Bo jakby co to scenariusz jest już gotowy. I to taki prawdziwy, a nie taki, jak go sobie wyobrażają ludzie niezorientowani. Na podstawie książki Jana Piotrowskiego, jego wnuk – Jacek Bąk – nakręcił kilka krótkich filmów dokumentalnych. No, ale każdy kto wziął tę książkę do ręki rozumie, że to jest materiał na fabułę. Taką prawdziwą, która składa się ze scen bardzo precyzyjnie zaaranżowanych. Nie zaś na taką, jaka się śni ludziom permanentnie podekscytowanym. Książka Piotrowskiego jest gotowym scenariuszem nie dlatego, że opowiada o przygodach na wojnie a la Franek Dolas, ale dlatego, że odkrywa kawałek po kawałku, mechanikę wojny.
Mamy zamknięty obszar czterech ulic, do którego co jakiś czas docierają nowe postaci. Obszar ten ma swoją hierarchię, jest dowódca, pogubiony na początku, młody człowiek, który stara się wykonać zadanie mu powierzone. Nic mu tego nie ułatwia. Dowódca, który znajduje się dwa kwartały dalej, w stronę Wisły, chce go postawić przed sądem. Oficerowie, którzy nie zdążyli na mobilizację, a znaleźli się w obszarze mu powierzonym, próbują – wbrew regulaminom i rozsądkowi – odebrać mu dowództwo. W chwili kiedy on dysponuje najlepiej zorganizowanym oddziałem. Jest nawet wątek romansowy, bo na samym początku mamy scenę z dwoma niewiastami, jak się w tej książce określa kobiety, z których jedna zostanie potem żoną autora. No, ale nie jest to wątek rozwinięty w taki sposób jak widzieliśmy w głupim filmie „Miasto 1944”, którego twórca chciał za wszelką cenę pokazać dramat Powstania i wyszła mu z tego operetka o baletnicy w ciąży. W książce Piotrowskiego wszystko jest, jak w prawdziwym wojsku – dokładnie opisane i nazwane. I każdy rozdział zaczyna się od wskazania kto ma co robić i dlaczego taka jest decyzja.
Jest więc plan filmowy, są bohaterowie i rozwija się akcja. Ona rozwija się na tyle powoli, byśmy mogli dokładnie poznać wszystkich bohaterów, a nawet z niektórymi się zaprzyjaźnić. Walki bowiem nie toczą się jeszcze w Śródmieściu, widać dymy z płonących domów na Woli i Ochocie, słuchać odgłosy strzelaniny, ale na razie największym zagrożeniem są niemieccy snajperzy, ukryci na dachach i volksdeutsche, których trzeba pilnować, bo kilku ich mieszkało w kamienicach kwartału zajętego przez kompanię Lewar. Trwa opracowywanie strategii, której celem jest wykonanie zadania wyznaczonego przez dowództwo – zdobycia Komendy Głównej Policji. Piotrowski podejmuje decyzję, że trzeba zrobić podkop pod ulicą Mazowiecką. I taki podkop powstaje w ciągu 36 godzin. Staje się on też częścią podziemnych tras łączniczek wędrujących z dzielnicy do dzielnicy.
Na wszystko patrzymy oczami dowódcy, a ten wskazuje nam z jakimi problemami musi się mierzyć. Jeden z podwładnych wymyślił, że trzeba powiesić flagę na domu, gdzie kwateruje dowództwo. Nie można mu było wytłumaczyć, że to wskazanie dla wroga, który będzie wiedział dokładnie gdzie ma kierować ostrzał i samoloty. Dowódca jednak nie chcąc gasić ducha w podwładnych pozwolił na wywieszenie flagi. Kazał jednak ewakuował znajdujący się w budynku arsenał butelek zapalających. I dobrze zrobił, bo Stuka pokazała się w niedługi czas potem, ostrzelała ulicę i zrzuciła bombę. Flagę zdjęto.
