Sprawa pierwsza. Polski chłop, dziś już wymarły całkowicie prawie, wychowany został w duchu rewolucji. Oczywiście chodził do kościoła, chrzcił dzieci, modlił się i spowiadał, ale jednocześnie uważał, że ksiądz ma stanowczo za dużo pieniędzy i mógłby mieć ich mniej. Stosunek polskiego chłopa do dziedzica był jednoznaczny – dziedzic miał zniknąć. Jak to się miało stać było polskiemu chłopu obojętne. Dziedzica miało nie być a księża mieli spuścić z tonu, w swoich kazaniach. Tak, by nie utrudniać chłopu życia. On bowiem, przekonany już dawno przez agitatorów, stał się dla samego siebie, centrum politycznego uniwersum, tak socjalistycznego, jak i narodowego. Nic poza chłopem nie istniało, a więc jego osobiste egzegezy dotyczące istnienia bądź nie istnienia zjawisk, stały się obowiązujące i nadano im nazwę „zdrowego, chłopskiego rozumu”. Był to i jest nadal, czysty obłęd. Nie satysfakcjonował on chłopa nigdy, bo w rzeczywistości zjawiska przebiegające poza rozumem chłopa nie pasowały nijak do tego co się w tym rozumie działo. I tak, aż do momentu kiedy wprowadzono unijne dopłaty, na co chłop nabrał się po raz kolejny, ale uczciwie przyznajmy, że nie miał wyjścia. Był on bowiem i jest nadal – w swojej formie schyłkowej – niewolnikiem polityki globalnej, czego nie rozumie. Nic co dotyczy chłopa nie zależy od uwarunkowań lokalnych. A dlaczego? Bo nie ma dziedzica, który te uwarunkowania próbował kształtować w sposób bardziej świadomy. Co nieraz szło mu dobrze, a nieraz wcale nie szło. Dziedzic jedna, tak jak chłop, był przywiązany do ziemi. No, ale za próby twórczego polemizowania z globalizacją komunistyczną dziedzic został skazany na zagładę, a chłop przetrwał do momentu, kiedy też przestał być potrzebny. Polski chłop uwierzył w nieuchronność rewolucji, potem zaś już tylko próbował się ustawiać do niej albo frontem, albo bokiem, albo wręcz zadkiem, żeby jakoś przetrwać. Zrozumiał bowiem, że jest nieuchronna, ale jej metod nie kwestionował nigdy, nawet zbrodniczych. Chciał po prostu przetrwać najgorsze. I wynikało to wprost z chłopskiego sprytu, którego nie można mylić z chłopskim rozumem. Spryt zaś podpowiada chłopu, że przetrwanie jest najważniejsze. Rewolucję chłop utożsamił z siłą państwa, o której pamięć przekazali mu przodkowie. Chłop nie przyłączał się więc do rewolucji, póki nie zrozumiał, że jest ona tym, czym wcześniej było państwo, oczywiście zaborcze. Z nim chłop, szczególnie galicyjski utożsamiał się całkowicie. W związku z tym nie brał udziału w żadnych pańskich ruchawkach zwanych powstaniami. To samo było z chłopem z Królestwa. Jedyną barierą, która chłopa w Królestwie oddzielała od rewolucji byli Żydzi. Im chłop nie ufał i zawsze ich o coś podejrzewał. Chłop w Galicji żył z Żydami w symbiozie.
Chłop na terenach etnicznie polskich przekonywany był, w czasach kiedy pęczniała rewolucja, czyli przed i po I wojnie światowej, że jest w centrum uwagi politycznej sił szykujących zmiany. Tak nie było. Bo siły te, szczególnie w Polsce były rozdrobnione i zmarginalizowane. Chłop zaś w układzie lokalnym nie zajmował wcale dobrej pozycji i był przez agitatorów oszukiwany. Odcinali go oni od istotnej edukacji, która pozwalałaby na to, by poradzić sobie poza wsią – gdzieś na świecie. Chłopskie dzieci czytały w szkołach bajki o sierotce Marysi i pouczające wierszyki, chodziły na religię i były uwrażliwiane na różne sposoby, przez ludzi, którzy dla tych dzieci szykowali inne miejsce w hierarchii społecznej niż wsi całej się zdawało – znacznie gorsze.
