Jak wiecie każdy oszust publikujący teksty historyczne uwiarygadnia się przez to, że daje do nich motto wzięte z Józefa Mackiewicza – Tylko prawda jest ciekawa. Po złożeniu takiej deklaracji można już wszystko. Ludzie się nie zorientują, mowy nie ma. Jeśli publicystyka pełna jest właściwie sprofilowanych emocji, łykną każde łgarstwo. Nigdy też nie zrozumieją, że kolportaż kłamstw to metoda, którą się ciągle doskonali. Nie mają bowiem nawyku oceniania intencji i nie są przyzwyczajeni do czytania dłuższych tekstów. I to jest uznawane za walor, o czym przekonacie się na końcu tego tekstu.
Od kilku dni w sieci eksploatowany jest temat obrony Przebraża, wsi na Wołyniu, w której oddolnie, co zawsze jest podkreślane, utworzyła się samoobrona. I ta samoobrona za pomocą broni otrzymanej za darmo od Niemców, a także wykopanej na polach bitew oraz przechowanej pod strzechami, stawiała opór atakującym wieś bandom, czy też oddziałom ukraińskim. Nikt tego nawet nie próbuje kwestionować, bo legenda ta uwodzi wszystkich, a poza tym – co za szczęśliwy zbieg okoliczności – jakże znakomicie pasuje do czasów dzisiejszych kiedy to Polacy czują się coraz bardziej zagrożeni przez coraz bezczelniejszych Ukraińców. No i sami rozumiecie – nie wiadomo co się może zdarzyć. Ja tym ludziom, piszącym o Przebrażu, zadaje różne podchwytliwe pytania. Ale oni ich nawet nie rozumieją. Postanowiłem więc napisać tekst, w którym przedstawię głównych aktorów i oś dramatu, wokół której te postaci ustawiono. Z góry uprzedzam, że jak mi ktoś zarzuci, że bronię Ukraińców zaliczy takiego kopa w dupę, że zatęskni do czasów, kiedy koledzy zamykali go w kiblu na przerwie i wrzucali od góry zapalone papierki. Dodam jeszcze tylko, że głównych aktorów przedstawię według starszeństwa stopniem, a nie według znaczenia w narracji o Przebrażu. No to lecimy.
Oto Józef Sobiesiak, autor wspomnień o Przebrażu, choć w jego życiorysie w wiki nie pojawia się nawet słowo Przebraże. Pojawiają się za to inne słowa. Oto one: kontradmirał w marynarce PRL, generał brygady LWP, radziecki partyzant, zastępca dowódcy marynarki wojennej w latach 1963-1968. Zastępca komendanta Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego, sprawiedliwy wśród narodów świata.
Kontradmirała nic nie przebije dlatego obecny w czasie walk z Ukraińcami w Przebrażu pułkownik Władysław Filar jest dopiero na drugim miejscu. W jego biogramie są następujące słowa: żołnierz 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, pracownik naukowy Akademii Sztabu Generalnego. Wykładowca Wyższej Oficerskiej Szkoły Wojsk Łączności, wiceprzewodniczący Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, syn Władysława i Wiery. Wskażę na dwa momenty w karierze Władysława Filara, które wydają mi się zastanawiające. Potem zaś podświetlę je odpowiednio stonowanym światłem. Oto fragment pierwszy:
„1 lipca 1943, wobec ataku UPA na polską ludność, wraz z całą rodziną uciekł do Włodzimierza, gdzie wstąpił do tolerowanej przez Niemców samoobrony polskiej[a]. Od 14 grudnia 1943 na rozkaz konspiracji podjął służbę w złożonym z Polaków 107 batalionie Schutzmannschaft, stacjonującym w niemieckich koszarach w Maciejowie, przeniesionym przez Niemców z Włodzimierza. W batalionie pełnił funkcję kierownika kancelarii, był jednym z ośmiu członków komórki konspiracyjnej”
A oto fragment drugi:
