bo człowiek ma wrażenie, że czyta książkę napisaną od prawej do lewej, albo – by ją właściwie zinterpretować – powinien przystawić do każdej karty lustro.

W rozdziałach poświęconych humanistom i ich relacjom z Szydłowieckim, widzimy dokładnie opisany sposób werbunku urzędników państwowych do różnych agentur. Odbywa się to poprzez poetów renesansowych, czyli takich ówczesnych łapsów, którzy za pomocą szyfrowanej, jak sądzę, korespondencji i utworów literackich o charakterze nachalnym, przekazują oferty. Autor cytuje adresowane do Szydłowieckiego epigramaty pisane przez Krzyckiego, siostrzeńca biskupa Tomickiego, czyli przez partię cesarską. Krzycki bardzo się do Szydłowieckiego łasi, ale ten go – pardon – zlewa, bo czeka na ofertę samego cesarza. I ta w końcu przychodzi. Poznajemy to po zmianach w herbie, czyli dodanym smoku. Kiedy Szydłowiecki odmawia Krzyckiemu i Tomickiemu współpracy, tamci zaczynają go szkalować. On jednak na razie – przed rokiem 1515 stawia na Węgry. To znaczy na żyjącego jeszcze króla Władysława i jego syna Ludwika. Czyni tak, ponieważ spędził tam trochę czasu wraz z królewiczem Zygmuntem. Przenosi więc z Poznania, w którym są umiejscowione różne biznesy Tomickiego, prawo składu na Wrocław, miasto położone bliżej Pragi i Budzynia, czyli dzisiejszego Budapesztu.

Kieszkowski, autor książki przywołuje korespondencje Szydłowieckiego z cappo di tutti cappi ówczesnych humanistów, czyli z Erazmem z Rotterdamu. To jest kierunek turecki. Obaj wymieniają listy piszą do siebie, jacy są fajni, a chodzi o to, by Szydłowiecki, człowiek – przypomnę – bez żadnego wykształcenia,  futrował Erazma pieniądzem. W razie potrzeby zaś ten zadzwoni gdzie trzeba i sprawa zostanie załatwiona po myśli Szydłowieckiego. Korespondencja ta urywa się w pewnym momencie, chyba nawet w tym samym, co przyjaźń z Krzyckim. Po roku1515 to Szydłowiecki staje się głównym cesarskim agentem w Polsce. Nie zapomina jednak o innych kierunkach działalności. W młodości wraz z bratem Mikołajem, starał się o powierzenie mu wychowawstwa młodego króla Węgier – Ludwika. Władysław Jagiellończyk wybrał jednak na to stanowisko kogoś innego. Sami wiecie kogo – Georga Hohenzollerna, brata Albrechta. Myślę, że Szydłowiecki po spotkaniu z jednym i z drugim, a na pewno do obydwu doszło, zrozumiał wiele i nie wpadał już na takie głupie pomysły. Z Albrechtem zaś zawarł braterstwo krwi. Nie możemy się temu nadziwić – turecki zwyczaj, łączenia ze sługami sułtana bałkańskich watażków, został zastosowany przez dwóch chrześcijańskich książąt. No chyba, że czegoś nie wiemy albo nie rozumiemy do końca.

Wbrew stanom i wbrew Kościołowi, który we własnym mniemaniu reprezentowali Krzycki z Tomickim, Szydłowiecki uchronił także od śmierci prowodyrów gdańskiej rewolucji socjalnej dążących do zmiany władzy w mieście, czyli de facto do podporządkowania go księciu  Albrechtowi. Co skutkowałoby odepchnięciem Polski od Bałtyku. Bunt się nie powiódł, blotki skazano na śmierć, a za asami wstawił się kanclerz. I tego nie mógł Szydłowieckiemu darować Tomicki.