Jak wyglądała droga do samodzielności chłopa ukraińskiego? Była łatwiejsza. Chłop ukraiński był częścią rewolucji, jak chłop polski, ale czuł się sto razy bardziej pokrzywdzony niż on. Przede wszystkim dlatego, że dziedzic, u którego odrabiał on pańszczyznę nie był tej samej co on narodowości. Był Polakiem. To zmieniało wszystko. Chłop ukraiński miał przed sobą dwa areały obszarnicze, które traktował różnie. To znaczy – ten pierwszy należący do dziedzica chciał podzielić, a ten drugi – należący do kościoła grekokatolickiego, chciał zachować. Tam bowiem czuł się jakby był na swoim. Poza tym kościół ów był gwarantem, że praca chłopa ukraińskiego zostanie doceniona, a jej produkty dobrze sprzedane gdzieś w świecie. Takich rzeczy, jak istnienie areałów należących do hierarchii grekokatolickiej żaden polski teoretyk rewolucji nie bierze pod uwagę. Działacze narodowi zaś wręcz nie wierzyli w istnienie chłopa ukraińskiego. A o tym, by uwierzyli w jego zdolności do samoorganizacji, nie mogło być nawet mowy. Tymczasem cała Galicja pokryta była gęsto przedstawicielstwami spółdzielni narodowych, które dystrybuowały żywność produkowaną w ukraińskich gospodarstwach chłopskich i kościelnych. Placówki te były nie tylko sklepami, jak spółdzielnia Społem, państwowa fikcja zarządzana w dwudziestoleciu przez byłego premiera Moraczewskiego, były to także banki i szkoły kształcące sprawnych administratorów, sprzedawców, pośredników i urzędników bankowych. Czyli ludzi, którzy w niedługim czasie uczyli się podstaw funkcjonowania w systemie ekonomicznym obowiązującym na całym świecie. Chłop ukraiński był jednostką sprawczą, nie dźwigał na swoim grzbiecie agitatora socjalisty, który oddzielał go od spraw ważnych. Sam był agitatorem, ale narodowym, w dodatku wychowanym w najbliższej okolicy, a przez fakt znajomości z hierarchią kościoła grekokatolickiego, stał się obywatelem świata. Kościół ten posiadał bowiem dobra i nieruchomości wszędzie i tam właśnie – w świat – kierował podległych sobie, zdolnych młodzieńców z ukraińskiej wsi.
Chłop polski, jeśli chciał robić jakąś karierę napotykał na niezliczone przeszkody. Przede wszystkim zaś ludzi, którzy wskazywali mu głównego wroga i napuszczali go na niego. Tym wrogiem był dziedzic, ale także pleban. Chłop był dla agitatorów jedynie pretekstem do przejęcia władzy. A skąd oni byli pewni, że ją przejmą? Otóż tradycja polska i sprawa polska była na arenie międzynarodowej czymś żywym przez całe 120 lat zaborów. I politycy światowi, rozumieli, że jakaś Polska musi powstać. Niewielka, lewicowa, zbudowana z żywiołów, które ją zamieszkują, zarządzana przez wąską i zdeprawowaną elitę. Tak to sobie wyobrażały mocarstwa. Polacy zaś, szczególnie ci, którzy żyli tradycją, widzieli to jednak inaczej. Ta wizja jednak nie mogła się ziścić. Mogła być zamieniona na federacyjną koncepcję Piłsudskiego lub na równie fikcyjną koncepcję Dmowskiego, który chciał odzyskiwać Pomorze i Śląsk dla Polski, w chwili kiedy regiony te pełne były Niemców, a Niemcy jako kraj mieli poparcie Wielkiej Brytanii.