Cały czas czytamy o tym, że Niemcy koordynują działania samolotów bombardujących miasto z informacjami od szpiegów, poszukujących punktów dowodzenia. I tak właśnie było na Jasnej, gdzie znajdowało się dowództwo Śródmieścia, początkowo niezlokalizowane przez oddziały skoncentrowane w kwartale gdzie rozgrywa się akcja książki. Kiedy nadleciały samoloty i zaczęły walić bez opamiętania w budynki przy Jasnej, każdy już wiedział dokładnie gdzie jest to dowództwo.
Każda postać w tej opowieści jest charakterystyczna i ważna, ilość epizodów dających pole do popisu aktorom jest ogromna. No, ale takiego serialu Netflix nigdy nie nakręci. Albowiem w Netflixie wiedzą, że serial musi być albo głupkowaty, albo pornograficzny, ewentualnie pornograficzny z elementami horroru. I tylko ten ostatni format jest zarezerwowany dla Powstania Warszawskiego. Nic więcej nie można pokazać, albowiem widz jest w Polsce traktowany przez producentów, reżyserów i aktorów, jak debil, Tymczasem jest na odwrót – to oni są debilami. Skąd jednak w nich ta pycha? Spróbuję to wyjaśnić na innym przykładzie. Oto wczoraj skończyłem oglądać serial o Lockerbie. Jego znaczna część, w trzech ostatnich odcinkach, poświęcona jest temu, jak lokalna społeczność integruje się mając za sobą tą straszną traumę. A także jak integrują się ze sobą rodziny ofiar, które doprowadziły do bankructwa linii PAN AM. No i rzecz jasna o tym, jak te rodziny integrują się z mieszkańcami Lockerbie. Taki zabieg był konieczny, albowiem trwające przez trzynaście lat śledztwo i proces nie dały rodzinom ofiar wymaganej satysfakcji. Skazano jednego libijskiego oficera, który wyszedł w roku 2009, a więc nie odsiedział nawet połowy kary. Kadafi wykupił go, a z więzienia wypuszczono go, albowiem miał raka w stadium terminalnym. Po tej diagnozie żył jeszcze 33 miesiące. I nikt nie wie na co tak naprawdę umarł. Nie zatrzymano nigdy człowieka, który zrobił bombę, choć na koniec pojawia się informacja, że będzie sądzony w roku 2025. Mamy rok 2026 i nic o tym nie wiadomo, bo są ważniejsze rzeczy. Wyrok w sprawie Lockerbie zapadł w roku 2001, w styczniu, a we wrześniu mieliśmy już World Trade Center. Potem wojnę w Afganistanie i początek polityki multi-kulti. Serial o Lockerbie miał zapewne przypomnieć okoliczności zamachu i podnieść ludzi nieco na duchu. No, ale ujawnił też słabość systemu i zafałszował charakterystyki postaci, jak choćby głównego zamachowca, który – będąc biednym Arabem z kraju o ustroju totalitarnym, studiował w Cardiff i jeździł wielokrotnie do USA i Kanady. Na pewno więc w sprawie jest jakieś drugie dno. Stąd też taki pomysł, by uczynić zbiorowość, a raczej zbiorowości, głównymi bohaterami tej produkcji.
Powróćmy teraz do filmu „Smoleńsk”, a także do wydarzeń z 10 kwietnia roku 2010. Kto był głównym bohaterem tamtych dni? Zbiorowość właśnie, cały naród, który zdał egzamin, w przeciwieństwie do urzędników, służb i polityków. Czy ktoś pomyślał o tym, by zrobić film o tej zbiorowości? No nie, takich rzeczy w Polsce być nie może. W serialu o Lockerbie wyraźnie słychać, w wielu momentach, słowo – determinacja. Że potrzebna jest determinacja. I ona jest potrzebna także w relacjach między służbami poszczególnych krajów. Więcej – Amerykanie wymagają wręcz determinacji, bo to im pomaga w orientowaniu się kto jest silny, a przez to groźny naprawdę. I komu bardziej zależy.
