Pisanie jest wielkim sprawdzianem komunikacji, dlatego stale przychodzi tu ktoś, kto mówi, że piszę za długie teksty. Potem usiłuje je skracać, albo twierdzi że pisze za mnie AI, czy inne jakieś brednie. To są, jak przypuszczam, działania zaplanowane, które mają unieważnić komunikację za pomocą słowa pisanego albo zredukować ją do niezbędnego minimum. Nie można do tego dopuścić. Pisanie bowiem jest lepsze od mówienia. A wiecie dlaczego? Bo nie widać autora. A na pewno nie widać go do momentu kiedy on sam nie zechce się pokazać. I to jest wielki walor. Gdyby Henryk Sienkiewicz zaczął swoją karierę od zaprezentowania się publiczności, nikt nigdy nie przeczytałby ani jednej strony jego prozy. Miał bowiem pan Henryk 155 cm. wzrostu i wyglądał dziwnie. Kiedy ludzie najpierw przeczytali „Ogniem i mieczem”, było już dla nich jasne, że mają do czynienia z olbrzymem, a jego wzrost rzeczywisty nie ma najmniejszego znaczenia.
Podzielę się teraz pewnymi osobistymi refleksjami. Ja mam znacznie więcej wzrostu niż pan Henryk, ale niechętnie pokazywałem się publicznie, przynajmniej na początku. I do dziś trochę tej niechęci mi zostało. Widziałem bowiem reakcję ludzi, którzy sami mieli ambicje autorskie, ale był w nich jakiś opór i obawa. Moja, nieszczególna i mało kojarząca się z dobrymi tekstami postać ośmielała ich bardzo. Myśleli sobie tak – skoro taki gamoń potrafi, to dla mnie także nie będzie to pisanie żadnym kłopotem. Otóż nie. Było i jest nadal odwrotnie. Chodzi o to, że aby dobrze pisać człowiek nie musi wyglądać szczególnie. Tak, jak nie musi wyglądać szczególnie mistrz karate czy innej jakiejś sztuki. Szczególny wygląd i stylizacja potrzebne są tylko oszustom i zawodowym iluzjonistom. Kiedy mamy do czynienia z pisaniem, a powinniśmy się w tym doskonalić wszyscy, trudniej zorganizować oszukane zawody. Bo każde zawody zakładają udział publiczności. Ta zaś może wyrazić swoje zdanie. I tak było w czasach kiedy wybierano blogera roku, albo – poprzez modne wtedy blogi – starano się wywierać wpływ polityczny i sprzedażowy. Ludzie wyznaczeni do sukcesu nie mieli szans z tymi, których wybrała publiczność. Dziś to wszystko nie ma już znaczenia albowiem postawiono na wizualizację. Ta zaś oznacza stylizację i powtarzanie nie swoich tekstów, czyli – w istocie – udawanie aktorów. Nie wiem czy może być większa nędza, ale chyba nie. Mam na myśli podcasty. Oto wczoraj okazało się, że organizowanie oszukanych zawodów weszło w nową fazę. Zacznę jednak od tego do czego służą te oszukane zawody. Otóż utrzymanie ciągle tych samych nazwisk na topie jest trudne i kosztowne. Gwiazdorzy publicystyki i mediów się starzeją, dostają udarów, rozpijają się i mało kto chce ich już oglądać. Podobnie było kiedyś z piosenkami, mało kto chciał słuchać tych, których wyznaczono na gwiazdy estrady. Żeby to towarzycho uwiarygodnić trzeba ich wymieszać z naturszczykami. Do tego służyły także konkursy na blogera roku, o czym najlepiej wie toyah, któremu jeszcze w 2009 roku Sekielski powiedział coś takiego – daliśmy panu tę nagrodę, bo wiedzieliśmy, że ta cała prawica pana rozszarpie z zazdrości. Tak się nie stało, a ja ze spokojem mogę wyznać dlaczego – jak się organizuje konkurs, w którym słowo pisane decyduje, to trzeba umieć pisać. Jeśli się nie umie, a jednak w to wierzy, wygląda się jak goły w pokrzywach. To o Sekielskim i jego bandzie.
