Sty 302021
 

Zamieszczam dziś fragment wspomnień Hipolita Milewskiego, dotyczący starć z Wileńskim Bankiem Ziemskim. Być może już kiedyś ten fragment zamieszczałem, ale to nie szkodzi. To jest kwestia istotna z kilku powodów. Po pierwsze, słysząc Bank Ziemski, wszyscy podskakują do góry ze szczęścia i wyobrażają sobie zatroskanych panów w surdutach, którzy rozmyślają nad poprawieniem doli kraju poprzez kredytowanie ziemian w podupadających majątkach. Było trochę inaczej. Po drugie, entuzjazm dla Banku nie słabnie, albowiem jego przedstawicielem handlowym w terenie był Mieczysław Jałowiecki, którego wspomnienia wszyscy kochają ( właśnie się rozeszły). Po trzecie, nikt, nawet istota tak przenikliwa, jak Hipolit Milewski nie widzi jakie było drugie dno działalności tego Banku.

Zacznę od tego, kto w Wileńskim Banku Ziemskim stanowił managment średniego szczebla. Byli to Smetona i Voldemaras. Jak ktoś zajrzy do II tomu Baśni socjalistycznej, przekona się, że pomiędzy rodziną Piłsudskich, skoligaconych z księciem Zubowem, a Bankiem był ścisły związek. Istniał on też zapewne nie tylko w relacji rodzinnej, ale także biznesowej. Nie da się inaczej, jak tylko poprzez eksperyment gospodarczy finansowany z zasobów Banku, wyjaśnić idiotycznej gospodarki starego Piłsudskiego na żoninych włókach, wziętych razem z posagiem. Nikt tego nie bada i nie próbuje wyświetlić, bo takie sprawy polskich historyków nie interesują. Najważniejszy bowiem jest patriotyczny entuzjazm. Ma więc ta hipoteza, póki co charakter literacki, ale ja się będę upierał, że jest prawdziwa.

Jeśli chodzi o Hipolita Milewskiego to, nie pierwszy raz w przypadku starcia z Bankiem, dał o wyraz swojemu niezrozumieniu okoliczności. Myślał, tak jak wielu z nas, że Bank ziemski służy temu, by pomagać ziemianom stawać na nogi w czasach kryzysu, a w czasach prosperity lokować korzystnie nadwyżki i na nich zarabiać. O ile prezes Plater i jego akolici określani przez dowcipnych klientów banku jako K+M+B, czyli Kończa, Montwiłł i Bortkiewicz, mogli dość swobodnie pogrywać z poczciwymi dziedzicami z Mińszczyzny, o tyle z Hipolitem Milewskim ta sztuka się nie udała zupełnie. Jak się sprawy ułożyły w szczegółach, przeczytacie poniżej. Ja muszę dziś wyjechać, życzę wszystkim dobrej zabawy.

 

 

 