No, ale wskazać trzeba, że sprawa polska istniała na gruncie międzynarodowym. Lokalnie była – niech się nikt nie obraża – doktrynalnie niedorobiona, ale traktowano ją serio. Nikt na całym świecie nie traktował serio sprawy ukraińskiej, poza samymi Ukraińcami, w których – poprzez politykę Wiednia – rozbudzono różne aspiracje. I tego się już ugasić nie dało. Ukraińska imigracja do USA i Kanady była olbrzymia. Do tego stopnia, że wsie w Galicji się wyludniały. Jednocześnie chłop ukraiński, całkowicie nieodporny na agitację rewolucyjną, podobnie jak chłop polski, domagał się podziału ziemi obszarniczej, której nie miałby kto obrabiać. Chłop ukraiński stał jedną nogą w Galicji, a drugą gdzieś nad jeziorem Winnipeg. Chłop polski w tym czasie rozglądał się za jakimś przywódcą, który jego sprawę postawiłby w sejmie odrodzonego państwa i należycie o nią zadbał. W oczach mocarstw sejm ten szybko stał się fikcją. Ukraina zaś przestała interesować świat w ogóle. No chyba, że zrewoltowany ukraiński chłop przyłączał się do rewolucji rosyjskiej i głosił jej hasła, wtedy tak – sowiecka Ukraina miała poparcie wszystkich. O sowieckiej Polsce nigdy w czasach pęczniejącej rewolucji nie myślał. Polska miała być wolna, aspiracje jej elit miały być zrealizowane, na niewielkim jednak obszarze. To sowiety były najważniejsze, stąd też rozbudzone ambicje Ukraińców nie mogły się ziścić. I tak, aż do momentu, kiedy nieszczerą ofertę złożył im pan Hitler. No i wskazał wroga. Byli nim Polacy i Żydzi. Teraz ważna rzecz, relacje pomiędzy Żydami i Ukraińcami były wręcz świetne do pewnego momentu. Czego nie można było powiedzieć o relacjach polsko-żydowskich. Wszystko przez to, jak sądzę, że to organizacje żydowskie kontrolowały przepływ wykwalifikowanego i wychowanego w pewnej ekonomicznej kulturze żywiołu ukraińskiego za ocean.
Jakimi drogami poszli dwaj chłopi – polski i ukraiński – niech wskaże przykład dwóch przywódców obu narodów wychowanych przez spółdzielczość rolną. Pierwszy to Bolesław Bierut, który zaczynał swoją karierę w Społem. Drugi zaś to Dmytro Klaczkiwskij – Kłym Sawur, pracownik Narodnoj Torchiwli, ukraińskiej spółdzielni mającej przedstawicielstwa nie tylko w Galicji, ale także w wielu miastach cesarstwa.
O czym to świadczy? Spółdzielczość jest jednym z najważniejszych aspektów chłopskiego życia. Wśród Polaków była ona do początku zawłaszczona przez żywioły polityczne, które miały w stosunku do niej zamiary jak najgorsze. Czyli chciały przekształcić ją w instytucje pozorowaną, co w końcu się stało, a dowodem na to jest Bierut. Spółdzielczość ukraińska była autentyczna i pełniła służebną rolę wobec chłopa i narodu w ogóle. Ponieważ jednak – decyzją mocarstw – nie mogła spełnić się politycznie, zamieniła się w organizacje terrorystyczne. Te zaś – w warunkach pełnoskalowej wojny – otrzymały wsparcie Niemiec. I tak to się właśnie potoczyło.