Obaj jednak współpracowali przy zwalczaniu prymasa Łaskiego, który za wszelką cenę próbował wynieść do zaszczytów swoich dwóch bratanków – Hieronima i Jana. Cała gromada magnatów, w sporej części wielkopolskich, pisała do królowej skargi na Łaskiego, a Bona brała od nich pieniądze, za pozytywne załatwienie sprawy. Choć oczywiście nie zamierzała nic robić. Król nic nie wiedział, albowiem załatwiano te kwestie za jego plecami. Zygmunt za wszelką cenę próbował utrzymywać jakąś równowagę w tym, pardon, burdelu, ale nie za bardzo mu szło. Łaski, jak pamiętamy, przejął bibliotekę po Erazmie, a to znaczy, że szykował któregoś ze swoich bratanków na jego miejsce, konkretnie zaś Jana, który został później najważniejszym działaczem protestanckim w Niderlandach. Okoliczności te jednoznacznie wskazują na kierunek polityki Łaskiego – turecko-francuski. Mamy więc takie oto frakcje w polskiej polityce wieku złotego: cesarską, która rozdziela się po Mohaczu z frakcją Hohenzollernów, usiłując zwalczać Albrechta i jego braci. Mamy Bonę, która prowadzi politykę obrotową, mając na uwadze przede wszystkim swojego syna. No i opcję turecką, a potem francusko-turecką z elementami niderlandzkimi. Ta ostatnia reguluje swoje sprawy w Polsce znacznie mniej subtelnie niż Szydłowiecki i Krzycki. Ona organizuje najazdy tatarskie. W roku 1502 Tatarzy spalili Opatów, co jest dość ciekawe, bo należał on wtedy jeszcze biskupów lubuskich i najazd ten mógł oznaczać próbę wymuszenia czegoś na cesarzu. Opatów – przypomnę – to jest środek ówczesnej Polski. W 1506 Tatarzy podeszli pod Kleck, czyli tak naprawdę pod Troki. I nie było w kraju żadnej siły, która by ich gdzieś wcześniej powstrzymała. W 1512 roku podeszli z kolei pod Lwów, ale zostali pokonani pod Wiśniowcem, Krzycki zaś, jeszcze wtedy zaprzyjaźniony z Szydłowieckim, pisał o jego bohaterskich czynach w walce w tymi Tatarami, ale okazało się, że Szydłowiecki siedział przez cały czas w Krakowie.

Zestaw tych przypadków, a także innych, jeszcze gorszych, przypomnijmy bowiem, że w roku 1526 padły Węgry, nazywamy w polskiej historii i historii  sztuki Złotym wiekiem. Dlaczego? Bo król Zygmunt, a potem jego syn także Zygmunt, wystawili sobie kosztowne nagrobki.

Aha, te targi czy też jarmarki w Opatowie, na które wskazała wczoraj Ewa Rembikowska musiały się rozpocząć po roku 1514, a to znaczy, że kupcy zostali do Opatowa ściągnięci na specjalne zaproszenie Szydłowieckiego, który musiał mieć wśród nich nie byle jakie znajomości. Albo porobił je sobie przez Erazma, któremu przesyłał złote widelce i łyżki w zamian za to, że ten wypisywał na jego cześć różne pochwały, albo przejął je od innych agentów tureckich w kraju, mniej znaczących niż Rotterdamczyk. Z tym Erazmem to trochę żartuję, ale tylko trochę. Kiedy Dantyszek, który był chyba najgorszy z nich wszystkich, przybył do kraju wprost z Valladolid, gdzie posłował u dworu Karola V, Szydłowiecki wysłał do niego list, żeby mu załatwił u Corteza żywego Indianina. Do transakcji jednak nie doszło.

Dlaczego napisałem, że Dantyszek był najgorszy. Myślę, że to on kazał otruć Kopernika. Do tego podawał się w kraju za Polaka i przymilał do króla, a za granicą opowiadał, że jest Niemcem z Gdańska. I tak to się tam sprawy układały w tym złotym, rzekomo wieku. Czyli, jak widzimy, niewiele się od tamtej pory zmieniło. Na dziś to tyle. Okazało się, że mam jeszcze dwa egzemplarze Górnictwa i trzy Niemcewicze z Powstania Listopadowego.

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dzieje-gornictwa-i-hutnictwa-na-gornym-slasku-do-roku-1806/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/julian-ursyn-niemcewicz-pamietniki-z-lat-1830-1831/

 

 

 

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  3 komentarze do “O Krzysztofie Szydłowieckim i jego zasługach czyli Wiek Złoty”

  1. Od długiego czasu wiemy, że historia sztuki nie służy sztuce tylko ukrytym interesom co sprytniejszych i obrotniejszych absolwentów.

    To jest jakiś cud że ciągle żyjemy w swoich historycznych granicach. Raz tylko dogadano się co do całkowitego podziału terytorium.

  2. Na marginesie Lamentu, nie widzę czemu miałoby to być upamiętnienie jednego wydarzenia. To może być taka panorama, najważniejsze wydarzenia z życia.

  3. Nie jego, bo Szydłowieckiego tam nie ma

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)