Zresztą już w pierwszym roku przyszło mi wystąpić przeciw temu wszechpotężnemu bankowi w ataku frontowym. Dokonałem dość poważnej sprzedaży lasu i ulokowałem część tego kapitału w listach zastawnych Banku Ziemskiego. W parę lat po nabyciu tych obligacyj potrącono mi przy wypłacie kuponów koło trzech tysięcy rubli procentu, albowiem duża część moich obligacyj jakoby prawie momentalnie po ich wypuszczeniu już została wylosowana. Ponieważ wówczas obligacje pięcioprocentowe stały wyżej parytetu, bank na wzmocnieniu losowań, które zastępował nowymi emisjami, zarabiał po kilka procentów, a właściciel obligacji tracił i tę nadwyżkę i swój dochód, o ile od razu nie dopilnował losowania. To mi się nie podobało. Wsadziłem nos do tej tirażowej kuchni i przekonałem się, że prawie wszystkie przepisy statutu o losowaniu były systematycznie albo wprost omijane, albo w zastosowaniu spaczone. W dodatku komisja tirażowa, która, wybrana przez akcjonariuszy z rekomendacji zarządu, miała dwa razy do roku pilnować losowania obligacyj, i której członkowie otrzymywali skromne wynagrodzenie trzystu rubli rocznie, składała się w rzeczywistości: l) z małego urzędniczka kancelaryjnego, 2) z ciotecznego brata hrabiego-marszałka-prezesa banku, zrujnowanego ks. Cezarego Giedroycia, absolutnie ślepego, którego po korytarzach prowadził za rękę dwunastoletni chłopaczek i 3) ze starszego lokaja tegoż marszałka-prezesa. – Zaprotestowałem, a że moja pretensja została odrzucona, więc przeniosłem sprawę do sądu okręgowego. Obszedłem dobry tuzin znanych w Wilnie adwokatów, i wszyscy mi oświadczyli, że ich stosunki osobiste z dyrekcją banku nie pozwalają im występować sądownie przeciw niej. Nająłem więc za kilkadziesiąt rubli skromnego Żydka, tak zwanego prywatnego obrońcę, aby pilnował terminów, wręczał i odbierał papiery, i sprawę poprowadziłem osobiście tak piórem jak słowem. W pierwszej instancji przed sądem okręgowym, gdzie przewodniczył ten sam prezes, który mi dość dzielnie pomagał wśród komisji serwitutowej Trockiego w walce z zajadłym Sudiejkinem, będąc zresztą tego dnia w szczególnej werwie, wygrałem sprawę z hałasem. Lecz gdy w kilka miesięcy stanąłem znów w apelacji, przed Izbą Sądową zmiana dekoracji. – Podczas gdy w pierwszej instancji obrońca banku pod moim naciskiem wykręcał się jak lis przed gończymi w przeciągu dwóch godzin, tu już inny obrońca zadowolnił się w kilku słowach oświadczeniem, że potwierdza swoją skargę apelacyjną. Przewodniczący po pięciu minutach przerwał mi, „bo uważa sprawę jako wszechstronnie wyjaśnioną”, sąd oddalił się do sali narad, a po kilku minutach dzwonek oznajmił, że powraca do ogłoszenia wyroku: mój Żydek uradowany oświadczył mi, że podług obyczajów oznacza to, iż wyrok sądu okręgowego jest bez żadnej zmiany potwierdzony. Tymczasem Izba Sądowa ogłosiła wyjątkowo krótki i prawie nieumotywowany dekret, w którym postanowienie sądu okręgowego zmienia i moją pretensję w całości odrzuca. A wieczorem w klubie jeden z członków Izby Sądowej, który zasiadał w tej sprawie, trochę zażenowany przyznał mi się, że izba sądowa otrzymała z ministerium sprawiedliwości formalny rozkaz, aby mnie zerżnęła, a to dlatego, że minister finansów, zbadawszy sprawę, przekonał się, że wykazane przeze mnie nadużycia praktykują się w Banku Ziemskim wileńskim od tak dawna i na tak grubą sumę, że przyznanie mi słuszności, które pociągnęłoby automatycznie za sobą zwrot nieprawidłowo odliczonych przez dziesięć lat kuponów wszystkim posiadaczom wylosowanych obligacyj, miałoby taki skutek: z jednej strony perspektywę straty niespełna trzech tysięcy rubli dla bardzo zamożnego, za jakiego uchodziłem człowieka, a z drugiej straty około trzech milionów dla instytucji kredytowej, obejmującej rejon siedmiu guberni, która z tego powodu mogłaby nawet zbankrutować.

Naturalnie ten proces miał następne skutki: l) Zamknął przede mną nie tylko dom p. hrabiego-marszałka-prezesa, lecz także i wszystkich w jego orbicie obracających się salonów tak, że już mnie nikt nie prosił „na kolacje z Platerem”, cenione daleko wyżej niż „kolacje z szampanem”. 2) Rozniósł moją sławę aż do granic rejonu banku wileńskiego i wzniósł mnie na piedestał jakiegoś nieustraszonego Leonidasa. To się działo mniej więcej w środku roku 1901. Lecz moja zemsta, i to straszna, była już nie za górami: a nad tym przepotężnym bankiem zawisło groźne mane-tekel-fares; na głowach trzech króli, jak nazywano trzech dyrektorów, Kończę, Montwiłła i Bortkiewicza (K M B), korony były zachwiane.

