Dwie kwestie na początek. Pierwsza – wczoraj unu słusznie zauważył, że nie ma sensu tłumaczyć żadnych współczesnych treści z języków zachodnich, albowiem utwierdzają one tylko stale obecną, i tak przenikającą do naszego języka treść. Jest to dobrze znany wszystkim demo-liberalny schemat zjawisk posługujący się serią anachronizmów, którymi ocenia się przeszłość tak, jakby była teraźniejszością.
Ja mogę dodać od siebie, że nawet tłumaczenia z rosyjskiego nie mają za dużego sensu, albowiem treści tamtejsze mają charakter autoerotyczny. Powtarzam za Janem Pawłem II, który w ten sposób objaśnił kiedyś buddyzm.
W zasadzie, żeby coś zrozumieć, należałoby tłumaczyć jak leci, wszystko co jest w tureckich opracowaniach i archiwach, i to, co zostało nam ze źródeł arabskich. Choć ponoć nic nie zostało. Myślę, że twierdzenie takie to nadużycie, choć stale się o nie potykam.
Sam teraz posłużę się anachronizmem, ale bardzo wygodnym – dostęp do tych treści i opisanie zjawisk dobrze nam znanych, ale z innego punktu widzenia, to znana wszystkim metoda pracy dziennikarskiej, prosta i nieskomplikowana. Trzeba tylko dotrzeć do dwóch różnych źródeł, a najlepiej trzech. Aż dziwne, że tak rzadko się ją stosuje.
Teraz kwestia druga. Oceniamy polityków poprzez demonstrowane przez nich moce, które – jak w przypadku pana ministra Macierewicza – nie mają wpływu na nic, poza zwiększeniem popularności samego ministra. To samo jest w Korwinem i kilkoma innymi, których nazwisk tu nie wymienię. Mogę jednak rzec oględnie, że im bardziej poważne, groźne i nie znoszące sprzeciwu demonstracje czyni taki polityk, tym jego skuteczność jest bardziej problematyczna.
Wczoraj dowiedziałem się, że pan Macierewicz, jak to się dawniej mawiało „posiada język Inków”, a co za tym idzie potrafi odczytywać sławne kipu – pismo węzełkowe. To ciekawa umiejętność, ale skoro się kolportuje wieści o niej, wypadałoby zaprezentować jakieś osiągnięcia w tej dziedzinie. Czyż nie? Na razie jednak do tego nie doszło, być może dlatego, że sam minister Macierewicz uznał iż takie pokazy są mało atrakcyjne dla widzów, którzy przecież ani języka Inków, ani w ogóle żadnego innego, poza polskim, nie rozumieją. Dlatego też próbuje trafić w inne zapotrzebowania publiczne i zezwala na to, by w sieci krążyły jego popisy kaskaderskie, gdzie widać jak skacze do wody z trampoliny i o mało się nie zabija podczas jednego z takich skoków. Wszyscy są tym zachwyceni i nie mogą się nadziwić jak to jest możliwe w tym wieku. Jacek Kurski zaś przypomina, że Antoni Macierewicz jest wicemistrzem Polski w skokach do wody.
To już dwie niezwykłe umiejętności – czytanie kipu i skoki do wody. A jak tam z umiejętnościami politycznymi? I osiągnięciami na tym polu? Ja wolę tego nie komentować, albowiem sukcesy pana ministra zapewne pozostają w ukryciu, był on przecież ministrem obrony narodowej i nie można dziś tak po prostu opowiadać o tym, co zrobił dobrego dla Polski. Trudno jednak zrozumieć dlaczego ostatnio zdecydował się na bieganie po Placu Piłsudskiego z plastikowym karabinem w ręku, bo ten gest nie koresponduje z jego realnymi osiągnięciami, ani też ze skokami do wody i znajomością kipu. Choć w z tym akurat wielu by polemizowało…
Teraz sobie przypomniałem, że język Inków to keczua i wiele osób na świecie go zna, wystarczy pomieszkać trochę w Peru czy Boliwii i się człowiek osłucha. Tak przypuszczam. Co do treści wyrażonych w piśmie węzełkowym nie mogą być one przesadnie skomplikowane, bo co jakiś czas ktoś ogłasza, że podniesiono jakież nowe rewelacje z nimi związane, a potem się okazuje, że to same banały w stylu – królewskie stada guanako muszą być przepędzone na nowe pastwiska…albo…setnik winien jest nadzorcy wioski tyle a tyle sztuk barwionego materiału. Nic tam nie ma o kosmitach, obcych cywilizacjach ani nawet o relacjach międzynarodowych w czasach rozkwitu imperium Inki. Po co się więc tym chwalić? No chyba, żeby odwrócić uwagę od rzeczy istotnych, innego sensu nie widzę.