Dodam może jeszcze, że rewolucja konsolidowała społeczność ukraińską, składającą się z chłopów i aspirujących chłopów zamienionych w bankowców, urzędników i nauczycieli. Polska społeczność była przez rewolucję dewastowana i degradowana, I efekt ten był witany z entuzjazmem przez działaczy niepodległościowych, którzy widzieli w nim szansę na powstanie nowoczesnego państwa.
Wniosek ostateczny jest taki – oglądanie się na doktryny zaszczepiane tu z zewnątrz, oddawanie im hołdów, przy jednoczesnym lekceważeniu spraw lokalnych, czy wręcz braku zainteresowania nimi, nie podnosi znaczenia państw i narodów. Obniża je lub wręcz likwiduje. Ukraińcy to, mam wrażenie, zrozumieli. Stąd właśnie uporczywe forsowanie swoich egzegez historycznych, które wydają się często śmieszne. My zaś uważamy, że trzeba być poważnym i traktować serio to, co mówi do nas zachód, albowiem ta wykładnia będzie obowiązywać. To jest, znany od czasów dwudziestolecia, sposób na deprawację i w konsekwencji likwidację polskich elit politycznych. I czas, by wreszcie to zrozumieć, a także by zacząć myśleć o sobie inaczej niż tylko jak o aspirującym prostaczku, który czeka na swoją szansę. Tego jednak, podobnie jak polski chłop w Międzywojniu, zrozumieć i przeprowadzić nie możemy, albowiem wszystkie kwestie istotne przekazywane są nam, jak wtedy, za pośrednictwem skorumpowanych elit politycznych. Elity te chcą także uczyć nas historii.
Na dziś to tyle. Temat ten będę rozwijał na konferencji w Zielonej Górze.
Jeśli ktoś może wspomóc moją zrzutkę dla Ani i Saszy niech to uczyni. Bardzo dziękuję.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification


Nikt nie zamierza niczego rozumieć. Chodzi zawsze tylko o to by zamieszać w głowach.
Rycerz Czarny, czyli jeden przypis do Wesela Kleczewskiej – Miesięcznik Teatr https://share.google/uVC4W1Ggy41gK2s9g
Mi brakuje w rozważaniach o Ukrainie wielu informacji:
– jak układały się relacje wewnętrzne w Wielkim Księstwie Litewskim? Czy tereny obecnej Ukrainy jakoś się wyróżniały świadomością ? Czy stawiały jakiś opór wobec władz księstwa?
– jak zmieniał się na przestrzeni wieków skład etniczny tych terenów? Czym różniły się pod względem etnicznym poszczególne rejony tych terenów? Pl
– jaki był rozkład etniczny szlachty – w czasie i w poszczególnych rejonach?
– jaki był prawdziwy wpływ Niemców/Austriakow na sposób pobudzenia świadomości etnicznej/narodowej w potem zaimplementowanie szowinizmu?
– kto popierał szowinistyczny kurs od początku lat dwudziestych? Kto zorganizował ponad 300 zamachów w 1922 roku?
– jaka jest dokładna historia terenów obecnej Ukrainy w kontekście Królestwa Polskiego? Ukraińcy standardowo stawiają pytania – co robili Polacy na tych terenach i w domyśle stawiają tezę , że byli okupantami
itd
Coś z tymi chłopami można zrobić, ja mam cały czas w pamięci postać ks. Wacława Blizińskiego – proboszcza Liskowa, kupiłem kilka egzemplarzy u Pana i teraz daję księżom na kolędzie, jak który sensowny przyjdzie. A tak na poważnie, co ten chłop ma zrobić – ludzie nie kupują żywności poza marketami, te mają swoje pozycje w oligopolu i traktują producenta z buta. Chłopi musieli by się zrzeszyć i utworzyć swoje kanały dystrybucji. To nie daje gwarancji bo społeczeństwo ma zaprogramowane kupowanie u niemca w markecie. Problem z tworzeniem spółdzielni taki, że jak trudno się dogadać co do podziału pracy i zysków. Jeden obsiewa pole na pasze, drugi ma chlewnie, trzeci wypasa na łące, jeden ma duże koszty, drugi małe – głowa od razu boli od wielowątkowości. Każdy woli zatem na własną rękę i w mikroskali.