Teraz mamy do czynienia ze zmasowaną próbą unieważnienia pisania, albowiem sama umiejętność składania zdań zaczęła przeszkadzać wybrańcom w karierach. I dlatego zorganizowano festiwal podcastów. Nie wiem czy rozumiecie co to oznacza? Już tłumaczę. W filmie „Amadeusz”, Mozart, któremu wszystko w muzyce przychodziło łatwo, ale który miał specyficzny charakter i był kabotynem, no może wesołkiem, prezentuje przed cesarzem scenę ze swojego wodewilu. Jest cały szczęśliwy, bo wymyślił coś naprawdę ekstra, ale tylko on to rozumie, bo rozumie muzykę. Reszta, czyli słuchacze muzyki to banda ignorantów, niestety wpływowych. O co chodzi w tej scenie? Otóż kilkanaście osób śpiewa prowadząc dialog przez 20 minut. I nie wywołuje to wrażenia kakofonii, ale niezwykłej harmonii, a do tego jest zabawne. I samego Mozarta bardzo śmieszy. Ponieważ jednak jest on mały, wygłupia się i do tego ma niewiele lat, wszyscy go lekceważą. On zaś jest człowiekiem bardzo poważnym, albowiem w swojej trudnej, ale bardzo szeroko spopularyzowanej dziedzinie, osiągnął niespotykane mistrzostwo. No więc tak – śpiew synchroniczny kilkunastu osób nie wywołuje wrażenia kakofonii, jest harmonijny i piękny. Mozart zaś podkreśla, że gdyby ci ludzie rozmawiali, nie dałoby się zrozumieć o co im chodzi.
I teraz popatrzcie co wymyślili na tym festiwalu podcastów: przez dwa dni, na pięciu scenach, w dwudziestu sesjach, wystąpi ponad 50 twórców. Tak ich nazywają, choć nie są to żadni twórcy. Bo oni niczego nie potrafią, poza prezentowaniem stylizacji, które zrobił im ktoś inny. Przez dwa dni nikt tam niczego nie zaśpiewa, ale wszyscy będą pieprzyć bez opamiętania, żeby zrobić wrażenie na publiczności, która zapłaciła za bilet. Będą tam także pisarze, ale nie rozliczymy ich z pisania, ani nawet ze składanych deklaracji, zwykle bez pokrycia. Będziemy mogli ocenić jedynie ich gadanie.
Szanowni Państwo, żeby płacić za bilety musi być jakaś sztuka. Nie można jej unieważnić i udawać, że ona nadal jest, bo w tym festiwalu bierze udział odchudzony Sekielski i Szczygieł Mariusz. To za mało. Najlepsze są jednak ceny biletów – udział we wszystkich atrakcjach kosztuje 1100 złotych. I niech mi nikt nie mówi, że moje konferencje są drogie. Tysiąc sto złotych trzeba zapłacić za dwudniową totalną kakofonię! Mam nadzieję, że będzie to naprawdę wielka katastrofa. Wyniknie ona zaś wprost z natury relacji między osobą, która opowiada, a tą która słucha. Jest to relacja intymna, nie można jej przenieść na scenę. No, ale próbujcie…
Usunięto z tego co tu opisuję element wyczynu i postawiono na powagę i głębię treści, tyle że ta treść to ramówka zapomnianego już nieco pasma w niemieckiej telewizji o nazwie RTL2, gdzie pokazywali transwestytów, morderstwa, pop politykę dla pół idiotów i omawiali różne fenomeny kulturowe, na przykład Cicciolinę. Oczywiście na wesoło. Do tego trochę psychologii dla ubogich. To wszystko, ale bez studia, dostępne będzie dla publiczności na festiwalu podcastów. Napisałem – publiczności? Najmocniej przepraszam, chciałem napisać – dla motłochu. Bo to jest wychowywanie motłochu.