Jak mówiłem wyżej, Józef Montwiłł stopniowo już nadał Bankowi Ziemskiemu charakter czysto komercyjnej entreprizy. Sam w sposobie życia nader skromny i dobroczynny, doprowadził różnymi figlami roczne wynagrodzenie dyrektorów od 6 000 rubli, którymi się kontentował poczciwy Jan Lubański, do przeszło 18 000 rocznie, a to pod naciskiem Platera, który (trzeba mu to przyznać) prowadził dom prawdziwie marszałkowski, a z buty wielkopańskiej nie chciał pobierać pensji rządowej, duże swe majątki zaniedbywał i ciągle potrzebował pieniędzy. A główna manipulacja polegała na tym, że bank zaczął rozdawać pożyczki więcej właścicielom nieruchomości miastowych niż właścicielom ziemskim. Wybuchła we wszystkich miastach w rejonie tych siedmiu guberni, głównie w samym Wilnie, Białymstoku, Mińsku, Dyneburgu, nawet w Pskowie, prawdziwa epidemia budownictwa. Ludzie, przeważnie Żydki, kupowali albo gołe place, albo walące się chałupy, otrzymywali na nie wygórowane pożyczki, za te pieniądze zakładali fundamenta, przy każdym wyprowadzonym piętrze pożyczka się powiększała i w końcu prawdziwi spryciarze dochodzili do tego, że nie brali pożyczki dla budowania domów, lecz budowali dla otrzymania pożyczki, po czym się wszystkiego wyrzekali. W ciągu tego 1901 r. jakby na komendę kilkuset właścicieli takich domów nie zapłaciło pierwszej i drugiej raty, domy zostały wystawione na pierwszą licytację, a potem na drugą, lecz nie znalazły nabywców – i blisko trzysta domów w rozmaitych miastach zostałoby według statutów własnością banku.

W dodatku jakby na szczęście dla kata bankowego, jakim się stałem, podobne krachy, i to w większym nawet rozmiarze, zachwyciły banki ziemskie w Charkowie, we Lwowie, nawet w Magdeburgu nad Łabą. Zachwiał się kurs akcyj i zewsząd to akcjonariusze, to właściciele listów zastawnych, to dłużnicy bankowi zaczęli wznosić ręce i wołać o pomstę do… Leonidasa Milewskiego. Albowiem już parę tygodni przed zapowiedzianym na 21 stycznia 1902 r. dorocznym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy gazeta „Siewierozapadnoje Słowo” co dzień gorliwie drukowała reklamacje rozmaitych, rzeczywiście lub mniemanie, pokrzywdzonych i zapowiadała, jako coś szczególnie sensacyjnego, moje wystąpienie na tym zgromadzeniu. Dzięki temu zwracali się do mnie osobiście lub piśmiennie nie tylko pokrzywdzeni, lecz i niemało fałszywych braci, którzy, zależni od bankowej kliki lub gotowi jej jawnie pochlebiać, radzi byli skrycie pomóc jej wrogowi. Toteż mogłem wystąpić na tej premierze uzbrojony w taki materiał obwiniający, jakiego by mi pozazdrościł niejeden prokurator.

