wrz 062026
 

Wygłosiłem wczoraj pogadankę, w której przypomniałem zamach na Andrzeja Potockiego, dokonany przez ukraińskiego studenta Mirosława Siczyńskiego. Jest to wydarzenie nieznane szerszej publiczności, która wręcz przejawia niechęć do zapoznania się z nim, albowiem postać Siczyńskiego przeszkadza w kontemplowaniu moskiewskich formatów na temat Ukrainy i Ukraińców, które są w Polsce w obiegu.

No więc było tak, 12 kwietnia 1912 roku, w palmową niedzielę, student Siczyński lat dwadzieścia, wszedł do gabinetu namiestnika Galicji i strzelił do niego trzy razy z rewolweru, który kupił sobie dzień wcześniej. Nie miał pojęcia o strzelaniu, nigdy wcześniej nie używał broni, ale szczęście mu sprzyjało. Potocki zginął. Siczyński został aresztowany i domagał się sądu, by tam, publicznie przedstawić swoją motywację. Doszło do rozprawy, zasądzono karę śmierci, ale żona Potockiego wysłała do cesarza list, w którym prosiła go o łaskę dla mordercy męża. Franciszek Józef przychylił się do tej prośby i Siczyński został skazany na 20 lat więzienia. Oczywiście nie ze względu na Potocką uczynił to najjaśniejszy pan, ale dlatego, by nie drażnić ludu ruskiego, poddanych, którzy wielkie usługi oddali rodzinie panującej, a do tego mieli bardzo rozbudzone ambicje, co łatwo było poznać, choćby po zachowaniu rodziny Siczyńskiego, która składała się z ojca księdza, matki wariatki i czternaściorga rodzeństwa, które obdarowane zostało przez naturę licznymi dysfunkcjami psychicznymi. Mirosław był najspokojniejszy i wiele sobie po nim obiecywano. On jednak postanowił zrobić zamach na człowieka, który sprawie ukraińskiej sprzyjał, który przyjaźnił się z metropolitą Szeptyckim i polował w jego dobrach dzień przed śmiercią, a na 13 kwietnia, poniedziałek, umówiony był z działaczem ukraińskim panem Oleśnickim, którego miał protegować do sejmu w Wiedniu.

Żeby zorientować się co tak naprawdę się stało w tamtą niedzielę, roku 1912 musicie odnaleźć wydrukowany w roku 1967, w styczniu, w Kulturze paryskiej, wywiad, jakiego Siczyński udzielił dziennikarzowi Aleksandrowi Jancie-Połczyńskiemu. Jest to takie kuriozum, że Roman Giertych ze swoimi ucieczkami może się schować.

Siczyński uciekł z więzienia, dzięki strażnikom Polakom, którzy wyprowadzili go z budynku i wywieźli za rogatki miasta. Potem przy pomocy żydowskiego adwokata, który „bronił tylko chłopów”, zamachowiec dostał się do Niemiec, stamtąd od Norwegii, gdzie miał zamieszkać w Oslo. Na statku jednak poznał sympatycznego pana, który zabrał go do Bergen. Pan ów był komendantem policji w tym mieście. I Siczyński po prostu spodobał mu się jako człowiek. Następnie Mirosław zamieszkał w Szwecji jeździł po całej Europie ze szwedzkim paszportem dyplomatycznym.

Później, jak jego siostry, wyjechał do USA i tam zamieszkał. Żył do roku 1979. Jest dziś bohaterem Ukrainy, być może nawet znajdzie się w budowanym przez prezydenta Zełenskiego panteonie. Ku jego czci wmurowano we Lwowie tablice, na której napisano, że Siczyński zastrzelił gnębiciela ludu ukraińskiego, który przelewał krew niewinną…czy coś podobnego. Jest to oczywista nieprawda. Nie to kłamstwo jest jednak zaskakujące, ale fakt, że Siczyński dwa razy odwiedził ZSRR, entuzjastycznie witany przez komunistów ukraińskich, podczas tych dwóch wizyt nie zauważył ani kolektywizacji rolnictwa, ani wielkiego głodu, ani w ogóle niczego niepokojącego. Zaprowadzono go nawet do gabinetu, w którym zabił Potockiego i tam bardzo się wzruszył.

Fakt ten w żaden sposób nie zaniepokoił piewców ukraińskiego bohaterstwa, którzy sławią dziś Siczyńskiego i robią z niego postać historyczną. Jest to szczególny rodzaj dialektyki, który – jak sądzę – uniemożliwia, albo uniemożliwi w przyszłości porozumienie pomiędzy sferami politycznymi polskimi i ukraińskimi, a może też wpłynąć na relacje w wymiarze prywatnym.

Dlaczego ja piszę o zamachu na Potockiego, a nie o Wołyniu? Bo gawędy o Wołyniu uważam za część tej dialektyki i osadzanie nas w roli bezbronnej ofiary, a jeśli już nie ofiary, to współpracownika sowietów, którzy dzielnie walczyli z banderowcami i pozwalali Polakom też trochę postrzelać.

