cze 202026
 

Nie wiem czy wszyscy to już zauważyli, w czasie lub po lekturze wczorajszego tekstu, ale zarządzanie nadwiślańskimi plemionami odbywa się za pomocą kreowania i pielęgnowania obsesji. Te zaś mają to do siebie, że nie są zbyt głębokie. Każdej z nich zaś strzegą osoby, które można nazwać dyżurnymi. One właśnie pilnują, by dyskusje w przestrzeni publicznej nie toczyły się, bez sensu, ku rejonom niekontrolowanym, ale krążyły wokół obsesji. Niektórzy uważają to za wolność słowa i swobodę wypowiedzi, bo mogą sobie – na przykład – wygadywać na żydów. I to im sprawia najwięcej satysfakcji. No, ale jak zauważyliśmy niektóre książki dotyczące żydowskich przeniewierstw, leżą już w Empiku, a niebawem ktoś je wystawi w kiosku Synagogi Nożyków. Tak wielka jest swoboda dyskusji w Polsce i tak otwarcie można krytykować żydów i Izrael.

Mowy nie ma o tym, by osoby dotknięte obsesjami zrozumiały, co ja tu napisałem. Obsesja bowiem oznacza fascynację osobą kolportującą. Wczoraj jakiś pan zapytał mnie na iksie dlaczego nie lubiłem Karonia, choć on bardzo się starał wychować Marcina Rolę. Wzruszyłem ramionami i rzekłem, że po prostu nie miałem do Karonia serca, a jego treści uważałem za banalne i kokieteryjne. A jak się już dowiedziałem, że „starał się wychować Rolę” to sprawa jest jeszcze jaśniejsza, bo ktoś przed oczami publiczności próbował zbudować taki oto schemat – spolegliwy i mądry opiekun usiłuje wdrożyć do pięknej, ale wymagającej wysiłku pracy, inteligentnego, choć porywczego adepta. Przecież to są brednie. No, ale w ten sposób właśnie utwierdza się ludzi w ich obsesjach.

Napiszę teraz chyba najbardziej kontrowersyjną rzecz w całej swojej dotychczasowej niby karierze – wolność jest poza takimi schematami. I ja to wiem doskonale, albowiem – co mało kto zauważa – potrafię napisać tekst, który z miejsca kreuje osobny dialekt wciągający całkowicie czytelników, którzy łatwo i szybko uczą się nim posługiwać. To zaś pozwala niektórym czytelnikom porozumiewać się między sobą tak, że nikt poza nimi nie rozumie o czym mówią. To właśnie nazywam wolnością. Nie jest nią idiotyczna wiara w żydowskie przeniewierstwa opisywane w książkach kolportowanych przez Empik i Bonito.

Niestety realia są takie, że przeciętny konsument treści musi dwa razy dziennie, przynajmniej, odkryć jak silnie jest kopany pod zadku, przez różne ciemne siły. I wraz z podobnymi sobie wysłuchać szeregu ponurych prelekcji na ten temat. Już to pisałem wielokrotnie, ale jeszcze powtórzę – wolność słowa w czasach dzisiejszych mierzy się w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do ilości egzemplarzy książek sprzedawanych przez kanały dystrybucji masowej. Jeśli jakiś tytuł jest wszędzie, to znaczy że nie ma wiele wspólnego z wolnością, a jego autor jest wystruganym z kartofla propagandystą i deprawatorem. I nie potrzeba tu doprawdy wymieniać nazwisk.

Wolność jest poza obsesjami, a to znaczy także, że poza analizami politycznymi w dostępnych dziś formatach. Możemy ze spokojem przestać słuchać analityków dociekających co tam się stanie w Niemczech, Rosji, czy nawet na Ukrainie, bo mamy 100 procent pewności, że będzie inaczej. Ludzi jednak nie interesuje prawda, ale segregacja tematów i pojęć. Jak sobie już wszystko ładnie poukładają, to są przekonani, że też mogą tak dyskutować jak Bartosiak. Nie mogą, albowiem on nie prowadzi dyskusji, ale objawia prawdy rzekome, które okazują się potem jedynie głupstwami.