Kiedyś wpadł mi do głowy taki pomysł – pójdę do proboszcza i powiem tak: ma ksiądz pewnie kolegę po fachu gdzieś na wsi – nie go ksiądz namówi na takie coś: pochodzić po kolędzie po gospodarzach i popytać kto by chciał nawiązać współpracę z parafią miejską. Raz na tydzień dajmy na to w sobotę wieziemy do naszych partnerów z parafii w Poznaniu 10 worków ziemniaków, marchwi, owoce, przetwory w słoikach, jaja, mleko – jednym słowem wszystko. Tam w mieście ks. proboszcz mówi, że w sobotę w salce parafialnej od 10 do 14 sprzedaż produktów od chłopów z pierwszej ręki. Sam jestem ciekaw, czy mogłoby się coś takiego udać. Kto by to uwalił – ksiądz z obawy, że go handlarzem nazwą, chłopy odpuszczą, czy miastowe będą się wstydzić?
Dwa lata temu mieli problem uprawiający paprykę. Zanim dojrzała polska, sklepy i nawet stragany targowe były zasypane drogą importowaną z Holandii np. I gdy już polska papryka pojawiła się w ofercie, zagraniczni producenci zeszli z ceną poniżej chyba nawet swoich kosztów produkcji. Per saldo wyszli na swoje. A polscy producenci zaorali swoje zbiory.
Tamci producenci są zjednoczeni w spółdzielnie nie wsiami tylko rodzajem uprawy. I ktoś zajął się strategią przejęcia polskiego rynku.
Itd.
To są rzeczy, o których wprost pisano w książkach o zachodnich kapitalistach w czasach PRL.
Nie że w rolnictwie. Nie ważny rodzaj produktu. Sposób ważny. Ceny dumpingowe.
Proszę poszukać i nam tu napisać jak to wygląda.
Prosta gra.
Kiedyś opowiadał mi zachodniopomorski hodowca drobiu – przyślą 2-3 tiry kurczaków dumpingowych i po hodowli.
Podobna reakcja z tego okresu o szkle laboratoryjnym – jeden transport poniżej kosztów i Polska fabryka pada.
Pytanie czy te liczne spółdzielnie ukraińskie powstawały samoistnie czy były elementem planu?
W Polsce ruch spółdzielczy pomógł rozwinąć rynek mleczarski – do dzisiaj mleczarnie stosunkowo dobrze przeszły przez transformację.
Niestety siła odśrodkowa tzw Ukraińców , przecież bardzo różnych grup etnicznych, uderzała w I Rzeczpospolitą, ku zatraceniu tejże i Ukraińców. Skąd te nieracjonalne, samobójcze ruchy?
Ktoś to musi ludziom jasno powiedzieć, najlepiej w telewizji, bo inaczej nie uwierzą. Przedstawić ten mechanizm dampingowy i zaproponować alternatywę. Naturalnie nie ma kogoś takiego, każdy patrzy na unię, jak na źródło wszelkiej mądrości, cele ostateczny. Nikt nie mówi, że rywalizacja trwa na śmierć i życie w sferze gospodarczej. Dobrobyt bierz się z dotacji, a dotacje to unia i nic więcej do głowy na razie nie wejdzie.
To kwestia charakteru. Mówienie nic nie da, smykałkę ćwiczy się przez pokolenia.
https://youtu.be/PvZa4nj9COo?is=74ZeofkG6braASZi
Wywóz ukraińskiego zboża koleją na zachód wzrósł o 119 proc. Większość wagonów jedzie do Polski https://share.google/oSFjQOL58MTKcyYYl
Zborze ukraińskie jedzie do Polski.