Sala była przepełniona po brzegi. Przyszedłszy zawczasu, zająłem miejsce tak, aby móc zwracać się jednocześnie do prezydium i zarządu po mojej lewej stronie, a do mego audytorium po prawej. – Punktualnie o 8 wieczorem, przy atmosferze jawnie naładowanej prochem, przez ciasne przejście między piecem a mną przedefilował jak orszak koni wyścigowych przed „Derby” „Jaśnie Wielmożny Zarząd”. Plater, który jeszcze się ze mną choć lodowato witał, zatrzymał się przede mną i tak, jak niegdyś pani Du Barry w 1794 roku przed gilotyną próbowała rozczulić kata, swoim pamiętnym głosem nosowym (jak wiadomo kwintesencja arystokratycznego stylu) rzekł mi: „Panie Hipolicie, ja jestem jednym z najstarszych przyjaciół pańskiego ojca i pana pamiętam od czasów, gdyś jeszcze koniec koszulki w zębach trzymał. Dlaczego mnie pan tak wszędzie niemiłosiernie obgaduje?” Ja na to: „Pan Marszałek się myli, owszem bardzo często pana bronię twierdząc, że gdyby mnie w ciągu trzydziestu lat wszyscy tak kadzidło łamali na nosie jak panu, to bym był daleko gorszy”. Więcej odtąd aż do mego wstąpienia do Rady Państwa nie poznawaliśmy się. Po bardzo niedyplomatycznym wyborze tegoż Platera na przewodniczącego zebrania, pierwszy zabrałem głos. Moja mowa trwała dobrze przeszło godzinę, została nazajutrz dosłownie wydrukowana w „Siewierozapadnom Słowie”. Po wyjaśnieniu krytycznego stanu, w którym się znajduje bank dzięki krachowi dłużników miastowych, opierałem moją argumentację i moje oskarżenie na tym, że z każdym rokiem, od śmierci śp. Jana Lubańskiego, lejtmotywem działalności banku jest jedynie powiększenie tantiem zarządu i komisji szacunkowej na koszt akcjonariuszy, dłużników i posiadaczy listów zastawnych. Ponieważ te tantiemy obrachowuje się nie z rozdanej oddzielnym akcjonariuszom dywidendy, lecz z całości dochodów bez obrachowania strat na sprzedanych majętnościach, które spisuje się z kapitału rezerwowego, więc doszło do tego absurdum, że przy jednakowej i dziś i przed piętnastu laty liczbie osób, dzielących te tantiemy, dywidenda akcjonariuszy w porównaniu z epoką p. Jana Lubańskiego zmniejszyła się o 25%, a wynagrodzenie każdego z dyrektorów poosobno wzrosło przez ten czas o 200%. – Ta część mojej filipiki, w gruncie najboleśniejsza, była tak dobitnie udowodniona, że została bez wszelkiej odpowiedzi ze strony licznych obrońców zarządu. Drugim bardzo dotkliwym dla zarządu zarzutem było niemiłosierne i mocno zadokumentowane wyjaśnienie prawdziwej natury pewnej operacyjki, dokonanej w ostatnich dwóch tygodniach przed ogólnym zgromadzeniem, którą mi detalicznie wytłumaczyli moi dobrowolni denuncjatorowie. Miała szczególnie anormalny charakter i bodaj, że na Zachodzie mogłaby nawet pociągnąć jej sprawców na ławę oskarżonych. Mianowicie dziewiątego stycznia, tj. dwanaście dni przed zebraniem, odbyły się targi na domy, już raz wystawione na licytację i nie kupione: gdyby i teraz nie znalazły nabywców, to podług statutu przeszłyby na własność banku, a ten byłby obowiązany rozprzedać je po bądź jakiej cenie w ciągu roku. Tymczasem na tych targach wystąpiła jakaś dotychczas na tym terenie nieznana spółka Huszcza i Malinowski, która kupiła za dług hipoteczny dwieście kilkadziesiąt domów, położonych w rozmaitych miastach. Dowiedziałem się, że Huszcza i Malinowski, właściciele technicznego biura, byli właściwie figurantami, a głównie zainteresowanymi kapitalistami rodzona siostrzenica jednego z dyrektorów p. Pawła Kończy i dwaj stryjeczni bracia drugiego, mianowicie samego Platera: a mogli to bezpiecznie zrobić dlatego, że do warunków sprzedaży w ostatniej chwili dodano paragraf, także w ostatniej chwili przez ministerstwo finansów zatwierdzony, który pozwalał zarządowi banku według swego widzimisię już po kupnie zmniejszyć dług hipoteczny do rozmiarów „pozwalających nabywcy spłacać roczną ratę z amortyzacją włącznie z czystego dochodu nabytej nieruchomości”. To jest właściwie stać się po upływie amortyzacyjnego terminu właścicielem tej nieruchomości bez wydatku jednej kopiejki; a że ta niesłychana ulga zależała wyłącznie od widzimisię zarządu, więc konkurencja kupców niezapewnionych o jego protekcji była absolutnie usunięta. To pozwoliło mi bez zaprzeczenia zaproponować dla tej spółki następną firmę: bratnio-siostrzane towarzystwo dla wykorzystania kosztem akcjonariuszy banku błędów i nadużyć, popełnionych przez jego zarząd.

Naturalnie naszpikowałem moją mowę kilku przykładami fikcyjnego charakteru prawideł bankowych co do estymacji zahipotekowanych nieruchomości, która prowadziła do tego, że podług tego, czy jeden z dyrektorów chciał pod ręką nabyć zahipotekowany majątek (cytowany wyżej przykład z majątkiem Łuczaj hr. Mostowskiego), czy też jeden z jego faworytów chciał się korzystnie pozbyć niedogodnej nieruchomości (wypadek z domem kupionym przez zięcia śp. Lubańskiego, p. Kaszyca, za kilkanaście tysięcy rubli, natychmiast założonym w banku za trzydzieści kilka i bankowi zostawionym), maksymalna estymacja mogła się równać albo szóstej części prawdziwej wartości sprzedanej nieruchomości, albo przewyższała tę wartość potrójnie.

Naturalnie posypały się odpowiedzi wyłącznie ze strony członka zarządu Montwiłła i adwokatów bankowych, mecenasów Wróblewskiego i Sumoroka. Ale te odpowiedzi, prawie wyłącznie osobistego charakteru, zupełnie nie osłabiły wrażenia mojej filipiki, zbyt mocno na niezaprzeczonych faktach opartej. Montwiłłowi, który rozwlekle rozwijał myśl, że p. Milewskiemu, „który nic nie robi, łatwo się nie mylić i drugich krytykować”, sucho odpowiedziałem, że ja w moim zawodzie rolniczym owszem dużo robię i dużo popełniam omyłek, lecz sam za nie płacę, a majątku cudzym kosztem na nich nie buduję. Wróblewskiemu, który jako wyspecjalizowany w sprawach kryminalnych adwokat oburzał się na mój brak zaufania do cnotliwego zarządu, odrzekłem, że idzie tu wyłącznie o zagadnienie ekonomiczne, a z różnych gałęzi nauk ekonomicznych, które wszystkie znam, jedna mi jest nieznajoma, którą pozostawiam p. Wróblewskiemu, jest to ekonomia uczuciowa.