No dobra, po takim wstępie możemy sobie pogadać o sposobach montażu wielkich prowokacji politycznych i obsesjach, które zostały utrwalone, ale nie na wieki na szczęście. W piśmiennictwie XIX i początku XX wieku kwestia kozacka omawiana jest ze szczególnym, tęsknym zaśpiewem, a upadłe nasze państwo obwiniane jest o wszelkie zaniechania wobec niżowców, które skutkować miały tym, że nie rozwiązaliśmy żadnej z istotnych na kraju spraw. W przypadku takich Lisowczyków jest na odwrót. Ponieważ byli oni rekrutowani z Polski, a w dodatku w większości z jednego jej zakątka czyli okolic Łomży i Ostrołęki, a także kawałka Podlasia, można im zarzucać wszystko, szczególnie, że król w końcu zlikwidował formację. I tak, o ile Kozacy są niewinnymi barankami, o tyle Lisowczycy to krwiożercze bestie nie szanujące porządku. Dlaczego tak? I dlaczego ta obsesja jest ciągle żywa? Bo wszyscy liczą, że dziś uda się porozumieć z Ukrainą na całkowicie fikcyjnych zasadach, które nigdy nie obowiązywały, zostały za to malowniczo opisane. Żeby to udowodnić można przywołać przykład Iwana Podkowy, ściętego z rozkazu Stefana Batorego za samowolne inicjatywy polityczne w Mołdawii. Podkowa został ścięty na osobistą prośbę sułtana Murada III, a następnie stał się bohaterem wszystkich ballad i dumek ukraińskich, a także mołdawskich, którymi karmił się wiek XIX. Był to dobrze zaopatrzony w glejty zdrajca, którego przez rok ponad trzymano w specjalnie wynajętym dla niego lokalu we Lwowie. I nie była to cela, ale mieszkanie w kamienicy. I zrobiono wiele, by go nie zabić, ale w końcu musiał on położyć głowę na ołtarzu wielkiej polityki, a stało się to na osobiste życzenie sułtana. Przypomnijmy, bo niektórzy już pewnie nie pamiętają, że sułtan Murad III to był ten władca, który podniósł temperaturę wzajemnych uczuć między Turkami a Anglikami do wysokości niespotykanych dotychczas. Flota zaś angielska wpłynęła za jego panowania na powrót na Morze Śródziemne. Jeśli więc ktoś, jak Podkowa, usiłuje samowolnie regulować sprawy w Mołdawii – tureckim lennie – a jest poddanym króla Polski, to znaczy, że nie rozumie wyrazu „odpowiedzialność”, a także znaczy to, że wziął pieniądze od kogoś trzeciego i za te pieniądze służy. Ten trzeci nie mógł być byle kim, bo wtedy nie trzymano by Iwana Podkowy przez rok cały w komforcie, ale wtrącono by go, jak Nalewajkę do lochu, a następnie stracono. Stało się trochę inaczej. Przypadek Iwana Podkowy nie uczy nas niczego jednak, poza tym, że utrwalona w pieśni postać czy sytuacja zmienia się w prawdę czasu i twardnieje w mózgach na beton. I czyni ludzi nią zahipnotyzowanych niewolnikami. I zakazuje im poszukiwania prawdy, bo ta zniweczyć może narkotyczne działanie obsesji.

Mam przed sobą tekst Ludwika Boratyńskiego zatytułowany Kozacy a Watykan. Jest to nieco poetyczny wykład o wyczynach grupki osób, które w roku 1585, chciały wciągnąć w wojnę z Turcją króla Stefana Batorego i papieża. I nie wiadomo do końca, czy owa intryga nie stała się podstawą pogłosek o tym iż król Stefan ma zacząć wojnę z Turcją po pokonaniu Moskwy. Podejrzewam, że właśnie tak było.

W 1583 roku Kozacy spalili Tehinię czyli współczesne Bendery, a wyczyn ten miał zwrócić uwagę nuncjusza Bolognetti na ich formację. Ponoć dlatego, że Rzym szukał sojuszników w walce z Turkami, którzy atakowali właśnie Cypr. Boratyński z charakterystyczną naiwnością opisuje całą sprawę jako inicjatywę prywatną, która miała się przerodzić w wielki polityczny projekt. Oto majordomus kardynała-nuncjusza, Karol Gamberini przypadkiem poznał jakiegoś dowódcę kozaków i ten roztoczył przed nim wizję zdobycia Konstantynopola niewielkim w sumie kosztem. Nikt nie wie dokładnie kim był ów capitano, ale Boratyński pisze, że to z pewnością Jan Oryszowski, dowódca kozaków rejestrowych, których było wówczas 1500. Kiedy nuncjusz prowadzi z królem Stefanem rozmowy o ewentualnym ataku na posiadłości tureckie i sam Konstantynopol, jego majordomus rozmawia z Oryszowskim o tym samym. Jako kto, że spytam?

Król jest sceptyczny i zakazuje wszelkich samowolnych inicjatyw, a Oryszowski przeciwnie, uważa że gdyby udało się otrzymać od kogoś – papieża, albo Wenecji, która jest stale zagrożona – 25-30 tysięcy dukatów, to on zwerbował by 15 tysięcy kozaków i ruszył na stolicę imperium. To jest oczywista brednia, ale także polityczna intryga obliczona na wciągnięcie Polski do wojny. I stać mogą za nią albo Niemcy albo Francuzi. Majordomus nuncjusza Bolognettiego bowiem – według autora artykułu – miałby się kierować osobistymi aspiracjami knując tę intrygę, a to z kolei oznaczać by miało, że nie jest inspirowany z zewnątrz. Niejako mimochodem dodaje Boratyński, że podobne propozycje składał królowi Olbracht Łaski, co jasno wskazuje na ich podejrzany i nieszczery charakter.