„We wrześniu 1944 wstąpił w Lublinie do ludowego Wojska Polskiego. Został szefem kancelarii 4 samodzielnego batalionu żandarmerii, który zabezpieczał ochronę Sztabu Głównego Wojska Polskiego. W maju 1945 Filar awansował na starszego adiutanta batalionu, od grudnia 1945 pełnił obowiązki kwatermistrza batalionu. W listopadzie 1946(?)[9] 1953[10] został kwatermistrzem 2 pułku piechoty w Skierniewicach. W latach 1945–1948 członek PPR, a następnie PZPR”
Kolejny bohater obrony Przebraża to najbardziej wszystkim znany Henryk Cybulski, pseudonim Wołyniak, który zostawił wspomnienia zatytułowane „Czerwone noce”. Kłopot w tym, że wspomnienia te napisane zostały przez Henryka Pająka, osobistość znaną i raczej niesławną, a Henryk Cybulski jedynie je podpisał. Popatrzmy jednak na jego życiorys. Stoi tam jak byk:
„W sierpniu 1942 roku namówiony przez brata Józefa wstąpił do Armii Krajowej. Nawiązał też współpracę z sowieckimi partyzantami z oddziału Józefa Sobiesiaka Maksa. Według Leopolda Świkli, Cybulski wstąpił do AK na początku maja 1943 r. «… Ludwik Malinowski został zaprzysiężony w połowie maja 1943 r. przez jednego z dowódców AK, a Henryk Cybulski został zaprzysiężony przeze mnie osobiście na początku maja 1943 r.» (Leopold Świkla „O Przebrażu І kilku innych sprawach”
Czyli autor, albo prawie autor wspomnień o Przebrażu, najpierw wstąpił do AK, a potem przyłączył się do radzieckich partyzantów, którymi dowodził – que coincidencia – przyszły kontradmirał Sobiesiak.
I kolejny fragment:
„Pod koniec kwietnia 1943 roku został wybrany komendantem wojskowym samoobrony Przebraża, zorganizowanej dla obrony miejscowej ludności polskiej przed oddziałami UPA. Na tym stanowisku zastąpił Zygmunta Nestorowicza. Cybulski objął nowe obowiązki 8 maja 1943 roku”.
No i jeszcze jeden fragment:
„31 stycznia 1944 roku do Przebraża wkroczyły oddziały Armii Czerwonej, a samoobrona została rozwiązana. Cybulski wraz z innymi przywódcami samoobrony poszukiwany przez NKWD początkowo się ukrywał, a nie widząc innego wyjścia wstąpił wraz z nimi do brygady partyzanckiej „Grunwald”, dowodzonej przez Józefa Sobiesiaka, jednak wkrótce musiał z niej uciekać, ze względu na zagrożenie aresztowaniem przez NKWD. Według Władysława Filara (2007) członkowie samoobrony Przebraża, w tym Cybulski, walczyli w szeregach LWP nad Wisłą, na Wale Pomorskim, forsowali Nysę Łużycką i Odrę oraz uczestniczyli w walkach o Kołobrzeg, Drezno i Berlin.”
I to jest naprawdę niezwykłe. Wstąpił do brygady „Grunwald”, bo nie było innego wyjścia? Mówimy o zaprzysiężonym żołnierzu Armii Krajowej. Uczynił to po zajęciu Wołynia przez Armię Czerwoną. Potem musiał uciekać, ale ostatecznie walczył w LWP, jak pisze Władysław Filar, który – po opuszczeniu Przebraża, w niedługim czasie, z szeregowego żołnierza Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, został szefem kancelarii 4 samodzielnego batalionu żandarmerii, który chronił Sztab Główny LWP. Aż się w tym momencie przypomina program z peerelowskiej telewizji zatytułowany „Kariery, bariery”.
No nic, idźmy dalej. Oto najmniej ważny bohater tamtych zdarzeń – Mikołaj Kunicki, pseudonim Mucha. Jego rola w obronie Przebraża była znikoma, ale zostawił on najobszerniejsze pamiętniki, które sprzedawane są na allegro za jakieś koszmarne sumy.
Ja tu umieszczę pojedynczy fragment jego życiorysu, bo cała reszta w zasadzie się powtarza i jest toczka w toczkę podobna do tamtych życiorysów.