Ponieważ zgodnie ze statutem potrzebne było drugie zebranie, wyznaczone na dwunastego lutego tegoż roku; żadnych konkretnych wniosków nie postawiłem, a wniosek Bogdanowicza o naznaczenie rewizji ministerialnej został naturalnie ogromną większością odrzucony. Dwa tygodnie później (12 II 1902 r.) miało miejsce dla zatwierdzenia nowych wniosków zarządu drugie, ostateczne zebranie, na którym Plater miał ostrożność się nie zjawić, lecz przewodniczył jakiś wybrany, zresztą bezbarwny akcjonariusz, a był obecny kontroler rządowy p. Dubrawin (pół karła, garbaty). Powaga jego cierpiała bardzo na tym, co każdemu było wiadomem, iż dawszy się kooptować jednocześnie na dyrektora, niezależnie od dość skromnej pensji z ministerstwa finansów, otrzymywał od zarządu równe z dyrektorami tantiemy. Zasiadał przy stole w mundurze ogólno-urzędniczym (tzw. vice-mundur). Chcąc się podlizać swoim hojnym chlebodawcom i ulegając dopiero wówczas ledwie zaczynającemu słabnąć, a od czasów Murawiowa (40 lat!) niezachwianemu przekonaniu o naturalnym zwierzchnictwie wszelkiego Rosjanina nad „polaczyszką”, ten niepoczesny garbus „zagalopował się” i tak, jak przed 20 laty biedny hr. Zubow z bratem Ignacym‚ przerwał moją, bardzo dla zarządu przykrą, lecz co do formy poprawną mowę słowami: „Uprzedzam pana, że kiedy pan nie zmiękczy swojej mowy, to panu głos odbiorę, albo nawet z sali wydalę”. Lecz jak mówią Moskale: „Nie na swojego popadł”. Spokojnie, lecz bardzo twardo patrząc mu w oczy, odrzekłem: „To ja pana powołuję do porządku: mnie, a nie panu przewodniczący dał prawo głosu, i pan mnie nie wyprowadzisz, bo nosisz mundur urzędnika państwowego, a nie liberię bankowego woźnego. Przedłużam mowę”. Garbus ani pisnął, i co najlepsze, gdy po kilku dniach spotkaliśmy się przed drzwiami banku, najuprzejmiej mi się pokłonił.

Wiecznie się będzie sprawdzał francuski wiersz XVI wieku:

„Oignez vilain, il vous poindra,

Poignez vilain, il vous oindra.”[1]

Na tym zebraniu już wystąpiłem z trzema wnioskami: l) żeby był cofnięty warunek, pozwalający bankowi według swego widzimisię zniżać dług nabywcom zlicytowanych nieruchomości, 2) aby były zmniejszone progresywne, według czasu opóźnienia w opłacie procentów, grzywny, 3) aby było postanowione dla tantiem zarządu maximum 12 000 rb. dla dyrektorów, a 6 000 rb. dla członków komisji szacunkowej, a nadwyżka rozdana urzędnikom. Naturalnie „dla honoru”… wszystkie trzy wnioski zostały odrzucone. Lecz to było zaiste Pyrrusowe zwycięstwo.

Te moje wystąpienia 21 stycznia i 12 lutego zrobiły w całym naszym kraju nadspodziewane wrażenie.

„Siewierozapadnoje Słowo” zebrało w dość grubą broszurę wszystkie mowy i polemiki na jego własnych szpaltach wydrukowane i parę tysięcy egzemplarzy zostało momentalnie rozchwytanych. Odczytałem teraz tę broszurę, której egzemplarz udało mi się jakoś wyratować, i dziś, kiedym jak zwykłe stare niedołęgi stał się „dobrym” człowiekiem, muszę się przyznać do ciężkich wyrzutów sumienia przed śp. hr. Dinde, Kasprem, Melchiorem i Baltazarem. Ależ ich trzepałem, trzepałem! A co oni właściwie zrobili? Wszędzie, gdzie mogli, trochę „naskrobali”. Ależ to były czasy ohydnego przekupstwa, łapownictwa, wszystkich (jak wiadomo) z despotyzmem związanych przywar. Mimo to moje ówczesne ofiary, choć skrobali, rozdawali nam, baranom akcjonariuszom, do 1914 roku na jedną akcję pierwotnie 250-rublową po 40 rubli złotych rocznej dywidendy.

