Ustaliliśmy to niedawno, a formuła taka wyjaśnia łatwo wiele złożonych z pozoru kwestii. Na przykład, dlaczego Wielka Grecja, czyli kolonie helleńskie w Italii broniły się zawzięcie przed demokracją ateńską i jej przedstawicielami, stawiając raczej na swoich tyranów. Wyjaśnia ona także inne sprawy znacznie bliższe naszym czasom. Jak choćby tę opisaną przez alfatoola we wczorajszym tekście, a dotyczącą Piłsudskiego. Jeśli wolność króla oznacza wolność ludu, to widzimy, że o żadnej wolności ludu w latach międzywojennych nie mogło być nawet mowy. Możemy za to porozmawiać sobie o sposobach ograniczania wolności króla, które – wszystkie jak jeden – dostosowywane są przez otoczenie władcy do jego deficytów.
Piłsudski był znanym mitomanem. Mówił, że w noc jego narodzin nad Zułowem przelatywał duch Napoleona Bonaparte. Wierzył w to, jak również w swoją misję. Nie interesował się w zasadzie niczym poza swoim osobistym udziałem we władzy nad krajem. Tę zaś pojmował, jako obsadzenie wszystkich urzędów i stanowisk swoimi ludźmi. Z perspektywy, którą tu wyznaczyliśmy trudno o gorszą definicję władzy, jak ta sprawowana za pomocą „swoich ludzi”. Oni bowiem, w krótkim czasie, okazują się być „nie swoi” i zaczynają walki frakcyjne i osobiste między sobą. Są także korumpowani przez agentury państw wrogich, a czynione jest to w taki sposób, by uwidocznić także ich deficyty oraz przekonać ich przy tym, że działają w dobrej wierze. Korupcja polityczna bowiem nie polega tylko na wyłonieniu wśród politycznych elit wyłącznie cynicznych łobuzów, ale także przekonanych idealistów, stojących na straży wartości najświętszych.
Kiedy więc szukamy właściwych kierunków politycznych w otoczeniu króla, istotne jest by to on sam je wskazywał, często wbrew doradcom, nawet tym, którzy wydają się nie do ruszenia. Sytuacja taka, nieco przejaskrawiona, pokazana jest w jedynej sztuce Szekspira, którą obejrzałem w całości, czyli Henryku V. Jest to opowieść o tym, jak król uwalnia się od wpływów otoczenia i zyskuje dojrzałość polityczną, ale także wolność. Ta będzie także gwarancją wolności dla ludu. Król, który jest wolny, narażony jest także na wielkie niebezpieczeństwo, albowiem ci, którzy są przeciwni wolności królewskiej, a wskazują na to, że inne realizacje władzy są lepsze, skuteczniejsze i prowadzą do szczęścia ludu, wiedzą że muszą się pozbyć takiego króla. Jego wolność bowiem to przede wszystkim zagrożenie dla ich karier. I nie mówimy tu o parlamencie, czy jakiejś jego szczątkowej formie, a o dworze, który zawsze uzurpuje sobie prawo do tego, by ubezwłasnowolnić króla. To zaś zawsze, podkreślam, odbywa się w imieniu innego władcy. Ten poszerza zakres swojej władzy na obcym dworze, poprzez odpowiedni dobór doradców, działających w jego imieniu. Mogą oni być skuszeni pieniędzmi, albo też jak kanclerz Krzysztof Szydłowiecki, zawrzeć z wrogiem braterstwo krwi. Ten wróg zaś nie musi być wrogiem oczywistym, bo książę Albrecht był przecież lennikiem króla Zygmunta. Dwór zaś tego ostatniego był kwintesencją patologii, na które tu wskazujemy. Decyzje króla były połowiczne, niczego nie rozwiązywały, mnożyły problemy i dopuszczały do władzy skończonych łobuzów. Jedyną osobą prawdziwie wolną na krakowskim dworze, ale też żyjącą w nieustannym lęku, była królowa Bona. Ona bowiem walczyła o wolność dla siebie i swojego syna. Tym samym walczyła także o wolność ludu, albowiem ta jest równoznaczna z wolnością króla.
Na razie więc doliczyć się możemy w historii nowożytnej dwojga panujących, którzy przede wszystkim domagali się swobody decyzji dla siebie. Pierwszym była Bona, a drugim król Stefan. Zygmunt II, bowiem choć próbował zrobić wiele, został ubezwłasnowolniony przez kanalie, okradziony i wykorzystany, a jego ciało porzucono. Niestety sytuacja ta nie doczekała się żadnego szekspirowskiego opisu, albowiem niewolny lud nie może być karmiony prawdą. Żywi się go złudzeniami, które zapewniają komfort oligarchiom i agenturom. Dlatego my kojarzymy króla Zygmunta II, wyłącznie z jego morganatyczną małżonką i wielką miłością obojga. To zaś był jeden ze sposobów zniewolenia króla zastosowany przez oligarchię dążącą do protestantyzacji kraju i oderwania Litwy od Polski.