Na co wymieniono determinację w roku 2010 w Polsce? Nie chcę nawet myśleć. Na możliwość pieprzenia w nieskończoność o tym czy był zamach czy go nie było. I na politykę gabinetową w oderwaniu od naturalnych rozstrzygnięć dających narodowi podmiotowość. I nie mówcie mi, że tak nie było. A jak już obejrzycie ten serial o Lockerbie, wyobraźcie sobie, że aktorzy grający główne postaci, pojawiają się po 10 kwietnia w Warszawie i widzą ten tłum. Oraz tych wszystkich łobuzów sikających na znicze, a także służby które te znicze zbierają łopatami. Co oni – działający według schematu zawartego w scenariuszu – mogliby w takiej chwili pomyśleć? Moim zdaniem tyle, że kraj jest po okupacją. Ludzie zaś, którzy obiecali narodowi wolność, dogadują się, nie ze strachu bynajmniej, z okupantami. A dlaczego się dogadują? Bo nie rozumieją, że obecność amerykańskich służb i ich pomoc jest warunkowa i zależy od determinacji właśnie. Tę zaś trzeba okazać. I to się niestety wiąże z ryzykiem. Na to zaś nikt nie chce się zdobyć, bo nikt w Polsce nie lubi ryzykować, choć wielu to deklaruje.
Zupełnie inaczej było w Powstaniu. Nie było na miejscu ani amerykańskich służb, ani nawet aktorów z żadnego serialu. Była tylko determinacja, która została wykorzystana do nakręcenia zbrodniczej koniunktury. O czym nie można powiedzieć do dzisiaj, albowiem nie ma zdeterminowanych reżyserów. Opowiada się więc, że Powstanie widziane z perspektywy dowództwa to grecka tragedia, albo wynik głupoty i błędnego rozeznania, że bitwa czołgów pod Radzyminem, uniemożliwiła sowietom przyjście z pomocą i takie tam dyrdymały. Proszę Państwa, zarówno po sowieckiej jak i po niemieckiej stronie działali oficerowie, którzy zaplanowali w życiu nie jedną dużą operację. Ze wszystkimi szczegółami w dodatku, w oparciu o doskonałe rozpoznanie. Dla takich ludzi skręcenie scenariusza na to całe Powstanie to była bułka z masłem. Szczególnie, że dysponowali pełnymi informacjami o dowództwie i profilami psychologicznymi oficerów, jakbyśmy dziś powiedzieli. Takich scenariuszy było zapewne kilka. Można też wskazać dokładnie dlaczego wybrano ten właśnie, który opisany został w książce Jana Piotrowskiego – „Jak zdobyć Kościół św. Krzyża i komendę policji”. Oto ktoś zacytował na iksie rozmowę Andersa z Borem, kiedy to Anders wysuwa oskarżenia w stosunku do Bora, a ten mówi, że zgodził się na Powstanie, albowiem inaczej cała chwała spłynęłaby na jednostki AL. I co? Żaden śledczy dziennikarz nie podjął się trudu rozszyfrowania znaczeń tkwiących w tej wypowiedzi? Nie chce się nikomu? Nie mają czasu? Giertych i jego wygłupy są ważniejsze? No to my spróbujmy. Jeśli ktoś stawia taką kwestię, a jest dowódcą AK, a potem mianowany zostaje naczelnym wodzem – mimo zarzutów, jakie mu się stawia. To znaczy, że wykonał zadanie właściwie, tak, jak tego odeń oczekiwano, a także wskazał kto był głównym beneficjentem strategii planowanych w Warszawie – były to ugrupowania komunistyczne czyli agentura sowiecka. Wypadki mogły się rozgrywać w dwóch kierunkach – Bór odmawia, nie wydaje rozkazu. I wtedy – zgodnie z doktryną opisaną przez Piotrowskiego – wybuchają walki w pojedynczych punktach, na co Stalin reaguje natychmiast i front rusza z całą mocą. Warszawa zostaje zajęta jeszcze latem, dowództwo AK jest aresztowane, ci którzy mieli coś za uszami przechodzą na stronę sowietów, a ci co nie rozumieli na jakiej planecie wylądowali idą na Syberię. Potem sowieci przejmują całą strukturę AK, a kiedy już ją przejmują, powoli obsadzają stanowiska dowódcze swoimi ludźmi i usuwają ze struktury element niepewny. Miasto jednak jest ocalone. Wariant drugi – AK wierzy, że sowieci będą ich traktować podmiotowo i decyduje się na walkę, w przekonaniu, że Stalin musi przeć naprzód, albo wręcz po otrzymaniu informacji od jakiegoś agenta, że tak właśnie będzie.