Dodam, że w końcu te niby rekiny mało skorzystały na swojej skrobaninie lub nawet do niej dopłaciły. Melchior-Montwiłł prawie wszystko, co naskrobał, wpakował do swojej filantropii; Kasper-Kończa – do przerobienia swoich Szeszoł (dziś w Kowieńszczyźnie) w cacko gospodarcze. Nawet Baltazar-Bortkiewicz, jak opowiem dalej, dosypał do składu Towarzystwa Rolniczego 45 000 rubli. A co do hrabiego Dinde, to mocno przypłacił do swojej skrobaniny. Dali się skusić (razem z Lubańskim i Zubowem) za marne 3 000 rubli rocznych nominalnym tytułem członków zarządu Banku Komercyjnego, założonego jednocześnie z Bankiem Ziemskim jako jego ściek. Prawdziwy gospodarz, Niemiec Goldman, puścił się na nieostrożną i przeciwstatutową spekulację, na zniżkę papierowego rubla, strwonił na niej cały własny fundusz i prawie cały kapitał banku. Członkowie zarządu pokryli stosownie do ówczesnej etyki (głupiej, głupiej, głupiej!) straty banku z własnych funduszów, jedni w gotówce, inni w corocznie odnawianych wekslach; w końcu spadkobiercy hr. Dinde, wdowa i synowie, kosztem sprzedaży jego akcji i pałacu na Wielkiej ulicy, wnieśli Bankowi Komercyjnemu całych czterysta tysięcy rubli odszkodowania.

A dziś, kiedy dzięki zasadom swobody, równości i braterstwa dożyliśmy związanej z nimi (jak wiadomo) cnoty republikańskiej i nieskażoności, mamy takie towarzystwa akcyjne, które zatrudniają setki urzędników, tysiące robotników i których dyrektorowie przeżywają po kilka, nawet kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie… a akcjonariusze sprzedają swoje akcje na giełdzie po kilkadziesiąt groszy za sztukę… i nikt zarządów nie trzepie!

Naprawdę czuję się przy tym wspomnieniu jak człowiek, który srogo wybatożył jakiegoś malca za to… że zjadł w cukierni jedno zbytnie ciastko.

Pomimo odrzucenia moich wniosków na zebraniu nacisk opinii był tak silny, że wszystkie moje postulaty zostały, i to z dodatkiem, przeprowadzone przez sam zarząd w ciągu następnego roku. Bratnio-siostrzana spółka została rozwiązana, a na następnym walnym zgromadzeniu uchwalono nawet najboleśniejszy mój postulat, tj. redukcję tantiem zarządu bankowego do wskazanego maximum, dwunastu i sześciu tysięcy rubli.

Jeśli się dłużej zatrzymałem na tych dwóch epizodach mojej kariery społecznej, to dlatego, że na tych dwóch między sobą związanych trampolinach, rolniczej i bankowej, właściwie wyrósł ten dotychczas dla mnie niezupełnie pojęty wpływ, którym się cieszyłem wśród naszej wileńskiej szlachty ziemiańskiej w latach 1900-1914. Muszę przyznać, że podług starych tradycyj wszystkiego, literalnie, mi do tego brakowało. Miałem w Wilnie dla komfortu własne mieszkanie, ale żyjąc albo w Łazdunach albo za granicą lub później w Petersburgu, nie prowadziłem otwartego domu i gardeł moich zwolenników nawet herbatą nie zalewałem. Brakowało mi także fizycznych właściwości klasycznego „społecznika”. Wzrost ledwie średni (166 cm), figura szczupła, sucha; ani imponującego brzucha, ani nawet poważnej, gałkowatej łysiny nie miałem; a głos, jeśli dochodził do końca dużej sali, to tylko dzięki starannie wyrobionej jeszcze w młodości dykcji. W końcu między ludźmi, nie umiejącymi żyć bez towarzystwa i koleżeństwa, byłem dzięki mojej smutnej, razem pracowitej i chorobliwej młodości, typowym sąmotnikiem. Wykorzeniony Litwin lub przeflancowany Francuz, nie znałem w całym kraju prócz krewnych dziesięciu ludzi, z którymi byłem na „ty”.

A jednak w ciągu piętnastu lat ta kochana (Bóg zapłać) szlachta wileńska szła za mną zwartym orszakiem, wierzyła mi i podtrzymywała. Dlaczego? Chyba tylko dlatego, że czystym trafem okazałem się „stosownym człowiekiem w stosownej chwili” i trafem skorzystałem z tak zw. momentu psychologicznego.

