Przyglądam się opisom książek historycznych i jestem zdruzgotany. Sam bez przerwy myślę o pisaniu, i nawet się za nie zabrałem, ale musiałem się zatrzymać. Po pierwsze za dużo planów wydawniczych, którym nie możemy podołać, po drugie rok maturalny i początek studiów naszej córki…To wszystko, niczym czarna dziura, pochłonęło nam czas. No, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że o pisaniu ciągle myślę i nawet czasem, po cichu coś napisze. Jestem jednak coraz mniej przekonany do pisania książek historycznych, czy też z historią związanych, bo widzę jak dewastowany jest rynek. Tak to trzeba nazwać, bo inne określenia nie pasują. Mamy tam bowiem konkurencję pomiędzy młodą kadrą naukową, która nie zrobi żadnej kariery, bo to jest w Polsce niemożliwe, a tak zwanymi popularyzatorami, czyli producentami anachronizmów tak historycznych, jak filozoficznych w konwencji młodzieżowej. Cały ten pojedynek zamknięty jest w ofertach trzech czy czterech dotowanych wydawnictw. Ma więc charakter wrestlingu. Nie pasujemy do tego i pasować nie będziemy. Z tekstami niestety jest tak, że one wychowują, albo psują publiczność. Żeby publiczność wychowywać trzeba cały czas wymyślać coś interesującego. Do psucia czytelników wystarczą dylematy sklepane jak puszka po sardynkach – Dmowski czy Piłsudski, z Rosją czy z Niemcami, kawa czy herbata itp, itd. Nie ma to nic wspólnego z przygodą, którą powinna być każda książka. Ma za to wiele wspólnego z pracą zbrojarza-betoniarza, który na złość majstrowi i przyszłym mieszkańcom bloku przez siebie budowanego, miesza cement z trocinami, bo mu się wydaje, że to będzie dobra izolacja przez mrozem.
Żadna książka historyczna czy też mająca takie ambicje nie wywołała i nie wywoła w Polsce dyskusji innej niż sfingowana. To zaś oznacza, że sukces literacki nie jest możliwy w tym segmencie rynku. Ten sukces możliwy jest tylko tam gdzie działają silne frustracje i napięcia natury hormonalnej albo towarzyskiej. I osiąga się go za pomocą dobrze znanej od tysiącleci obsceny, albo zarzutów personalnych.
W segmencie książek historycznych mamy do czynienia z procesem wychowawczym wprost wyjętym z PRL, czyli – kto jest twoim bohaterem i dlaczego Lenin?
Weźmy taki przykład – ogłoszono parę lat temu tego całego Daszyńskiego ojcem ojczyzny. I nikt nie protestował, bo niby co to jest takiego? Zajrzyjcie do jego pamiętników i sami się przekonajcie. Poza tym, człowiek ten chodził na pasku braci Grossów, co już powinno postawić do pionu niektórych, szczególnie losem rodziny Grossów zainteresowanych. No, ale nie stawia, albowiem w segmencie książek historycznych liczy się tylko „tu i teraz”, co jest oczywiście paradoksem, wcale nie swoistym, ale nie zauważalnym przez nikogo. Paradoksy bowiem przeszkadzają w lansie i uniemożliwiają młodym pracownikom naukowym myślenie i przyszłej karierze. Tej oczywiście nie będzie, co jest jasne, ale oni dowiedzą się o tym na końcu.
Osią planów wydawniczych oficyn czynnych na tym rynku, jest wskazana wyżej komunistyczna metoda edukacji. To znaczy im więcej i taniej, tym lepiej. No i treści muszą być znormalizowane. Czyli – dla przykładu, bo mamy wrzesień – czy Rydz Śmigły był dobry czy zły? Czy Polska mogła wygrać wojnę czy nie? Kolejne już pokolenie młodych ludzi, na twarzach których malują się nieprawdopodobne wręcz ambicje, pierniczy te same dyrdymały, które my pamiętamy z lat 2010 – 2015, promując przy tym swoje odkrywcze inaczej książki. Postawienie kwestii takiej oto – jak to jest możliwe, że przy takiej ilości pamiętników i relacji opisujących życie w ZSRR, wydawanych przed wojną, Rydz mógł wydać rozkaz – z sowietami nie walczyć – w ogóle nie wchodzi w grę. To jest pytanie niczym sygnał z odległej galaktyki, którego rodzimi nasi interpretatorzy dziejów nie zadadzą nigdy, albowiem go nie rozumieją. Pochodzi ono z innego jakiegoś pakietu, którego oni akurat nie otrzymali od swoich sponsorów. Moja hipoteza jest bowiem taka, że większość autorów czynnych w niszy książek historycznych ma tu jakieś roboty zlecone, które powinny Polaków silnie sprofilować i nadać ich myśleniu właściwy charakter, ten zaś z kolei sprawi, że kolejne prawdy będą łatwiej implementowane do każdego pojedynczego mózgu i staną się częścią zbiorowej pamięci. I tu już się robi poważnie, bo jak mamy pamięć zbiorową, to każdy kto próbuje kwestionować jakieś tkwiące w niej absurdy, jest podejrzanym heretykiem, a być może zdrajcą.