I teraz wyobraźcie sobie, że mamy na Netflixie serial, gdzie narracja prowadzona jest dwutorowo, albo nawet trzytorowo. Z punktu widzenia agentury niemieckiej i sowieckiej, poprzez kwaterę dowództwa, a także z kwartału ulic: Krakowskie Przedmieście, Świętokrzyska, Mazowiecka, Traugutta. To byłby fajny serial, ale problem w tym, że żaden z historyków nie zrozumiałby o co w nim chodzi. Takie odnoszę wrażenie słuchając ich wypowiedzi na temat Powstania. Możecie jednak spać spokojnie. Taki serial, jak nadmieniłem, nigdy nie powstanie, a książka Jana Piotrowskiego pójdzie w zapomnienie. Będzie co najwyżej ciekawostką w waszych bibliotekach.
Na dziś to tyle, a ja, jak zwykle, mam trochę rynkowych niespodzianek.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/po-roku-1177-przed-chrystusem-o-przetrwaniu-cywilizacji/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-hannibala-historia-militarna-drugiej-wojny-punickiej/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/grecja-i-rzym-na-wojnie/
No i ogłoszenia:
W sobotę 5 września będzie konferencja w Drzonkowie (a nie w Zatoniu jak podawałem wcześniej) pod Zieloną Górą, a w piątek 4 września o 15.00 wystąpię, jak w zeszłym roku w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem i opowiem o okolicznościach śmierci króla Stefana Batorego.
Niestety mój kolega Sasza, dzięki któremu nagrywam pogadanki i promuję przez nie książki, nie poradzi sobie sam, z wynajęciem lokalu w kolejnym sezonie. Opisywałem jego sytuację wiele razy. Na razie udało się nam uzyskać tyle, że może płacić za lokal z miesiąca na miesiąc. Ja oczywiście rozumiem, że wszyscy są wkurzeni postawą polityków ukraińskich i zachowaniem niektórych uchodźców, ale te kwestie nie dotyczą naszej sprawy. Tak się złożyło, że Bóg doświadczył mnie opieką nad tą rodziną i ja nie za bardzo mam wyjście. Nie zostawię ich na bruku. Relacji z rodakami Sasza w zasadzie nie ma bo czas wolny poświęca dla córki, którą samotnie usiłuje wychowywać, pracując jednocześnie na Żeraniu w jakiejś ukraińskiej firmie. Do tego pomaga mi w promocji. Stosuneczki w tej firmie możecie sobie wyobrazić. Jeśli więc ktoś ma ochotę wspomóc moją zrzutkę, bo sam naprawdę nie dam rady tego uciągnąć, zważywszy na stale zmniejszającą się sprzedaż, będę wdzięczny.
Dobrze, że powiedział Pan w pogadance, że Ruscy i Niemcy współpracowali przy Powstaniu. Ta wypowiedź, oczywiście spotkała się z atakiem w komentarzu. Co do zdania, żeby „chwała nie spłynęła na AL”, to jest prawda, bo celem akcji Burza, której częścią było Powstanie, było powitać armię czerwoną jako gospodarze. AK posiadało listy imienne stanowisk administracyjnych do obsadzenia (prezydenci miast, burmistrzowie etc). Powstanie więc nie było „samotną wyspą”, ale częścią większego planu. Żołnierze AK napływający w tym czasie do Warszawy zostali zatrzymani przez Rosjan i nie wpuszczeni do miasta. Jeśli ja coś źle rozumiem, to proszę sprostować.
W zasadzie tak, uważam jednak, że taki plan był nie do zrealizowania i był pułapką, zastawioną na AK.
Tak.