Mamy więc do czynienia z pewnym formatem, który polega na preparowaniu tajemnic, całkowicie i dawno wyjaśnionych, a także na podsuwaniu ludziom informacji o umiejętnościach niezwykłych, ale do niczego nie przydatnych.
Ja tu może przypomnę starą, ale znaną jedynie w wąskich kręgach Szkoły Nawigatorów, anegdotę. Oto edukacja i przyuczenie do zawodu szamana w Jakucji polega na tym, że adepci tego fachu piją mocz szamana, który wcześniej nażarł się halucynogennych grzybów, żeby mieć wizje. Gdyby taki adept od razu najadł się tych grzybów, mogłoby go to zabić, a na pewno zaburzyłoby hierarchię kompetencji. Okazać by się mogło bowiem, że każdy może być szamanem, a to nieprawda. Bo tylko niektórzy, ci co dobrze znoszą ten sos grzybowy. Dlatego, żeby niebo nie spadło Jakutom i nam na głowę, szaman szamie grzyby, a uczeń szamana pije jego mocz. I też ma wizje, ale słabsze, bo musi znać swoje miejsce w szeregu.
I tak właśnie dotoczyliśmy się do majora Romana Unegrn von Sternberg, którego losy i szaleństwo przypomina się stale, albowiem nie ma to, jak pociągnąć zdrowy łyk moczu szamana i zanurzyć się od razu po pas w nierozwikłanych tajemnicach, podkreślając niezwykłe znaczenie tego pana, jego konwersję na buddyzm i osadzenie w kulturze Azji. No i rzecz jasna związki z Antonim Ferdynandem Ossendowskim.
Liczę, że do tego nie dojdzie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby za dwie trzy dekady, kiedy minister Antoni Macierewicz będzie już po tamtej stronie, jacyś ludzie na iksie czy w ogóle w sieci, rozpoczęli dyskusję o tym, kto był większym bohaterem i szamanem – Antoni Macierewicz czy Ungern von Sternberg. Młodsi z nas mają szansę to jeszcze zarejestrować, ale starsi na szczęście nie.
Do czego zmierzam? To tego samego, co zasygnalizowałem tutaj już wczoraj – do promocji jawnej bezskuteczności oraz takich formatów, które nie zmienią, bo zmienić nie mogą, wspomnianego na początku anachronicznego rozumienia zjawisk. A to jest konieczne do osiągnięcia prawdziwego sukcesu politycznego, a w zasadzie każdego. Nie będzie go jeśli zaczniemy przywiązywać się do rzeczy takich, jak znajomość egzotycznych języków czy skoki do wody. To jest mocz szamana. Nic więcej. Czyngis Chan mówił tylko po mongolsku, a jego jedyną umiejętnością była jazda konna, podejrzewam jednak, że gdyby w XII wieku zorganizowano ogólnomongolskie zawody hippiczne nie załapałby się nawet do pierwszej pięćsetki mistrzów. O co innego chodzi.
Wystrzegajcie się więc przywódców, którzy nagle i bez konsultacji z nikim zmieniają swoje zdanie, plany, albo zachowania. Motywując to jakimiś tajemniczymi, ale niedostępnymi wszystkim pobudkami lub wartościami. Nie ważne jaka jest tego przyczyna. Bo różnie można to tłumaczyć, a grzyby halucynogenne nie są tu wcale za bardzo absurdalnym wyjaśnieniem. Zawsze jest to wymierzone w dobro ogólne. Czyny zaś mają konsekwencje, w polityce zawsze długofalowe. I trzeba się nieźle namęczyć, żeby je anulować. Przeważnie i w całości nie udaje się to nigdy.
Na dziś to wszystko. Mam jeszcze ogłoszenie, które jest jednocześnie wyjaśnieniem….Aha i jedną nową książkę…
Najpierw wyjaśnienie. Chciałem, naprawdę chciałem, żeby następne spotkanie katakumbowe odbyło się w listopadzie ze względu na Pawła, który jest teraz na morzu, a zadeklarował chęć uczestnictwa. No, ale się nie dało. W jedyny wolny listopadowy weekend sala jest zajęta. Potem mamy długi weekend, kiedy pewnie gdzieś wyjedziemy, a potem już zaczynają się targi. W tym roku zaplanowałem, że będę w Łodzi i w Warszawie na pewno, a być może też we Wrocławiu. Zobaczymy. Tak więc musiałem zaplanować katakumby na dzień 17 października – sobota, godzina 17.00. Dom Technika, ul. Czackiego, sala E. Tam gdzie spotkaliśmy się w maju. Oczywiście przyjmuję zapisy na adres coryllusavellana@wp.pl . Wchodzą tylko osoby zapisane. Będziemy oczywiście zbierać co łaska na wynajem Sali, która nie jest tania. Jaki będzie temat spotkania jeszcze nie wiem, ale wkrótce go ogłoszę.