Król Stefan zapowiedział, że nie będzie królem malowanym. To zaś oznaczało, że rozumie ryzyko i bierze je na siebie. Dlatego otaczał się węgierskimi żołnierzami, z czego szydziły kanalie takiej, jak Olbracht Łaski. Po trzech szczęśliwych kampaniach w Moskwie, ale bez osiągnięcia celu strategicznego, czyli zdobycia Narwy, król Stefan jednak zorientował się, że ochrona osobista to za mało. Polityka zaś jest o wiele bardziej potworna niż mu się zdawało. Zaczął więc izolować się od niej, otaczając się oddanymi ludźmi. Niestety musiał mieć przy sobie lekarzy oraz dwór, na którym czynni byli ludzie pozostający poza kontrolą jego węgierskich ochroniarzy.
Najbardziej wolnym królem w całej naszej historii był chyba Zygmunt III. Na powierzchni utrzymywały go koniunktury, po części tworzone przez niego samego, ale także przez dwory obce. Już nie było mowy o podziale Rzeczpospolitej między Moskwę, a cesarstwo, bo to ostatnie żyło w grozie ataku z zachodu. I szukało sojuszników. Król zaś prowadził politykę Batorego angażując największych łotrów na froncie moskiewskim, słusznie rozumując, że spotkają oni tam takich samych jak oni i to da im zajęcie, uspokoi ich ambicje i będzie trzymać z daleka od spraw dworu i parlamentu.
Kluczowym dla nas dziś przedsięwzięciem kulturalnym byłoby więc przetłumaczenie i omówienie przez kompetentnych historyków książki Waltera Leitscha. Tak się jednak nie stanie, bo nie jesteśmy wolnym ludem. A dlaczego nim nie jesteśmy to już każdy dobrze wie. Rodzi się więc pytanie – kto jest dzisiaj królem? W mojej opinii prezydent Nawrocki. Jego koncepcja władzy prezydenckiej jest słuszna, albowiem wskazuje na osobę oraz udziela jej swobody działania. Znienawidzone oligarchie tracą na znaczeniu, a psy i kanalie zostają w takim systemie uwiązane na łańcuchu. Ostatnie wypadki zaś pokazały, że choć prezydent Nawrocki nie jest aż tak radykalny jak Henryk V, który wypędzał i wieszał swoich dawnych współpracowników, okazujących nielojalność lub choćby tylko nieposłuszeństwo, to jednak potrafi wpływać na swoje otoczenie i decyduje sam. To daje nam nadzieję. Wolny król bowiem oznacza, że lud także będzie wolny. Gawędy zaś o podziale parlamentarnego tortu, obietnice wyborcze, krótkie i dłuższe kariery różnych kanalii, oznaczają to jedynie, że nasze dzieci znów zostaną wypchnięte na emigrację, my sami zaś będziemy śledzić wyczyny łotrów i zaciskać zęby z wściekłości. Oby do tego nie doszło.
Wolność króla oznacza jeszcze jedną istotną zmianę – zmienia się sposób komunikacji i ten nowy sposób staje się on obowiązujący. To znaczy, że prymitywne kalki pojęciowe, w których realizm przeciwstawiany jest romantyzmowi, Dmowski Piłsudskiemu, a Rosja Niemcom – obie zaś siły rozumiane są jako trendy w polskiej polityce – tracą na znaczeniu. Tracą też na znaczeniu ludzie je kolportujący – tacy, jak Zychowicz. Bo wolność króla z miejsca unieważnia też aspirujących idiotów, kokietów i sfrustrowanych profesorów, którzy nie mogą zrobić kariery w Krakowie. Stawia również pod znakiem zapytania wpływy tak zwanych środowisk.
Z tą myślą Was zostawiam. Wrzucam też do sklepu trochę nowych i trochę starych książek.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/historia-kradziezy-wehikulu-niesmiertelnosci-jacek-drobny/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rzeczpospolita-krzemieniecka-albo-nowe-ateny-wolynskie/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rywalizacja-o-ordynacje-zamojska-w-latach-1665-1673/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/clemenceau-wizjoner-znad-sekwany/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/ksiadz-i-lekarz-od-swietych-uzdrowicieli-do-bioetyki/
To prawda że wolny król może być gwarantem wolności ludu. Nie musi, bo może inaczej definiować sobie trwanie swojej władzy.
Tylko on może być tym gwarantem
Tak, tyle że nawet gdy jest wolny w sensie o jakim piszesz, nie musi chcieć tego udzielić poddanym.
Wolność w całej pełni daje tylko Bóg.
Każdy ziemski władca wie, że obcy czyhają na jego włości. A wolnym poddanym może to i owo wpaść do głowy. Trzeba jakoś zapobiec. Obcy naciskają. No to budujemy większy mur, broniąc się i poddanych. Itd.
Skrajny przykład znamy wszyscy. Lucyfer jak wszyscy oni był wolny. Nie grzeszył niczym. Poza bezgraniczną pychą. Wyleciał z hukiem. On dalej jest czysty. Nie chodzi mu o to, żeby być gorszym od Boga. Tylko żeby zająć Jego miejsce. Skoro nie dysponuje żadnym dobrem, kupuje ludzi bazując na słabościach. Sam nie grzeszy.
I tak w każdym tekście ma to samo powtarzać? Nie widzisz, że ten dzisiejszy jest kontynuacją poprzedniego?
Widzę widzę. -:)
Jestem pewna, że źle jest stawiać siebie przed Bogiem. Nawet na chwilę, bo ta chwila nieuwagi może dużo kosztować człowieka w jego słabości.
Któż jak Bóg. Michael.
Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.