Jedynym ratunkiem jest wtedy wydawanie pamiętników, które prostują historię najnowszą, albo listów i rozkazów pochodzących z czasów dawniejszych. Powiem Wam w tajemnicy, że listy i rozkazy z XVI tłumaczone na polski z łaciny przez redaktorów XIX wiecznych, to jest kawał tęgiej i bardzo nowoczesnej prozy. Mało co może się z tym równać. Jeśli na takie tło rzucimy różne współczesne stylizacje historyczne, realizowane za pomocą ciężkich jakichś frustracji towarzysko-obyczajowych, to zrobi się nam naprawdę niedobrze. I nie każdy zdąży dobiec do łazienki. Niestety nie ma szans, by takie treści, zostały dziś, raz jeszcze przetłumaczone na polski i skomentowane, bo historycy zajęci są szukaniem w przeszłości ciekawostek obyczajowych, albo prostowaniem idiotyzmów wpuszczanych na rynek przez ich, nieco cwańszych, kolegów z roku, którzy postanowili sobie dorobić publikując ciekawostki alkowiane z życia Władysława Jagiełły. Wszystko to odbywa się w sztafażu, też całkiem źle interpretowanym, z wieku XIX i wszyscy mówią do siebie – panie profesorze, panie redaktorze. Zupełnie jak ja do Kucharczyka Grzegorza, a on do mnie, ale my z tego zrobiliśmy konwencję, a tamci są całkiem serio. Celem zaś jest to, by w tym całkowicie lekceważonym i zdegradowanym obszarze treści nie było niczego poza bardzo poważnymi i utytułowanymi dyskutantami. I rzeczywiście, nie ma tam niczego. No, a poza wszystkim uważam, że zaniechanie tłumaczenia Actów Tomicianów na język polski, czym powinna się zająć jakaś powołana przez prezydenta, albo rząd instytucja, to zbrodnia stanu. I kiedyś za to drogo zapłacimy. Nie można bowiem nie rozumieć własnej historii, a do tego sprowadza się nieznajomość treści zawartych w tym zbiorze. Czyli w procesie edukacji historycznej odrzucamy prawdę i oddajemy cześć bałwanom. W dosłownym tego wyrazu znaczeniu. Nazwiska bałwanów są łatwe do zauważenia i nie ma potrzeby ich wymieniać, żeby nie było reklamy.
Rynek książki historycznej przypomina beczkę z kapustą przeznaczoną do kiszenia, w której drepcze ciągle ta sama grupa osób ubijając zawartość i wypuszczając z niej różne soki. Po kilku latach takiej działalności następuje przerwa, bo nic nowego ta aktywność nie dała, trzeba poczekać lat parę, aż w życie wejdą nowe roczniki zainteresowane kwestiami – Dmowski czy Piłsudski, z Rosją czy z Niemcami, kawa czy herbata…I nowi jacyś autorzy, przekonani, że jak posuną trochę tych czterdziestoletnich repów, to otworzy się przed nimi złote niebo kariery pisarskiej a cały firmament zalśni nieznanymi konstelacjami…Tak się nie stanie. To jest możliwe bowiem tylko w jednym wypadku, kiedy polskie książki z segmentu historycznego staną się towarem na eksport. Do tego zaś potrzeba, by obecne książki polskie przeznaczone na eksport poszły na przemiał. I jeszcze by całkowicie zmienił się garnitur osób odpowiadających za tak zwaną promocję książek polskich na świecie.