„Przedwojenny podoficer zawodowy WP, w 1939 był uczestnikiem kampanii wrześniowej, walczył w obronie Warszawy. W 1939 uciekł z niewoli niemieckiej i powrócił do rodzinnego domu. Do 1941 przebywał u swojej matki w Horodcu k. Kobrynia (w majątku Marii Rodziewiczówny). W 1942 został powołany do służby w Schutzmannschaft, w Kobryniu. Od marca do listopada 1942 był na przeszkoleniu w niemieckiej szkole wojskowej w Kobryniu (dywersja–sabotaż). Szkołę ukończył w stopniu feldfebla. Od stycznia 1943 dowódca kompanii w 104. batalionie Schutzpolizei (niem. Schutzmannschaftsbataillon 104), która likwidowała m.in. oddziały UPA w okolicach Wysocka. Po ataku bojówek ukraińskich na polskie wioski, a następnie odmowie niemieckiego dowództwa wzięcia odwetu na Ukraińcach, on i jego kompania (150 żołnierzy) zdezerterowali.
W marcu 1943 nawiązał kontakt z partyzantką radziecką, a następnie zdezerterował z grupą żołnierzy, zabijając niemiecką kadrę dowódczą. Połączył się z grupą gen. Wasilija Begmy. 3 sierpnia 1943 objął dowództwo oddziału Zjednoczonych Polskich Partyzantów im. Tadeusza Kościuszki na Wołyniu podporządkowanego Głównemu Sztabowi w Moskwie oraz generałowi Begmie.”
Przedwojenny, polski podoficer zawodowy został powołany do niemieckiej jednostki policji i skończył szkołę dla feldfebli? Tego by Henryk Pająk nie wymyślił. No, ale tak jest napisane: Polak został powołany do służby w Schutzmannschaft. Powołany – podkreślam – choć w innym miejscu napisane jest, że to była formacja ochotnicza. W angielskiej wiki jest to samo: Polak powołany do służby w Schutzmannschaft. Dopiero w ukraińskiej wiki stoi jak byk, że był to prawosławny Białorusin. Polaków bowiem nikt do takich jednostek nie przyjmował. Rodzi się więc pytanie – kim był Władysław Filar – syn Władysława i Wiery? Szef kancelarii samodzielnego batalionu żandarmerii, który ochraniał Sztab Główny LWP?
Zanim przejdę dalej uprzedzę może, że tekst ten będzie miał trzy albo nawet cztery pointy. Przygotujcie się.
Jak wiemy na Wołyniu, działała 27 Dywizja Piechoty AK, która liczyła do 6 do 7 tysięcy żołnierzy. Jej rola jest metodycznie i systematycznie pomniejszana przez współczesną publicystykę. Taki pan Srokowski, pisze, że nie mogli dać oni ochrony ludności, albowiem AK spóźniło się z decyzją i było tych żołnierzy za mało. A państwo polskie już nie istniało. W tym momencie głos pisarza Srokowskiego łamie się i zawiesza. I teraz pora na pointę pierwszą – znacząco przedwczesną. Oto napisał Stanisław Srokowski książkę „Duch polskich kresów”, wydaną przez wydawnictwo, a jakże, Magna Polonia. Na okładce tej książki mogliśmy się spodziewać wielu rzeczy. Na przykład widoku na Dniestr w Zaleszczykach, albo panoramy zamku w Kamieńcu Podolskim. W każdym razie czegoś w tym stylu. No, ale cóż za niespodzianka! Na okładce książki Stanisława Srokowskiego – „Duch polskich kresów” – znajduje się ujęta w wielkim zbliżeniu twarz autora. https://www.motyleksiazkowe.pl/historia/47976-duchy-polskich-kresow-9788395258084.html?search_query=Srokowski&results=6
Uważam, że to jeden z najbardziej ekstrawaganckich pomysłów w całej historii polskiego rynku wydawniczego.
Porzućmy na razie myśl o pointach i skupmy się na życiorysach dowódców 27 Wołyńskiej Dywizji AK.