Od 1865 roku do mniej więcej 1900 duch tej wileńskiej szlachty ziemiańskiej uległ był strasznej depresji. Po ciężkich stratach i ofiarach lat 1863-1865 doszła ona pod trzydziestokilkoletnim uciskiem do usposobienia owego Sieyes’a, który zapytany o to, co robił podczas terroru 1793-1795, odpowiadał: „j’ai vécu”. Nie używała nawet tej broni, którą nieprzyjaciel jej pozostawił[2], i apatycznie oddawała się „niesprzeciwianiu się złemu”. Aż około lat 1898-1900 przeszedł, jak już mówiłem, przez to społeczeństwo jakiś dreszcz przebudzenia i poczuło ono na dowód powrotu do życia potrzebę… no, po prostu pokazania języka. Ja zostałem tym emblematycznym organem. Wzięto mnie i wystawiono przed moskiewskimi lub bankowymi gnębicielami: Macie, psiakrew.

Tu poczucie sprawiedliwości wywołuje jedno wyznanie. W ogóle nie tylko nie byłem nigdy feministą, lecz nawet dzisiejsze tak zwane „chłopczyce” są dla mnie szczególnie wstrętne. Ale „każdemu swoje”. Te młode panienki, o których pisałem wyżej pod datą 1865 roku, wychowane prawie wyłącznie na francuzczyźnie, mówiły polszczyzną zapożyczoną od pokojówek, nic po polsku nie czytały, o historii naszego narodu wiedziały mniej niż o rzymskiej. Gdy jednak zaczęto niemiłosiernie dusić ich narodowość i wiarę, bez propagandy i agitacji, pojedynczo wszystkie te panieneczki, których ostatki dziś, jak moja siostra, są 80-letnimi staruszkami, przerobiły się na zajadłe bojowniczki polskości. Już to korzystając, mimo jakich trudności!, z kilku tajnych pensjonacików, co kilka miesięcy zmieniających mieszkanie (pod tym względem dwie siostry panny Mierzejewskie oddały nieocenione usługi), już to podług środków sprowadzając nauczycielki z Kongresówki lub Galicji, prenumerując warszawskie pisma i nabywając polskie książki, te dzielne kobietki znajdowały sposób nauczyć swoje córki tego, czego same nie umiały. Oprócz tego na wsi, dzięki najrozmaitszym figlom i łapówkom, prawie wszystkie utrzymywały polsko-katolickie szkółki dla swojej czeladzi i bliższych włościan. Im to, daleko więcej niż mężczyznom, trzeba przyznać zasługę, że w 1900 r. płomyk polskości na Kresach mógł znowu się rozniecić. Cześć tym zacnym mrówkom!

 

[1]) Pogładź chama, on cię szturchnie, szturchnij chama, to cię pogładzi.

 

[2]) A już od czasów Potapowa można było odgrywać się, często skutecznie. Oto jeden z licznych przykładów: Koło 1890 r. miałem jako sędziego pokoju jakiegoś Konorowa, łapownika, bandytę, którego żona, niepiśmienna chłopka, namawiała włościan, aby wszczynali głupie procesy, i brała je „na akord”. Na prośbę sąsiadów udałem się do wspomnianego prezesa izby sądowej Stodolskiego. On mnie ofuknął: „Sędziego K. uważam za wzorowego”. „Panie prezesie, wierzę, że jego papiery są wzorowe. Lecz cóż, jeśli na tych papierach zeznania świadków brzmią biało, a były składane czarno?” – „W takim razie on godziny na miejscu nie zostanie, lecz pan musi to dowieść.” „Dowiodę!” Nająłem zawodowego krętacza, który cały miesiąc podsłuchiwał sprawy, spisywał swój prawdziwy protokólik, kupował od głodnego „pismowoditela” kopie oficjalnych protokółów i wręczył mi jakiś tuzin „ananasów” sądowych, które oddałem Stodolskiemu. Ten pojechał na miejsce, sprawdził osobiście, we dwie godziny sprzątnął bandytę i zaprosił mnie na uroczyste posiedzenie zjazdu sędziów pokoju, na którym wystosował do mnie mowę na temat mego dobrego czynu obywatelskiego, kończąc słowami: „Wierz pan, że liczni wyżsi przedstawiciele władzy gorąco by pragnęli wykorzenić nadużycia, lecz o nich nie wiedzą, bo publiczność wszystko znosi i często nawet broni winowajców ze strachu przed ich zemstą”.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/hipolit-korwin-milewski-wspomnienia-tom-i/

  21 komentarzy do “Wspomnienia Hipolita Milewskiego. Walka z Wileńskim Bankiem Ziemskim”

  1. trochę obok, głos do linku o książce

    na narzekania na „zdalne” nauczanie rozesłałam znajomym dzielnie przeze mnie przepisane duże cytaty z procesu nauczania ucznia Milewskiego , pobierającego nauki w świetnej paryskiej szkole dla zamożnej młodzieży (mieszkającej zimą w nieogrzewanych pomieszczeniach) 0raz ze 'Szkiców węglem' nauczanie pruskie zakończone śmiercią ucznia – obrazili się na mnie.