A co może zrobić motłoch wszyscy doskonale wiedzą. I pozostaje mi się już jedynie zadumać nad tym, że urzędnicy państwowi oddają swoją władzę na ludźmi w ręce tego motłochu. Bo tym w mojej ocenie było zaproszenie Skolima do Juraty. Ktoś tu ostatnio napominał mnie, bym krytykował Tuska, a nie prezydenta, bo i tak jest źle po „naszej” stronie. Dobrze, przychylam się do tej prośby – rządowe dożynki także odbędą się z udziałem Skolima. Bo Tusk nie może się dać wyprzedzić „naszym” w dążeniu do ogólnego dziadostwa. To co robi Skolim zaś nie jest żadnym śpiewem. Jest stymulowaniem emocji motłochu. Z bycia motłochem zaś szybko się wyrasta i wie o tym każdy, kto w latach osiemdziesiątych jeździł do Jarocina. Każdy, podkreślam, w końcu się opamiętał i zaczął sam siebie czynić podmiotem swoich własnych myśli. W takich procesach państwo, które dba o obywateli powinno brać czynny udział przez organizowanie wydarzeń niezwykłych. Powinno ich wspierać nadając im, a i sobie przy okazji większe znaczenie. Nie możemy na to liczyć, bo priorytetem wychowawczym państwa, jest odebranie ludziom wszelkich naturalnych mocy, a następnie redystrybucja ich atrap poprzez urzędników poprzebieranych za artystów i różnych gamoni korzystających z faktu, że mocą i powagą państwa obniżono wszelkie kryteria.
W filmie „Amadeusz” jest scena, którą pamiętają wszyscy. Tępy buc i zupak, cesarz Józef II, który jednakowoż lubi muzykę, został podpuszczony przez klikę Salieriego, żeby utrącić jakoś Mozarta. Nikt nie wiedział jak to zrobić, bo wszyscy ładnie grali i ładnie śpiewali, sam cesarz zaś był mocno tą sytuacją zaambarasowany. W końcu jakaś menda posunęła mu pomysł – za dużo nut! I on zwrócił się do Mozarta z nieszczerym i krzywym uśmiechem – za dużo nut Mozart, w tym przedstawieniu jest za dużo nut! No więc ja wam gwarantuję, że jak kupicie sobie za 1100 złotych bilet na festiwal podcastu, nie usłyszycie tam ani jednej nuty. Będzie słychać tylko jeden dźwięk – uporczywe brzęczenie much w kiblu dworcowym, takim wiecie – z końca lat osiemdziesiątych. Bo chodzi w tej imprezie o to także, by przywoływać różne nostalgie jednoczące pokolenia.
Miłego dzionka. I niech mi nikt tu nie pisze, że moje teksty są za długie. Niech po prostu wyjdzie i ich nie czyta.
Jeżeli odrzucimy reaktywację domów publicznych, to program polityczny przywołanej Ciccioliny zaskakująco przypomina program Nowej Nadziei. I jeszcze dowiadujemy się z wiki, że ojczymem Ciccioliny był urzędnik MSW Węgierskiej Republiki Ludowej.
Przymuszanie do wysławiania Skolima u Prezydenta to mały miś. Niedługo pojawią się przymuszenia do wysławiania Nowej Ciccioliny.
Klocki puzzla się zmieniają, ale obrazek jest zawsze ten sam.
To są jakieś błazenady i oszustwo
Bo kto normalny przyjdzie i jeszcze tyle zapłaci?
Piszesz o mistrzostwie muzycznym, to taka historia o koledze Mozarta.
Haydn miał kontrakt na komponowanie i dystyngowanie w Londynie. Tłumy przychodziły go słuchać, kontrakt po kilku latach ponowiono.
Że koncerty robiły ogromne wrażenie, mamy zapisów co nie miara. No w którymś archiwum w Indiach jest komplet listów jakiegoś angielsko indyjskiego biznesmena. I pisze on w liście do córki, że słyszał w Londynie Haydna i daje jej dokładne instrukcje, jak należy grać tę muzykę.
Takich wielbicieli czyjejś twórczości, jeszcze tak skomplikowanej i nietypowej jak utwory Haydna właśnie, tylko pozazdrościć.
* dyrygowanie.
Zadziwia mnie upór słownika by poprawić coś w ostatniej chwili przed kliknięciem wyślij, kiedy już sprawdziłam.
Ktoś kto Pana pucza ma duży tupet. Ja wchodząc na ten blog i czytając Pana książki, często nie dorastam do treści ale traktuję to jako odtrutkę tego z czym się spotykam na co dzień. Dziękuję.
Swoją drogą to jakiś przekaz podprogowy. Zero jedynkowy i to podwójnie, 11, 00.
Jesteś za albo przeciw -:)).
Teksty są w sam raz i na bardzo wysokim poziomie. Reszta nie ma znaczenia.
Nie mogę przestać czytać Pańskich tekstów choć mnie irytują.