Oto Kazimierz Damian Bąbiński – Luboń – pułkownik:
„Za dowodzenie i walkę na Wołyniu płk Kazimierz Bąbiński odznaczony został Krzyżem Złotym Orderu Wojennego Virtuti Militari. 2 listopada 1945 został aresztowany i więziony. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie skazany na 6 lat więzienia. Zwolniony z więzienia 16 marca 1947 na mocy amnestii. Aresztowany ponownie 16 grudnia 1947, skazany wyrokiem WSR Warszawa na 10 lat więzienia. Zwolniony z więzienia na mocy amnestii z dnia 16 grudnia 1953, zamieszkał w Szczecinku, gdzie pracował jako referent w Rejonie Przemysłu Leśnego”.
Oto Jan Wojciech Kiwerski – Oliwa – podpułkownik:
„Jan Wojciech Kiwerski poległ tragicznie 18 kwietnia 1944 r. (w południe) w rejonie chutoru Dobry Kraj (dawna gmina Korytnica) w okolicznościach do dziś nie w pełni wyjaśnionych. Chata, w której przebywał Jan Wojciech Kiwerski została ostrzelana, a następnie zapłonęła. W czasie próby ucieczki „Oliwa” został zastrzelony. Rozpoczęła się walka żołnierzy AK z napastnikami, w wyniku której zginęło pięciu wrogich żołnierzy. Zabici żołnierze byli ubrani w elementy mundurów niemieckich, sowieckich oraz cywilne ubrania, co wskazywałoby na ich przynależność do formacji partyzanckiej. Najbardziej prawdopodobne hipotezy dotyczące tego wydarzenia wskazują na celowe zabicie „Oliwy” przez Sowietów, którzy chcieli się pozbyć polskiego dowódcy”
Oto Jan Szatowski – Kowal – podpułkownik:
„Po rozbrojeniu przez Rosjan dywizji 25 lipca 1944 roku w Skrobowie uniknął aresztowania. 31 sierpnia 1944 roku rozpoczął organizację struktur WiN-u na Podlasiu i Lubelszczyźnie początkowo jako inspektor rejonowy, następnie komendant Okręgu Lubelskiego.
Aresztowany 9 listopada 1946 roku przez Urząd Bezpieczeństwa został osądzony, zdegradowany i skazany na karę śmierci. Wyrok został później zmieniony na 7 lat więzienia. Karę odbył w całości w więzieniach w Rawiczu i Wronkach.
Po odbyciu kary w 1954 roku osiadł w Janowcu Wielkopolskim, gdzie prowadził małe gospodarstwo rolno-warzywne. Nie przyjął propozycji MON zweryfikowania odebranego mu stopnia. Pod koniec lat 70. otrzymał rentę inwalidzką. Izolował się od otoczenia, nie założył rodziny.”
Oto Tadeusz Sztumberk-Rychter – Żegota – major:
„6 sierpnia 1944 roku aresztowany w Świdrze[1] przez NKWD i zesłany początkowo do Charkowa, a następnie do obozu NKWD nr 179 w Diagilewie[3]. Po ucieczce został ujęty na granicy i osadzony w obozie jeńców wojennych w Wystruciu na terenie dawnych Prus Wschodnich[1]. W lipcu 1947 roku uwięziony w obozie NKWD nr 150 w Griazowcu[4]. Do Polski wrócił w maju 1948 roku. Początkowo utrzymywał się z pracy fizycznej, później stopniowo awansując doszedł do stanowiska dyrektora chemicznego zakładu produkcyjnego w Górze Kalwarii. Działał w Stowarzyszeniu „PAX”, był członkiem Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.”
Był to jedyny oficer z dowódców Dywizji, który coś podpisał. I to widać w jego karierze. Nie będziemy tu doprawdy wnikać w okoliczności tej kariery pamiętając przecież cały czas o karierze prostego żołnierza Władysława Filara.
Oto Jan Kotowicz – Twardy – Pułkownik:
„W październiku 1944 roku został aresztowany w Kurowie i wyrokiem Wojskowego Sądu Okręgowego w Lublinie z 13 sierpnia 1945 roku skazany na 10 lat więzienia, ale we wrześniu zwolniony na podstawie amnestii[3]. Po wojnie pracował do 1949 roku w Państwowych Nieruchomościach Ziemskich w Kijowie jako magazynier oraz w inwalidzkich spółdzielniach pracy w Rzeszowie[17]. Przeszedł na rentę 1 września 1958 roku[3].