Dla ludzi, którzy myślą tymi kategoriami Andrzej Potocki, właściciel hut i kopalń, człowiek osadzony w polityce, czynny i sprawczy jest nikim. Nawet nie przeszkodą. Jakimś tam obszarnikiem, którego zabito dawno temu. Kogo to obchodzi? Andrzej Potocki, w niedzielę palmową, przyjął w gabinecie Siczyńskiego, który przyszedł starać się o posadę pomocnika wiejskiego nauczyciela. I pewnie by tę posadę dostał.

Zamiast jednak kariery w oświacie zdecydował się na zaaranżowanie dramy, której opis powinien znajdować się w każdym podręczniku historii. Nie znajduje się jednak, albowiem odrodzona Polska, nie mówiąc już o PRL nie była zainteresowana okolicznościami zamachu na przedstawiciela klasy, która miała zniknąć z powierzchni ziemi. II RP nie obudziła się nawet po zamachach na Pierackiego i Hołówkę, nikt nie zadał sobie trudu, by porównać te trzy zdarzenia i wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Albo może inaczej – wyciągnięto wnioski całkowicie błędne. Podobnie jak w przypadku Wołynia, gdzie – według władz II RP – lud ukraiński żył w najlepszej zgodzie z Polakami.

Nikt w Polsce nie rozumiał aspiracji ukraiński, wiele za to mówiło się o ukraińskim charakterze, który był albo idealizowany, albo demonizowany. I tak zostało do dzisiaj. Wołyń zaś i zbrodnia wołyńska, po wstępnych lamentach, które podejmuje każdy, kto zaczyna się szczerze i nieszczerze tą sprawą interesować, staje się argumentem przeciw władzom II RP i przeciw Armii Krajowej – niedostatecznie chroniącej polską ludność przed banderowcami.

Postawiliśmy wczoraj taką oto kwestię – od jakiego momentu i od jakiej klasy społecznej zaczęło się przejmowanie ukraińskiej ideologii niepodległościowej przez sowietów? I prof. Kucharczyk, mam wrażenie, że trochę mimowolnie, ale jednak dość precyzyjnie wskazał i moment i klasę. Chodziło o niższe duchowieństwo grekokatolickie, wychowujące młodzież i nie tylko młodzież w duchu pogardy dla łacinników i w duchu bizantynizmu. Tyle, że ten bizantynizm okazał się wkrótce nie bizantyński wcale ale przynależny do NKWD.

Mamy oczywiście kłopot taki, że autor tego fantastycznego wywiadu z Siczyńskim – Aleksander Janta Połczyński – sam był komunistycznym agentem, mającym różne uwierzytelnienia na Zachodzie. Jego rozmowa  z Siczyńskim jest więc szczegółową pogawędką dwóch sowieckich agentów zainteresowanych propagowaniem idei niepodległej Ukrainy, na gruzach starego, niepotrzebnego już świata. Po co? Tego, jak sądzę dowiemy się niebawem

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  2 komentarze do “O ukraińskim charakterze i aspiracjach”

  1. Skoro cerkiew jest bytem państwowym a pop jest często funkcjonariuszem służb, to agitacja na terenie cerkwi ukraińskiej jest logicznym krokiem.

    Ukraina się przejedzie i dziś na swoich aspiracjach.

    Niemcy muszą odzyskać swoje inwestycje, pieniądze banków. Trump już głośno żałuje pieniędzy podarowanych na wojnę na Ukrainie.

  2. W tej chwili krąży bardzo wiele opowieści opisujących rozwój ukraińskiej idei niepodległościowej, a przede wszystkim nacjonalistycznej.

    Po podsumowaniu ułożyłem to sobie tak: – w XIX wieku Niemcy/Austriacy wymyślili Ukrainę jako dobry rygiel pomagający panować nad regionem. Wsparli ideę nacjonalistyczną, uruchomili propagandowo nazwę Ukraina i Ukrainiec, padają konkretne daty kiedy słowa były użyte pierwszy raz. Idea nacjonalistyczna pada na podatny grunt, po czym przeradza się, w okresie międzywojennym, stymulowana przez wywiad niemiecki, w skrajny szowinizm, reprezentowany przez organizacje niepodległościowe. Kontynuowany jest terroryzm, eskalujący konflikt i eliminujący ośrodki kompromisowe. Przełomem jest ponoć rok 1922, w którym przeprowadzonych zostaje ponad 300 zamachów. Ich celem – destabilizacja II RP. Eksterminacja etniczna – Polaków, Żydów, Węgrów, Czechów, Cyganów – jest prostą konsekwencją. Przy czym mordowanie wszystkich unieważnia argument o zemście na Polakach za krzywdy. Nawet jeżeli wtedy takie argumenty padały, to były to preteksty. Oczywiście padają teraz – na forach ukraińskich. Jesteśmy określani jako okupanci, ” i tak trieba było”.

    Najważniejszy jest tu wątek niemiecko-austriacki. Jak bez niego Rusini/Bojkowie podchodzili by do wspólnego państwa? Przecież te wszystkie, być może stymulowane, podrygi kończyły się gehenną, morzem nieszczęść, przypominającym skwierczenie mokrego kotleta na rozgrzanym oleju.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)