Jak – wyznam szczerze – najchętniej postawiłbym tych wszystkich ludzi przed plutonem egzekucyjnym. Ich działalność bowiem dobrze ilustruje proces degeneracji sztuki, obserwowany w różnych epokach. Dla niektórych bardzo tajemniczy. Otóż nie jest on tajemniczy w najmniejszym stopniu. Zacznę od tego, że pisanie jest sztuką, to raczej nie da się zakwestionować, choć niektórzy będą próbowali. Oto budżety przeznaczone na promocję sztuki, a takowe są zawsze, zamiast na artystów z doświadczeniem albo zdolnych przedstawicieli awangard, gotowych narażać życie dla swoich wygłupów, przesuwane są na konto spokojnie przeżuwających dzień po dniu cwaniaków, którzy strugają sobie coś powoli z kartofla. Następnie ów kartofel przesuwany jest do działu promocji, gdzie kolejny budżet ekspediuje go w kosmos, jako cud jakiś, albo zjawisko z innej planety. A na pewno z innego kontekstu kulturowego. I tak właśnie powstało to co mamy dzisiaj, w czym z obłędem w oczach usiłują poruszać się czytelnicy, którym nikt przecież nie powie, że są łupem, w pazurach wampirów. A tak właśnie jest. Pieniądze zaś są traktowane zawsze serio, choć wydatki już może trochę mniej. Na wampiry zaś najlepszy jest osinowy kołek i srebrna kula w skałkowym pistolecie.
Wróćmy jednak do zasygnalizowanych na początku lęków. Oczywiście możliwe jest napisanie książek ciekawych, w których osią narracji nie będzie dojrzewanie głównego bohatera, przeżywającego fascynacje i rozczarowania płciowe i emocjonalne na tle losowo wybranej epoki. No, ale wobec całkowitej deprawacji i hipnozy którym to ulegają czytelnicy, napisanie takiego dzieła jest ryzykowne. No, ale kiedyś trzeba będzie to ryzyko podjąć. Mam nadzieję, że jeszcze przed sześćdziesiątką.
Wszystko to nie znaczy, że nie ma już tekstów, których autorzy proponują nam coś innego niż standardowa sieczka. Oczywiście, że są i ja od dłuższego czasu Wam taki tekst prezentuję. Opowiada on o tym, jak w sytuacji skrajnego zagrożenia, nawarstwiających się piekielnych absurdów, z których cało wychodzą tylko ludzie zdeprawowani albo szaleńcy, młody oficer rezerwy usiłuje wykonać zadanie bojowe. Jego przeciwnikami zaś są frontowi oficerowie niemieccy, ale także własne dowództwo, całkowicie pozbawione wyobraźni politycznej i strategicznej. Ten wielki dramat nigdy nie doczeka się ekranizacji, albowiem nie ma w tym tekście żadnych anachronizmów uznawanych za walor przez zdeprawowanych autorów współczesnych książek historycznych i ich czytelników. Jest tylko prawda, sama prawda o walkach w gęstej zabudowie miejskiej oraz o sposobach osiągania sukcesu w tej walce.
Lubimy tylko te piosenki, które znamy.
Taka romansopisarka Barbara Cartland sprzedała 750 milionów egzemplarzy. Na trzecim miejscu po Szekspirze i Christie.
Ci co chcą zarobić usiłują naśladować te same metody. Jakoś słabo im się udaje. W związku z tym myślę, że warto napisać po prostu dobrą książkę. Dla satysfakcji i dla czytelnika a nie przeżywacza papieru.
https://bbc.com/culture/article/20260910-the-extraordinary-story-of-barbara-cartland-the-forgotten-billions-selling-romance-author
Oj marzyła by się prawdziwa wielka proza, najlepiej trylogia bis, ale z tłem a właściwie planem głównym tego, co w tamtych czasach działo się w stolicach europejskich. Co robił Paryż na Siczy, w co grała Moskwa, jakie targi ubijano w kantorach Fanarionu, na czym pasku chadzali Szwedzi. Jego ekscelencja Sienkiewicz zrobił cudo, ale wszystko zaczyna się w czarnej d…. i nikt nie wie jak tam weszliśmy.
Do czarnej d … wchodzi się z powodu nieuctwa i chciejstwa.
Czyżby to nie obecny pejzaż, z jednej strony nieuctwo obecnych gamoni, a z drugiej chciejstwa obozu patriotycznego. Perspektywy negatywne.
Tak jakoś wychodzi.
Dzisiaj jest rocznica bitwy pod Wiedniem. Może znajdzie się ktoś, kto udźwignie temat?