Zmarł 15 października 1963 w Rzeszowie”
Teraz pora na kolejną pointę. Henryk Cybulski, dowódca obrony Przebraża był podoficerem. Czytamy jednak w wiki, że w obronie Przebraża brał też udział oddział, bardzo silny, partyzantów sowieckich. Dowodził nimi pułkownik Nikołaj Prokopiuk. Oddział składał się z piechurów i kawalerzystów. Tylko czy rzeczywiście sowiecki pułkownik podporządkował się polskiemu sierżantowi? Ja tam się na wojsku nie znam, ale z opisów wychodzi na to, że tak musiało być. Oto fragmenty życiorysu pułkownika Prokopiuka:
„Od lipca 1937 do grudnia 1938 roku przebywał w Hiszpanii uczestnicząc w wojnie domowej po stronie republikanów. Był kolejno doradcą dowódcy oddziału partyzanckiego na froncie południowym, a następnie członkiem Rady Wojennej 14 Korpusu Armii Republikańskiej, w skład którego wchodziły wszystkie oddziały partyzanckie wojsk republikańskich.
Po powrocie z Hiszpanii starszy oficer 1 Zarządu NKWD w Moskwie. Od października 1940 roku w Helsinkach, gdzie w ambasadzie ZSRR odpowiadał za działania operacyjne oficerów wywiadu na terenie Finlandii.”
„W czerwcu 1942 roku został zrzucony na tyłach wroga w rejonie Olewska na czele oddziału OSNAZu NKWD. Z czasem oddział ten przekształcony w zgrupowanie partyzanckie, zajmujące się działalnością wywiadowczą i dywersyjną. Początkowo zgrupowanie walczyło na terenie Ukrainy, a w styczniu 1944 roku przekroczyło Bug i wzięło udział w walkach partyzanckich na terenie Lubelszczyzny, m.in. w trakcie niemieckiej operacji przeciwpartyzanckiej „Sturmwind”. W tym czasie dowodził wszystkimi oddziałami partyzanckimi, zarówno radzieckimi jak i polskimi w czasie bitwy na Porytowych Wzgórzach.”
„W lipcu 1944 roku dowodzone przez niego zgrupowanie przeszło w Bieszczady, a następnie na teren Słowacji, gdzie wzięło udział w powstaniu słowackim. Na początku września zajęło przełęcz Ruski Put w Bieszczadach Wschodnich i broniło ją do 1 października 1944 roku do momentu dotarcia tam oddziałów Armii Czerwonej.
W dniu 5 listopada 1944 roku za męstwo i odwagę w trakcie wykonywania zadań specjalnych na tyłach wroga został nagrodzony tytułem Bohatera Związku Radzieckiego.”
I to w zasadzie by wystarczyło. No, ale jeszcze taka ciekawostka:
„W grudniu 1944 roku został zastępcą szefa specjalnej misji NKWD do Chin, gdzie w latach 1944–1946 uczestniczył w wojnie domowej, będąc doradcą i organizatorem wywiadu i kontrwywiadu chińskiej Armii Czerwonej.
Po powrocie z Chin w lipcu 1946 roku został naczelnikiem Wydziału Spraw Wewnętrznych w Wojskowej Administracji Okupacyjnej Saksonii w Dreźnie. W marcu 1948 roku został zastępcą naczelnika oddziału w Zarządzie ds. walki z bandytyzmem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR. W sierpniu 1950 roku przeniesiony do rezerwy.
Po przeniesieniu do rezerwy działał w organizacjach kombatanckich, będąc członkiem Radzieckiego Komitetu Weteranów Wojny. Był także członkiem zarządu Towarzystwa Przyjaźni Radziecko-Polskiej, członkiem Radzieckiego Komitetu Solidarności z Greckimi Demokratami.”