    Mija prawie rok milczenia

  2. trzech durnowatych malwersantów, kantujących na bieżące swoje potrzeby, nie zrozumienie roli banku w życiu gospodarczym regionu, jako instytucji pośredniczącej (kredytowe wspomaganie i rozliczanie) , która to instytucja obsługiwała szmat ziemi,  czyli od Wilna do Dyneburga, od Białegostoku do Mińska … no i aż po Psków.

    ziemiaństwo niszczone przez towarzystwo wzajemnej adoracji

  3. jeśli wszyscy brali łapówki to chyba minister nadzorujący bankowość, też coś otrzymywał, nie kończyło się to tylko na przedstawicielu ministerstwa.   Zapewne nie ma pamiętników łapówkarzy.

  4. Tych durnowatych wypuszczono i wykorzystano , stali się burym polskim tłem dla błyszczących i wzorowych banków bez narodowości funkcjonujących do dzisiaj.

  5. A dziś:

    +Kaczyński+Morawiecki+Błaszczak+2021+

  6. Ach te dyskusje ze znajomymi 🙂

    ”Chcesz mieć rację czy relację.”

    Rzadko z kim można naprawdę dyskutować. Do tego jest niezbędna umiejetność krytycznej analizy własnych poglądów. Rzadkie, oj rzadkie 🙂

  7. Błaszczak skończył się wypowiadając z triumfem słowa : „ nastał koniec ery Honkera w armii polskiej”.

    Czy byłoby możliwe wypowiedzenie słów „nastał koniec ery Mercedesa/Humvee” przez odpowiedników w innych krajach?

    Prosty, oparty prawie w całości na lokalnym przemyśle, dający zatrudnienie kilkuset osobom, owszem, wymagający konsekwentnych modernizacji, noszący dumną nazwę, został zastąpiony przez chromowane, cukierkowe pickupy z bajerami. I na koniec opluty.

  8. Tytus ORAZ  Jimmy – piszcie na swoim blogu nie na cudzym

  9. A  to  sie  Panu  udalo…

    …  super  trafne  !!!

  10. Ta … lepiej było : Komorowski, Tusk, Siemoniak i Sienkiewicz.

  11. No proszę, jak można cudzy blog zainfekować. Zamiast umieścić  swoje zdanie o problemach poruszonych w tekście to właścicielowi bloga …. buty szyją …

  12. lukratywność  pracy urzędniczej w Królestwie Polskim to wynagrodzenia na kancelarię generał – gubernatora  asygnowano rocznie 20 800 rubli, a w Rydze juz tylko  5 812 , wynagrodzenie moskiewskiego generał -gubernatora wynosiło 58 800 rubli, warszawskiego 37 240 rubli a zachodnio-syberyjskiego juz tylko 13 233 rubli. traktowano królestwo jako urzędniczą kalifornię.

    no to panowie z banku wileńskiego też aspirowali do wysokich wynagrodzeń

  13. jest różnica ponad 20 mld w programie „’500 PLUS”

  14. dane ze stycznia 2021

    od początku programu 135 mld na 500 plus – znajdż różnicę między jednym rządem a drugim

  15. PO kradło ale nic nie dawało suwerenowi, PIS kradnie ale daje suwerenowi ochłapy 🙂

  16. Analogia do dzisiejszych czasów widoczna gołym okiem. Banda bankierów, której przedstawicielem na Polskę jest Morawiecki-junior, pod płaszczykiem pandemii, wprowadza nowy ład, przejmując prawie za bezcen przedsiębiorstwa zwłaszcza turystyczne (poprzez Polski Holding Hotelowy).  Podlane to jest sosem patriotyzmu, jakiego świat nie widział (po to potrzebny jest J. Kaczyński).

    Podobnie było z Wileńskim Bankiem Ziemskim.

  17. Cieszę się, że się podobało.

  18. Najlepszą wersję słyszałem za rządów SLD:

    Kwaśniewski, Miler, Belka.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.