To nie koniec – za Oryszowskim, dowódcą rejestru – przypominam – czyli urzędnikiem i oficerem w służbie królewskiej, stać miał królewski dyplomata Krzysztof Dzierżek, jeszcze za Zygmunta Augusta skierowany do Stambułu dla nauki języka. Oni we dwóch ułożyć mieli memoriał, pełen bzdur i przeinaczeń, wskazujących na słabość Tatarów i sułtana, który właśnie zajął Cypr i podpisał pakiet umów handlowych z Anglikami. Memoriał ten przedstawili, przez Gamberiniego, Wenecjanom. Ci zaś go wyśmiali. Mieli za sobą bowiem grubą aferę, której bohaterem był niejaki Gabriel Emo, pirat i kupiec znad laguny, który – kierując się samowolą – napadł na galerę wiozącą rodzinę beja Algieru. Wszystkich wymordował i oczekiwał nagrody – tak pisze Boratyński. Ścięto go jednak, jak Iwana Podkowę, albowiem Wenecja nie miała zamiaru naruszać pokoju z sułtanem.  W tym samym czasie po kresach Rzeczpospolitej podróżuje poseł sułtański Mustafa, który jedzie do Moskwy, którego trzeba chronić, by jakiś, pozostający w służbie króla nadgorliwiec, go nie zamordował.

W Stambule rezyduje wówczas ambasador Polski, niejaki Taranowski, wymyśla on biznes, który ma pomóc Dzierżkowi i Oryszowskiemu w nawiązaniu kontaktów z Wenecją. Chce mianowicie przewieźć do Europy, przez blokadę turecką, cały statek pełen małmazji, czyli bardzo drogiego wina. Opłaca kogo trzeba i oficerowie tureccy jednostkę przepuszczają. Wenecjanie jednak ją rekwirują i podobnie reagują na memoriały Dzierżka. W których wyraźnie jest zapisane, że cała akcja będzie się odbywać bez zgody króla.

Po tym niepowodzeniu Gamberini, który przed obydwoma roztacza wizję swoich wpływów na dworze papieskim, usiłuje dotrzeć do jakiegoś wpływowego kardynała. Jego patron bowiem monsignore Bolognetti zmarł w drodze z Polski do Rzymu, w mieście Villach w Austrii. To się nie udaje, a przetłumaczony na łacinę memoriał Dzierżka trafia do watykańskiego archiwum i spokojnie tam czeka na swojego odkrywcę Ludwika Boratyńskiego. Co się dzieje z tym tekstem dzisiaj, nie mam pojęcia. Pisze nam jednak na koniec autor, że chodź impreza Gamberiniego, Oryszowskiego i Dzierżka nie wypaliła, to jednak podobną wyprawę poprowadził na Krym Mikołaj Jazłowiecki w roku 1594. No, ale nie udała się ona wskutek braku dyscypliny wśród kozaków. Nic nie znalazłem na temat jakiejś wyprawy Jazłowieckiego w roku 1594. Może Wam się uda.

Co jest istotne – tego rodzaju prowokacje, czynione na lądzie i morzu, czego dowodem jest Gabriele Emo, bohater pieśni chorwackich z kolei, nie mogły być dokonywane „prywatnie”. Były to inicjatywy polityczne, których cel jest dziś aż nadto jasny – zatopienie wielkich państw. Takim właśnie systemem doszło przecież do Wojny Chocimskiej. Kozacy napadali samowolnie na posiadłości Tureckie, wymawiając się chęcią obrony chrześcijaństwa. Czynili to po podpisaniu gwarancji, że robić tego nie będą. Następnie Turcy mobilizowali armię i ruszali do ataku, pieniądze płynęły, nawet jeśli wojna nie przyniosła oczekiwanych skutków, ci którzy ją sprowokowali – zarabiali.

W czasach tu opisywanych nikt jeszcze nie próbował czynić z kozaków obrońców prawosławia. To nastąpiło dopiero potem, być może dlatego, że kardynałowie i papież nie dali się sprowokować. Należało więc nadać inną głębię i inny wymiar kozackim wyczynom. Ich istota jednak pozostała taka sama, jak wcześniej. I w pełni uwidoczniła się w roku 1648.

Tym, którzy chorują na antyukraińską obsesję, równie silną dziś jak antyżydowska, stymulowana przez kolportaż książki o garbatych nosach, wskazuję, że w każdym przypadku kozackiej niesubordynacji i zdrady, na scenie pojawiał się jakiś poseł, który zmierzał do Moskwy. Nie pokładajcie więc głupich nadziei w carze. Martwcie się bardziej o to, czy dziś w Watykanie mamy podobnie dojrzałych kardynałów, jak ci co czytali memoriał Dzierżka i zdecydowali, że nie należy go pokazywać papieżowi.

Do sklepu wstawiam dziś takie oto książki

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-armia-klucka-na-paryz/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wielki-trek/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/historia-starozytnych-grekow-tom-iii/

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)