Czy to koniec? No, nie dopiero zbliżamy się do końca. W Przebrażu był jeszcze ten człowiek – Jan Rerutko, podporucznik piechoty. A więc starszy stopniem niż Cybulski. Oto fragment jego życiorysu:
„W połowie sierpnia 1942 został skierowany do obrony Przebraża. Jego oddział liczył 107 ludzi. Nie zgodził się na podporządkować sowietom mimo nakłaniania przez nich i zaoferowania „nagrody” . Ze swoim adiutantem został zaproszony na spotkanie przez komendanta sowieckiego oddziału partyzanckiego, ps. „Bohun” celem uzgodnienia wspólnej akcji przeciw Niemcom. 6 listopada 1943 został zamordowany w okolicach Hermanówki, a ciało jego i kilku polskich żołnierzy odnaleziono potem w miejscu, w którym przebywał wcześniej ww. oddział sowieckich partyzantów”.
Jak zauważyliście zapewne, nie wymieniłem żadnego ukraińskiego nazwiska. Uczyniłem to, albowiem nie jestem pewien do końca przeciwko komu organizowano partyzantkę na Wołyniu. Od Niemców otrzymywano za darmo broń. Sowieci pomagali jak mogli, bo zbliżał się front, tylko ta cała 27 Wołyńska Dywizja AK przeszkadzała jak umiała, nie potrafiąc udzielić ludziom należytej pomocy. O Ukraińcach zaś mówi się przy okazji Przebraża anonimowo, opisuje się ich w masie, jako tłuszczę przepędzaną z miejsca na miejsce.
No, ale pora na kolejną pointę. Oto zaczęły się już tańce nad grobami powstańców warszawskich. Padają – jak co roku – dramatyczne pytania, ktoś konstruuje jakieś hipotezy. Powraca wątek lądowania Berlingowców na Czerniakowie. A ja dziś z rana dostałem niezwykły zupełnie materiał. Jest to list napisany przez żonę generała Rayskiego do Ignacego Matuszewskiego:
„Kochany, z zachwytem przeczytałam Twój artykuł o powstaniu, jak zresztą zawsze to, co piszesz, czytam. Ale chcę Ci powiedzieć – i tylko Tobie – nie tylko to jest prawdą. Powstaniec warszawski – piszesz – poraził rodzimą nikczemność i kłamstwo. I tak i nie. Byli cudowni młodzi żołnierze ale byli i tacy, którzy za dziesięć złotych dolarów sprzedawali choremu garść czarnej kawy, którą kradli na kwaterach, co w rękę wpadło, którzy zwłok ukochanego dowódcy (Andrzeja Romockiego) nie zabrali spod kul o 15 kroków. Z rzezi na Mokotowie do moich kwater dochodziły tylko kości. Kradzież i pijaństwo nie miało granic. A idiotyzm!
W połowie sierpnia przyjechali na Mokotów Węgrzy – że niby się przyłączą. Musiałam wydać dla nich konserwy i wino. Bratano się, wiwatowano i pito. Pokazano wszystko. Pofotografowano, zaśpiewali jeszcze Polska… i odjechali. A zaraz potem grad bomb poszedł na te miejsca i nikt się nie przyłączył.
Dlaczego trwało aż 63 doby? Bo Niemcy zawsze pod płaszczykiem walki z powstaniem robili antysowieckie przesunięcia wojsk, a nas nie zdobywali. Tylko ostrzeliwali z ciężkiej artylerii i moździerzy, żebyśmy wyzdychali powoli i żeby naszą winą było zniszczenie miasta. Jak tylko potrzebowali jakiejś dzielnicy – zdobywali ją w jeden dzień. Cóż nas broniło? Maleńkie rowy i kilkaset grantów i kilkadziesiąt karabinów… Wjeżdżali czołgami jak chcieli, ale wtedy kiedy chcieli, nie wcześniej. Były małe sporadyczne bitwy, ale przede wszystkim po prosty trwanie i czekanie na pomoc, lub śmierć. Rola zajęcy na miedzy, bo myśliwy zaczął się czymś innym.