Teraz nowa książka, z rynku. Biografia człowieka, którego wszyscy znamy i który był legendą. Owiany jest także tajemnicą…prawdziwą. Choć mówił wyłącznie w lokalnych narzeczach i nie pił niczego poza siwuchą.
Pan Macierewicz ,obwoźny idol starszych pań radio maryjnych kończy karierę jako błazen. Wiadomo że polityka psuje niejednego ale czemuż nie zachować choć trochę przyzwoitości,wszak młodzi patrzą i wydają surowy osąd całej prawicy. No a jeśli o sądzie mowa,Rzymskokatoliccy biskupi Ukrainy napisali ważny list o nakręcaniu przez polityków nienawiści polsko-ukraińskiej,bardzo rzetelnie podeszli do tematu i powołując się na słowa papieża JPII wzywają do nawrócenia i rozbrojenia języka. Słusznie całkiem zauważają że sąd boży czeka nas wszystkich , Polaków i Ukraińców za intencje i czyny wobec bliźnich. List bardzo konkretny i poważnie podchodzący do tematu zapobiegania coraz bardziej widocznemu złu pełniącemu się na forach internetowych. Co na to nasi pasterze,czy pozwolą na odczytanie tego listu w parafiach lub choć na jego temat dopuszczą w kazaniach niedzielnych? Co na to katoliccy dziennikarze…będziemy widzieć,czy polscy biskupi mają coś do powiedzenia swoim wiernym ,bo na razie widoczne jest że robią za słupów w handlu terenami pod inwestycje,i ta działalność tak ich pochłania kolejną dekadę że braknie czasu na rozmowę z owieczkami. O czym świadczy list jaki właśnie wyszedł od nich, choć trudno uwierzyć że takie banały można serwować wiernym jako owoc wytężonej pracy stu głów biskupiego gremium. Nie wierzę. Bo piszą żeby se ludzie organizowali jakieś komplety katechetyczne przy parafii i potem szli nawracać w pracy,szkole i gdzie się da ,bo we Francji świeccy przyczynili się do nowych chrztów więc to działa. No ale tu jest Polska,niech biskupi sami wypraktykują najpierw tę katechizację przy katedrze i po roku będą wiedzieć czy to jest fizycznie możliwe i opłacalne. Zwykli wierni oczekują minimum katechezy na kazaniach niedzielnych bo większość tylko wtedy mają czas na te sprawy i nie zawsze wychodzą z czymś dobrym,no taka prawda,trudno o katolickie kazanie w którym usłyszy się Bóg, Chrystus,duch Święty, Matka Boża,przykłady z życia świętych. Może najpierw trzeba samym sobie zrobić ewangelizację by pachnieć owcami i wiedzieć czego potrzebują i jakim językiem przepowiadać słowo Boże w swojej diecezji by być zrozumianym. A to jest ważne bo politycy wzorują się jednak na biskupach i ważne by to był jak najlepszy wzór,bo jedni i drudzy pracują dla dobra powierzonych im lokalnych społeczności. Ukraiński list pasterski w pięknym stylu mówi o konkretnej odpowiedzialności na sądzie bożym za zaniedbania swego stanu, tak się przemawia do ludzi a list naszych biskupów jak zwykle w mętnym tonie ale pełnym patosu zrzuca odpowiedzialność ewangelizacji na parafie, sobie nie mając nic do zarzucenia,jak zwykle. Życzyć sobie należy by biskupi zaprzestali tych pozorowanych tyrad bez sensu a wzięli się osobiście za ewangelizację diecezjalną bo każdy z nich głową odpowie na sądzie bożym za te wszystkie dusze z którymi bierze ten wystawny ślub w czasie ingresu,a nie z politykami! I naprawdę bierze odpowiedzialność za jakość ewangelizowania milionów owiec więc niech ewangelizuje jako pierwszy a księża pójdą za nim. I może politycy też przestaną błaznować albo być nijakimi,bo głupio im będzie wobec ludzi.