Człowiek w warunkach za ciężkich – brak wody, światła, jedzenia, ciągły obstrzał – staje się bydlęciem. Akurat jak w warunkach zbyt lekkich. Już we wrześniu powstańcy dzielili się na nielicznych św. Jerzych – i na bydło. To też jest prawdą. Prawdą tylko dla Ciebie.
I sama godzina wybuchu? Piąta. Akurat robotnicy wracają z fabryk, akurat pół miasta siedzi w tramwaju (wisi w tramwaju). Czyj to był szatański pomysł? Kto ubzdurał sobie, że powstanie zacznie się od desantu na Okęciu? Tak przecie mówili oficjalnie spadochroniarze, których instruował sam Sikorski! I tego desantu czekano codziennie i mój mąż (gen. Ludomił Rayski) był trzy razy nad Warszawą ze zrzutami i mówił, że to było piekło, a desant dziecinna mrzonką. Stracili 30 załóg na 95 samolotów, które doleciały.
W początkach lata wysłano z Warszawy wszystkich cywilnych Niemców. Na 1 sierpnia opróżniono koszary, które myśmy triumfalnie zajęli, po to tylko, żeby Niemcy wiedzieli, co bombardować. Jak genialnie Niemcy i Sowieci dali sobie buzi nad naszym trupem. I jak nieskończenie naiwni byliśmy – my.
Z siłą ukrytego pożaru muszą się liczyć najpotężniejsi na świecie – piszesz. Nieprawda. Chciałabym wierzyć, że krew ta nie została zmarnowana. Nie wierzę.
Wobec Boga – tak. Wobec ludzi – po prostu w błoto”.
Mając przed sobą taki tekst, trudno się jeszcze nad czymkolwiek zastanawiać. No, ale jednak…publicystyka rządzi się swoimi prawami. Show must go on…jak mawiali banderowcy. Przedstawienie trwa. Ja jestem o tym głęboko przekonany, kiedy widzę jak premier Morawiecki – kolejny już raz – zakłada polską chadecję. I nie mówcie mi, że są to sprawy bez związku. Do tej chadecji doprasza Kalisza Ryszarda, a uczestnicząca w jego ruchu pani Semeniuk idzie się lansować do Moniki Jaruzelskiej. Ktoś powie, że to nie jest jednak szefostwo kancelarii samodzielnego batalionu żandarmerii ochraniającego Sztab Główny LWP. I rzeczywiście z taką uwagą będę musiał się zgodzić – na razie nie jest.
Na koniec jeszcze jeden nie związany z całą tą przydługą opowieścią rodzynek. Wczoraj na fejsie, pod moim tekstem o dobijaniu starców ukazał się komentarz pana Dariusza Wieromiejczyka, producenta filmowego, autora piszącego w tygodniku „Do rzeczy”. Oto jego treść:
„Straszną krzywdę zrobiła facebookowi AI. Jeszcze niedawno – posty były króciutkie, przeważały zdjęcia – portal upodobniał się do Instagrama. Teraz – elaboraty na tysiące słów – zakończone linkiem do „zrzutki”.
Pan Wieromiejczyk to nie jest przypadkowy człowiek i on teoretycznie nie powinien zaglądać na mój blog. Kiedy bowiem zatrudniłem się w „Życiu” u Tomasza Wołka na stanowisku archiwisty prasowego, czyli możliwie najgorszym, on był tam szefem działu promocji – chyba – albo kimś podobnym. A o jego talentach i zarobkach krążyły legendy. Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, bo i o czym? Nie jest jednak możliwe, by pan Wieromiejczyk mnie nie kojarzył, tym bardziej, że później starałem się o pracę w jego firmie, ale jej nie dostałem. Bo się po prostu do tej roboty nie nadawałem. To trzeba powiedzieć wprost. Czyli można rzec, że jakoś się tam rozpoznajemy, choć nie gadaliśmy ze sobą – wyjąwszy tę jedną rozmowę o pracę – nigdy. Po co więc on przychodzi i sugeruje, że ja nie piszę swoich tekstów sam, ale że robi to AI? Nie wiem. Może wy zgadniecie. Dlaczego przeszkadza mu link do zrzutki dla ukraińskiej rodziny? Też nie potrafię tego odgadnąć. Skąd pomysł, że fejsbuk ma być podobny do instagrama? Kolejna zagadka…Dlaczego on w ogóle przyłazi i czyta cokolwiek z moich tekstów? Nie sposób dociec. Wyznam, że do wczoraj los pana Wieromiejczyka nie interesował mnie wcale. No, ale skoro on zaczął, wpisałem jego nazwisko w Google i wyskoczył mi taki oto fragment artykułu z „Do rzeczy”:
„Płaszczenie się polityków PiS przed naszym amerykańskim sojusznikiem wydaje się efektem swoistego instynktu służalstwa, zaszczepionego im podczas karier w typowej partii wodzowskiej. Niestety, jest ono sprzeczne z fundamentalnymi obyczajami amerykańskiej polityki”
Tak, jak napisałem – ta pointa jest w zasadzie bez związku z tekstem, ale chciałem ten tekst jeszcze wydłużyć, żeby Dariusz Wieromiejczyk, który na pewno go przeczyta, miał się nad czym zastanawiać.
Kolej na pointę ostateczną. Tak, jak już kiedyś pisałem – jedyna literatura polska jaka istnieje to wspomnienia szlachty. Reszta to propaganda. Sienkiewicz to imaginacyjne wspomnienia szlachty, więc żadnej sprzeczności tu nie ma.
I ja postanowiłem kontynuować wydawanie wspomnień szlachty, tyle że z terenów północno wschodnich przerzucam się na tereny Ukrainy, Wołynia i Podola. Tak, jak zapowiedziałem jeszcze jesienią, zamiast pamiętników białoruskich i litewskich będą pamiętniki ukraińskie. Zaczynamy od Szymona Konopackiego. Oto fragment jego życiorysu:
„polski poeta, pisarz, tłumacz i pamiętnikarz. Podkomorzy, prezes Izby Cywilnej Gminy Wołyńskiej, marszałek powiatu zasławskiego.”
„W wieku 21 lat wybrany został podsędkiem sądu ziemskiego zwahelskiego. Po zrzeczeniu się stanowiska, przeniósł się do Warszawy i z pomocą poety Alojzego Felińskiego otrzymał stanowisko sekretarza w komisji regulacji handlu i żeglugi we wszystkich prowincjach przed rokiem 1772. Po zamknięciu komisji wrócił na Wołyń i mianowano go prokuratorem funduszy edukacyjnych liceum krzemieniciego, by następnie przyjąć stanowisko podkomorzego zwiahelskiego. W roku 1844 poprzez głosy szlachty, został obwołany prezesem Izby Cywilnej Wołyńskiej, i marszałkiem powiatu zasławskiego.”
A wszystko to działo się w czasach, kiedy nikt nie używał słowa Ukrainiec, nie myślano nawet o reformie rolnej, wieś żyła w zgodzie z dworem, a urzędnicy posesjonaci nie pobierali wynagrodzenia za działalność publiczną. Nawet im to w głowie nie postało. Nie kłamali też tak straszliwie jak autorzy pamiętników o obronie Przebraża.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pamietniki-szymon-konopacki/
Wśród prawdziwych przyjaciół psy zająca zjadły.
Kocioł.
moim sąsiadem był pan, urodzony w majątku Zygmuntówka, gdzieś nad Zbruczem, oczywiście kiedy zaczęła się banderowska awantura , mama z dziećmi uciekła do miasta, w majątku został dziadek , w procesie banderowskiej czystki dziadka zabito, majątek rozkradziono i spalono. Sąsiad dorastał na ziemi polskiej w Rzeszowie i Wrocławiu, potem Warszawa. Kiedy wydano książki o czasach II W Ś na Wołyniu wszystkie je kupował i bardzo je przezywał. No i jego największy smutek był oto taki, że to Przebraże było jedno, że innym mężczyznom nie udało się takiej samoobrony zorganizować. Nigdy mu nie przyszło do głowy że Przebraże to był projekt militarno – polityczno- miedzynarodowy zarzadzany z Moskwy.
przeŻywał treść książek, pamiętał tamten wojenny czas, bo był tam jako kilkunastoletni chłopak (przezywał to pomyłka)